Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zaraz się wszystko skończy. — Arti! Arti! to kłamstwo, czy ty... mnie... rzucisz? — wyło w jej duszy.
Dovencourt podszedł i siadł znowu przy niej.
Z oczu Elży padło parę ciężkich łez. On patrzał na te lśniące krople i gwałtownie gniótł rękawiczkę.
— Czy mam już odejść?.. spytała biernie, tracąc przytomność.
On pochylił się nad nią ze sztucznie utrzymanym chłodem.
— Czy ty myślisz — mówił twardo — że ja się ciebie wyrzeknę nawet dla... takich względów? Czy sądzisz, że to, co wyznała, oddali mnie od ciebie?, że miłość moja, bezpamiętna rozbije się o twego męża i... twoje dzieci?.. Czy sądzisz, że ten szczegół zniweczy moje uczucia i pragnienie ciebie?.. Słuchaj... Twoje małżeństwo to rozpaczliwy czyn, ja je unieważnię, rozumiesz?! rozerwę twoje śluby, bo ty musisz być moją i... będziesz, bo nie Burbę, ale mnie, mnie kochasz. Nie zaprzeczaj!.. Twoje wrażenie na mój widok to najszczersze wyznanie, to twoje credo. Moją być musisz a twoje dzieci będą mojemi! Nie płacz.. Elly... to, co mówię, to mój dogmat niezłomny. Życia bez ciebie nie chcę i dlatego twoją straszną omyłkę naprawię, by życie twoje uratować dla siebie i dać ci szczęście.
Głos jego przyciszony grzmiał jednak jak surma, szatańska energja była w nim i potęga druzgocąca Elżę.
Nie wytrzymała tego momentu. Zerwała się z krzesła odurzona jego słowami, jego głosem, pijana szczęściem, nieprzytomna z bólu. Wargi jej białe zdołały wyszemrać:
— Dosyć... już... na Boga...
— Elly!..
— Proszę... proszę mnie zwolnić, chcę być sama.
— Ja panią odprowadzę.
Wyszli z czytelni, zawołał automobil. Wsiedli. Dał adres jej hotelu.
Milczała, przecząc głową na wszystko, co mówił, o co pytał.
Chwila i wysadził ją z samochodu. W westybulu podała mu rękę.
— Żegnam pana.
— Tylko do widzenia — rzekł sucho ale stanowczo, lokując ją w windzie.
Została sama. Zatrzasnęła drzwi numeru, sekundę trwała bez ruchu, jak ogłuszona. Nagle ręce jej splotły się na rozpalonym czole, upadła na kolana, zanosząc się łkaniem.
Szalała z bólu, rozpaczy i męki.

V.

Przebyła tak pół dnia, pogrążona w niemej kontemplacji tego, co zaszło. Płakała z żalu nieokreślonego dla samej siebie, wyrzucała sobie kłamstwo, popełnione przed Arturem, oburzała się za