Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I.

Późna jesień rdzawem złotem osypała Warownię. Wiązy stały ciche w miedziano-ceglastych kędziorach liści, skurczonych, gotowych do odlotu i rozpruwających się już za podmuchem wiatru. Bór prześwitywał rudzizną dębów, złotem klonów i czerwono żółtym kolorem szeleszczących brzóz; tylko makaty i ciężkie brokatele iglastych drzew zachowały swój dostojny strój nie ulegający sezonowym zmianom. Ciemno-zielone ich sylwety nadawały tężyzny niespożytej rozzłoconemu borowi. Powietrze było ciche, pełne uroczystej powagi i sytości. Białe nitki pajęczyn, pływające swobodnie, jak puszczone na wiatr srebrne włosy, czepiały się rżysk, omotywały drzewa i kładły się spokojnie długiemi pasmami na brudno-żołtej trawie. Od czasu do czasu przeszedł powietrzem huk przytłumiony, a wówczas złoty grad liści spadał z wstrząśniętych zlekka drzew i białe włosy babiego lata zachwiane kołysały się żywiej w przestworzu.
Był ranek. Dwór stał milczący zatopiony w ciszę, tylko duże stado gołębi trzepotało się na łamanym dachu domostwa, gospodarując i gruchajac zapobiegliwie. W pewnej chwili wyszedł na ganek pan Cezary Burba, siwy już i ociężały, ale był dość silny jeszcze, bo, opierając się na kiju, zeszedł sam ze schodów i rozglądał się dokoła. Drgnął, usłyszawszy głos nad sobą.
— Niech dziadzio zaczeka, zaraz przyjdę.
Spojrzał w otwarte okno i uśmiechnął się.
— Już nie śpisz dziecko... Właśnie czekam na ciebie, pogodę mamy słodką, chciałoby się pochodzić.
Za chwilę szli razem. Elża prowadziła starca pod rękę, słuchając jego opowiadania o jesiennych urokach wsi i lasu.
— Wszystko się teraz zmieniło — westchnął Burba — więc i rykowiska ciche, armaty wystraszyły łosie, jelenie, wszystko spłoszone. Zmieniło się wiele na świecie i ciągle się jeszcze zmieniać będzie, więc zaszły zmiany i w Warowni.