Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Takie uczucie to już plus w życiu wielki, dla takiej miłości można dużo ustąpić z własnych pragnień — starała się wmówić usilnie, wpoić to w duszę swoją starganą.
Ale demon buntu odpowiadał jej natychmiast:
— Można, o ile w duszy nic innego nie tkwi, o ile w sercu głucho i pusto. Złoty, złoty sen duszy, cudowne marzenia serca, to dla ciebie jako promień przewodni życia, jako jego natchnienie, a życie samo... dla Tomka, dla jego szczęścia.
Zgrzytał śmiech jakiś, ironja i bunt niepokoił, ale Elża była już zahartowana duchowo. Zwalczyła się ostatecznie. Pozostał tylko ukryty w duchu trwożny lęk głuchy jak przeczucie, lęk nieokreślony, niepojęty, a ciągły niby tępy ból. Nurtował ją, dręczył i niezależny od niej nie dał się zwalczyć. Elża chciała zabić w sobie ten zew złowrogi, podniecała stucznie energję swoją, zmusiła wolę do skierowania myśli w stronę Tomka. Pozornie stanowczość jej odnosiła skutek wyborny. Starzy Burbowie odetchnęli swobodnie, pełni nadziei w przyszłość syna. Tomasz żył szczęściem odzyskanym i nie rozpatrywał go, nie badał, wierzył w swoje „Słońce Życia“, jak nazywał narzeczoną, pragnął być wyrozumiałym na wszelkie jego przyćmienia, byle świeciło dla niego, jaśniej, czy ciemniej — byle dla niego.
Po rozmowie z Elżą Karolcia czekała na niego napróżno. Burba już się nie pokazał. Wstydził się tych paru spotkań ze Słupską, wyrzucał je sobie, potępiał siebie, Karolcię znienawidził.
W krótce urlop Tomka skończył się; wyjechał, postanowiwszy spotkać się z Elżą i rodzicami w styczniu w Warszawie i tam wziąć ślub, gdyż przez te kilka miesięcy miał być stale na froncie.
W chwili odjazdu Tomasza Elża była serdeczna ale roztargniona. Gdy Tomek pochłaniał pocałunkami jej ręce, spytała nagle:
— Kiedy wrócisz?...
— Pytasz, Elżuś? Wszak już tu wrócimy razem w zimie.
— Ach tak, prawda.
Tomek, chcąc zatrzeć przykre wrażenie tego pytania, zawołał wesoło:
— Mel zostaje na gospodarstwie, on przeto będzie nas witał w Warowni kosmatą ręką. Nie zapomnij, Melu, wdziać rękawicy.
— Z całego Kajtusia skórę zedrę na ten cel — rzekł Uniewicz, ale tak ponuro i z takim akcentem w głosie, że wszyscy teraz spojrzeli na niego zdumieni.
Stary Burba wtrącił poważnie:
— Chlebem i miodem tak już my z Urszulką sami was przyjmiemy, młode orlęta w starym gnieździe, potrafimy wyprzedzić waszą kolasę w drodze, by dziedziców Warowni godnie przyjąć.
— Tak i poco gadasz, Cezary, miała być niespodzianka. Ot język!
Po odjeździe Tomka, Elża, patrząc w zamyśleniu na oddalający się powóz, zwróciła się nagle do Uniewicza: