Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyszliśmy z muzeum.
Burza ryczała na morzu, wicher szarpał drzewami i huk potężny trwał, jakby się waliły skały. Znaleźliśmy na szczęście zakryty automobil. Uniósł nas szybkim pędem. Milczenie trwało. Paląc cygaro, przez błękitny dymek obserwowałem jej twarz pobladłą i oczy pałające podnietą, skierowane na morze.
— Czemu ty nie jesteś taką, jakich spotykałem mnóstwo na swej drodze, czemu trzymasz mnie, jak lwa na uwięzi. I ja, ja nie mogę zerwać tych pęt.
Samochód stanął przed żelazną bramką, wiodącą do ogródka willi. Celowo nie kazałem podjeżdżać od ulicy. Wysiedliśmy. Szła przedemną prędko, nerwowo, Wbiegła na pustą werandę. Zjawił się lokaj, otworzył drzwi od korytarza. Weszła śmiało, jak zawsze, eleganckim, swobodnym krokiem, szeleszcząc dyskretnie suknią. A ja cynik, ja życiowy pesymista, złośliwy krytyk kobiet, sarkasta, idąc za nią, czułem... że mi serce bije. Per Bacco, to nadzwyczajne! Pozostało kilka kroków do drzwi mego pokoju, wyprzedziłem ją, by je przed nią otworzyć, Nagle...
Zwróciła na miejscu i bardzo blada, lecz pozornie spokojna przemówiła lekko stremowanym głosem, nie patrząc na mnie.
— Zjemy podwieczorek na werandzie. — Proszę tam podać czekoladę — dodała — wprost do lokaja.
Zdumiony, zły, wściekły, ale z udaną obojętnością, powtórzyłem jej polecenie służącemu i podążyłem za nią. Siedziała przy stoliku w zaciszu, wśród ukwieconych pomarańczowych drzew, ściągała nerwowo rękawiczki, nienaturalnie wesoła. Usiadłem naprzeciw. Rozszarpałbym ją za ten okropny zawód, za to, że... znowu mi się oparła.
— Dlaczego to pani zrobiła? — syknąłem.
— Tak chciałam.
— Czy pani już jechała z takiem postanowieniem, był ten zamiar?...
— Nie.
— Zatem?...
— Zdecydowałam inaczej w ostatniej chwili.
— Więc mi pani nie ufa?
Długa chwila milczenia. Wzrok miała spuszczony na rękawiczki, usta jej drżały.
— Ani panu, ani... sobie.
Rozbroiła mię odrazu i zaimponowała mi. — Długo trzymałem jej dłonie przy swych wzburzonych ustach, z rozkoszną podnietą patrząc na jej krwisty rumieniec; gorące wargi jej płonęły, a jam jej dotknąć nie śmiał. Nie tylko jej słowa, usta jej mówiły, że pragnie... i... walczy.
Była dla mnie w tej chwili siłaczką.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .