Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tem gorzej. Ostatnie czary skierowane są na Tomka, a tu raptem: pani z nim, on przy pani i... i t. d. Sama widzi, że akcje bajecznie zagrożone.
Spostrzegłszy cień na twarzy Elży, Uniewicz zawrócił na miejscu.
— A ta druga jak się pani podoba?...
— Istna mumja, coś z kwakierki i coś z mentorki, jakaś ślamazara.
— To siostra cioteczna Gozdeckiej, mężatka i obecnie jej opiek...unka... na naszym kresowym gruncie. Cnotliwa wielce niewiasta, do tego stopnia, że jej nawet Bóg oszczędził wszelkich pokus, wiodących do grzechu, i z tego powodu jest niezwykle surowa co do zachowania reguł moralności. Sama, nie doświadczywszy żadnych burz, ani nawet burzek namiętnych, prócz emocji zaręczyn, Veni Creator i jego... lojalnych następstw z bardzo limfatycznym małżonkiem, poprostu piętnuje i plwa na wszystko, co choć na włos wykracza z ramek kodeksu towarzyskiego i surowo moralnych obwarowań. Katon w spódnicy.
— Straszna! — wykrzyknęła Elża. — Wybryk Tomka z tym gankiem pobudzić ją może do rekolekcji. A ja zginęłam w jej oczach.
Podszedł Tomasz. Wtajemniczony w temat rozmowy, szepnął do Elży:
— Ostatnia kampanja Gozdeckiej na nasze kresy zakończy się, jak wszystkie...
— Nosem na kwintę, — rzucił Uniewicz.
— Porażką, — poprawił Tomek.
— Więc te panie nie są tutejsze?
— Pochodzą z Królestwa; do Poberezkich przyjechały tylko na szeroki połów kresowiaka, z dużemi włókami, intratami, pałacami... w marzeniu...
— Bodaj nawet dworem a la Warownia, — wtrącił Mel.
— A tak i Warownia wystarczy, bo już koroniarze jakoś...
— Odstrychnęli, — podchwycił Uniewicz. — Potem, jak stąd wrócą do Królestwa, pod zakład — pana Emilja przerobi się na kresowiankę; to znowu jest ponętną wędką na koroniarzy, bo nasuwa również złote wizje włók, lasów...
— Cicho... Poberezki idzie do nas.
Zbliżył się mężczyzna pięćdziesięciokilkoletni, średniego wzrostu, szczupły, przygarbiony, w okularach na dużych błękitnych oczach. Wąsy, jak dwa rudawo-siwe pukle, grube u osady, cieniutkie na końcach, zwisały ku surdutowi, bez fantazji, niedbale. Głowę mocno łysawą wyciągnął ciekawie naprzód, jak gdyby dochodziły go niepokojące wieści. Przemówił uprzejmie do Elży śpiewnym tonem:
— Nawet i nie słyszałem, że sąsiad Burba ma tak foremną wnuczkę, bo ojca pani, Walerego, znałem jeszcze kawalerem.
— Dawne to już czasy, panie, — uśmiechnęła się Elża.