Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak. Z muzeum przyjechaliśmy tu autem. Nie chciała wejść do mego pokoju, cofnęła się w ostatniej chwili. Podwieczorek na werandzie i nasza rozmowa, autentycznie powtórzona w halucynacji, potem pojechaliśmy do kasyna. Nic więcej.
Więc teraz... marzyłem? Ja marzyłem?... Och no, to coś nadzwyczajnego. Bo to było marzenie, to nie sen. Nie spałem napewno.
— Więc ona mię do tego doprowadza?...
— Jakiż tego koniec?... Co się ze mną dzieje? Czy tak osłabłem duchowo?... Nie! Przenigdy!
Stałem długo w otwartem oknie. Morze bełkotało cicho pod siatką księżycowych lśnień. Świat spał.
— Nie, przenigdy! — powtórzyłem. Byłem i jestem silny. Zwyciężę... Ona będzie moją.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża Górska oparła czoło na zeszycie, ręce splotła na głowie i zapadła w stan hypnotyczny; oderwała się od wszystkiego, co ją otaczało. Duchem przeżywała i pierwszą część opisu — istotną wówczas i drugą — wizyjną. Połączywszy wyobraźnię swoją z marzeniem Artura, uplastyczniła sobie tę scenę tak żywo, iż niemal doznała halucynacji, że scena trwa, że ona jest z nim tam nad morzem, w jego domu, że czuje go przy sobie, usta ją piekły od pocałunków, które były jakby jawą, dającą najwyższą rozkosz. Znikła Warownia, zaprzepaścił się Tomek, duchowa władza Artura trzymała Elżę pod swoim wpływem. Moc jego była nad nią. Pomału obraz jął się zacierać, a majaczył inny. Wizja. Elża Widzi Artura, siedzi przy biurku zarzucony papierami, czyta czy pisze, ona widzi wyraźnie jego profil, osnuty mgłą sinego dymu. Zapatrzyła się w tę nową zjawę z oczarowaniem, ekstatycznie. I stał się między niemi ów kontakt ścisły duchowy, a tak rzadki pomiędzy ludźmi, kiedy dwie oddalone istoty łączą się z sobą siłą wyższą, niepojętą, oddzielającą duszę od ciała, nie przez zwykły proces śmierci, ale może przepięknej idei tejże. Ciała nie zamierają, jeno mdleją pod siłą ducha, który je opuszcza, dążąc w sprzestrzeń na spotkanie drugiej indywidualności duchowej.
Młoda kobieta uniosła się tam, gdzie ją przywoływał on, a ten nakaz jego czuła bardzo wyraźnie, do tego stopnia, że była z nim, że w jego istocie trwała, jakby w eterze ponadziemskim zatopiona. Gdy wreszcie obudził ją zewnętrzny realny odgłos dzwonka folwarcznego w Warowni, który głosił powstanie poranku, Elża ocknięta na chwilę, rozbierała się do łóżka, jakby w śnie somnambulicznym trwając stale tam, przy nim, przy drugiej połowie swej istoty duchowej. Zasnęła z wizją jego, Artura, pod powiekami.
I... była znowu z nim, przy nim. Otaczały ich jakieś odmęty, wznoszące się i opadające, niby fale morskie podczas burzy, niby chmury, zwalone na ziemię. Straszne te runa, siwo-mgliste wtłaczały się pomiędzy nich obojga, siłą rzeczy przedzielając ich