Strona:Helena Mniszek - Verte T.1.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jaka pani wrażliwa — rzekł patrząc na mnie uważnie. — Potęga tego statku maluje się nie tylko w słowach, lecz i w oczach pani. Pani ma wyraz jakby... upojenia. Och no, chyba się nie mylę.
— Upaja mnie ta siła, a głównie hymn.
— Wspaniały! prawda? Nawet nie jest zbyt melodyjny.
— Ale potężny. Niech pan patrzy jak pancernik maleje.
Wskazałam mu statek, bezmiernie zdziwiona. Wielkość jego istotnie zmniejszyła się zdumiewająco. Coraz cichszy odgłos trąb umilkł zupełnie: statek wypływał na pełne morze. Wtem głuchy, ale wstrząsający huk rozdarł powietrze. Krzyknęłam lekko.
— To salwy z dział pancernika.
Nowe strzały zgromadziły całe towarzystwo na brzegu.
— „Wellington” żegna Villefranche po królewsku, — rzekł Chreptowski, gładząc swoje hajdamackie wąsy.
— Patrzmy teraz, — zwróciłam się do Artura.
Statek przestał grzmieć, kurzył tylko czarnemi słupami dymu i sunął naprzód zupełnie przeistoczony. Fizjonomja jego stała się całkiem odmienna; na pełnem morzu zmalał, skurczył się, wysmuklał i jakiś podkasany w sobie, pokorny śmigał po ciemnej fali, bez cienia dumy i poprzedniej pychy. Jakby go przeraziła potęga roztoczy wodnej. Teraz morze miało wygląd dyktatorski, statek zaś jak niewolnik poddawał się jego władzy, zdając swe losy na jego łaskę i niełaskę. Widok był tak plastyczny i pełen wyrazu, że Dovencourt uśmiechnął się.
— Skapitulował. Wygląda już, jak wasal przed suwerenem.
— Odniósł pan to samo wrażenie, co ja, — zawołałam z żywością.
— Czy panią to cieszy? — spytał.
— Bardzo, to dowód, że...
— Niech pani dokończy...
— Że... że pan jest subtelny w obserwacji.
— Och... pani nie to chciała powiedzieć. Per Bacco! zupełnie nie to...
— Więc, niech pan dokończy — palnęłam śmiało.
— Że się rozumiemy... i ten szczegół sprawił pani przyjemność.
— Tak, — odrzekłam z uśmiechem i zwróciłam się odrazu do Chreptowskich.
W drodze powrotnej szliśmy pieszo kawał drogi. Zboczyliśmy w jakąś dolinkę, gdzie mała ferma ugrzęzła w zieleni bluszczów, a mury zatrzęsione były pnącemi różami. Towarzystwo rozdzieliło się. Podeszłam do muru, który płonął w krwistych różyczkach. Nisko na drabince siedziało pięcioletnie „bambino” włoskie, czarne, jak mały negr, kudłate,