Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Warownia. Kochające serca, szeroki oddech nadchodzącej Wołyńskiej żywiołowej wiosny, bory ciemne, ciężkie aksamity i adamaszki jodeł i dębów, jedwabne gazy brzozowych gajów, bisiory i złotogłów łąk, wielki przeczysty kryształ i turkus powietrza, opale i perły księżycowych nocy, ten przestwór bujny, ozdobny i rozległy, dla duszy tak bardzo potrzebny już, konieczny.
Tomek jedzie.
Rzewność jakaś cicha napłynęła do serca Elży. Tomek jedzie stęskniony, aby ją zabrać. Więc zwalczył swoją dumę, swój gniew i żal do niej, żyć mu bez niej trudno. On jest bardzo kochany i biedny i taki bezgranicznie dobry. Jedzie, by ją znowu zabrać na te łąki umajone, w te bory otchłanne ją, marnotrawną córkę, nie rozumiejącą swego szczęścia. Czy ona znajdzie gdzie na świecie bardziej szczerą duszę — bardziej sobie oddaną, jak ten złoty Tomek? Wszak to atut życia potężny. Ona go może zakląć dla siebie na wieczne posiadanie. Może. Czemuż oddala się od tego źródła szczęścia i spokoju i pogody życia i jego czaru?
Szczęścia?... czaru?... pogody?...
„A wierzeje na szeroki świat... zamknięte“... — jak mówi Poberezio.
Wstrząsnęła się.
Biedny, kochany, złoty Tomek. Zabierze ją i znowu: Warownia, kochające serca, maj, fijołki, kaczeńce już w pączkach, konwalje, przemiły kochany dziadzio, pykający z cybucha, dowcipny Uniewicz i Tomek, jego miłość, pieszczoty... nowe terminy ślubu...
Nagła niechęć musnęła serce Elży. Zastanowiła się.
Wtem do pokoju wszedł posłaniec, niosąc ogromny, rozwity, biały bez w różowych bibułkach. Przy wazonie był bilet:
„Przyjechałem po moje szczęście, za chwilę będę. Całuję łapki! — Twój Tomek.“
Elża długo stała na środku pokoju z biletem w ręku. Kąty jej ust opadły na dół, jakby pod wpływem żalu i bólu, na czole występowała fałdka myśli, pomiędzy skupionemi brwiami zarysował się wyraźnie lęk i rósł, plastyczniał i rzucał swe ciemne skrzydła strachu na źrenice, metalicznym blaskiem świecące. Strach ten głuszył słaby głos wahania, płynący gdzieś z pod serca, jakby ciche gruchanie gołębi wobec szumu złowieszczego lotu jastrzębia. Niepokój zatargał silnie i wnet ocknął się instynkt samoobrony. Ciężka chwila gwałtownego szukania ratunku. Twarz Elży zbladła jakby w walce, głowa zwisła na piersi, brwi zeszły się, spadły powieki. Walczyła z sobą — za siebie, czy przeciw sobie? Wtem ostro zadźwięczał dzwonek w przedpokoju, targnięty widocznie niecierpliwą dłonią. Elża zatrzęsła się, krzyknęła lekko i podniosła głowę. Sekunda przerażenia, poczem czoło wygładziło się, ale w oczach błysnął ten sam metaliczny, zimny, trochę okrutny blask. Głośno, wyraźnie, patrząc w zamknięte jeszcze drzwi, wyrzekła do siebie:
— Ależ ja przed wakacjami jechać nie mogę, muszę skończyć kursy... Muszę!