Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Och, no... taka tęcza zwykle prędko gaśnie.
— O tem mogę tylko ja decydować.
Artur rzekł zimno:
— Ponawiam moje żądanie, chcę od pani odpowiedzi kategorycznej... i nie ustąpię.
— Słucham.
— Pani kocha Burbę?...
Podniosła smutne ocy na tego, który był jej całym światem, a któremu wyznać swych uczuć nie miała odwagi, a może nawet i prawa.
— Jak brata, jak... jak... przyjaciela — odrzekła.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie, innej odpowiedzi żądam. Czy pani kocha Burbę jak człowieka jedynego, wybranego i upragnionego na życie całe. Tout court, czy go pani kocha? i to słowo w danym razie zamyka w sobie wszystko.
— Nie — odrzekła Elża, śmiało patrząc w oczy Artura.
On schylił czoło nisko, jakby składając hołd wypowiedzianej przez nią prawdzie. Błysk jego źrenic zaniepokoił ją. Dodała prędko:
— Nie kocham Tomasza, ale będę jego żoną, bo dałam mu słowo i słowa nie cofnę, nie mogę łamać mu życia, nie chcę go ranić śmiertelnie.
Zaległa głucha cisza. Oboje stali przed sobą, milcząc, tylko Dovencort-Howe nie spuszczał oczu z twarzy Elży, ona zaś utkwiła źrenice w oparte o stół ręce Artura.
Po długiej minucie milczenia zabrzmiał jego matowy nizki głos: — „Get thee to a nuuery“... Gorska zastanowiła się. Spojrzała na niego.
— Co Pan mówi?...
— „Lub jeśli chcesz koniecznie wyjść zamąż“... wolno cedził Artur.
Krwisty rumieniec oburzenia oblał twarz Elży.
— To obraza dla Tomasza.
— Ty go obrazisz, skoro nie kochając, wyjdziesz za niego i nie unikniesz wówczas oszczerstwa. Niema takich praw, które prowadziłyby do ołtarza dwoje ludzi nie związanych wspólnym uczuciem. Gdy zaś z jednej strony jest miłość, a z drugiej, tylko poświęcenie, wówczas związek taki to zbrodnia. — Ty, Elly, nie popełnisz takiego kłamstwa wobec niego i... wobec samej siebie. Chcesz iść drogą ofiary, ale nie wytrwasz; instynkt, dusza, serce odepchnie cię od spełnienia tego czynu, takie ofiary mszczą się potwornie, ty tego nie spełnisz, bo moja miłość ocali cię od nieszczęścia.
Mówił z siłą, z przekonaniem, a ona słuchała słów jego z nabożeństwem, jak wyroczni. Wszystko w niej wołało, że powinna iść ufnie tylko za głosem jego. Milczała jednak, obezwładniona przez rozgrywającą się walkę serca z poczuciem obowiązku.
Powstała bardzo blada z wyrazem męczeńskim na twarzy, z bólem w oczach, rzekła głucho: