Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XI.

Maj. Cudowny, prawdziwie wołyński maj rozgościł się w Warowni, w borach, na rozległych łąkach — stepach. Przed dworem bielały rzeki narcyzów, mieniły się tęcze tulipanów i hjacyntów, szpalery bzów, jaśminów, drzewa różowych krategusów, przypominających migdały w kwieciu.
Dom pełen był majstrów, tapicerów, malarzy; urządzono apartament dla młodych państwa pod kierunkiem Tomka i Uniewicza. Elża nie wtrącała się do tego wcale, zato jak pszczoła dopadała kwiatów, nurzając się pośród tych cudów, stroiła w nie siebie i cały dom. Maj ją oczarował. Jej jasną batystową suknię widać było wszędzie, w ogrodzie kwiatowym, gdzie sadziła róże z ogrodnikiem, w warzywnym i owocowym, gdzie przyglądała się robotom wiosennym, zrywając naręcze białych gałęzi wisien i różowo-cielistych jabłoni; w inspektach chrupała rzodkiewkę, na łąkach tarzała się w puszystej trawie, w polu bawiły ją barwne taśmy pochylonych wieśniaczek, pielących buraki, w borze z narzeczonym rwała garściami konwalje, ciskając snopy wonnych pereł na rozkochanego Tomka. Jeździła z nim konno, pływała łódką po jeziorku, śpiewała, poetyzowała. Wszędzie jej było pełno, rozszalała się jak sama przyroda i równie była promienną. Porywała oczy Tomka, który warjował za nią. Pan Cezary z żoną kochali ją, jak córkę, ciesząc się szczęściem syna. Pan Mel uśmiechał się do niej, mówiąc, że oto wprowadziła do archaicznej Warowni nowy blask szczęścia i że to go tak nastraja, że nawet dla niego jest niebezpieczne.
— Zarażę się od was i zachce mi się kochać — mówił.
— No, dalej! Niech pan sobie pozwoli, — wołała Elża.
— Kiedy nie chce mi się szukać partnerki, gotówem zakochać się w pani.
— Posiekam na kawałki! — odgrażał się Tomek.
Wieczorami gajowi na rozkaz Tomka przynosili całe kosze konwalji, rano zaś pani Jasiowa chodziła z obwiązaną głową, bolącą od „zaduchu” kwiatów, a Elża ją troskliwie leczyła.
Z Tomkiem, Uniewiczem, sybirakiem i Stachem gajowym chodziła o świcie obserwować żerujące zwierzęta; tropili z jamnikami młode lisy, podpatrywali w głuchych uroczyskach stada łosi i sarn. Pan Krywejko wabił w lesie jarząbki, na bagnach strzelał piękne okazy ptaków brodzących i wypychał je potem artystycznie dla Elży.
Stacho wyplatał dla niej misterne koszyki z łoziny, strojne w szyszki i żołędzie. Miłość Tomka zaczarowała jakby wszystkich, ubiegano się, by jej dogadzać. To też dnie płynęły młodej kobiecie szerokim korytem wesela i radosnej swobody. W temże czasie Elża drukowała swoją książkę, przysyłano jej ze stolicy korektę, korespondowała z wydawcą, żyła nadzieją przyszłych utworów, snuła tematy, modliła się gorąco o talent twórczy, natchnień miała pełne piersi. Czuła, że rosną jej skrzydła u ramion, że ją unosi jakaś moc przedziwna i że ona jednak czegoś dosięgnie, coś uchwyci,