Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oj, tak dziadziu — szepnęła młoda kobieta.
W jej głosie był smutek, który dotknął Burbę. Po chwilowym: milczeniu spytał.
— A czy Tomek dawno pisał?
— Czytałam dziadziowi ostatni list jego.
— A... hm — mruknął starzec — myślałem, że nie wszystkie listy narzeczonego czytasz nam, dziecko.
Elża odczuła w tych słowach jakby lekki wyrzut i ból, nic jednak nie odrzekła.
Zapadło znowu przykre milczenie. Gorska wreszcie przemówiła pierwsza:
— Minął rok od tych strasznych, przeżytych czasów, bitew rozgrywających się w pobliżu nas, rok już jesteśmy pod nową tyranją.
— A tak, i z górą rok od twego powrotu z Warszawy.
— To była okropna podróż, prawie ostatnim pociągiem przed wzięciem Warszawy, — nie zapomniemy z Tomkiem tej przeprawy.
— I on, biedak, już tak dawno na froncie, modlę się i drżę o niego od rana do nocy — westchnął Burba.
Nowe drgnienie żalu w jego głosie i nowe ukłucie w sercu niema Elży. Tak, to ona winna, że Tomka tu niema.
Burba mówił dalej.
— Cóż robić, ani ja nie potrafię być ojcem, ani Urszulka matką Gracchów, aby ofiarność dla ojczyzny przewyższała u nas uczucia rodzicielskie, łzy nam nie wysychają z tęsknoty za Tomkiem i z obawy o niego. Nie mamy nawet zapału Poberezkiego, który dlatego, że Olgierd służy w wojsku polskiem, gotów go poświęcić. Ja nie umiem się nad tym zastanowić, wiem tylko, że mogę stracić syna, ta świadomość przejmuje mnie bolesnym niepokojem. Że Tomek jest żołnierzem polskim, że walczy w „żelaznej” okrytej chwałą brygadzie — to są dla mnie kwestje objektywne, subjektywną, pod sercem leżącą jest ta, że mogę go stracić. Sądź mnie, Panie, jeślim: grzeszny i zły patrjota, ale... zachowaj mi syna.
Pan Cezary drżał na całym ciele, Elża czuła, że osłabł, bo ciężej oparł się na jej ramieniu. Spojrzała uważnie na niego i spostrzegła grube łzy na jego powiekach. Załkało głucho w jej piersi. Kochała tego starca... Wiedziona uczuciem i jakby przekonana o własnej winie, pochyliła się szybko i ucałowała gorąco jego rękę. Położył drżące palce na jej czole bez słów, poczem przyspieszył kroku. Szli owocowym sadem, wśród szelestu liści. Tu było najcieplej. Pan Cezary lubił przebywać na słońcu. Drzewa stały już szare, obrane z owoców, gdzieniegdzie tylko majaczył omszały fjolet pozostałych śliw. Pan Cezary strącił kilka laską, a gdy spadły pęknięte, ukazując złoty miód miąższu, schylił się, podniósł je i podał Elży.
— Patrz, co to znaczy dojrzałość, dojście do mety, do szczytu. Tak jest ze wszystkiem na świecie, tak jest i wśród ludzi i ich