Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Artur proszony o to samo, odmówił grzecznie lecz stanowczo. Odetchnęłam. Gdyśmy się znaleźli oboje w parku, spytałam go wprost.
— Dlaczego mi pan nie pozwolił na taką dla mnie przyjemność... Tak tego pragnęłam.
Na jego twarzy drgnęły muskuły, oczy spuścił na mnie, objął mnie całą tym aksamitnym wzrokiem i rzekł miękko:
— Jednak pani odmówiła.
— Bo pan mnie do tego... skłonił... Nie byłabym, w stanie w onej minucie przyjąć zaproszenia. Za nic.
Ujął moją rękę i, odwracając ją dłonią do góry, ucałował krótko, chyląc nisko głowę. Oblał mnie żar, szliśmy chwilę milcząc, poczem on rzekł matowym głosem:
— Widok pani w tym samochodzie defilującym w tłumie, w gronie tych osób, w uniformie tych pań byłby dla mnie zbyt przykrym. Jestem egoistą, więc panią izoluję dla siebie tylko. — Unosi mię duma, że mnie pani... zrozumiała.
— Czy tylko to... — spytałam nieśmiało.
A on odrzekł ciszej z naciskiem.
— Może zbyt wiele mógłbym wypowiedzieć, ale niech mnie pani zawsze jednakowo odczuwa, wówczas wątpliwości znikną. Tego pragnę.
Szliśmy długo bez słowa.
Zupełnie, zupełnie jestem przez niego opanowana.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtem jakiś szczególny odgłos zwrócił uwagę Elży. Podniosła głowę i przez kilka chwil nasłuchiwała pilnie. Z poza okna, zda się z pod ziemi płynęło przeciągłe wycie jakby jęk żałosny.
— Co to jest?... Upiory cmentarne sabat swój odprawiają... Co to się dzieje? — spytała Elża samej siebie z przykrym dreszczem trwogi.
Usłyszała pukanie. Z okrzykiem skoczyła ku drzwiom i gwałtownie szarpnęła je. W progu stał młody Burba.
— To ty, Tomku! co się stało?
Tomek milczał, chłonąc ją wzrokiem. Elża oprzytomniała. Dopiero teraz spostrzegła, że jest w negliżu. Cofnęła się żywo w tył zawstydzona.
— Przepraszam, jestem nieubrana.
Z poza zamkniętych drzwi spytała powtórnie:
— Co się stało, Tomek?..
— Nie trwóż się... Elżo... tylko sądziłem, że jeszcze nie śpisz.
Drżący głos jego, jakiś zupełnie zmieniony, mimo trwogi, rozśmieszył ją.
— No nie śpię, ale o co chodzi?
— Słyszysz, wilki wyją, przyszedłem, aby cię ostrzec, że zaraz będziemy strzelali.
— Teraz, w nocy?...