Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miętnej nocy dostała spazmów, bo ktoś jej tam coś nagadał, a że i sama zobaczyła ich razem na polowaniu, więc nastąpiły „zwykłe fochy panieńskie”. Że zaś stary Słupski chce kuć żelazo póki gorące, przeto wszelkich starań używa, aby osiągnąć wymarzony cel. Lecz ponieważ nawet potentatom marzenia nie zawsze się spełniają, zatem on, Mel Uniewicz, obawia się, że złote sny pana Słupskiego i panny Słupskiej zostaną w krainie swego poczęcia, bez wymarzonych horyzontów. Więcej w tej sprawie nie mówili. Często Elża jeździła do boru z panem Cezarym na upatrzonego, czasem w sąsiedztwa, lecz te były dość odległe, a śniegi pozawalały drogi, utrudniając przejazdy. Elża towarzyszyła pani Urszuli w odwiedzaniu wsi chłopskich, zasypanych śniegiem, w których Burbina wspomagała biednych, wożąc sute dary, leczyła swoimi sposobami chorych, prowadząc nieraz długie gawędy o ich biedach. Dzieciom rozdawała spencerki i czapki wełniane, robione własną ręką, na drutach. Wyprawy takie nudziły Elżę, gdyż nie czuła do zadymionych chałup i bab cuchnących żadnego upodobania, tylko litość, choć tego uczucia nie znosiła organicznie. Wolała polować z naganką lub psami w towarzystwie miejscowych mężczyzn. Tomasz i pan Mel uczyli Elżę strzelać, chodzili we troje na ślizgawkę na jeziorko wśród lasu. Gorska grywała na fortepianie, często z Uniewiczem na cztery ręce, wieczory zaś spędzali wspólnie w stołowym pokoju w kręgu olbrzymiej lampy wiszącej i przy buzującym się ogniu na potężnym kominku. Elża zwykle czytała, stary Burba pykał z cybucha, słuchając pilnie. Pani Urszula chyliła swoję poważną głowę nad robotą dla biednych. Tomek zasunięty w kąt pochłaniał Elżę wzrokiem, a pan Mel zawzięcie robił papierosy, lub wyręczał Elżę w czytaniu. U nóg Elży mruczał przez sen niedźwiedź, Kajtuś, obok rozciągniętego w cieple ognia brytana, Murmyły, w kudłatym płowym futrze. Czasem pan Cezary z żoną, ze starym rezydentem, sybirakiem, i panią Jasiową grali w marjasza lub preferansa, a młodzi sprowadzali sobie z czeladnej starego leśnika, Stacha Domalewskiego, który, kucnąwszy przed kominkiem, opowiadał im o cudach boru, o obławach dawnych na niedźwiedzie i wilki, wreszcie różne legendy, baśnie fantastyczne, których mnóstwo umiał, lub sam sobie stwarzał; były te opowiadania tak ciekawe niekiedy, że słuchano ich z przyjemnością. Elża lubiła w takich chwilach wytwarzać odpowiedni nastrój, gasiła lampę i wszyscy zbierali się w promieniu ognia, przy kominku, Tomek zaś i pan Mel grzali korzenny krupnik w kociołku. Elża podawała napój gorący obecnym, w małych czarkach. Często Stacho brzdąkał na odwiecznym teorbanie i, udając „dida”, śpiewał przez nos wołyńskie dumki! Z poza okien dolatywał przytłumiony szum boru i bliższy rozgwar wiązów, śnieg sypał w szyby i tłukła w nie wichura. Pan Cezary opowiadał swoje przeprawy z powstania 65 roku, a stary jego kolega, Krywajko, epizody z pobytu na Syberji, podczas zesłania. Burbina i pani Jasiowa wtrącały także jakieś ciekawe szczegóły dawnych wspomnień, częstując wszystkich serkami ja-