Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


więcej. Nas tu wilki opadną, zanim się baba przywlecze, a ty się spóźnisz.
— Dokąd?...
— Masz tobie. Zapomniałeś?...
— A... a!... Uprzedziłem Karolcię, że dziś zjawię się późno.
— Zbeczy się biedactwo i będzie wyglądała brzydko z czerwonemi oczami.
— Pojadę do niej jeszcze dziś.
— Ty z nią za delikatnie postępujesz.
— Jakto, nie rozumiem?...
— No, bo z taką tam dziewczyną... ceregiele...
— Ona mnie kocha.
— To tem lepiej... i łatwiej.
— Ty tego nie pojmujesz, Melu, a to takie proste. Słyszysz... janczary, więc jednak nie myliłem się, ten punkt to sanki. Patrz...
— Prawda! Zbliżają się. Wiwat! jedzie baba. Ogromnie jestem jej ciekawy pomimo jej pięćdziesięciu lat. Zawsze trochę przywiezie z sobą tchnienia Zachodu, którego się już tak dawno nie odczuwało.
Obaj ruszyli końmi kilka kroków naprzód, do drogi, patrząc na rozbiegane czarne bachmaty, które z prychaniem i dzwonieniem uprzęży nadbiegały, jak lewiatany, waląc z góry kopytami po wyślizganym torze. Ponad czarną masą końskich spasionych ciał czerniała wielka figura stangreta w kożuchu i futrzanej czapie.
Tomasz Burba poczuł jakiś szczególny dreszcz, krew napłynęła mu do mózgu gorącą falą.
— Co u djabła! — syknął.
— Co mówisz? — spytał Mel Uniewicz, lecz Burba szarpnął koniem i wyskoczył na środek drogi.
— Stój! — krzyknął donośnym głosem.
Stangret wstrzymał kłusaki. Z sanek wychyliła się niekształtna postać okutanej w futra kobiety.
Burba zdjął czapkę i przemówił grzecznie, pochylony lekko do przybyłej.
— Jestem Tomasz Burba, a oto mój przyjaciel, Melchjor Uniewicz.
— Wielki koniuszy dworu Burbów — dodał z ukłonem przedstawiony.
— Przyjechaliśmy tu na spotkanie pani, by ją przeprowadzić przez bór, w którym zdarzają się napady wilków — dokończył Burba.
Stangret dodał uwagę od siebie.
— Dziś straszno jechać, konie czujne aż dziwno, rwą się jak odurzałe i chrapią. Gromniczna tuż, to teraz najgorzej.
— Niech się szanowna pani nie lęka — rzekł Uniewicz — mamy broń i zresztą jesteśmy tu jako jej eskorta. Nie dopuścimy do wypadku.