Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jam twoja... twoja. Jeśli ty jeszcze chcesz?
Dovencourt spojrzał mocno w jej źrenice i rzekł z siłą:
— Wracasz mi życie, zdrowie, szczęście. Czy mi wierzysz?..
— Wierzę.
Ujął jej dłonie i, nisko pochylony, całował długo z niezmiernym uczuciem, pochłaniał je z wybuchem szczęścia i zachwytu.
— Umiłowana... jedyna, więc przyszłaś do mnie, wróciłaś, oddajesz mi siebie? Elly, więc już teraz przejrzałaś swoją duszę?
— Tak, wiem, że błądziłam, moja prawda tu, przy tobie jest i była. To niezwalczona moc.
Zgiął się i, przyklęknąwszy, ucałował jej kolana.
— Jesteś pierwszą i jedyną kobietą, przed którą ukląkłem. Szanuję ciebie, uwielbiam, czczę nadewszystko. Tyś moje błogosławieństwo życia.
Gdy powstał, był bardzo blady, na czole świeciły mu gęste krople potu. Elża zatrwożyła się, posadziła go troskliwie na kanapce i teraz ona, pomimo protestu, usunęła się do jego nóg. Kucnąwszy na dywanie, oparła głowę o jego kolana, on ją tulił do siebie, jak dziecko.
Po długiej chwili upojnej ciszy szepnęła:
— Czy pamiętasz te słowa: „Elly, pójdziemy razem w świat“?
— Pamiętam. I pójdziemy razem w świat, dziecko ty moje umiłowane.
Pochylony nad nią, ucałował gorąco jej czoło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża, przedstawiona przez Artura przyjacielowi, jako narzeczona, podała mu ręce serdecznie.
— Panu z serca dziękuję za opiekę nad nim w chorobie. To była moja rola i, gdybym listy otrzymała wcześniej...
— Byłoby to zbawienie dla Artura. Nie ukrywam, że stan jego duchowy, a potem i fizyczny i duchowy był bardzo ciężki, bardzo groźny.
— Nie mówmy o tem teraz — przerwał Dovencourt — nie psujmy chwili jedynej w życiu.
— Przeciwnie — żywo odrzekł Ashley — tragizm poprzedzający chwilę obecną, może ją tylko wzmocnić i powinien uwiecznić. Wyratowałem Artura z pod motoru, ale czy pani wie, że mi to ciągle wyrzucał, do dzisiejszego dnia?.. A przedtem, zanim wymyślił sobie ten piekielny sposób dla zachowania pozorów...
— James, proszę cię, daj pokój — zawołał Artur żywo i stanowczo, widząc wrażenie Elży.
Ona zwróciła się do narzeczonego.
— Czy ja życiem całym wynagrodzić ci zdołam tyle męki, tyle bólu.
Ujął jej dłonie i przytulił do ust swoich z gorącą pieszczotą.
— Wierzę, iż zdołasz, jedyna moja, bo już zrozumiałaś siebie.