Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sobą. Ona rwała się ku niemu z przerażeniem, widząc, że coraz gęstszy mur tych bałwanów potwornych dzieli go od niej. Chmurne kłęby parły ją w tył przemocą, dławiły, że chciała krzyczeć ratunku. Postać Artura malała, nikła, aż w tym okropnym potopie zginęła zupełnie. Wówczas ona ujrzała, iż ten odmęt silny stał się olbrzymią zastygłą kulą i że za tą kulą jakby całego globu jest on, Artur. Więc rozpaczliwie jęła tę kulę obejmować ramionami, pragnąć usilnie objąć ją całą, by zeszły się z sobą jej ręce, po drugiej stronie kolosalnej kuli, by dosiągnęły jego. Była pewną, iż gdy dopnie celu i kulę w całości ogarnie, wtedy odrzuci jak zwykłą piłkę ten glob przeokropny i znowu stanie przy Arturze. Wytężała wszystkie siły, cały zasób swej energji, całą wolą, prężyła ramiona, by je rozciągnąć do gigantycznej długości, zabierała śliską kulę coraz dalej, dalej w swe objęcia, przywarła piersiami ku niej, chcąc ramiona ze stawów powyrywać, byle zdołały otoczyć ją dokoła. Wszystko na nic, czuła z zimnem śmiertelnego lęku w mózgu, że kuli tej nie zmoże, że to daremny trud, walka beznadziejna. Tragizm tego przeświadczenia mroził ją lodem, miała wrażenie człowieka zamurowanego żywcem, tam świat, a ona tu już skazana bez możliwości wyzwolenia. Uczuciu tej grozy nic sprostać nie mogło. Elża, jak męczennica dantejskiego piekła, walczyła i zamierała, nie umierając. Borykała się z szatańską zaporą zawzięcie, wściekle i... zdawało się jej ciągle, że jest ćmą na wielkim kloszu. Odczuwała tę upokarzającą sytuacją z niesłychaną plastyką. Wtem zaczęła odgadywać, że i on po tamtej stronie walczy i nie widząc, wiedziała napewno, że on tę dzielącą ich przestrzeń, globu, tę masę nie objętą kuli, odłupuje po kawale i odrzuca precz, ogromne łomy odrywa, wali, szarpie i dąży ku niej. Aż oto ona palcami odczuwa już nie twardość granitową, lecz pustkę przestrzenną i że ona sama, jej osoba powiększa się, że ta ćma jej postaci staje się motylem, ptakiem, kula zaś będąca w jej ramionach maleje, drobnieje... Oczekiwanie pełne trwożnego niepokoju, czy to owa bryła z jej ramion się wymyka, czy też on ją zwalcza i dosięga celu, ujmuje całą. Nagle wstrząs, jakby runął świat, ostatni odłam zapory wypadł z jej ramion. Przed nią stał Artur.
Elża obudziła się, oblana zimnym potem, osłabiona jakby po morderczym wysiłku. Otworzyła oczy. Opuszczona przez nią dawno świadomość powracała mętnie. Lecz żywotna energja kobiety skupiła ją prędko w sobie.
Rozejrzała się.
Słońce zalewało cały pokój, za oknem krzyczały wilgi, gruchały turkawki.
Warownia.
— Więc śniłam?... od kiedy?... tak — długo... całą noc?...
Spojrzała mimowoli na wiszący kalendarz.
— Dziś jest? — zdarła kartkę, — niedziela 28. czerwca.