Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mój demon, dążący za mną nieodstępnie, śmieje się rozkosznie. Troskliwy opiekun! Moje Fatum, które zewsząd na mnie czyha, pociesza mnie, że do tych kolców na drodze mego życia powinnam się była już przyzwyczaić.
W tej mętni mglistej trzeba jednak żyć. Dobrowolnie pod presją chwilowej psychiki wytworzyłam sobie obecne modus vivendi, dosłowniej — przez siebie nawarzone piwo — pij i wmawiaj w siebie, że ci smakuje, może jeszcze upaja? Ha, ha! ha, ha, ha!“
Gorska rzuciła pióro na biurko i zatrzasnęła pamiętnik.
— Co ja tam napisałam, co?...
— Poco skaziłam tamte cudne wspomnienia dzisiejszym bólem i goryczą, poco?...
Upadła czołem na splecione ręce na biurku.
— Poco znowu wydobyłam ten zeszyt?.. To dziś już trucizna.
Za oknem wyła wichura. Słychać było potężny łoskot tłukących się o siebie wiązów, z boru dolatywał huk jodeł i sosen i ryk zawieruchy rozszalałej, wściekłej. Czasem huragan mocny bił jak taranem w dach dworu, wpadał do kominów, jęcząc potępieńczo. Dreszcz chłodny przeniknął Elżę. Rozebrała się szybko i zawinęła w kołdrę. Ach, o niczem już nie myśleć!

VIII.

Cichy codzienny wieczór zimowy. Warownia zawiana śniegiem. Wszędzie zwały, bastjony białe, mróz błyszczy na szybach, iskrzy się na śnieżnych pokrowcach ziemi. Bór stoi głuchy, oszroniony i huczy basem do wtóru rozgłośnym krakaniem wron i kruków. Pierwsze cienie kończącego się dnia zasnuwają wolno ołowiane niebo, sine plamy rzucają na śnieg. Dom wielki, szary, pod osłoną wiązów-tytanów rozbłyskuje światłem w oknach.
Stary dziadzio czyta gazetę i pyka z cybucha, na kominie palą się kłody drzewa. Sybirak, pan Krywejko, skulony przy ogniu, robi siatkę na ryby, a często pociągnie gorącego krupniku z kusztyczka, grzejącego się na kominie. Pani Jasiowa w czarnym czepku pomaga staremu Piotrowi szykować do wieczerzy. Dogląda przytem dwoje dzieci, które bawią się na dywanie, opodal komina. Mały chłopczyna uderzył piąstką w nos paroletnią dziewczynkę, ta go chwyciła za włosy i krzyczą teraz oboje.
— Cicho, bąki, bo, jak tato przyjdzie, będzie dyscyplina w robocie — woła dziadek Cezary.
Ale oto wchodzi babcia do pokoju i coś niesie w ręku, więc dzieci podbiegają do niej, wołając na wyścigi:
— Konfituiki. Selek jablecny.
— Ozieśka w ciuksie.