Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Burba włożył list do kieszeni. Gdy dzielono się opłatkiem, starzec, całując Elżę nadzwyczaj serdecznie i wręczając jej list, rzekł gorąco:
— Daj, Boże, by za rok było tak istotnie, jak jest tu.
Młoda kobieta spojrzała na adres i zbladła jak kreda. Zmiana jej twarzy była tak straszna, że wszyscy zdrętwieli. Dygoczącemi ustami wyjąknęła.
— Skąd... to?...
— Z Warszawy.
Elża spostrzegła w tej chwili zdumione oczy wszystkich, skierowane na siebie. Przeszyły ją groźne źrenice pani Urszuli, dotknęło bolesne spojrzenie Burby. Ale wzrok Uniewicza badawczo szyderczy rzucił falę krwi na jej twarz. Stanęła w pożodze rumieńca tym jaskrawszej, że bezpośrednio po trupiej bladości, i nagle wybuchnęła szalonym śmiechem.
— Ha, ha, ha, ha — zatargała staccato nieokiełznana gama jej głosu, w którym było wszystko, prócz szczerej wesołości.
— Co to znaczy?... — zdumiał się Burba.
— Elżo, z czego ty się tak śmiejesz?... jesteś chyba nieprzytomna? — zgromiła ją surowo Burbina.
A młoda kobieta nie mogła się uspokoić. Śmiech jej wpadał już w spazm łkania, w oczach błysnęły łzy. Sytuacja stawała się nad wyraz przykrą i kłopotliwą. Pani Urszula resztą sił wstrzymywała się od wybuchu, była blado-sina z oburzenia, na czole pana Cezarego wystąpił gęsty pot. Uniewicz, Krywejko, pani Jasiowa, siedzieli jak przykuci do miejsca, dziwnie strwożeni. Wtem drzwi od kredensu stuknęły i głośno wpadł kozaczek, wołając:
— Młody pan przyjechał.
Skoczył otwierać drzwi.
Spazmatyczny śmiech Elży skonał, przerażenie osiadło na twarzy, zerwała się, chwyciła list i wybiegła z pokoju. Burbowie byli już w sieni, witając syna. Ściskany, całowany, tulony do piersi matki, Tomasz rozglądał się niecierpliwie i wyrywał z objęć rodziców.
— Gdzie Elżuśka?... — padło niespokojne pytanie.
— U — siebie bąknął Uniewicz.
— Czy zdrowa? co to znaczy?
— Zdrowa, zaraz pewno... przyjdzie.
Burbowie milczeli.
— Czy wie, że... jestem?...
— Skądże?... nic nie wie, żeś przyjechał — kłamał pan Mel.
Wszyscy, nawet pozornie spokojny Uniewicz, mieli niewyraźne miny.
— Idę do niej — zawołał Tomek.
Elża zdążyła przeczytać życzenia, zawarte w liście od panny Krystyny i zapewnienie, że wieść o ślubie wysłana już do pana Dovencourt-Howe tą samą drogą, którą przechodziła jego korespondencja. List był suchy, ale uprzejmy i zdradzający zupełną wiarę