Strona:Helena Mniszek - Verte T.2.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Śpią durnie, a pani im czyta takie piękne rzeczy. Oni się na tym rozumieją jak... woły na marcepanach. Tfu, puste łby...
— Panie Krywejko...
Ale Sybirak, zwykle spokojny i cichy, wpadł we wściekłość.
— O gnoju im czytać, o wołach, jakiemi są jeden z drugim, ale nie o świętej idei naszych męczenników, nie o Skardze.
— Oni wiedzą, kto to był Skarga i Kochanowski — broniła Elża. Zanadto się uniosłam w tym okresie, przyznaję, stał się dla nich niezrozumiały. To moja wina. Ale ja im to wytłomaczę. A przedewszystkiem — zwróciła się do kursistów — kto to był Skarga?
Milczenie.
— No, przypomnijcie sobie, proszę, kto to był Piotr Pawęski, o którym wam tyle opowiadałam, tak ciekawie słuchaliście przecie.
Milczenie.
— Więc zapomnieliście? — W głosie Elży był żal, przykrość odmalowała się na jej twarzy.
— Ksiądz — bąknął wreszcie jeden głos — zabity bez króla, akurat ci wtenczas, kiej święty Stanisław Kostka odprawiał mszę na Wawylu, co leży na Skałce.
Gorska poczerwieniała z oburzenia, ale cierpliwie jęła na nowo tłomaczyć obszernie o Skardze, o Stanisławie Kostce i o Kochanowskim poczem popularyzowała najprzystępniej ostatnie majaczenia studenta w czytanej noweli.
Ale gdy w trakcie tego wykładu Krywejko dostrzegł znowu jedną głowę kiwającą się, młodego zaś parobka rozpoczynającego nowe manewry przy ohaftowanym łonie rozanielonej bogdanki, wówczas nie wytrzymał, śpiącego sturchnął w bok, a do erotycznej pary syknął przez zęby.
— Do stodoły z amorami a nie tu, kiedy pani was uczy, bydlaki.
I wyszedł z izby, splunąwszy.
Po lekcji Uniewicz i Elża wracali do dworu. Mżył deszcz jesienny, ciche szmery wydawał lasek przydrżony. Wieczór był ciemny, wilgotny, błyskający z daleka wesoło szeregiem oświetlonych okien dworu. Uniewicz zauważył:
— To niezwykła illuminacja przy obecnym braku nafty, zapewne są goście.
— Tego tylko brakło. Jestem tak zdenerwowana.
— Spostrzegłem już dawno, że pani unika ludzi, to zły objaw.
— Przeciwnie, dobry, dający gwarancję, że będę domatorką w przyszłości. Poszukiwana zaleta... żony.
— Niepodobne to do pani. Ale dziś zdenerwowała się pani niepotrzebnie. Krywejko miał słuszność, nagadawszy im trochę. Zapał pani zgaśnie, zalany brutalnie głupotą tych bezmózgowców. To jeszcze pnie w grubej korze.