Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wypowiedzieć, nie zatai nic, wyjawi całe credo istoty, zdradzi najtajniejsze uczucie. Zdrętwiała, zamarła prawie pod wrażeniem wymowy jego oczu. Stała przy nim, jak zahypnotyzowana, nie spuszczając powiek, bojąc się drgnąć, by nie uleciał czarowny urok tej chwili. Znikły dla niej łuny świetliste sztucznych ogni, zgasły rzymskie świece i trzask rakiet, sypiących kwiaty i gwiazdy, widziała tylko ciemne oczy Artura. Gdyby ją teraz pociągnął w morze, poszłaby bez wahania; gdyby ją zabijał, nie czułaby bólu i lęku. Zapanował nad nią wszechwładnie jak tyran, jak demon. Wszystko, świat, skały, morze, tarasy, tłumy zawirowały w jej umyśle huraganowym pędem, runęły w bezdeń otchłanną, nad którą stali tylko — ona i... Artur... Rozkosz, zapomnienie i szał, a potem — niech zaniknie dusza i ciało, byle się nie ocknąć, byle w tym uroku zginąć.
Dotknięcie ręki jego sparzyło ją jak rozpalony węgiel. Zadrżała. On pochylił niżej głowę i szepnął ledwie dosłyszalnie:
— Elly... pójdziemy razem... w świat.
— Dobrze, — odrzekły bezpamiętne jej usta.
Lecz w tej chwili ocknęła się. Zerwał; zerwał złotą nić czaru. Poco ją zerwał?..
— Co, co pan powiedział?.. — zapytała roztargniona. Poco ten zgrzyt?
Ścisnął jej dłoń mocno.
— Elly... pani Elżo, proszę się przebudzić. Czy ty wiesz, coś mi odpowiedziała?..
— Wiem, tylko, że coś prysło, co powinno było trwać.
— Chcę właśnie to... utrwalić.
— Nie, nie, nie można, pan wie, że... nie można.
Nowy wybuch ogni na cokole Monaco otrzeźwił ją zupełnie. Zerwała się gorączkowo, jakby do lotu, ale on ją silnie zatrzymał za rękę.
— Dokąd... pani?..
— Chodźmy stąd! — krzyknęła prawie głuchym głosem i zawołała znajomych. Artur puścił jej dłoń i wyprostował się sztywno. Podszedł D’Ivonie. Po kilku słowach o rakietach, wesoły francuz spytał:
— Co robimy z resztą wieczoru?..
— Chodźmy do kasyna, — rzekła jego żona.
— Jedźmy w góry samochodem, — sucho zaproponował Dovencourt.
— Jakto, teraz w nocy?..
— Nic nadzwyczajnego, powiozę sam.
D’Ivonie błysnął niebieskiemi białkami oczu i zrobił zdecydowany ruch ręką, poczem rzekł z naciskiem:
— „Powiozę sam”. To absolut, to już pewnik, niweczący wszelkie obawy, to twierdzenie zasadnicze, gwarantujące bezwględne bezpieczeństwo. Dobrze mieć taką pewność siebie, opartą na uznaniu opinji.