Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A zatem surogat od prawdy odróżnić jest mi trudniej, niż komuś, kto patrzy trzeźwiej i nie umie stwarzać sobie słońc urojonych, lecz podlega tylko wpływom — rzeczywistego.
Ale gdy zapłonie słońce rzeczywiste, sztuczne chyba zgaśnie przy niem?... Oto znowu problemat. Możnaby przypuszczać, że ja dla Tomka jestem słońcem rzeczywistem, Karolcia była sztucznem, więc zgasła, że miłość Toma dla mnie to oryginał twórczy jego ducha, dla Karolci zaś był falsyfikatem i dlatego zbladł, stracił wartość.
A Tomek dla mnie?...
Pytanie to powstało nagle w mózgu Elży i wstrząsnęło nią. Myśli jej pędziły z szybkością lotu jaskółek, jak ptaki rozpierzchały się, kołując bezładnie, a namiętnie i uporczywie. Z zawrotnego śmigania ich lotek rozwinęło się nowe pytanie:
Czy możliwem jest i w jakich okolicznościach subjektywne odróżnienie pozornej miłości od istotnej.
Młoda kobieta ścisnęła skronie dłońmi, jąk obręczą, bo zdawało jej się, że nawał pytań, powstałych po pierwszem, rozsadzi jej głowę.
Więc gdzie prawda, gdzie rzeczywiste jej słońce?... gdzie twórcza siła uczucia, a gdzie... wyobraźnia?... Czy w gorącym blasku istotnego słońca powstałoby takie pytanie?... Czy oryginał pozostał tam, czy jest tu?...
— Nie myśleć... nie myśleć! — wołało protestem w duszy Elży i protest ten walczył z uporem jakiejś silnej fali nie nowej, znanej już, i właśnie dlatego strasznej. Nie dopuścić do jej udaru, za nic nie pozwolić, by rozlała się szeroko. Niebezpieczeństwo tego zalewu szło ku Elży, lecz odpychała je z mocą prawie rozpaczną. Ratować się, ratować, zagłuszyć w sobie szum tej fali, uciec przed nią! Zabić ją, zabić!
Młoda kobieta, pędzona przerażeniem, bez namysłu zarzuciła na siebie płaszcz i wybiegła z pokoju. Noc już była późna, dwór spał. W głuchej ciszy przesunęła się przez werandę, oświetloną księżycem, zbiegła ze schodów i dążyła ku fosie i wałom ogrodzenia. Po chwili znikła, aż wypłynęła znowu na rozległej polanie, zatopionej w srebrnej mgle księżyca i rosy. Biegła w stronę boru, który kładł ciężkie aksamity cieniów na migotliwej lamie łąki, skrzącej się jakby djamentowym pyłem. Bór cały śpiewał, grał trelami słowików, drżały dziewiczym dreszczem płaczące, słodkie, brzozy, do melodji ogólnej sypiąc rzęsisty chrzęst swych bujnych włosów, perłami rosy usianych. Spokój był w naturze, bo wszystko słuchało, co szemrze bór, zapatrzony w płynący sierp na niebie, co wyśpiewują słowiki, wieszczowie leśni.
Słuchała i Elża, lecz nie zagłuszyło to w niej szumu złowrogiej fali, przeciwnie — szum ten zdawał się wzmagać, rósł, a w niej powstawał lęk już paniczny. Przywoływała Tomka całą siłą woli, jakby na ratunek. Szaleństwo ogarnęło Elżę. Głowa jej płonęła, czuła w sobie war krwi, ogrom pragnień i konieczność