Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spięty mankiet i rękaw ubrania i znowu tępo wznosiła oczy na głowę ciemną, na rozdział włosów na boku i na widoczny dół twarzy: pyszny zarys brody smagłej z błękitnawym odcieniem wygolenia, na usta zacięte stanowczo i pionowe fałdy około nich. Patrzała na niego i potężniał w niej krzyk duszy, serca: Artur, Artur przy niej! Szarpała się, mocowała nieludzko z pragnieniem rzucenia się przed nim na kolana. Niech ją bierze, niech się nie męczy, niech wie, że ona czysta, że nie należy do nikogo, bo chce należeć tylko do niego.
Wtem Artur odsunął dłoń, oczy jego padły na Elżę i utkwiły w jej źrenicach chmurne, przenikliwe, badawcze. Ostra igła tego wzroku przeszyła ją nawskroś. Artur oczami otwierał jej duszę, sondował ją, wyłuszczał z niej prawdę, sięgał w głąb serca śmiało, zaborczo, szukając w niej nie istoty uczuć, bo tę znał, lecz innej prawdy, prawdy faktu, którym się przed nim zasłaniała. Oczy mężczyzny stawały się coraz chłodniejsze w wyrazie, coraz więcej ostrza i stali było w nich. Elża straciła panowanie nad sobą, nie mogła znieść tego wzroku i jego wyrazu. Spuściła powieki, a on je oczami przepalał, przepalał. Kobieta czuła, że on na nią patrzy i, nie widząc, zaczynała rozumieć myśl, pytanie, zawarte w jego oczach. Ogarnął ją lęk nagły, jakiś przeczuciowy dreszcz przed gromem. Bała się i drżała. Artur wyprostował się i rzekł martwo, patrząc w przestrzeń:
— Szczególne uczucie... podejrzenie raczej, wkraczające niemal... w pewność, prześladuje mnie coraz natarczywiej.
Elża struchlała.
— Hm! Och... no! czyżby jednak?..
Kobieta zamknęła oczy, oblał ją żar. Czuła, że Artur znowu patrzy na nią i nie śmiała oddychać.
— Czyżby jednak?, powtórzył ciszej.
Milczenie.
Lekko, lekko pochylał się ku niej, przenikał wzrokiem jej zamknięte drżące powieki, okolone sinemi cieniami, jej twarz koloru opłatka, jej usta, z których uciekła ostatnia kropla krwi. Był jak tygrys nad ofiarą, tak zabójczym, dzikim wzrokiem przepalał ją nawskroś.
— Elly... Czyśbyś Ty... szepnął.
Elża miała wygląd zemdlonej i zupełny bezwład w sobie.
— Elly... — powtórzył głośniej z tłumionym wybuchem.
Bez słowa, bez ruchu siedziała jak martwa, tylko głowa jej opadła ciężko na piersi.
— Wiem już, rozumiem, chyba przeczucie nie myli mnie. Ty nie możesz być zamężną. Jesteś wolna.
Milczenie.
Szarpnął nią gwałtownie.
— Elly, ocknij się... mów! Jesteś wolna?!.
— Nie.