Tajemnice Londynu/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


TAJEMNICE
LONDYNU
przez
Sir Franciszka Trolopp,
z francuzkiego przełożył S......P......

TOM I.

WARSZAWA.
NAKŁADEM S. H. MIERZBACHA KSIĘGARZA,
przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1845.






PRZEDMOWA.



Kończyłem właśnie ostatnie rozdziały Tajemnic Paryża, książki francuzkiego romanso-pisarza, pana Eugeniusza Sue, którą, mi przysłał wydawca K***, właściciel jednego z najlepszych naszych przeglądów; a wtém odwiedził mię i on sam.
— Wszak prawda, Sir Franciszku Trolopp, rzekł mi, nie zdając się przywiązywać wielkiéj wagi do słów swoich, że książka pod tytułem: Tajemnice Londynu, byłaby użyteczną, i interessującą, i że pan uczyniłbyś ją zajmującą i prawdziwą, pan który pod czas licznych podróży swoich mogłeś był porównywać obyczaje nasze z obyczajami naszych sąsiadów, który czynne swe życie przepędziłeś już to w gronie najwyszukańszych towarzystw, już w miejscach najbardziej tajemniczych; który jednocześnie uczęszczałeś do brudnych szynkowni w Saint-Giles, do salonów przy Belgrawe-Square i klubów w Pall-Mall?
— Tak, książka ta jest do napisania, i wyświadczy przysługę ludzkości kto zdoła, odkrywając występki, zniszczyć prawa uwieczniające nędzę ludu i przesądy wstrzymujące wszelki postęp socyalny. — Ale strzedz się będę, abym nie dotknął tego wulkanu, abym nie poruszył téj wrzącéj lawy; mogłaby mię spalić, a straciłbym niezawodnie moje prawo krytyka. Ach! gdybym nie był tyle leniwy, gdybym zdołał skreślić całkowity plan tego utworu, równie romansowego, jak i filantropijnego!.... gdyby pióro moje, giętko zdołało skreślić uczty Windsoru, stan kantorów w Cornhill, nieokrzesanie przewoźników z India-Docks!... daję ci słowo kochany K***, napisałbym dzieło, którego byłbyś wydawcą.
— Przeznaczam pięć set gwineów do rozporządzenia Waszéj Wysokości, za każdy tom, który mi w tym przedmiocie dostarczyć raczysz, rzekł K*** zdradliwie.
Widząc że się zapalam i dla większego mię podżegnięcia, zawołał:
— Tu to właśnie mogłaby się wyćwiczyć pańska fantazya; tu mogłaby marzyć pańska wyobraźnia!
— Marzenia! ależ to najsprawiedliwszy ze wszystkich zarzutów, jakie można uczynić książce francuzkiéj! Urojenia! kiedy autor miał tyle prawdy w około siebie. Jakoż Tajemnice Paryża w oczach każdego dostrzegacza zawsze będą niekompletnymi. Tajemne nadużycia, wstydliwe występki, rany ukryte, które pan Eugeniusz Sue zapomniał umieścić w ramach swoich, dostarczyłyby mu były silniejszych argumentów i niezbitszych dowodów, aniżeli wyobrażenia, nad którą się unosisz, a która nim łatwo powodowała. Sto razy byłbym od niego winniejszym, gdybym się do wyobraźni uciekał, kiedy Londyn pełną garścią podaje mi nadużycia i dziesięć kroć tyle tajemnic! Po cóż robić się Rafaelem, kiedy trzeba być tylko kopistą?
Wyobraźnia jest błędem, kiedy pracujemy nad przygotowaniem reform społecznych; jeżeli chcemy przykładów, ważną jest rzeczą unikać wszystkiego co się mija z prawdą, bo czytelnik raz oszukany, nie uwierzy reszcie dzieła. I cóż jest ten Rudolf, rodzaj socyalnego Don Quiszota, którego wszystkie piękne czyny mają śmieszną stronę, lub tchną okrucieństwem? Cóż więcéj urojonego, jak ten Murf tyle przywiązany, ten Mentor wyłysiały, ten Merkury bez skrzydeł, ten Kaleb przebrany za szambelana? Cóż bardziéj niebezpiecznego jak Marya], ten kwiat na zawsze zdeptany, którego łodygi najświętsza nawet ręka nie zdołałaby podźwignąć? A ów Szuryner, ugłaskany zwierz dziki, któremu sam autor wymierza sprawiedliwość, i mimo odrazy ku karze śmierci widzi się przymuszonym zabić go; ten Polidori, szarlatan obrzydliwy i przesadzony; ten czerwony Jan, straszliwe widmo, którego Walter-Scott nie chciałby umieścić w najśmielszych swych kartach; ten kulas, szczep występku w dzieciństwie; ten szkielet, ci zbójcy, awanturnicy wszelkiego czasu i kraju, i do czegóż służą oni w końcu, który sobie autor założył? Czyliż ich obecność nie dąży do oddalenia ufności czytelnika, a tém samém czyliż nie szkodzi przyjęciu myśli o reformie tak wzniośle naprzód przez autora posuniętéj? A dramat! dramat! jest w nim dziesięć szkiców, a żaden nie wykończony.
Tak jest, dramat słaby z powodu swéj żyzności, nie podobny do prawdy, z powodu zbytniej pretensyi do prawdo-podobieństwa. Ów Rudolf, co się obiera obrońcą moralności, co chce zwalczyć wszystkie przesądy i ukarać wszystkie występki niedosięgnione prawem; ów mówię Rudolf, jest to osoba urojona, a co gorsza nieprzypuszczalna! We Francyi, wśród miasta, którego policya jest czynną i czujną, mały sąd kryminalny przy wdowiej alei, wkrótce byłby odkryty, a książę, zuchwalszy jak Krystyna Szwedzka, nie uszedłby kary; musiałby zmykać! I jakiémże zaiste prawem człowiek ten mógłby sobie powiedzieć: to jest dobre, a to złe, to nazywać się będzie występkiem, to znowu szlachetnym czynem; Szuryner jest to istota pragnąca poprawić się; Gualeza, ta dziewczyna bez imienia, zasługuje na największe współczucie; kassyer Germain skradł w dobrym zamiarze; pani d’Harville nic złego nie uczyniła doprowadzając męża swego do samobójstwa? Ale puhaczka będzie miała pogruchotaną głowę, Jakób Ferand zginie w męczarniach; bakałarz, ten potwór straszliwy, bez wątpienia, zostanie pozbawiony wzroku! zamiast śmierci popełniona zostanie obrzydła katusza. Czyliż to jest jedna z reform opisywanych z takim zapałem!.. Oślepienie, ten projekt pochodzący od jednego z naszych filantropów zmarłego w Bedlam, któremu lady Helena Blessington oddaje sprawiedliwość, trafnie mówiąc:
»Gdyby tym sposobem traktowano wielkich zbrodniarzy, konsumowałoby zbyt wiele psów, a ślepi od urodzenia byliby uważani za uwolnionych więźni.«
Jeżeli mamy prawo zabijać mordercę, czyliż wolno nam zadawać mu cierpienia i odcinać członki? Śmierć, tę karę wszelkich ludów i czasów, przyjęli równie deiści jak i materyaliści, wymierza ją społeczność cała odwołując się wtém do Boga, w celu dopełnienia kary lub szybkiego wynagrodzenia niewinności: społeczność nie działa tylko dla samego postrachu, co według autora jedynym jest tylko pożytkiem. Postrach, ten zgrozy pełen wyraz, zdaje się dowodzić fałszywości tylu świetnych paradoxów, kara bowiem, którą ponosi ślepy, okropniejszą jest jak pozbawienie życia, bo niewinny tym sposobem ukarany żyć może długi czas, a kaci jego nie będą mogli osłodzić losu, który mu zgotowali.
Atak najświetniejsze ulepszenie jakiego żąda moralista, to zniesienie kary śmierci, tak często kwestyą stanowiące, to podstawianie kaźni okropniejszéj niż kara, któréj wymiar może być błędnym, wszystko fałszywém jest w zasadzie i moralności!.... Zaiste, przed projektowaniem z taką sztuką i potęgą tak znakomitych reform, potrzeba naprzód być prawdziwym! krótki rozbiór książki pana Sue przekonałby o nicości téj wojny wypowiedzianéj prawom i przesądom. Tyle przykładów dowodzi, że tajemnice wielkiego miasta nie wszystkie są w czynach; są one także w myślach, w zamiarach, a prawdziwa mądrość prawodawcy zależy na ustanowieniu instytucyj mogących się zastosować równie do przyszłości, jak i teraźniejszości.
Ah! gdybym miał potrzebną odwagę do przedsięwzięcia podobnéj książki, gdybym miał ten talent, dowcip i doskonałość w spostrzeżeniach, które mimo tysiąca błędów zjednały panu Sue najsprawiedliwszą sławę, łatwo mógłbym w pamiętnikach moich znaleźć historyą prawdziwą, dramat zajmujący, któreby wykryły niezmierny ogrom i nieograniczone upodlenie ludności Londynu, tyle prostej w obec cudzoziemca, tyle skrzywionéj w obec swych bogaczy i lordów. Jakże ciekawy widok przedstawiałyby owe uczty patryotyczne! owe meetings, tak poważne a konieczne! owi deputowani powstali z pieniędzy i ogłoszeni przez najświętszą namiętność! ów parlament, rodzaj teatru, w którym się odgrywa tyle dram w obec stu klaskaczy tajemniczo opłaconych! ów dwór młodéj i pięknéj królowéj, na którym najgorętsze żądze wyradzają się w pałające intrygi, mające na celu księcia niby Króla! a owe domy obłąkanych, zamykające w sobie tyle pięknych rozumów zgasłych przez ambicyą, miłość, czasem przez tajemniczy występek! a owe ministerya, w których żyje świat oddzielny! a nasze kulisy, których prima donny, nędzne figurantki wysłane przez naszych sąsiadów, kaprysem jednego księcia przemieniają się w ladys, lub wolą jednego nababa w milionowe panie! a nababowie sami nadęci krezusowie w okazałych pojazdach ze wzruszeniami niepowrotnie już postradanemi! a to prawo starszeństwa z potwornémi nadużyciami, rodzaj anomalii w obyczajach narodu, którego każdy obywatel namiętnie kocha swe dzieci, a wydziedzicza je mimo woli! nasze młode dziewice, nasze żony wychowane w takiéj skromności i przyzwoitości, zbyt częste ofiary naszych społecznych przesądów! nasze opieki, krwawa plaga, którą samolubne prawodawstwo nadaje pełnoletniemu człowiekowi moc uciskania małoletniego co niema podpory! Nasze fabryki, w których silny ze słabego, bogaty z ubogiego wydobywa materyę ożywioną nielitościwym przemysłem! nasi majtkowi, mieszkańcy Tamizy, zawsze wojujący z naszą lądową ludnością, którą tak mocno nienawidzą! i nasi kupcy z City z ich stanowczémi pomysłami i stanowczémi spółkami! i Irlandczycy, paryowie naszego miasta, skazani na najprzykrzejsze prace, Irlandczycy! których sama nazwa obraża Anglików! Zapomnęż o tym Londynie podziemnym i nocnym, z jego oddzielną ludnością zawsze gotową do mordu, zawsze czuwającą skoro zapadnie słońce.
Nie! nie! wszystko to miałoby miejsce w tej książce, w któréj potrzebaby odsłonić złą stronę praw naszych, tak przeciwnych w zasadzie prawom francuzkim! Dowód świadczy, że teorya różną jest od praktyki, i że te same środki, rozmaitemi drogami, prowadzą jedne do szczytu szczęścia, a drugie w samą otchłań ubóstwa! Jakże wymowną książką jest opis tego miasta hałaśliwego, w którém wszystko klęka przed złotem, w którém każda nędza ginie w rozpaczy! Co za rama do umieszczenia obrazu dumnego występku, gnębionego ubóstwa, pochlebianego bogactwa, niepoznanéj ludzkości! Jednak dla sprzysiężenia się na tyle złego, opisanoby także to nieustające działanie, silne i tajemnicze, pochodzące od wzburzonego ludu, głuche a istniejące od wieków, działanie, które się zawsze opiéra, jeżeli nie ustaje! Ten naród ze swémi tajemnicami, z niezmierną swą siłą, ma sam sposób zwyciężenia i pognębienia złego jeniuszu, który unosi się nad wielkiém miastem.
Nie będzie to niemiecki królik, stworzenie bezwątpienia nadzwyczajne, ale łatwo silniejszą dłonią mogące być zgruchotaném, mogące utracić byt swój dostojny u drzwi podejrzanego miejsca! Nie, nie obrałbym dla podźwignienia zgnębionéj ludzkości tego śmiałego mściciela krzywd na nieszczęście nieuszczęśliwionych; zaniechałbym tych nadzwyczajności zbyt nieznanych; ale przyjąłbym rozczulającą panią d’Harville, opatrzność salonu, w opozycyi z naiwną Rigoletą, tym aniołem poddasza; przyjąłbym okazałego Saint-Remy zepsutego dandy, płatnego Lowelasa, jako kontrast z nędzą rzemieślnika Morela, tego tak starannie wyrobionego z dyamentu typu odwagi, cierpliwości i rezygnacji. Ale wówczas pragnąłbym i przykładnéj kary i świetnéj nagrody. Nie będąc optymistą przez system, nie przypuściłbym, że wszystko jest złem w najgorszém nawet świecie, upiększyłbym historyą moję zachwycającemi rysy Cecylii, w któréj zapał Kreolki łączy się z całą sztuką paryzkiego uwodzenia, niepogardziłbym również małżonkami Pipelet, zabawnym obowiązkiem Filemona i Baucidy, dwugłowym cerberem, spotykanym przy każdych drzwiach środkowego Paryża.
Gdybym więc pisał tę książkę, pragnąłbym nadewszystko powołać w niéj do Boga cierpiącą ludzkość! widziałbym córkę ludu upodloną, lecz ocaloną od złego instyktem pospolitym; wielką damę powołaną do czynienia dobrze prostym głosem obowiązku; występek ukarany występkiem, a wielkie cnoty wszystkich wieków, wiarę i nadzieję, utrzymywane miłością.
Taki byłby moralny i intellektualny cel książki mojéj. W pomoc przyszłyby mi wszystkie śmieszne nadzwyczajności naszych John-Bullów, wszystkie karykatury naszych klubów, zgromadzeń, teatrów i kawiarni, cała komiczna próżność planów naszych i projektów politycznych, a godłem mojeém byłoby ogólne zepsucie, na wyborach, w gabinecie, izbach, na dworze i w mieście; hypokryzya okryta płaszczem cnoty w towarzystwach filantropijnych, i szczerość zwana występkiem w towarzystwach wstrzemięźliwości; chytrość zamiast jeniuszu; niewiadomość, nieuczciwość.
— Brawo! Sir Trolopp, zawołał wydawca K***, przerywając mi, książka twa już skończona! Dałeś słowo i winieneś mi Tajemnice Londynu.
— Ja, czyż zrobiłem jaki plan?
— Tak jest, nie postrzegając się, rozwinąłeś pan wyborny projekt do książki socyalnéj, romantycznéj, dramatycznéj i bawiącéj.
— Mogłem rzucić kilka pomysłów, ale do pisania dzieła nie jestem zdolny!
— Czysta skromność! Mam pańskie słowo, powtarzam, i pan mi tego niezaprzczysz.
— Ależ pożyczać tytułu u autora francuzkiego....
— Po cóż te skrupuły? — Wszak on u nas także pożyczył stangreta pana de Saint­‑Remy, przekopijował bogatego żokeja pana Derby d’Ascott i boksy Rudolfa, które są oryginalnie angielskie. — Będzie to zresztą niejako wywzajemnieniem się ze strony Waszéj Wysokości, która za nadto surowo skrytawała pana Sue. Naśladując jego tytuł, oddajesz pan hołd jego talentowi i powodzeniu. Do widzenia Sir Trolopp! za godzinę przyszlę panu pięćset gwineów.
I takim to sposobem wpadłem w sidła wydawcy. Teraz kiedym zganił formę i grunt książki powszechnie chwalonéj, czyż zdołam napisać lepszą? Zdaje mi się że to będzie trudno! Sprobuję, napiszę inną.



CZĘŚĆ PIERWSZA.



NOCNI DŻENTELMENOWIE.
(The Gentlemen of the night.)
I.
MGŁA.

Było to w listopadzie, w niedzielę, wieczorem; poczciwy kapitan Paddy O’Chrane siedział przed olbrzymią szklanką groku w głównym salonie szynkowni Pod Koroną.
Był to Irlandczyk na sześć stóp wysoki, a na sześć cali szeroki, ubrany w niebieski frak z czarnemi guzikami, w żółte spodnie spięte na sprzączki około grubych jedwabnych pończoch i w szerokie nieszuwaksowane trzewiki.
W drugiéj stronie głównego salonu (the parlour)[1] siedział pięćdziesięcioletni mężczyzna godnéj i spokojnej fizyonomii, ubrany przyzwoicie.
Nieruchome jego oczy świadczyły że nie widzi. Przychodził czasami do szynkowni, gdzie znano go pod nazwiskiem ślepego Tyrrela.
Mistress Burnett, władczyni miejscowa, której tronem był naturalnie kantor, kiedy niekiedy przysuwała się do kapitana Paddy aby mu powiedzieć wdzięczne słówko, bo bardzo widoczną było rzeczą, że był to zwyczajny gość tego domu.
Dziewczyna posługująca stała w pośród dwojga drzwi.
Dziewczyna ta byłaby próżnując zrobiła majątek, wczasach kiedy artyści byli książętami i za modele płacili wagą złota. Bo też cudownie była piękna. Nad jéj czołem, którego profil przypomniał ideał starożytnych obrazów, rozpromieniała się, ze tak powiemy, niezachwiana i spokojna godność. Długie jéj czarne włosy wypływając z pod czepeczka, w gęstych puklach spadały na wpół obnażone ramiona. Wspaniała postawa, łącząc z krzepkością wdzięk ujmujący, dodawała blasku pysznéj twarzy, podobnie jak szlachetny piedestał wyświeca całą wartość posągu.
W rysach jéj panował typ izraelski, a kolor brwi nie oznaczał bynajmniéj angielki.
Stała. Gardząc wszelkim punktem oparcia, nie schylała wcale pysznéj swéj kibici, któréj niewzruszone profile zdawały się być marmurowemu — Czarne jéj duże i otwarte oko było zamglone i bez odblasku, jak oko jasnowidzącéj. W muszkułach jéj twarzy nie było żadnego ruchu. Krzyżowe światło lamp obijało się o blade jéj czoło i ginęło w niem jakby w krysztale bez połysku.
Na nią to ślepy zwracał bez ustanku niewidome swe oko, posilając się tymczasem powoli ocukrowaném winem. Gdy nie pił, usta jego ruszały się. Zdawał się prowadzić jedne z tych poufałych rozmów, jaką ludzie pozbawieni wzroku częstokroć wiodą sami z sobą.
Do sali ogólnej (the tab) przybyło razem ze dwadzieścia indywiduów, swoim ubiorem w nieładzie bardzo podobnych do flisów z Tamizy; indywidua te stojąc piły małym kieliszkiem czysty arak (gin).
— Zuzanno! rzekł kapitan Paddy O’Chrane, zmięszaj mi, moje serce, za sześć pensów araku z zimną wodą, bez cukru.... Wpuść trochę cytryny, Zuziu!
Dziewczyna, któréj wydano ten rozkaz, nie słyszała go i nie ruszyła się.
Niech mię czarci porwą, ona niesłyszy! zamruczał kapitan; widzę, że będę musiał zawołać pani Burnett... Mistress-Burnett!
Udzielna władczyni szynkowni pod koroną weszła majestatycznie, lecz zarazem z niejaką względnością. Była bardzo czerwona, bardzo krótka, nosiła czépek, którego dno koronkowe miało pewno dwie angielskie stopy szerokości.
— Niech mię Bóg ciężko skarze, pani Burnett, mówił znowu kapitan, jeżelim nie wołał Zuzi.. ale żeby i Vanguard strzelił jéj nad uchem ze 48 funtówki, niech mię djabli porwą pani Burnett, ona stać będzie wryta jak pień.
— Zuzanno! wrzasnęła mistress Burnett głosem stentora.
Ślepemu nieznacznie zadrgały powieki. Dziewczyna nie ruszyła się.
— Patrz pani! dla Boga! rzekł kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, do wszystkich djabłów! że nieraczyłaby odpowiedzieć samemu nawet lordowi majorowi.
Gdy to mówił kapitan, mistress Burnett rzuciła się ku Zuzannie i mocno wstrząsnęła ręką.
— I cóż! niegodziwa, cóż to sobie myślisz! rzekła w gniewie.
Piękna dziewczyna cofnęła się w tył i cała zaczerwieniała. Królowa pozazdrościłaby jéj mimo chętnego giestu jakim odpowiedziała na grubijański zamach swéj pani. Było to poruszenie tak nagłéj wyniosłości, tak prawdziwéj godności, że pani szynkarka stanęła z otwartą gębą, niemogąc ani słowa przemówić.
Ślepy uśmiechnął się w téj chwili i potarł ręce, jakby mu przyszła nagle wesoła myśl do głowy.
Ale Zuzanna bardzo prędko przybrała zwykłą postawę ponuréj obojętności, zagasł blask pięknych jéj czarnych oczu. Mistress Burnett odzyskała odwagę.
— Dajże tu chléb nieszczęśliwéj! rzekła; przyjmij żebraczkę zupełnie nagą! zamiast wdzięczności, zniszczy ci zakład, zniechęci gości....
— Mistress Burnett, przerwał kapitan, do szatana! nie myślałem narobić tyle hałasu... Puść tam do licha tę biédaczkę!... a daj mi groku.
Szynkarka usłuchała, ale obrażona tonem niezwykłéj porywczości jaki z nią przybierał kapitan, chciała się za to pomścić i jak to zwykle robią pospolite kobiéty w każdym kraju, uderzyła Zuzannę pięścią w nos.
Piękna dziewczyna uśmiechnęła się pogardliwie. Ślepy łyknął od razu resztę ocukrowanego wina.
— Nie oddałbym mego wieczoru za sto liwrów, mruknął. Piąta godzina wybiła na zegarze w szynkowni. Osoby pijące w sali ogólnéj poruszyły się, coś poszeptały, a jeden z nieb, wielki chłopak postaci Herkulesa, wetknął głowę przezedrzwi do sali głównéj.
Kapitan wstał natychmiast.
— Dobrze Turnbull! dobrze łotrze! mruknął zapinając po wojskowemu swój ciasny niebieski frak. Zuzanno!... zobaczycie, że mię nie usłucha.... Mistress Burnett! wrócę dziś wieczór, kochana pani, albo djabli mię wezmą! Każ proszę przygotować groku...
Kapitan wziął laskę i wyszedł z szynkowni. Flisi już go poprzedzili. — Wszyscy razem udali się ku Lower-Thames-Street, jedynéj wielkiéj ulicy oddzielającéj ich od Tamizy. Szli małémi gruppami po trzech lub cztérech, udając pijanych, śpiéwając na zabój. Paddy postępował za nimi o dwadzieścia kroków w tyle.
Przechodząc przed bramą Custom-Housse[2], przy któréj stało kilku celników palących przemycane cygara, Paddy poniósł rękę do kapelusza.
— Wesołe łotry, panie Bittern, rzekł pokazując na lisów.
— Wesołe łajdaki, panie O’Chrane, odpowiedział celnik.
— Djabelska mgła, dodał Paddy.
— Piekielna panie! piekielna.
Paddy połączył się ze swoimi flisami na pustej uliczce wiodącéj ku Tamizie, w końcu Botolph-Lane. Przybyli w jak największéj cichości i przyszli do bardzo zniszczonych schodów. Kapitan rzucił w około siebie wzrok przenikliwy, a widać, że nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, bo dał znak i flisi bez hałasu zaczęli zstępować po schodach.
— Kto dziś na straży? spytał Paddy.
Dwaj ludzie wystąpili z szeregu.
— Saunie i Patrik? rzekł znowu kapitan; czuwajcież dobrze łotry... a wy daléj na łodzie!
Saunie i Patrik zostali na schodach, i owinąwszy się w ciężkie płaszcze, rozciągnęli nieruchomie na ziemi.
Inni flisi i kapitan Paddy O’Chrane zajęli w równéj liczbie trzy łodzie, czarne, wysmuklę, których pokłady mało co wystawały nad powierzchnią wody.
— Daléj do wioseł, rzekł po cichu Paddy dowodzący łodzią admiralską; płyń!
Trzy łodzie jak najciszéj odbiły od brzegu, omijając i torując sobie z wielką trudnością drogę między statkami wszelkiego rodzaju, które zalegały oba brzegi kanału Tamizy.
Gęsta mgła, prawie dotykalna i cała nasiąkła ciężkiemi waporami ziemnego węgla, pokrywała rzekę, jakby ogromny całun. Gdzie niegdzie tylko błyskały oddalone ognie, bo na okrętach stojących na kotwicy prawie już wszystkie pogaszono światła. Nie było nikogo, ani na czółnach, ani na szalupach. Czasami tylko zapomniana lampa dogorywała nad głową uśpionego strażnika.
Było to w niedzielę wieczorem. — Interesa spały. Po za opuszczonémi, lub strzeżonémi przez lunatyków okrętami, Southwark i City pokazywały swe przyćmione gazy i szkarłatne szyby swych szynkowni, z których w rzadkich i nieharmonijnych wybuchach dawały się słyszeć śpiéwy ponurego i ciężko opiłego pospólstwa Londynu.
Trzy łodzie admirała Paddy O’Chrahe dostały się nakoniec do środkowego kanału, i zaczynały wypływać na rzekę.
— Piękny czas, Tomciu, mój chłopcze, piękny, albo niech mię djabli porwą! rzekł kapitan przepływając pod arkadą New-London-Brigde.
— Piękny, kapitanie! odpowiedział barczysty Tom Turnbull, ale morze wkrótce stanie w mierze.
Wiatr będzie, skoro zacznie opadać, dodał jeden z wioślarzy, którego ogromna tusza zajmowała prawie całą szerokość łodzi; trzeba pośpieszać. Mgła nie utrzyma się.
— Śpieszmy się, gruby Charlie, śpieszmy, powiedział mały chłopak, młody, ale bardzo przebiegły łotr, zwany pięknem imieniem Ślimak[3] wszak musimy koniecznie dać o sobie wiadomość Jego Wielmożności; kieszenie nasze próżne, a życie ogromnie drogie, jak mówi pan Bob-Lantern.
— Cicho złodziejskie nasienie; cicho, mój najukochańszy synu, rzekł po ojcowsku kapitan. Im mniéj będziemy mówić o Jego Wielmożności tém lepiéj na tém wyjdziemy... Ale co się u djabła dzieje z tym obrzydłym szubienicznikiem, z tym kochanym chłopcem Bob-Lanternem?
— Ożenił się w Saint-Giles, odpowiedział Charlie... Nie tak łatwo można go teraz widzieć
— Ale! przerwał mały Ślimak, pan Bob dowcipniejszy od nas. — Pracuje na własny rachunek... Co niedziela wieczorem bywa po kościołach... a tam wiecie, że się udają nie złe połowy!...
— Sza, wisielcze ziarno! sza moje dziecię kochane! rzekł znowu kapitan; jesteśmy pod mostem Blakfriars, gdzie policjanci rosną na gołych deskach.... Zawadzisz, gruby słoniu!... zepchnij się na lewo, rozumiesz!
Charlie usłuchał. Łodź wypłynęła z gęstéj ciemności, która panowała pod arkadą i znowu pokazały się oba brzegi.
— Ho! ho! zawołał Tom Turnbull, trzy światła! Dużo będziemy mieli do roboty, i na dzisiejszy wieczór wcale niezawadzą nasze trzy łodzie.
Przez mgłę doskonale można było rozpoznać światło, o których mówił Toim Turnbull: jedno błyszczało między mostem a Whitefriars, drugie widać było od strony rzeki, pod Temple-Gardens, a trzecie nakoniec było w Southwark, z lewéj strony schodów Old-Barge-House. Wszystkie trzy rzucały zielone, silne promienie.
— Musimy się rozdzielić, rzekł kapitan. Zatrzymuję dla siebie tego starego szelmę Gruffa, najlepszego z moich wspólników, i przeklętą jego oberżę pod Królem Jerzym, którego niech Bóg błogosławi... Tobie Gibby oberża Białych Braci... a tobie Mitchell, Southwark i hotel Podwiązki.. a sprawiajcie się uczciwie nędzniki.
W skutek tego rozkazu jedna łodź popłynęła ku Southwark, druga przerzynając Tamizę w odwrotnym kierunku zmierzała do City. Łodź zaś kapitana płynęła w górę rzeki.
— Ani jednéj dziś nie widzę żółtéj latarni, rzekł Turnbull, śmieszna rzecz w czasie kiedy mieszkańcy stałego lądu bandami przybywają.
— Wielkie szczęście, albo niech wiszę, odpowiedział Paddy; nie lubię żółtych latarni.... Zdaje mi się zawsze, że słyszę ostatnie krzyki zarzynanego djabła.... Tak... to moja słabość, ale kiedy widzę żółtą latarnię, wieczorem nie piję groku, lecz old-jom[4], bo mi to dodaje serca... Siniejesz się Tomciu, szelmo bez kiszek.
— Jedna śmierć więcéj, jedna mniéj, wyrzekł obojętnie Turnbull, mała to różnica na ogóle.
— Głupstwo! dodał Ślimak śmiejąc się.
— A potem przerwał gruby Charlie, każdy żyć musi kapitanie. Gdyby trzéj nasi oberżyści nie trudnili się czasami rzemiosłem usypiaczy, cóżby robił Bishop i nasi poczciwi bracia rezurrekcyoniści?
— Ja, lubię żółtą latarnię! zakończył Ślimak znaczącym grymasem.
— W tak młodym wieku! mruknął Paddy, to kochane dziécię jest już najjadowitszym ze wszystkich mi znanych gadów...... Baczność Charlie!
Łodź samotnie teraz płynąca przebyła środek rzeki i wchodziła w labirynt statków, zalegających przystęp do brzegu. Charlie zręcznie wyrabiał wiosłem, Turnbull wziął za ster i łodź bez przeszkody stanęła poniżej Temple-Gardens.
Miejsce, w którém się zatrzymała, tworzyło piewien rodzaj małego portu, zakrytego wydatnością wysokiego domu zbudowanego częścią na palach, częścią na lądzie.
Na tym to domu była latarnia, rzucająca zielone promienie.
Paddy dotknął jednego z ogromnych słupów utrzymujących sklepienie, znalazł żelazny pręt zakończony kołkiem i zadzwonił.
W kilka chwil dało się słyszeć skrzypnięcie tuż po nad łodzią. Rzekłby kto, że otworzono drzwi na zardzewiałych zawiasach.
— Kto tam? wyrzekł głos roztropnie ostrożny.
Przyjaciel, dzielny mój towarzyszu, przyjaciel, szlachetny i przezacny Gruffie, odpowiedział kapitan; jakże się ma twoja szanowna połowica.
Paddy zamilkł nagle, bo paczka kołysząca się na sznurze, którego drugi koniec wisiał u sklepienia, wymierzyła mu potężny policzek.
— Dobrze Gruffie, szelmo nad szelmami, zaklął rozgniewany kapitan, obyś sam któréj mglistej nocy prześliznąć mógł przez te dziurę.
Tak klnąc Paddy żywo się usunął, a jego ludzie odwiązali paczkę, którą rzucili w głąb łodzi. — Sznur poszedł w górę.
— To czuć piżmem, rzekł Tom; niezawodnie to waliza jakiego dżentelmena...
Znowu zabujała się druga paczka i doznała tego losu co i piérwsza. Sznur poszedł w górę, aby się znowu spuścił, i tym sposobem umieszczono w łodzi pięć paczek.
Dobra noc! rzekł w ówczas głos przeraźliwy. Sznur zniknął; klapa się zamknęła.
— Płyń, Charlie, gruby mój łabędziu! zakomendorował kapitan. Mgła podobno chce pójść w górę... Dobra noc, Gruffie, stary sępie, nocny rzeźniku, nędzny zabójco, dobra noc! ale oto łodź z Whitefriars... IIop! hop!
— Sześć paczek, kapitanie.
— Dobrze!... płyńcie moje łotry! postrzegam łodź tego zbrodniarza Mitchel, naszego dobrego towarzysza... Hop! hop!
— Dwie małe paczki, kapitanie.
— Dwie małe paczki, powtórzył Paddy wzruszając niekontent ramionami.
Trzy łodzie zaczęły znowu wpływać na rzekę, — szybko pośpieszały i nagle znalazły się pod olbrzymiemi arkadami London-Bridge.
Mgła przerzedziła się skutkiem silnego wiatru, który powstał przy opadaniu morza. Postrzegano teraz wznoszący się zewsząd las wysmukłych masztów pochylonych w tył, powiązanych giętkiemi linami, a w wodzie zaczynały odbijać oddalone światełka gazu.
— Zły interess, rzekł Turnbull. Rewerbery mostowe zupełnie nas oświetlają. Muszą nas widziéć.
— Płyń Charlie, tłusty delfinie! zakomendorował kapitan. Jeszcze trochę poruszaj wiosłem, a skryjemy się za te maszty kompanii... Jeżeli Bóg pozwoli przybijemy do dobrego portu, jeżeli zaś nie...
Paddy zastanowił się, westchnął ciężko i tak dalej mówił:
„Jak na kąpiel, moi kochani, woda musi być za zimna!
Łódź opuściła środek kanału, na którym ciemność już się rozjaśniała, i wpływała pod zasłonę trzech masztów. Charlie przestał robić wiosłem. Było to o sto sążni od schodów, przy których miało miejsce odbicie od lądu. Dwie inne łodzie przybyły i naśladując przykład pierwszej zatrzymały się.
— Miaucz, Ślimaku, niegodziwy kocie, rzekł kapitan.
W téj chwili z głębi łodzi dało się słyszeć miauczenie doskonale udane. W kilka sekund potém od strony brzegu odezwało się głuche szczekanie.
Przeklęstwo! mruknął Paddy; jesteśmy zabarykadowani!... Ale mimo to, ten djabeł Saunie szczeka tak dzielnie, że nic można poznać czy to on, czy jaki brytan zbłąkany na ulicy... Miaucz jeszcze malcze!
I po raz drugi dał się słyszeć krzyk kota. — Odpowiedziało mu powtórne szczekanie.
— Rzecz niezawodna! mruknął Turnbull, to Saunie... Łódź strażnicza jest między nami a schodami..
— Hultaje celniki! dodał Paddy, jak gdybyśmy co przemycali!... No, łotry! musimy zmienić kierunek i starać się przybić do lądu powyżej mostu... Szczęściem wiatr ustaje i mgła powraca... Pływaj, pływaj!...
Trzy łodzie razem ruszyły z miejsc; ale w chwili kiedy łódź Paddego wychodziła z cienia, czarna massa przepłynęła po przed trzema masztami kompanii.
— Ho! ho! zawołał głos rozkazujący.
— Zawróć Tomciu!... płyń, Charlie! rzekł cichutko kapitan.
Łódź odpowiedziała wyrachowanym usiłowaniom obu majtków i puściła się stroną brzegu; lecz w tém ciężka kotwica zahaczyła pokład i zatrzymała na chwilę jéj bieg.
— Przetnijcie mi to na dwoje do wszystkich piekieł! zawołał kapitan.
Tom silnie huknął toporem.
— To łańcuch! mruknął zmartwiony.
— Ho! ho! powtórzono w téj chwili. — Żadnej odpowiedzi.
Łańcuch utrzymujący kotwicę wyprężył się i łódź gwałtownie pociągniętą została ku czarnéj massie, którą był statek strażniczy.
Kapitan nacisnął kapelusz i chwycił za laskę.
— Baczność! rzekł. Do djabta wcale dziś nie miałem ochoty kąpać się... Usuń się Charlie, ciężysz na klapie... Otwórz Tomciu... i ratuj się kto może!
Nastąpiła scena teatralna.
Dno łodzi nagle się otworzyło; ludzie i paczki wpadli w wodę. Kotwica komory przyciągnęła pusty tylko i dziurawy statek.
Dwie drugie łodzie, korzystając z zamięszania, dostały się do miejsca wylądowania, w chwili kiedy właśnie przybył tam cały ekwipaż łodzi admiralskiéj.
— Zimna woda, rzekł kapitan stanąwszy pa schodach, zimna, albo niech mię djabli porwą!
Nie zgubił: ani laski, ani kapelusza.
Ślimak skurczył się, jak zmokły pudel, zamiauczał i wsunął się pod płaszcz Sauniego, który zaszczekał.
Inni wzięli paczki na barki i ruszyli ciemnemi uliczkami, unikając tą razą przejścia koło komory.
Poczciwy kapitan Paddy O’Chrane, poszedł spokojnie do domu przebrać się w inny frak niebieski i żółte spodnie; poczém udał się do szynkowni pod koroną.
W chwili kiedy wchodził do głównego salonu, znowu gwałtowna scena miała miejsce między mistress Burnett a służącą Zuzanną, która za głośne i złośliwe demonstracje swéj pani odpłacała spokojnością, podobną do pogardy i odrętwiałości. Mistress Burnett nie słynęła nigdy z cierpliwości, w uniesieniu podniosła rękę i grubijunsko spuściła ją na blady policzek Zuzanny.
— Do djabła! pomyślał Paddy, będę zapewne musiał czekać na grok!
Ślepy nie ruszył się z miejsca podczas naszéj wodnéj wycieczki i kazał sobie podać drugi kubek słodzonego wina. — Usłyszał zapewne odgłos danego policzka, bo wstał nagle, wyciągnął szyję, a twarz jego, zwykle bez wyrazu, malowała ciekawość posuniętą aż do namiętności.
— To herod baba, pomyślał, ale jaka silna!
Zuzanna doznała strasznego wstrząśnienia. — Ciemny ogień zabłysł w głębi jéj oka. Silna natura oburzyła się na taką zniewagę, zdawało się, że skoczy i odda raz wymierzony; całe jéj gibkie, muszkularne ciało skupiło się nagle jak wspaniały tułów młodego i składnego rysia, mającego się rzucić na swą zdobycz.
— Ho! ho! pomyślał sobie kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, ze moja godna przyjaciółka dostanie za swoje... mojém zdaniem nie byłoby to nic złego.
Mistress Burnett to samo pomyślała, bo z twarzy jéj zniknął karminowy kolor, drżała.
Ale piękna dziewczyna, wstrzymując swe uniesienie, założyła z powagą ręce na piersiach.
Ślepy westchnął, jakby mu ciężar jaki spadł z serca.
Zuzanna nie mówiąc ani słowa, powoli przesunęła się przez kantar i wyszła z szynkowni.
Tyrrell rzucił pieniądz na stół, zapomniał zażądać reszty i wyniósł się macając po sprzętach i ścianach.
— No! powiedział Paddy, udało się mojéj zacnéj przyjaciółce!... Co do Zuzi, dzięki temu djabłu Tyrrellowi, będzie miała gdzie przespać się dzisiaj... Chyba, że gdzie kark skręci.
Tyrrel wyszedłszy na ganek, usłyszał lekkie stąpanie w kierunku Thaines-Strect. Natychmiast ruszył dalej.
Krok Zuzanny był pewny i obijał się o ziemię w regularnych tętnach. Nie śpieszyła się wcale. Przy wątpliwém świetle rewerberów, piękność jéj kształtów dochodziła prawie fantastycznéj doskonałości. Tyrrel bez wahania szedł za nią, jakby tajemniczy instykt rozjaśniał głęboką noc otaczającą go. Już nie macał.
Wyszedłszy z Lower-Thames-Street, Zuzanna udała się tą samą co i majtkowie drogą na wązką uliczkę, wiodącą do rzeki.
Tyrrel pobiegł i dogonił ją.
— Dokąd idziesz, moje dziécię? zapytał troskliwie.
— Do Tamizy! odpowiedziała Zuzanna nie zatrzymując się, ani też bardziej pospieszając.
Piérwsze to dopiero słowo usłyszał od niéj Tyrrel. Głos jéj słodki i poważny odpowiadał wyrazowi twarzy. Była piękna, lecz ponura.
— Do Tamizy! powtórzył Tyrrel. Miałaźbyś myśleć o śmierci.
— Tak jest, odpowiedziała Zuzanna.
— A to dla czego, moje dziécię? dla czego?
— Bo nie mam ani nadziei na przyszłość, ani schronienia na teraz.
— Dam ci schronienie Zuzanno, i wrócę ci spokojność.
Zuzanna szła daléj.
— Bardzo często i wielu już mi to samo obiecywało, rzekła; chcieli mię kupić... I pan zapewne ten sam masz zamiar... nie jestem do sprzedania.
— Niech Bóg broni! Zuzanno.
— Kocham kogóś, mówiła znowu; i dla tego nie mogę sprzedać się.
Tyrrel zdziwiony, cofnął się.
— Tylko dla tego? zapytał.
— Tak, odpowiedziała dziewczyna znudzona.
Już tylko miała kilka kroków do Tamizy, ale Tyrrel ujął ją za rękę i rzekł ze szczególném wzruszeniem ciekawości.
— Nie wstydziłabyś się więc sprzedać Zuzanno?
— Wstydzić się, rzekła; nie!
— Cóż cię tedy nauczyła twoja matka? zawołał zdumiony Tyrrel.
— Nic... Jestem córką kobiéty, która uciekła od mojéj kolebki, i żyda, którego powieszono w Tyburn, bo był złodziejem.
Zuzanna wymówiła te ostatnie wyrazy głosem zwyczajnym, bez przycisku.
— Nic więc nie umiesz? zaczął znowu Tyrrel?
— Nic, odpowiedziała; umiem żyć.
Potém, nagle się ożywiając, dodała dźwięcznym głosem:
— Mój ojciec był bardzo bogaty nim go powieszono!... Nauczyłam się stroić, śpiewać, tańczyć, mówić językami stałego lądu.
— Doprawdy? Zuzanno; i ty nie kłamiesz? przerwał Tyrrel.
— Chcę umrzeć, odpowiedziała zimno dziewczyna.
Błędne światełko lampy zapalonéj w sąsiednim domu odbiło się na twarzach obu aktorów téj sceny. Piękne rysy Zuzanny przybrały znowu swą ponurą niewzruszoność; oko Tyrrela przeciwnie jaśniało dziwnym blaskiem.
— A gdyby ci wrócono życie, jakie wiodłaś u twego ojca? zapytał.
— Moje życie! szepnęła piękna dziewczyna, moje dawne życie.
— Wrócę ci je, powiadam.
Zuzanna zdawała się wahać przez chwilę, ale po tém nagłém poruszeniu, wyrwawszy się z rąk Tyrrela, skoczyła ku rzece, mówiąc:
— Już ich było tylu co mi to obiecywali!... Nie... moje serce i moje ciało do niego należą!
— Ależ moje dziécię, ja nie chcę twego serca, ani twego ciała, zawołał Tyrrel; ja jestem ślepy!
Te słowa obiły się o uszy Zuzanny, w chwili kiedy już bujała się nad powierzchnią wody. Rzuciła się w tył.
— Ani mojego serca, ani ciała! powtórzyła: ślepyś!... a więc czegóż chcesz?
— Chcę twojéj woli.
Zuzanna pochyliła na łono swą piękną głowę.
— Jednego dnia, powiedziała cicho, padłam umierająca z głodu i trudu na progu domu kobiéty, która mię dopiero biła... W zamian mojéj wolności dała mi chléb, tylko chléb!... Jeszcze więc raz mogę być służącą.
— Przyjmujesz? zapytał Tyrrel.
— Cóż mani czynić?...
Tyrrel wyjął z kieszeni dobrze naładowany worek i włożył go w rękę Zuzanny.
— Czekać, odpowiedział... Słuchaj bacznie co ci powiem. Kupuję cię, nie dla mnie, co jestem słaby, ale dla towarzystwa które jest straszne i silne... Znam cię lepiéj niż ty znasz siebie sama, i wiém co możesz... Ani słowa o naszém spotkaniu!... wierność, posłuszeństwo, cierpliwość, oto twoje obowiązki... Dziś skryj się gdzie chcesz... Jutro o południu zasztukaj do drzwi wskazanych tym adresem (i podał jéj kartkę): otworzą ci, wejdziesz i będziesz rozkazywać, bo dom ten będzie twoim... Zegnam cię Zuzanno! Obaczymy się!




II.
KWESTA W TEMPLE-CHURCH.

W chwili gdy kapitan Paddy O’Chrane dając nurka, unikat pogoni statku strażniczego, Stefan Mac-Nab, Szkot z urodzenia, a doktor z professyi, mający niespełna dwadzieścia cztéry lat, wziął pod ręce swoje kuzynki i poprowadził je do kościoła Temple.
Kuzynki Stefana Mac-Nab miały zwyczaj każdéj piérwszéj niedzieli miesiąca chodzić do Temple-Church, dla przysłuchania się kazaniu szanownego John Butler i dla śpiewania psalmów. Starsza nazywała się Klara, a młodsza, Anna. Ojciec ich, jeden z sędziów pokoju w hrabstwie Dumfries, mieszkał w Lochmaben i nazywał się Angus Mac-Farlane.
Klara i Anna były obie piękne i ujmującej postaci.
Obie wychowane w pełnych entuzyazmu wyobrażeniach szkockiéj dwocyi, głównie zajmowały się modlitwą, a religia zapełniała całe ich życie. Matka Stefana Mac-Nab, ich ciotka, u któréj mieszkały, była jak i one szkotką, jak i one pobożną. Do domu jéj uczęszczało tylko kilka litościwych mistress, bardzo mało mówiących i szanowny John Butler, który do obu sióstr miał ojcowskie przywiązanie.
Co do Stefana, był to dzielny młodzieniec, który po ukończeniu pięcioletniego kursu medycyny, praktykował w Londynie, oczekując aż kollegium królewskie raczy go przyjąć do liczby swych uczonych członków. Sądził że zna życie dokładnie; grał nieźle w wista, nosił zgrabnie eleganckie suknie i, jak na poczynającego doktora, nie był wcale pedantem. Kochał bardzo obie kuzynki, to jest: dla Klary czuł miłość lub cóś bardzo podobnego, dla Anny przyjaźń; ale obu tych uczuć nie umiał w sobie tak dalece odróżnić, iżby mógł zdać sobie z nich sprawę w sposób stanowczy.
Cokolwiek bądź, w niedzielę, o któréj mówimy, mistress Mac-Nab była cierpiącą, Stefan więc musiał pełnić obowiązki ochmistrzyni. — Rzeźko idąc po chodniku Cheapside, dumnym był z tak miłych towarzyszek. Klara szła milcząca i zamyślona, uśmiéchała się niekiedy machinalnie, albo przez grzeczność, słuchając żartów swego kuzyna. Anna wytężała cały swój organ słuchu i nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek widziała równie dowcipnego jak Stefan człowieka.
W miarę jak się zbliżali do kościoła, Stefan tracił wesołość. Pięcioletni pobyt w uniwersytecie znacznie osłabił w nim zapał do pobożności, który niegdyś także przywiózł był z sobą ze Szkocyi. Zawsze on był dobrym chrześcijaninem, ale kazanie, a po nim psalmy zdawały mu się miernie pociągającą perspektywą,.
— Kochane moje kuzynki, rzekł nagle, wchodząc z Fleet-Street do Inner-Temple, jestem szkaradnie roztrzepany!
— Dla czego? zapytała Anna.
Klara nie słyszała.
— Bo zapomniałem o moim bardzo ważnym kliencie.
Stefan wymówił ten wyraz z niejaką dumą. Klient ten był bowiem piérwszym jego klientem.
— Pójdziesz do niego jutro, rzekła Anna.
— Jutro?... już może będzie zapóźno!
Klara spojrzała na Stefana, uśmiechnęła się i kiwnęła głową. — Mniemała, że jéj kuzyn powiedział cóś dowcipnego.
— To wyborne, rzekła.
Stefan rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
— Cóż wtém znajdujesz tak wybornego, Klaro? zawołała Anna; Stefan powiada, że ma ważny interes do kogóś... zostaniemy więc sanme.
— Nic nie szkodzi... Kuzyn wróci po nas.
— Bezwątpienia! spiesznie odpowiedział Stefan, wrócę za kilka chwil.
Przybyli do drzwi kościoła, Anna nieco zachmurzona puściła ramię kuzyna i weszła; Klara udała się za nią, Stefan został na miejscu.
— Klara ma szczególne roztargnienia, pomyślał; i znajduję, że czyni bardzo łatwo ofiarę z wysokiéj mojéj protekcyi... Gdybym wszedł?
Chociażby czytelnik miał zbyt nawet niekorzystnie uprzedzić się względem Stefana Mac-Nab, który wtém opowiadaniu grać będzie znakomitą rolę, wyznać musimy, że nie miał on żadnego interessu i nigdzie iść nie potrzebował. Roztargnienie Klary dało mu do myślenia. Z kolei zatém i on przestąpił próg kościoła, a ukryty za kolumnami, mógł niepostrzeżony szpiegować dowolnie swoje siostry. Nienajlepiéj uczynił, ale słychać było cóś o małżeństwie Stefana Mac-Nab, z którąkolwiek kuzynką według jego wyboru; Stefan więc miał niejakie prawo zająć stanowisko dostrzegacza.
Temple-Church napełniony był ludem przez cały dzień. W obecnéj godzinie znajdowała się w kościele tylko mała trzódka szanownego John Butler, którą prawie zupełnie składały kobiéty.
Stefan zrazu nic nic dostrzegł. Obie młode dziewice, klęcząc w pośród szczupłego szeregu kobiét, pogrążone były w modlitwie. Szanowny John Butler, stał w małéj kazalnicy i odmawiał psalm, który zgromadzeni chórem za nim powtarzali. Gdy skończył, nastąpiło długie milczenie, w ciągu którego każdy dokończał modlitwy w pokorze ducha. Potém wszyscy powstali.
Wówczas dopiero Stefan mógł spotkać twarze obu sióstr. Anna, nim usiadła dla słuchania słowa bożego, rzuciła parę przychylnych spojrzeń na swe towarzyszki. Klara nie poszła wcale za jéj przykładem, ale zwróciła obojętne i roztargnione spojrzenie na kolumnę, o którą opierał się Stefan. W tejże saméj chwili, mocno zadrżała, głowa jéj pochyliła się, a nagła bladość spędziła całą żywość kolorów z jéj twarzy.
— O jakżem niezręczny! rzekł do siebie Stefan, poznała mię.
I wiedziony instyktem skrył się za kolumnę. Po upływie kilku chwil znowu ostrożnie wyjrzał.
Klara zostawała w tém samem położeniu. Mimo że duchowny odmówił już początek swego kazania, nie usiadła. Jakaś tajemnicza siła zdawała się odejmować władzę wszystkim jéj członkom, a przenikające jéj i pełne ognia spojrzenie ciągle padało na kolumnę.
— Dziwna rzecz! pomyślał Stefan; nigdym nie widział u niéj takiego spojrzenia.
Kiedy znowu po-dwakroć wyjrzał, zadał sobie pytanie, które komu innemu może byłoby od razu na myśl przyszło:
— Czy też to w istocie na mnie ona tak patrzy?
Dla zapewnienia się o tém, nagle obszedł kolumnę i spotkał się twarz w twarz z człowiekiem, opartym podobnie jak on przed chwilą o kamień. Człowiek ten miał zamknięte oczy, a z ust znikał mu niepewny uśmiéch.
Stefan zadrżał i zbladł. Nagle spojrzał na Klarę, ale ta już się była obróciła i usiadła. Spojrzeniu zaś jego odpowiedziała Anna wdzięcznym rzutem oka, jakby mówiącym:
— Brawo! twój interes nie wiele ci zajął czasu.
Wówczas Stefan uczuł, że głęboki i prawdziwy smutek gniecie mu serce, smutek może najpiérwszy w życiu. Sumienie jego, ta książka, którą każdy w sobie nosi, a odczytuje tylko poniewolnie, otworzyła się i pokazała mu imię wyraźnym napisane charakterem. Od razu stracił on swą obojętną spokojność, pochodzącą z nieznajomości samego siebie. Klara, którą dotąd kochał w godzinach, że tak powiem wolnych, i kiedy nie miał nic lepszego do czynienia, okazała mu się jako cel życia jego, jako rzecz niezbędna do szczęścia. Znikło wszelkie wahanie się, ani jednéj myśli o Annie, ani najmniejszego nawet podejrzenia, aby Anna mogła kiedykolwiek przeważyć swą siostrę. — Kochał Klarę, wiedział o tém, nie pamiętał już o owym odległym czasie, którym była upłyniona dopiéro minuta, i od którego przedzielała go na zawsze przepaść, mówimy o czasie, w którym niepoznawał swéj namiętności. Czoło jego pałało; serce gwałtownie drgało mu w piersiach, a błędne oczy łzami się napełniały.
Przez kilka minut stał jakby zagłuszony tym ciosem. Silna jego i stanowcza natura usiłowała sama siebie przezwyciężyć, ale mu się nie udało. Podniósł pełne nienawiści oko na człowieka, którego sądził być swoim rywalem, i wypowiedział mu w głębi duszy walkę na śmierć.
Lecz człowiek ten ani myślał o tém. Oczy jego zawsze były zamknięte; na ustach pozostał zawsze jednaki uśmiéch.
Stefana cóś gwałtownie pociągało, aby dotknął jego ręki, wyprowadził z kościoła, wyzwał, i skończył z nim od jednego razu, ależ jaki wynaleźć ku temu powód? Zresztą jakkolwiek Stefan był odważnym i przez ciąg pięcioletniego w szkołach pobytu miał kilka pojedynków, zawsze jednak odzywał się w nim Szkot. Szpada i pistolet zdawały mu się wątpliwémi i niepewnémi środkami w tak ważnéj sprawie. Należał on do rzędu ludzi przezornych i logicznych w swéj zemście, którzy chętnie biją się za krzywe na nich spojrzenie, ale którzy sądzą, ze dla naprawienia błędu ciężkiego, pojedynek nie jest dostateczném, a często szyderczém lekarstwem. Przytoczył więc sobie argument godny Oxfordzkiego Iicencyata: X*** obraża moją najdroższą stronę; wyzywam go; on mię zabija, będęż pomszczony?
To rozumowanie Stefana nabrało nowéj siły. Indiwiduum oparte o kolumnę, to w obecnéj chwili X powyższéj zagadki, zdawało się być wzorem giętkości i siły muszkularnéj. Był to, jak się przynajmniéj zdawało, trzydziestoletni mężczyzna, wyniosłych i arystokratycznych kształtów. Ubiór jego, odznaczający się doskonałą prostotą i zarazem wybornym gustem, podobnym był do ubioru zwolenników mody. — Twarz zaś przedstawiała znakomity typ męzkiéj i bystrym obdarzonéj umysłem piękności; wysokie, szerokie i bez zmarszczek czoło, przecinała w podłuż lekka szrama, prawie niedostrzegalna, kiedy fizjonomia jego była spokojna. Niedbale oparty o kolumnę zdawał się usypiać i we śnie ścigać radośne jakieś marzenie; a na twarzy jego odbijało się mnóstwo ulotnych, lecz przyjemnych wrażeń.
Stefan długo mu się z gniewem przypatrywał. Młody doktor wiedział że jest przystojnym, ale nic przyszło mu na myśl, że między nim, a tym pysznym nieznajomym można wyprowadzić równoległą liniją. Zazdrość malowała mu go doskonalszym jeszcze, niż był w rzeczy saméj. W oczach jego ten niedbały śpiący przybierał kształty nadzwyczajne, fatalne: był to jeden z tych pociągających ludzi, którzy pojawiają się w romansach umyślnie dla podbicia najniepokonańszéj cnoty.
Stefan nie mógł nawet nic zarzucić lekkiéj szramie, która mu przecinała czoło; nie widział jéj, chociaż część kościoła, w któréj się obaj znajdowali, jaśniała bardzo żywém światłem. W istocie szramę tę wtedy tylko dostrzedz można było, kiedy czoło zarumieniło się pod wrażeniem nagłéj jakiéj namiętności. A w téj chwili czoło marzącego było blade i gładkie, jak czoło dziecięcia.
W braku powodu, Stefan upatrzył cóś do jego oczu; wyobrażał sobie, że są czerwone, wywrócone, a potém uniesiony nadzieją, potarł ręce i zawołał:
— Może on zezowaty.
Ta dobroczynna myśl znacznie go uspokoiła, a że i kazanie już się skończyło, odszedł więc od pięknego marzyciela, aby mógł wygodniéj śledzie dalsze postępowanie Klary.
Zaledwie zajął nowe swoje stanowisko, a całe zgromadzenie powstało: dusza Stefana przeszła do jego oczu.
Klara, wstając znowu, rzuciła spojrzenie na sławną kolumnę, a spojrzenie to było tą razą długie, przenikające i pełne ognia; za podobne Stefan oddałby był pół roku życia. Chciał dostrzedz jak na nie odpowiedział marzyciel.
Rzecz dziwna! on marzył ciągle, wcale oczu nie otworzył; nic grał żadnej roli w téj scenie. Stefan uczuł się głęboko upokorzonym.
— On jéj nawet nie widzi! szemrał drżąc z wściekłości, to ona kocha, lecz nie on!... człowiek ten zwyciężył mię mimo wiedzy.
A więc nie było to bardzo trudną rzeczą. Domysł ten mocno ranił Stefana i wywołał pot zimny na czoło jego. — Zazdrościł teatralnym bohaterom, którzy zawsze mają puginały w kieszeniach, aby mogli odebrać sobie życie w razie potrzeby.
Tymczasem Klara mocno westchnęła i obróciła się do ołtarza. Duchowny zanucił psalm, a wkrótce świeże i czyste głosy zagłuszyły jego drżące pienie.
Marzyciel z zamiłowaniem wytężył słuch jak jaszczurka, nad głową któréj odbija się dźwięk fletu. Uśmiech jego mocniéj zajaśniał, a cała fizyonomia wyrażała zachwycenie. Stefan przypatrywał mu się z podziwieniem. W miarę jak się przedłużało śpiewanie, nieznajomy zdawał się uginać pod siłą wrażeń, zdawał się być łupem zachwycającego uniesienia.
— Dla naszych chorych! rzekł w téj chwili słodki głosik po za Stefanem.
Obrócił się i poznał Annę, która zbierała kwestę.
Zmartwiony Stefan mniemał, że ma prawo postępować jak szaleniec: włożył rękę do kieszeni i w przystępie nieopisanéj rozrzutności, cisnął z hałasem jednę po drugiéj koronę do worka kwestarki. Anna podziękowała mu wdzięcznym uśmiéchem.
Po tym romantycznym akcie wspaniałomyślności wyprostował się i głośno westchnął, a następnie rzucił tryumfujące spojrzenie na tajemniczego rywala swojego.
W tém przynajmniéj, pomyślał, przewyższę cię nienawistny człowieku!
— Dla naszych chorych! powtórzyła znowu Anna, zatrzymując się przed marzycielem.
Ten zadrżał i nieco otworzył oczy.
Na widok Anny cofnął się nieco i potarł czoło ręką, jakby się sądził igraszką jakiego złudzenia, a potem nieporuszony zagłębiał wzrok w młodéj dziewicy.
Anna zawstydzona i zapłoniona, chciała odejść, ale marzyciel zatrzymał ją pełnym wdzięku giestem, a wydobywszy z kieszeni przepyszny pugilares, wyjął bilet bankowy wartości dziesięciu liwrów i wręczył kwestarce z głębokim ukłonem.
Stefan konwulsyjnie zacisnął pięści i aż do krwi ugryzł się w usta.
Widział zdała wyraźnie wypisany na bilecie gotyckiemi literami wyraz ten (dziesięć).
— Dziesięć funtów!... a ja dziesięć szyjlingów, mruknął.
Nieznajomy dosyć długo ścigał Annę wzrokiem, podczas gdy daléj zbierała kwestę. Kiedy zginęła w tłumie, wyprostował znagła swe bogate kształty i spojrzał wkoło siebie. To spojrzenie padło obojętnie na Stefana.
— Nie zezowaty! pomyślał Stefan z boleścią.
A potém nagłą uderzony myślą, dodał:
— Lecz gdzież u licha widziałem tę figurę?
Napróżno szukał w swojéj pamięci, i wkrótce wyznać musiał, ze czcze podobieństwo w błąd go zapewne wprowadziło.
Nieznajomy w rzeczy saméj nie był zezowaty, owszém daleko było do tego. Wielkie ciemnoniebieskie oczy podwajały wdzięki jego fizyonomii. Spojrzenie jego było nakazujące i pełne myśli; jednocześnie sucha i bez połysku emalia, okalająca źrenicę jego, przekonywała, że powiemy z Lawaterem, o rozsądnéj i nieograniczonéj zmysłowości.
Od-dawna już noc zapadła. Część kościoła, w któréj znajdowały się kongreganistki mocno była oświetloną, podczas gdy nawa i ściany ginęły w zupełnej ciemności. Piękny nieznajomy, gdy przerwano jego marzenie, opuścił kolumnę, o którą się opierał, i zwolna przeszedł na bok kościoła.
W jednéj z nim chwili poruszył się z swego miejsca źle odziany i podejrzanej miny człowiek, który otworzył wielkie oczy na widok biletu bankowego danego kwestarce. — Ten człowiek zamiast iść za naszym marzycielem, udał się w stronę przeciwną, w sposób że przechadzając się w około, obaj musieli się spotkać w środku nawy, to jest w miejscu najciemniejszém i najsamotniejszém.
Postrzegł to Stefan, i nagła myśl przyszła mu do głowy. Dosyć już dawno bawił w Londynie; wiedział zatém dobrze, że cywilizacya nasza jest już tak dalece naprzód posunięta, iż najpospolitszy złoczyńca igraszkę sobie robi z świętokradztwa. — Przeczuwał więc, że usiłowano będzie jakieś morderstwo. Morderstwo to, w razie gdyby podejrzenia te były uzasadnione, dziwnie byłoby posłużyło jego interessowi; ale Stefan, jakkolwiek nie bohater romansu, był jednak człowiekiem wykształconym i pełnym honoru. Odpychając więc od siebie samolubne uczucie, które go zrazu uradowało, opuścił także swoje stanowisko i ukrył się w cieniu, zamierzając w razie potrzeby nieść pomoc nieznajomemu.
Ten szedł powoli. Zatrzymywał się niekiedy, wracał, i znowu daléj się posuwał; właśnie jak lubownik muzyki, który ukryty i zagłębiony wdali, szuka najdogodniejszego miejsca dla przysłuchiwania się świętym pieniom psalmów.
Stefan długo za nim postępował, ale w nawie tak głęboka panowała ciemność, że o dziesięć kroków przedmioty zupełnie z przed oczów znikały. Podczas jednego z tych kapryśnych zwrotów, które czynił nasz marzyciel, Stefan zgubił go zupełnie i, mimo wszelkich starań, nie mógł dostrzedz na-nowo. — Wówczas Stefan pobiegł w przeciwną stronę kościoła, aby mógł przytrzymać nędznika, któremu przypisywał świętokradzkie zamiary; lecz nigdzie go nie napotkał.
Znajdował się więc w szczególnym kłopocie; bo miałże dla prostego tylko podejrzenia, które zrazu mogłoby się wydać każdemu niedorzecznem, przerwać religijny obrzęd i kazać oświetlić nawę? Miał-że czekać na krzyk lub jęki, któreby mu wskazały miejsce, gdzie ma nieść pomoc? Piérwszy środek był zapewne najpewniejszy i najlepszy; ale Stefan nie śmiał go użyć. Czekał, dręczony rodzajem jakiejś gorączkowéj niespokojności, i jakby słyszał czasami chrapowaty i omdlewający głos człowieka, któremu śmiertelny cios zadano.
Święta i harmonijna muzyka psalmów ciągle się rozlegała po sklepieniu.
Szczególny i zarazem straszny istniał w téj chwili kontrast pomiędzy melodyjnemi odgłosami chóru, a grobową ciszą nawy; między blaskiem piérwszego i głęboką nocą drugiéj; zwłaszcza gdy się kto spodziewał, że w pośród téj ciemności, za lada chwilę, mogło się dać słyszeć westchnienie konającego.
Nasz piękny marzyciel, niewiedząc tymczasem o urojoném może niebezpieczeństwie i przychylności, któréj był przedmiotem, daléj w zachwyceniu odbywał swoją przechadzkę. — Przyszedł właśnie do tego miejsca nawy, które pokrywają gęste sploty pierścieni sklepienia. — Te to sploty głusząc szelest jego kroków, zatraciły ślad jego przed Stefanem. W tém miejscu, nuty religijnego śpiewu odbijając się o podwójny szereg kolumn chóru i głównego ołtarza, dochodziły do niego obumarłe i napiętnowane melancholią. Ołtarz jaśniał wprost niego, krucifix z białego marmuru zdawał się promienie bożkiem światłem. Serce naszego nieznajomego zupełnie oddane było całej tej poezyi. Przywoływał on na pamięć dnie swéj chrześcijańskiéj młodości. W szczęśliwém uniesieniu doznawał spoczynku po trudach życia zbyt może czynnego, lub zbyt grzesznego. Był on bowiem tak usposobiony, że chociaż zupełnie oddał się rozkoszy, mógł jednak na chwilę stać się chrześcijaninem. Pełen wrażeń, umiejący znaleźć radość w każdéj rzeczy i w każdém zdarzeniu, zdolny zarówno do dobrego i złego; wspaniałomyślnego charakteru, otwartéj i pełnéj uniesień natury, ale samolub za lada zdarzeniem; obok tego oziębły, wyrachowany i zdolny sprzedać świat cały za kwandrans uciechy. A energii, któréj inni używają dla zbliżenia się do pewnego, jedynego i oddawna pożądanego celu, on używał dla chwilowego nasycenia się przemijającą rozkoszą, dla funtazyi, dla zadowolenia kaprysu, który rodząc nowe pragnienie sprowadzał nakoniec znużenie. Mimo takiego życia, serce jego zachowało dziewicze czucie. Miłość pochłaniał on małą miarką, jak znawca smakujący swoje wino; nienawiść, skoro przypadkiem nienawidził, była mu drogą; nie pragnął nigdy zwierzęcéj zemsty, która musi zostawiać po sobie rany w ciele, jakie zadaje ostrze puginału; bo był za nadto silnymi nie często znajdował sposobność do nienawiści: kto go znał, nie umiał mu się oprzeć i uchylał czoło przed żelazną jego wolą.
W dniu, o którym mowa, przyszedł mu kaprys marzyć i całém sercem oddać się radości. Około niego rozlewała się poezya: nasycał się więc nią jak krasomówca lub kobiéta autorka. Nazajutrz byłby się z odrazą uśmiechnął myśląc o wczorajszém szczęściu.
Kongreganistki zaintonowały ostatni psalm. Nasz marzyciel czując, że mają mu odjąć kubek od ust, nie chciał zostawić w nim ani jednéj kropli; rzucił się więc na ławkę dla lepszego przypatrzenia się i przysłuchania.
Gdy siadał, zdawało mu się, że usłyszał lekki szelest za sobą. Mimowolnie i obojętnie inne myśli przytłoczyły umysł naszego nieznajomego. Ogromna, ciemna i samotna nawa, przedstawiła mu się znagła w ponurym obrazie. Ostatnie dźwięki świętéj muzyki zdawały mu się zdolnemi zagłuszyć chrapanie konającego. W cieniu mogli się ukrywać złoczyńcy, i podczas gdy tam w pośród lamp i jarzącego światła zanoszono modły do Boga, szatan może czuwał tu w ciemności, i z uśmiéchem przewodniczył podstępnym krokom zbójcy.
Gdy więc cały był zajęty tą nową myślą, lżejszy, ale bliższy szelest obił się o uszy jego. Zdawało się, że jakieś ciało ociera się o mur. Nieznajomy siedział jak wryty; ale marzenia jego zniknęły, a umysł, przywołany niespodzianie do rzeczywistości, zimno rozważał jego położenie. Powoli, i nieznacznie któś pełzając, zbliża się ku niemu.
— Ten łotr skradł mi myśl moję, rzekł sam do siebie; on chce mię zamordować.
Jeszcze się nie ruszał i czekał. Po upływie kilku sekund, pełzające indywiduum, którém był nieprzyzwoicie odziany człowiek, nagle się podniosło i poskoczyło naprzód; ale nóż jego, jakkolwiek doskonale wymierzony, trafił w grzbiet ławki. Nieznajomy czém prędzéj usunął się, a zbójca chcący mu zadać nowy cios uczuł, że mu któś ściska pięść jakby kleszczami.
— Uf! jęknął boleśnie, mniemałem że jedna jest tylko na świeéie pieść taka jak moja!
Przybliżył swa twarz do nieznajomego. Oczy ich przyzwyczajone były do ciemności, obaj razem się poznali.
— Bob-Lanternh mruknął nasz piękny marzyciel.
— Łaski! wasza wielmożności! zawołał zbójca padając na kolana. Nie poznałem was.
Jego wielmożność puścił Bob-Lanterna, który natychmiast złożył ręce błagająco.
— Dobry mój panie, rzekł, łaskawy panie Edwardzie, w tych sukniach masz pan tak cienką figurkę jak panienka... Niepoznałem pana.
— Czy to powód do zabijania... w kościele?
— Głodny byłem, dobry mój panie... Pan nie często dajesz, a życie niezmiernie drogie w Londynie... żeby to było tak jak tam, w Szkocyi....
— Milcz! rzekł nakazująco pan Edward, — co robią twoi towarzysze?
— Nic osobliwego... życie jest niezmiernie drogie.
— Przyjdź jutro, zapłacę ci; ale na szatana ani się odważaj na drugi raz na podobnie niezgrabny cios, mości Bob.
Pan Edward udał się w tył chóru. Bob poszedł za nim, trzymając ręce w kieszeniach, i z miną psa, którego dopiéro co pan skarcił.
Po długim namyśle, Stefan połączył się z całém zgromadzeniem, które już zamierzało wychodzić z kościoła. Z niewypowiedzianym więc zadziwieniem ujrzał, że nieznajomemu towarzyszy nieprzyzwoicie odziany człowiek. Gdy przeszło niebezpieczeństwo, wszystkie myśli smutku i nienawiści znowu wzięły w nim górę, żałował prawie swojéj niespokojności.
Pan Edward nie zasługiwał już w téj chwili na epitet marzyciela, który mu tak często przypisywaliśmy. Postępował z wyniosłem czołem, jak człowiek wolny od wszelkiego roztargnienia. Na chwilę zatrzymał się przed kongreganistkami, a rzuciwszy rękawiczkę, którą dotknął był Bob-Lanterna, rozpoczął długą i trudną operacją wkładania drugiéj.
Bob podniósł tę rękawiczkę i schował do kieszeni. Był to nędzny połów, ale są ludzie, którzy nie lubią utracić nawet szpilki, a Bob-Lantern wolał raczéj szukać po cudzych kieszeniach jak nic nie znaleść.
Wkładając swoją rękawiczkę, pan Edward spostrzegł zachwycającą kwestarkę, która mu się objawiła gdy wychodził z marzenia; ale nie ujrzał wcale Klary, któréj spojrzenie nie opuszczało go ani na chwilę. Stefan przeciwnie widział tylko Klarę, a z zazdrości wszystka krew w nim wrzała.
Pan Edward nim wyszedł z kościoła włożył okulary.
— Niewątpliwie jest zachwycająca, mruknął i dał znak Bobowi aby się przybliżył.
Kiedy Bob stanął tuż przy nim, nachylił się i rzekł mu do ucha:
— Widzisz tę piękną dziewicę, tam, przy chórze?
— Widzę ich kilka.
— Najpiękniejszą.
— To według gustu.
— Tę właśnie co zamyka swą książkę od nabożeństwa.
— Kwestarkę?
— Tak... Pójdziesz za nią, dowiesz się co to za jedna i jutro zdasz mi z tego sprawę.
Bob-Lantern uczynił znak potwierdzający, a pan Edward włożywszy nakoniec rękawiczkę, wyszedł z kościoła. Przechodził tuż obok Stefana, ale nie uważał na nienawistne spojrzenia, które młody doktor rzucił na niego. Klara ścigała go wzrokiem aż do drzwi.
Zaledwie oddalił się, zaraz Stefan podbiegł ku Bob-Lanternowi.
— Nazwisko tego człowieka? rzekł.
— Jakiego człowieka? spytał Bob, zamiast udzielenia odpowiedzi.
— Człowieka, który dopiéro z tobą rozmawiał.
— To nie człowiek, rzekł Bob z przesadą, to pan.
— Jego nazwisko?
— Nie wiem.
Stefan włożył rękę do kieszeni i wydobył z niéj pieniądz, który wsunął w dłoń Bob-Lanterna.
— To co innego, odrzekł tenże ukrywszy złoty pieniądz w bezpieczném miejscu; chcesz wiedzieć jego nazwisko?
— Tak jest; spiesz się!
— Nie wiém.
A potém kłaniając się na znak podziękowania, dodał:
— Niech cię Bóg błogosławi! młody mój panie. I znikł.




III.
PRZYBYCIE LWA.

Tego samego wieczora był bal w Trewor-house, Lord James Trewor, magnat od urodzenia, był wdowcem i mieszkał z siostrą swą, lady Campbell, która dobrowolnie obowiązała się wychowywać miss Maryą Trewor, jedyną córkę hrabiego.
Lady Campbell była zapewne przystojną w roku 1820, ale w roku 183—, epoce naszej historyi, straciła znakomitą część swojéj piękności; nie straciła jednak chęci podobania się. Chęć ta nie objawiała się u niéj; owszem kokieterya jéj była inna, zręczniejsza. Dowcipna i z wybornym gustem kobiéta, zrzekła się w dobréj wierze wszelkiej pretensyi do powierzchownéj młodości. — Tak więc, zamiast zarzutów czynionych zwykle kobiétom w jéj wieku, powiadano niesprawiedliwie:
— Lady Campbell starzeje się.
Co jest świetnym, chociaż odwrotnym dowodem odwiecznéj prawdy, którą nam podaje Pismo Święte: „Ktokolwiek się poniża, podwyższonym będzie!“
Lady Campbell więc, w świecie w którym żyła, wyłączne zajmowała miejsce; nad jéj wiekiem żadnych nie czyniono komentarzy; tronowała wpośród dobrego towarzystwa, którego była królową i wyrocznią. Jéj kawalerami servanti był sam kwiat modnéj młodzieży. Jakkolwiek postępowała, nie tylko poważano ją, ale i kochano.
Był to zaszczytny rezultat, ale może całego zaszczytu tego nie należało przypisywać mądrym manewrom lady Campbell. Mimo całéj swéj przyciągającéj siły miała ona przy sobie inny magnes, którego władzy niepowinniśmy zapominać.
Miss Marya Trewor miała lat ośmnaście; była to piękność słodka, ale delikatna i jakby ukryta. Wysoka jéj kibić lekko się naprzód pochylała dla zbytniej wysmukłości. Przezroczysta i perłwa białość tworzyła tło jéj cery, ożywiającéj się niekiedy lekkim rumieńcem, ale nigdy niedosięgającym tego koloru świetnego, oznaczającego siłę i zdrowie, który znawcy nazywają świetnością, a Francuzi szatańską pięknością.
Taką przyrodzenie utworzyło miss Maryą; wychowanie zaś dodało jéj wdzięków. Umiała mówić i milczeć; w każdym jéj ruchu rozwijał się wdzięk niedostrzeżony; cokolwiek czyniła, czyniła właściwie.
Miss Marya była utworem lady Cambell. Słabego umysłu i ciała, stała się w ręku zręcznej ciotki ową massą miękką i łatwą do urobienia. Lady Cambell słusznie też była dumną ze swojego dzieła i nad miarę zazdrosną despotycznej władzy, jaką wykonywała nad swą siostrzenicą.
Miss Marya była jedynaczką. Ojciec jéj miał trzydzieści tysięcy funtów szterlingów dochodu, a byli tacy, co utrzymywali, że istotny jego dochód był daleko większy.
Łatwo sobie wystawić, że dziedziczce takiego majątku, która, gdyby była ubogą, możnaby było kochać dla niéj saméj, nie zbrakło na wielbicielach. W rzeczy saméj, przed dwoma laty, w chwili piérwszego na świat wystąpienia, niezliczonych znalazła wielbicieli.
Najszczęśliwszym ze wszystkich był młodzieniec skromnego majątku, nie książęcego pochodzenia, młodszy syn zmarłego lorda hrabi de Fife, który nosił nazwisko Franka Perceval. Miss Marya, albo raczéj lady Cambell, wybrała go, a każdy sądził, że walka rywali już się skończyła; lecz nagle zjawił się szermierz, który ją ponowił i wiódł upornie.
Jakoż wyznać potrzeba, że tym szermierzem był Rio-Santo w swéj własnej osobie, niepojęty, tajemniczy człowiek.
Wszyscy znali w roku 183— markiza de Rio-Santo, czarującego, nieporównanego. — Wszyscy pomną jego wschodnią wspaniałość. Wszyscy wiedzieć mogli, że każdéj zimy wydawał trzy miliony, pięć kroć sto tysięcy franków miesięcznie, i że mimo to wcale nie był nababem.
Jednego roku, przeminął już grudzień, a Rio-Santo nie zajął był jeszcze swego pałacu Pall-Mall, grudzień mówimy, a potém i styczeń. Czy umarł? Czy zbankrutował? Nikt nie mógł nic powiedzieć, nikt o tém nie wiedział. A potém cóż to znaczy? Czyż ludzie jak Rio-Santo potrzebują żyć długo? pobędą dzień, rok w jakiém mieście, i odjeżdżają, zostawiaj, i jednak pamięć po sobie. Ludzie noszący szpicruty dadzą się poznać nim wymówią swoje nazwisko, słysząc o nich wzmiankę, nasze lady spuszczają oczki a na ich twarzyczkach melancholijny przelatuje uśmiéch.
Powiększéj części mniemano, że Rio-Santo z czasem powróci.
Cokolwiek bądź, w roku 183— Rio-Santo przybył z Paryża, gdzie przez cztéry, czy pięć zim był królem mody. Przybył w towarzystwie całéj armii lokai, ze swą stajnią, z któréj najlichszy koń wart był więcéj niż trzy lub cztéry bieguny sławnego pseudonyma hrabi de Cambis, z królewską swą psiarnią i kilku tuzinami baronowych, które umierały z miłości dla bladéj jego cery i mdławych niebieskich oczu.
W trzy dni po swojém przybyciu, po wszystkich piętrach, w każdym domu i na każdéj ulicy Londynu, markiz Rio-Santo stanowił przedmiot ogólnéj rozmowy.
A jednak nikt się poszczycić nie mógł, że widział tego sławnego markiza de Rio-Santo, o którym powszechnie rozmawiano. — Po przybyciu do Anglii, przepędził on kilka dni samotnie w swoim przepysznym domu Pall-Mall. — Lecz cóż to znaczy? W salonach jednej i drugiej arystokracji było ze dwudziestu młodych paniczów, którzy wszelkiemi tony opiewali jego pochwały, i opowiadali o nim niestworzone rzeczy. Na zgromadzeniach obywatelskich i nawet w towarzystwach pozasklepowych były szlachetne pół-lwy, piękni młodzieńcy zdobni ostrogą, ale mierzący łokciem, którzy padali na kolana przed przezacném imieniem dostojnego markiza; nakoniec w najgłębszych zakątkach szynkowni, byli pogardy godni łotrzy, którzy przy szklankach groku przekręcali to samo imię. Dla czego? nie umielibyśmy powiedziéć.
Jakoż, kiedy mężczyzni o czém mówią, kobiéty zwykle więcéj jeszcze do tego przydają i szczebiocą. Stąd ów zagłuszający koncert, który z salonu, z przedpokoju, sklepu i poddasza, przesłał w chmurne niebo Londynu tysiąc razy powtórzone imię Rio-Santo.
A każdy przedstawiał sobie tajemniczego markiza według naturalnéj, właściwéj swojéj wyobraźni. Mężowie, uwiedzeni jego nazwiskiem i reputacją, spodziewali się, że ujrzą na nim czerwony płaszcz Fra-Djavola, albo przynajmniéj kapelusz z piórem Don Juana. Żony uposażały nieznajomą twarz jego, nie wiém jaką fatalnością, którą nędzni romanso-pisarze nadają swoim biédnym bohaterom. Dziewice widziały go we śnie z marzącém okiem, pooraném czołem, orlim nosem i piekielnym, ale bozkim uśmiechem. Stare nakoniec służące wyobrażały sobie, ze miał po trzy mosiężne pierścienie na każdym palcu, laskę z głową nosorożca i dewizki wartości trzech tysięcy funtów szterlingów.
Łatwo pojąć, ile ta tajemnica i niepewność pomnażała w każdym chęć poznania markiza Rio-Santo. Ta chęć jednak nie przechodziła niejako socyalnej rozległości, koncentrowała się prawie cała w obu współzawodniczących arystokracyach, i rozchodziła nieco tylko do wyższego kupiectwa. I jakby nie dosyć jeszcze było powodów do tego współzawodnictwa, wmięszała się do niéj polityka. W klubach zwykle dobrze zawiadomionych zaczęły krążyć głuche wieści. Mówiono, że wielki markiz był tajemnym posłem. Missya jego, zapewniano, jest poufna i jedna z najważniejszych. Zresztą nikt nie mógł stanowczo twierdzić, jak się rzecz ma w istocie; ale właśnie dla tego uchodziła za stanowczą i materyalnie dowiedzioną.
Łamano też sobie nad tém głowę, któremu z wigów, lub tory sów, markiz odda pierwszą wizytę. Zbiegło się razem trzydzieści zaproszeń, podpisanych mnóstwem nazwisk, z których każde miało za sobą pałac i miliony. Rio-Santo wcale nie spieszył się z wyborem. Dał na się oczekiwać czas przyzwoity; nakoniec jednego wieczoru, po pierwszéj do Richmond wycieczce, kazał się zawieść do Derby-house.
Lady Ofelia Barnwood, hrabina Derby, była wdową po kawalerze orderu podwiązki. — Majątek jéj mógł był iść w zawody z majątkiem bankierów z Thames-Street; miała lat dwadzieścia pięć i uchodziła za najpiękniejszą kobiétę w Kings-Road, bardzo długiéj i najładniejszemi kobiétami zamieszkałéj ulicy.
Gdy oznajmiono markiza Rio-Santo, nieme wzruszenie przebiegło po podwojnym szeregu dam, zdobiących salony hrabiny Derby. Piérwszy szereg zadrżał lubą ciekawością; z drugiego wyjrzało pięćdziesiąt wdowich twarzy, pomiędzy świéżemi buziaczkami piérwszego, tak prawie, jak kiedy pułk dający ognia plutonami, opiera karabiny drugiego szeregu na ramionach piérwszego. — Rio-Santo wszedł. Przyznano, że jest pięknym mężczyzną, ale tu i owdzie znalazły się małe przeciw niemu zarzuty, bo ogół jego nie był dostatecznie romansowy. — Piérwsze więc wrażenie nie odpowiedziało zupełnie ogólnemu oczekiwaniu. Ale Rio-Santo zaczął mówić. Zachwycenie tém lepiéj i prędzéj działać zaczęło, że przeciw rozgłoszonym jego uwodzeniom istniał pewien rodzaj przedwstępnéj reakcyi. Młode damy dozwoliły sercom swoim iść za biegiem jego elektrycznego słowa, a drugi szereg żałował szczęśliwego czasu, w którym mógł jeszcze był doznawać elektrycznego wstrząsnienia.
Jest na świecie przesąd, najnierozsądniejszy ze wszystkich przesądów. Są, którzy mniemają że, aby zostać królem mody, dosyć jest być majętnym, przystojnym, dobrze zbudowanym, mieć płochy charakter, nieco dowcipu i umieć prawić piękne słówka. Mylą się zupełnie. Królestwo mody jest obiéralne, na tym tronie zasiada ten tylko, kto go zdobędzie.
Wkrótce przyznać musiano, że Rio-Santo ma wyborny dowcip. Umiał rozmawiać, co jest rzadką rzeczą, ale także umiał i mówić. Obdarzony giętką a silną pojętnością, posiadał wszystkie znakomite przymioty. Był to człowiek zarazem poważny i świetny. Wymowa jego skoro tylko togo pragnął, mogła być niewyczerpaną, a jednak w najwyższym stopnia posiadał, najpiérwszą ze wszystkich, sztukę milczenia.
Jednocześnie wszyscy zaślepieni zostali królewskim przepychem, jaki w około siebie rozwinął, nie jak wzbogacony wekslarz, ale jak prawdziwy magnat.
Tym sposobem po upływie kilku tygodni, w Paryżu: człowiekiem w całém znaczeniu tego wyrazu, królem, bożkiem.
Około epoki jego przybycia do Anglii, kilka nowych figur weszło w świat wielki; byli to wszyscy ludzie dobrego tonu, noszący nazwiska brzmiące jak należy, i prowadzący szlachetny sposób życia. W liczbie tych nowicjuszów przytoczymy majora Borougham, sir Pawła Waterfield, doktora Muller, kawalera Angelo Bembo. Ci panowie wszyscy mniéj więcéj znali markiza, którego widzieli bądź w Paryżu, bądź gdzieindziéj, ale żaden z nich nie zdawał się być jego poufałym przyjacielem.
Piérwszą kochanką Rio-Santa w Londynie była, jak powiadają, hrabina Derby. Dotąd lady Ofelia miała reputacyą najpożądańszą dla młodéj wdowy. Była to, według powszechnego zdania, kobiéta z wybornym gustem, delikatnym umysłem, ale z zimnem sercem; nakoniec najniebezpieczniejsza i najnieprzystępniejsza kokietka. Była to wreszcie, bo kokieterya nie zrzeka się niczego, kiedy kto jéj właściwie używać umie, kobiéta wybornych zasad, myśląca wzniośle i dobrze, pobożna w miarę potrzeby, i bez plamy nosząca nazwisko zmarłego małżonka, jednego z najszlachetniejszych i najpiękniejszych ludzi staréj monarchii angielskiéj. — Na świecie, gdzie mnóstwo złorzeczeń krzyżuje się z mnóstwem potwarzy, lady Ofelia żyła nieposzlakowana; najmniejsza nawet skaza nie zaćmiła jéj sławy. Mężczyzni lubili ją i bali się, rywalki zaś zazdrościły jéj i nienawidziły. Rio-Santo przybył, a istnienie hrabiny nagle pokryło się niezwykłą tajemnicą, któréj złośliwe języki nie zaniedbały podać w podejrzenie; mogła była bronić się, to jest: podnieść zasłonę i jak przedtem w każdym dniu i czasie pokazywać tłumowi swoje oblicze. Ale w istocie kochała Rio-Santa, kochała go miłością, jaką bezwątpienia napawał ów straszny don Juan: miłością ognistą, młodą, płochą, nierozsądną.
Rio-Santo także kochał mocno i żywo. Namiętność jego zanadto wrzała, aby mogła trwać długo. Ofiarował lady Ofelii szczere serce swoje, swój geniusz na chwilę upokorzony, cały swój byt, więcéj nawet niż byt, bo przyrzekł jéj przyszłość swoję. Ale Rio-Santo, jeżeli nie kłamał nigdy, to niestety! zbyt często się uwodził. Szafował swą miłością, jak dzieci, które rozdają zabawki towarzyszom swoim i wnet je znowu odbierają. Takim sposobem i Rio-Santo dawał i odbierał swą miłość, i nie miał więcéj zgryzoty, jak dzieci, o których wspomnieliśmy, ponieważ wszystko co czynił, czynił w dobréj wierze. Był to, jak powiadają niektórzy poeci, człowiek doskonałéj natury.
Ale niech was Bóg broni panny i panie od spotkania się z Rio-Santem.




IV.
JAK TO PRZEZ SEN MOŻNA SIĘ ZAKOCHAĆ.

Cały modny Londyn przez kilka dni zajmował się małżeństwem Rio-Santa z lady Ofelią Barnwood, hrabiną de Derby. Była to bardzo dobrana para. Z tém wszystkiém małżeństwo nie miało miejsca. Rio-Santo rozgłosił, że wszelkie jego usiłowania spełzły na niczém. Jedni wierzyli temu, drudzy mniemali, że owszem zbyt mu się dobrze wszystko powiodło.
Wówczas Rio-Santo już nie był obcym w naszéj stolicy. Fantastyczna wyższość, jaką mu zrazu zjednała jego sława, już była ustaloną. Stanowczo uznano go godnym téj sławy. Salony wyrywały go sobie; a obie arystokracye zacięcie o niego walczyły. Wiele zachwycających małżonek milionowych bankierów, z radością gotowe były kompromitować się dla słusznéj nadziei wzbudzenia zazdrości w dumnych magnatkach z Belgrave-Square. — Współzawodnictwa koteryj przybierały charakter namiętności. Markiz spokojnie i nietracąc nic z swéj wyższości przebywał wpośród tych towarzystw, tchnących wzajemną nienawiścią. Uczęszczał do West-End, bo obyczaje cyrkułu magnatów pochlebiały arystokratycznym z przyrodzenia jego skłonnościom; ale nie pogardzał także i City, ani téż ucztami stronnictwa wigowskiego.
Rio-Santo nie był ani członkiem parlamentu, ani artystą, ani doktorem; gorszym może był jak te wszystkie trzy rodzaje ludzi, lecz przynajmniéj uniknął tych trzech przewrotności. — Otwarcie mówiąc, nie był wcale tém, czém się jest zwyczajnie w naszém towarzystwie etykietalném, nie był powtarzamy, składem aptekarza; służyło mu też niezaprzeczone prawo — naśladowania pszczoły, to jest, wybierania bez wyjątku.
Odznaczającém się jego zatrudnieniem było markizostwo, milionowe bogactwo i jak można największa chęć odróżnienia się od innych. — Nie znamy wyborniejszego nad to zajęcia, i nie jesteśmy w stanie opisać nadzwyczajnéj rozrzutności dowcipu i dyplomacyi obu nieprzyjacielskich obozów, które go do siebie przyciągnąć isiłowały. Znalazły się młode damy, które poświęcały się jak prawdziwe rzymianki; znalazły się także kobiéty w pewnym wieku, które poukładały już cudowne plany. Jedna wigowska autorka posunęła się tak dalece, iż dała mu do zrozumienia, że go uwieczni za pośrednictwem romansu, w czternastu częściach i sześciu tomach in octavo. Rio-Santo wychwalał to poświęcenie się młodych pań, nie wiedział o planach podstarzałych wdów, a wigowskiéj autorce darował turecką fajkę upraszając, aby uwieczniała pamięć wszystkich, wyjąwszy jego.
Prowadził on jednak jak najściśléj życie eleganckie w całém znaczeniu tego wyrazu. Samowładnie nadawał ton wszystkiemu. Słowa jego przytaczano za prawdziwą wyrocznię. Kiedy mu się przypadkowo żadne nie wymknęło, dobre dusze poczytywały sobie za obowiązek pożyczyć mu kilku własnych. Kto mówił o nim, mógł być pewnym, że zainteressuje kobiéty, a niektórzy wysłużeni uwodziciele, na jego rachunek wynajdywali zachwycające historyjki, któremi jakby witrychami do wszystkich buduarów otwierać probowali.
Przypisywano mu także mnóstwo szczęśliwych przygód, których liczba przechodziła wszelkie prawdopodobieństwo; ale wierzyć potrzeba, że był dyskretnym, bo każdą opowiedzianą przygodę o nim, ćmił pewien rodzaj niepewności, niezbędnej dla skutku i wrażenia anekdoty, a nigdy nie można było przekonywającymi dowody poprzeć pięknych dykteryjek, których był bohaterem.
Powszechne prawidło jest, lew który ma zamiar uchodzić za tyrana serc, nie jest lwem czystej krwi; musi to być koniecznie jakieś pospolite czworonożne zwierzę, może osiół, przywdziany skórą króla zwierząt. Ale margrabia de Rio-Santo był prawdziwym lwem, posiadającym więcéj lwiéj natury, niż wszystkie inne lwy. Poświęcał miłości pewne godziny, lecz za zasłoną, strzegąc się mocno rozgłaszania rzeczy, które przechodząc z ust do ust tracą na wdzięku. Kto inaczéj czyni, postępuje jak samolub. Rio-Santo nie jasno bezwątpienia przedstawił sobie tę zagadkę; wziął ją mimo wiedzy za prawidło postępowania, a ponieważ uważał je za dobre: podług tego więc postępował, bo wszystko dobre miało zaród w bohaterskiém jego sercu. Było tam także i złe, ale tylko złe pochodzące z samego wyskoku dumy, które prowadzi za sobą zuchwałą zbrodnię i śmiałe występki. Co do niższego rzędu skłonności, co do rzeczy prawdziwie hańbiących, lub złączonych z niegodziwością i śmiesznością, Rio-Santo wolnym był od wszelkiego zarzutu.
Po hrabinie Derby kochał on zapewne inne kobiety. — Mielibyśmy wiele do czynienia chcąc ułożyć dokładny wykaz jego szaleństw.
Pewnego dnia spotkał miss Maryą Trewor i pomyślał, że — to dziécię blade, niepewnych rysów, ta prawie mglista piękność, jest bardzo mało znaczącą osobą. A może nawet i tak wiele nie myślał. Marya także uczuła się nie swoją w obec człowieka, którego szczególna opinia obudzała w niéj instynkt bojaźliwéj słabości. Gdy się drugi raz zeszli, miss Marya śpiéwała, — a jéj słodki, lecz słaby głos, obił się o ucho Rio-Santa, jak niepewne echo. Rio-Santo przemówił, a jego przejmujący i dźwięczny organ boleśnie dotknął słuchu miss Trewor. Dla czego? Marya nie umiała sobie tego wytłumaczyć.
Po-raz trzeci nakoniec spotkali się na koncercie w salonach lady Ofelii. Rio-Santo tego wieczora był blady, milczący i rzucał w około siebie, nic jednak nie widząc, roztargnione spojrzenia. Miss Trewor siedziała przy miss Dyannie Stewart, najlepszéj swéj przyjaciółce, w sali gry, do któréj nie wkroczył był jeszcze batalion graczy; rozmawiały po-cichu. Dyanna była krewną i towarzyszką młodości Franka Perceval, którego podróż oddaliła od miss Trewor, jego narzeczonéj. Nie potrzebujemy wspominać, że obie młode dziewice o nim rozmawiały. Rio-Santo stał oparty o kolumnę, której wydatność przez pół go ukrywała, chciał wszystko słyszeć, ale nic nie słyszał. Marya odwróconą była od niego, a więc nie mogła go widzieć. Powoli, młode dziewice, które zrazu rozmawiały po-cichu, coraz żywiéj i głośniéj mówić zaczynały, bo mniemały, że wolne są od wszelkich niegrzecznych podsłuchiwaczy. Rozmowa ich jak szmer doszła do ucha Rio-Santa. Nie uważał na nią i marzył ciągle, korzystając z niejaką chciwością z téj chwili spoczynku, którą go udarowała ciekawa uwaga tłumu.
Rio-Santo był bowiem najdoskonalszym marzycielem. Niezadowolony niezliczonémi uciechy, którémi go obsypywała rzeczywistość, przyzywał on często do siebie starannie ukrywane zdolności swéj przeważnie poetycznéj organizacyi, a kołysany wywoływanemi marzeniami, doznawał pewnego rodzaju przyjemności snu pięknego. Miewał na to swoje dni, i wpośród wszelkiego rodzaju szczęścia w którém smakował nieprzestannie swojémi zmysłowémi usty, to szczęście było mu może najdroższe, najzazdrośniéj miłowane. Z rozkoszą czuł nadchodzącą godzinę jego pożądliwych uniesień; zagłębiał się w nich bez wahania całém sercem, a na dnie ich znajdował spokojne, — i zarazem nieskończone upojenie, jakiego rzeczywistość wywołać w nim nie umiała.
Samo z siebie wynika, że Rio-Santo nie wybierał zwykle zgiełku jakiéj uczty na usypianie w swych urojonych rozkoszach, ale koncert i jego marzenia pogodziły się z sobą. Melodya orkiestry zawiodła go niejako w zakątek czarodziejskiego pałacu jego wyobraźni, którego w milczeniu i samotności nie szukał. Marzenia jego chętnie nasycały się wspomnieniami; a muzyka wywoływała te wspomnienia radośne, wśród których jak cienie przesuwały się niepewne uczucia słodkiéj miłości, która piérwsza przebudziła mu serce i żarem tchnęła na obojętność lat młodocianych.
W chwili, o któréj mówimy, Rio-Santo marzył, a marzył o miłości. W oddaloném zwierciadle jakieś zachwycenie, nakształt teatralnéj dekoracyi, przedstawiało się jego duszy; widział on jasno ową dziewicę, wznoszącą ku niemu z zaufaniem, czule i lękliwie, wzrok swój anielski. Orkiestra wtórowała melodyi, osnutéj na jednym z owych prostych a czułych motywów, jakie natchnieni bardowie zielonéj Irlandyi, znajdują w dzikich zaroślach. Rzecby można, że arya ta, zostawała w bezpośrednim i rzeczywistym stosunku z młodą wymarzoną dziewicą, a to być bardzo mogło, bo chodziło o wspomnienie. Twarz Rio-Santa wyrażała pewien rodzaj zachwycenia, połączonego z melancholią.
Gdy orkiestra ostatnim swym akkordem pokryła ostatnie drgania głosu śpiewaka, jedna łza przebiła się przez długie i na-pół spuszczone czarne rzęsy jego powieki.
— Maryo, szepnął, słodka moja Maryo!
— Biédna Maryo! zawołała w tejże chwili miss Dyanna Stewart, dziewica z którą rozmawiała miss Trewor. Potem dodała z lekkim uśmiechem:
— Kochasz go więc bardzo?
Na imię Maryi, Rio-Santo otworzył oczy, a spojrzenie jego padło pałające na przyjemny profil miss Trewor. Ludzie, a między innemi ci mianowicie, których niepohamowana wyobraźnia ma zwyczaj błąkać się gdzie ją kaprys uwodzi, i żadnéj nie ulegać kontroli, mogą widzieć jeden i ten sam przedmiot w rozmaitych i zupełnie przeciwnych sobie postaciach. Wrażenie chwili zmienia, że tak powiemy, szkło przez które patrzą. Między ich okiem, a tém co widzą, tworzy się pewien rodzaj tajemniczego złamania światła, mogący upiększyć szpetność, lub zeszpecić piękność. Rio-Santo widział już był miss Maryę, a jednak zdawało mu się, że ją widzi po raz piérwszy. Może delikatny i wdzięczny uśmiech miss Trewor znalazł swe miejsce we śnie, który opanowywał w téj chwili Rio-Santa; może jakie dalekie podobieństwo przyszło w pomoc temu imieniu Marya, i do szczytu podniosło urojenia markiza. Dla téj, lub innéj przyczyny, uczuł, że bije jego serce i wyrywa się ku téj zachwycającéj dziewicy, która tak stosownie uosabiała chwilową jego fantazyę. — Pochłaniał ją wzrokiem, jak przyszłą zdobycz, a zepsuty powodzeniem, nie pomyślał nawet o środkach odniesienia tryumfu.
Miss Trewor przez chwilę wahała się udzielić odpowiedzi na zapytanie Dyanny.
— Smutna jestem od chwili jego wyjazdu i niecierpliwie oczekuję jego powrotu, rzekła nakoniec.
Rio-Santo zwolna napawał się harmonią tego głosu, którym wczoraj byłby pogardził. Podzielał jego słodycz, zachwycał się delikatnością jego dźwięku, bo ta delikatność kazała mu szukać w ciemnym zakątku pamięci jakiejś struny nietkniętéj od lat kilku, która zadrgała i wydała dźwięk zapomniany.
Poruszył się. — Miss Trewor obróciła się, a blade jéj lica zapłonęły, bo odgadła, że słyszano jéj odpowiedź. Potém przejęta na-nowo instynktem trwogi, która ją dawniéj już przejmowała na widok markiza, zadrżała od stóp do głów i ścisnęła dłoń Dyanny.
— Pójdź, rzekła, uprowadzając zdziwioną przyjaciółkę do salonów, w których dawano koncert.
Czyżby miał się wczołgać jaki wąż po za twój fotel? spytała wesoło miss Stewart.
— Był tam jakiś mężczyzna, szepnęła Marya.
Dyanna żywo się obróciła i spotkała także pałające spojrzenie Rio-Santa, które ścigało odchodzącą jéj towarzyszkę. Przybrała poważną minę.
— Jakże on na ciebie patrzy! rzekła z naiwną zazdrością. Między jego okiem a tobą rozciąga się jakiś niby ognisty promień.
Marya mocniej zadrżała.
Rio-Santo opuścił kolumnę i rzucił się na fotel, zajmowany poprzednio przez miss Trewor. Długo tam zostawał, i do sali koncertowéj wszedł dopiéro wtedy, gdy cisnący się tłum graczy zmusił go do ustąpienia z tego miejsca.
— Biedna Marya! rzekł wstając; do téj pory, żadnéj tak nie kochałem.
W kilka dni potem, Rio-Santo przedstawiony został, lady Campbell i lordowi Trewor. Lady Campbell umyślnie zdała się stworzoną dla ocenienia wszystkich przymiotów markiza; także oddanie piérwszeństwa ze strony Rio-Santa, pochlebiało jéj, bo przewidywała, że wpłynie na podwyższenie jéj przewagi w świecie. — Trewor-house w istocie stał się nagle wyrocznią mody. Każdy chciał tam być wprowadzonym, a młodzi dżentlemenowie, których widzieliśmy przybywających do Londynu jednocześnie prawie z Rio-Santem, najpiérwsi ubiegali się o ten zaszczyt. Zaiste, major Brougham, doktor Muller, sir Paweł Waterfield i piękny kawaler Angelo Bombo byli to ludzie dla których drzwi wszędzie stały otworem.
Zaledwie wprowadzeni do lorda Trewor, otoczyli lady Campbell i nieustannie jéj nadskakiwali. Ci cztéréj dżentlemenowie mieli wprawdzie między sobą owe powierzchowne i zgodne z okolicznościami, tak łatwo na świecie zawiązać się dające stosunki, ale nie istniała między nimi żadna widoczna poufałość. Mimo to jednak można było powiedzieć, że dali sobie słowo aby popiérać insteresa Rio-Santa u lady Campbell. Może to był traf.
Rio-Santo, zresztą, niczyjéj nie potrzebował pomocy. Im dowcipniejszą była która kobiéta, tém mniéj miała nadziei ujść złudzeń jego ducha; jakoś mniemamy, żeśmy już powiedzieli, iż lady Campbell co do delikatności i wyszukania w swym dowcipie nie ustępowała nikomu. Szybko więc i zupełnie ujarzmioną została. Po upływie kilku dni, uważała Rio-Santa jak przyjaciela rodziny, po upływie miesiąca, patrzyła tylko jego oczami. Że zaś lady Campbell była w istocie głową domu brata swojego, wszystkie więc zamieszkałe tam osoby, ulegały mniéj więcéj wpływowi markiza, wszystkie, bo nawet i sama miss Trewor.
Powinniśmy powiedzieć także, iż Rio-Santo nie działał wprost na miss Maryę Trewor. Lady Campbell sama przyjęła na się trudny obowiązek usposobienia, mimo wiedzy, giętkiego serca swéj ładnéj siostrzenicy. Ta godna kochania kobiéta, w rzeczy saméj przejęta doskonałością markiza, nie mogła milczeć. Żywa jéj przyjaźń i uwielbienie torowały sobie drogę wszelkiemi otworami. Przedstawiła ona Rio-Santa swéj siostrzenicy, jako wzór do studjów, jako przedmiot rozbioru, jako najwyższy typ, który raz poznany, uzupełni jéj znajomość świata. Dobrym, jest mawiała, dobrym, chociaż wyższego umysłu, a to nadaje dobroci charakter jakiejś wzniosłości; czyni dobrze, chociaż ma tyle sposobności do czynienia źle. Co miesiąc, ogromne summy sypie własną ręką w worek nieznanego jakiegoś duchownego, a tysiące nieszczęśliwych mają chléb... Był niestałym, lekkim w miłości, ale któż to rozgłaszał? Rywale? kłamstwo! Kobiéty? zemsta! a wreszcie dla czegóż mordowano go tyłu hołdami? Czyliż miał, dobrze rzecz rozważywszy, brać na seryo wszystkie te łaski, którémi tak marnotrawnie był obsypywany?... I wiele podobnych rzeczy.
Taka mowa sprawiła, że miss Trewor wstydziła się i żałowała piérwotnego przestrachu na widok markiza. Przejęta więc została pewnym dla Rio-Santa rodzajem podziwu, połączonym wprawdzie z jakąś nieopisaną bojaźnią, lecz już nie z odrazą.
Wiedziała, że Rio-Santo kochał ją, a kiedy kobieta wie o tém i z odrazy przechodzi do lepszego jak obojętność uczucia, można według powszechnego zapewnienia dostrzegaczy założyć się, że nawzajem kochać go będzie. — Jest to pytanie czasu. Obaczymy, czy z miss Maryą nasi dostrzegacze nie byliby podwoili swéj stawki.
Rozchodziła się po Londynie wieść szczególna i daleka od wszelkiego prawdopodobieństwa.
Mówiono, że Rio-Santo chce się żenić. Żenić się jak najpospolitszy śmiertelnik, skończyć, skruszyć swoje berło, połamać ostrogi, zmienić poezyę na prozę, włożyć bawełnianą szlafmyca na swoje koronę!
Był to niezręczny wynalazek, śmieszność, niepodobieństwo, ale niestety prawda.
Gdy się ta wieść rozeszła, Rio-Santo prosił o rękę miss Maryi Trewor.
Przeciw zwyczajowi swemu, napotkał wiele przeszkód, z których najmniejszą nawet nie można było pogardzać. Naprzód lady Campbell, ta najczystsza prawość, mimo dobréj chęci odmówiła wsparcia markizowi. Wzajemna miłość Franka Perceval i jéj siostrzenicy była jéj dziełem; pracowicie przygotowała ona ich związek. Opuścić sprawę Franka w czasie jego nieobecności, byłoby czystą zdradą, a lady Campbell niezdolną była do tego. Powtóre, lord Ja mes Trewor, stary dżentelmen rycerskiéj wiary, dał już słowo Frankowi. Potrzecie nakoniec, miss Trewor sama kochała Franka Perceval.
Dla tego téż markiz otrzymał na trzech powodach ugruntowaną odmowną odpowiedź.
Niezbyt to uczuł, bo długie nawyknięcie do powodzeń wstrzymywało go od rozpaczy, ale twarz jego pokryła się ponurą smętnością; niby zniechęcony ucałował rękę lady Campbell, i oddalił się nagle jak człowiek lękający się okazać słabym wobec nieszczęścia.
Wróciwszy do domu, uroił w swojéj głowie jak najczarowniejszy podarek ślubny, jaki tylko wybujała wyobraźnia młodéj i zalotnéj dziewczyny wynaleźć może.
Lady Campbell była niepocieszoną. Gorzko żałowała słowa danego Frankowi, który bez wątpienia był bardzo znakomitym człowiekiem, jednak niczém, w porównaniu z Rio-Santo. Ale żal jest to rzecz arcy zbyteczna, a lady Campbell nie lubiła tracić czasu. Napróżno przymuszała się do żalu, napróżno szukała rozmaitych na wzbudzenie go środków. Szczęściem, kobiéty z delikatnym dowcipem mają zawsze pod ręką ostateczne źródło, to jest: same siebie oszukują.
Lady Campbell pogrążona w rozpaczy, naturalnie mniemać mogła, że Marya jest niepocieszoną. Nie było to zupełnie tak samo, przecież była to rzecz przypuszczalna. Smutek miss Trewor raz przyznany, można było tłómaczyć rozmaitemi sposoby; wybór ich był dozwolony, lady Campbell więc wybrała. Powiedziała sobie, że jéj siostrzenica kocha, że kocha Rio-Santa, i że odmowna odpowiedź jaką mu dano stanowi całą troskę młodéj dziewicy.
Powtarzała to sobie po kilka kroć i nie wierzyła, aż nakoniec i dała temu wiarę. Uwierzywszy, miała niezaprzeczone prawo udzielić swe zdanie komu innemu; lecz komuż miała zakommunikować wrażenia, których doznała, jeżeli nie swéj ukochanéj siostrzenicy, swej przybranéj córce?
Za piérwszém wyznaniem, Marya spadła z obłoków. Ale ludy Campbell posiadała tak dobrą wiarę i tak była wymowną, że Marya, słaba, przyzwyczajona nie badać nigdy ściśle serca swojego, nawykła nadto przyswajać sobie wszelkie myśli ciotki, Marya mówimy, dała się przekonać.
Okoliczność ta zdawać się może dziwną, ale codzień przytrafiającą się.
Od téj pory lady Campbell znowu przyszła do siebie, odzyskała cały pokój duszy. Wyznajmy jednak, że położenie rzeczy zupełnie się teraz zmieniło. — Nie chodziło tu już o nią; lecz o jéj siostrzenicę. Byłaby winną, gdyby ulegając własnym skłonnościom złamała dane słowo, ale z jéj siostrzenicą rzecz się miała inaczéj!... I sumiennie powiedziawszy, nie można w ten sposób poświęcać szczęścia młodéj dziewicy. Daleka od wahania się, owszem mniemała, że honorowo teraz postępować winna, a to co dawniéj mniemała być słabością, dziś poczytała za ścisły obowiązek: wyznała sobie, ze w takich okolicznościach, nie należy stawać na połowie drogi, i ze koniecznym jéj obowiązkiem jest wspierać wszelkiemi siłami Rio-Santa.
Najciekawszą jednak było rzeczą, ze dobra lady Campbell z tego powodu uznała potrzebę powiedziéć swéj siostrzenicy piękną perorę o miłości. — Ale raz tym sposobem zaspokoiwszy moralność, przyrzekła miss Maryi wspierać nowe jéj miłostki, a tak, bez myśli nawet, wykonała śpiéw pochwalny na cześć Rio-Santa.
Miss Trewor, prawdę mówiąc, żyła wówczas w pewnym rodzaju ciągłego ogłuszenia, pełnego trudów i nudów. Rio-Santo szczególne sprawił na niéj wrażenie, którego określić sobie nie umiała. Lady Campbell nazywała to miłością; musiała to więc być miłość.
A jednak obraz Franka Perceval pozostał wyryty w jéj sercu. Biedna Marya wahała się, nic wiedząc o tém, a może wiedzieć nie chcąc. Przyciśniona wyrocznią lady Campbell, dla niéj niewątpliwą, a przytém kierowana słabością charakteru, zasypiała w téj dziwnéj, prawie fantastycznéj wątpliwości.
Pozostawała jeszcze do przezwyciężenia oppozycya, z jaką lord Trewor, niewzruszony jak skała i pomny na dane słowo, wystąpiłby zapewne przeciw temu nowemu układowi. Wprost i otwarcie nie można było o tém myśleć, ale mówiąc między nami, było to bagatelką. — Kto zdołał sam siebie oszukać, omamić sumienie młodéj dziewicy, a przecież zachował spokojność duszy, słusznie spodziewać się może, że zawróci głowę starcowi, którego noga częściéj stąpała po polach bitwy, niż po ugrzecznionych kobiercach dyplomatycznych salonów.
Rio-Santo zatem mógł wkrótce oświadczyć uczucia swoje miss Maryi Trewor, która całą następną noc marzyła — o Franku Perceyal.
Wyznać należy, że młody ten dżentelmen zły wybrał czas na swą podróż. Tak się zwykle dzieje w jego wieku, kiedy rodzice, dla pokazania wszystkim swéj wyższej mądrości, odraczają pożądany związek pod pozorem, że jeszcze zawcześnie.
Biédny pozór, biédna mądrość! Dla szczęścia jedna jest tylko chwila, a kiedy jéj dozwolą my przeminąć, mówiąc: jeszcze czas, lub co podobnego, szatan wtedy śmieje się i woła: basta! Frank Perceval, przyjęty przez całą rodzinę Trewor, był prawie urzędowym narzeczonym Maryi, ale Marya była jeszcze zbyt młodą! Za rok, mówiono mu... Frank pytał sam siebie, jak zdoła czekać trzysta sześćdziesiąt pięć dni i nie umrzeć siedmset trzydzieści razy. — Jeden z przyjaciół jego, bo kiedy człowiek ma kark skręcić, zawsze mu przyjaciel w tém pomaga, doradził mu, aby najął pocztę i wyjechał do Szwajcaryi. Frank zwiedził Szwajcaryę. Bawił tam rok cały, najął znowu pocztę w Genewie i tak wyrachował, że trzechsetnego sześćdziesiąt piątego dnia stanął w Londynie.
Nie można być akuratniejszym, a traf winien mu był jednę z swych przyjemnych niespodzianek, które zachowuje niekiedy dla podróżujących kochanków.
W chwili gdy stanął w domu, gospodyni podała mu list przed tygodniem już datowany, w którym go lord Trewor zapraszał do siebie na wieczór.
Frank zaledwie miał czas przebrać się, bo tego właśnie wieczoru był bal w Trewor-house.




V.
BAL.

Trewor-house, wspaniała budowa przy ulicy Norfolk, jest jednym z tych rzadkich pałaców w Londynie, będących własnością prywatną, których inżenierska węgielnica jeszcze nie zniwelowała; korpus jego wznosi się między kratą, a ogrodem pysznéj architektury, rozpościerając po obu stronach wybiegające z niego skrzydła. Główny front zwrócony jest w stronę zarosłą krzakami, po za któremi leży łączka, otoczona zieleniejącemi się gajami, zakrywającemi mur dzielący ogród od parku Lane; ogród ten, dosyć obszerny, zdaje być jeszcze rozleglejszym z powodu sztucznego ułożenia jego planu. Cały ogół tworzy okazałe mieszkanie, przywołujące na pamięć starodawną wystawność i pogardliwém każące patrzeć okiem na wygodne budowle teraźniejszego Londynu.
Tego wieczoru, wysokie okna frontowe rzęsisto były oświetlone, a biédne straże, obowiązane pilnować kolossalnéj statui Achillesa, wzniesionéj na cześć księcia Welingtona, mogły widzieć, przez bezlistne gałęzie drzew, ogień zwierciadeł, złagodzony przezroczystą zasłoną draperyj.
Wybiła godzina zjazdu na bal, salony powoli się napełniały, a okiestra pod dyrekcyą Angeliniego, tego króla kadrylów, wydobywała niepewne tylko i lękliwe tony. — Tańców jeszcze nie rozpoczęto; ale szereg krzeseł umieszczonych wokoło sal, zaczął się już zapełniać; główny mianowicie salon, w którym znajdowała się lady Campbell przedstawiał już zachwycający widok i wyglądał jak koszyk do połowy napełniony, już tylko na kilka oczekujący kwiatów.
Rozmawiano. Lady Campbell i miss Trewor otoczona licznemi gruppami, coraz się zmieniającemi, witały, odbierały ukłony, odpowiadały na nie, znowu pozdrawiały osoby przybywające, i tak daléj szło na przemian. Taki jest przyjemny urząd gospodyni domu podczas balu, trwający od godziny dziesiątéj do północy.
Co do nas, wolelibyśmy raczéj w tejże saméj godzinie stać na straży przy kolumnie Achillesa. Ale gospodynie domu wybierać nie mogą.
Lady Campbell skłoniła się w prawo i w lewo trzy, cztéry razy, tak, aby każdy to spostrzegł; podała rękę lady Ofelii Barnwood, hrabinie de Derby, właśnie przebywającéj, a Marya uściskała Dyannę Stewart, któréj matkę tylko co oznajmiono.
— Sir Pawle, odezwała się lady Campbell do jednego z nowo przybyłych, nie powiész nam co nowego?
— Słychać, odpowiedział sir Paweł Waterfild, że markiz Rio-Santo odnawia ekwipaże i sprzęty w swym domu.
— Czy nie żartujesz? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces, nie upłynęło jeszcze trzech miesięcy, jak cały swój dom świeżo urządził.
— Markiz ma do tego powody.
— Ten kochany Rio-Santo wcale mi o tém nie wspomniał! szepnął vice-hrabia Lantures-Luces, któremu zdawało się, że go wszyscy powinni uważać za Pyladesa markizowego.
— A jakie powody?.... zaczęła znowu lady Campbell.
— Żeni się, odpowiedział major Borougham. Wszak o tém tylko wszędzie mówią.
Z list Maryi zniknął uśmiéch uprzejmy, zastosowany do chwili obecnéj. Głowa jéj zaczęła pałać, a ręce zesztywniały. Lady Campbell szybko na nią spojrzała.
— Jakże ona go kocha! rzekła sama do siebie.
Miss Trewor myślała o Franku Percewal; którego już nie kochała, ponieważ tak ułożono, ale który od rana do wieczoru zajmował jéj myśl wspólnie z Rio-Santem. Marya bowiem do tego już doszła kresu, że oddała markizowi połowę umysłu, jeżeli nie połowę serca. Rio-Santo zrobił na niéj wrażenie trudne do opisania, które nie było miłością, ale często miewało jej symptomata; tym sposobem wspierana radami lady Campbell, Marya nieznająca uczucia któremi ją natchnął markiz, nieumiejąca je sobie dokładnie wyjaśnić, mogła wątpić, ale mogła także wierzyć i brać za miłość ciągłe swoje roztargnienie. Łatwo jednak pojąć, że obłudna wiara napastowała tylko umysł, nie zaś serce młodéj dziewicy, które neutralne w tych zagadkowych walkach, chowało w głębi ukrytą piérwszą swą skłonność. Lady Campbell słowami swemi rozciągnęła gęstą zasłonę między sercem a rozsądkiem siostrzenicy, któréj serce tym sposobem spoczywało snem otrętwienia. Marya żyła tylko głową, ztąd należała zupełnie do swéj ciotki, a raczéj do markiza Rio-Santo.
Tak uprzedzona głowa, nieprzyjazną była sercu, milczącemu wprawdzie, lecz napełnionemu wspomnieniami. Marya niespokojna wewnętrzném pomieszaniem, oburzyła się na swą zbyt wierną pamięć, i, jak natrętną plagę, odpychała obraz Franka, którego już z uniesieniem i uściskami przyjmować nie mogła. Wahająca się jéj dusza błądziła po labiryncie, w którym tylko wolny własny sąd mógłby jéj dostarczyć nici Ariadny; lecz lady Campbell coraz gęściejszą rozpościerała zasłonę i ciążyła na słabym charakterze Maryi całą przewagą swéj tyrańskiej wyższości.
Dowcipne kobiéty są zawsze takie: zrzekną się one raczéj panowania nad sobą jak nad kim innym. I jakże często już się to zdarzyło.
Jakeśmy więc powiedzieli, lady Campbell uczyniła radosne poruszenie na widok pomięszania Maryi, które, jak mniemała, wykrywało całą gwałtowność jéj miłości. — Myliła się jednak. Pomięszanie Maryi było tylko oznaką przesilenia ciągłych, dotykających ją cierpień. Pojęła ona całe znaczenie wieści biegających o markizie; zrozumiała, że nadchodzi godzina, w któréj trzeba będzie działać z namysłem, a jéj wahająca się natura doznała stokroć mocniejszego uczucia od tego, jakiego doznaje każda dziewica w chwili stanowczego przyjęcia ręki tego, który ma być jéj mężem.
Lady Campbell ulitowała się nad nią i nie pytała o nazwisko narzeczonej Rio-Santa.
— Markiz bardzo się zmienił, rzekł kawaler Angelo Bombo.
— Nie do poznania, dodał major Borougham.
Sir Paweł Waterfield powiedział także cóś podobnego, a doktor Muller odezwał się swoim gardłowym rykiem, którego używają Niemcy, gdy chcą co potwierdzić.
— Cóżeście znowu upatrzyli do tego kochanego markiza? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces.
— Zakochał się, odpowiedzieli chórem czteréj wśpomnieni dżejntlmenowie.
— Na trzy dni tylko, dodał vice-hrabia przerzucając swój klak na lewą rękę.
— Na całe życie, odrzekł poważnie major Borougham.
Miss Marya z dumą zadrżała, ale zarazem przebiegł ją dreszcz przykry; duma jest to rzecz właściwa córce Ewy i nie znalazłaby się w Londynie ani jedna może kobiéta, któraby się jéj ustrzegła widząc Rio-Santa u swych nóg. Udręczenie Maryi, była to czcza protestacya serca, jakiś rodzaj przebudzenia, przytłumiony odgłos sumienia.
Vice-hrabia Lantures-Luces wybuchł głośnym i długim śmiéchem.
— Przedziwnie! zawołał, na honor nie żartuję.
Tańce się rozpoczęły. Kawaler Angelo-Bembo ujął rękę miss Trewor i powiódł do kadrylla. Nastąpiło ogólne poruszenie w salonach: odosobnione gruppy razem się pomięszały, lady Campbell, nie tracąc mężczyzn z uwagi, została otoczona wieńcem dam, tworzących środek, czyli przejście pomiędzy czynną a bierną stroną balu, pomiędzy témi co nie mają w nim udziału i témi co są najświetniejszą jego ozdobą; tych nakoniec dam, którym prawo światowe nie zabrania surowo tańca, ale które nie zawsze tańczyć się odważają.
Trwała ciągle rozmowa, wesoła, uszczypliwa, dowcipna. Lady Campbell mięszała do niéj zajmujące swoje uwagi, vice-hrabia Lantures-Luccs rozkoszne wykrzykniki, a doktor Muller zakatarzone tony i wyuzdane germanizmy.
— W istocie, kiedy nasz markiz nie jest tu obecny, rzekła lady Campbell z ukrytą ironią, pan de Lantures-Luces bywa duszą naszych zgromadzeń.
— I dla czegóż kładziesz pani vice-hrabiego w drugim rzędzie? spytała jedna baronowa.
— Zaiste, dodała żona para, to porównanie nie ubliża w niczém markizowi.
— Ah! panie!... panie!... wyjąknął Lantures-Luces; przez litość... dajcie mi pokój. Za nadto kocham markiza, iżbym śmiał mniemać...
— Zbyteczna skromność, vice — hrabio!.... Pan zawsze masz jakąś dowcipną powiastkę w pogotowiu...
— Jakąś ujmującą anegdotkę...
— Jakiś żarcik w dobrym guście...
Vice-hrabia nadymał się czczą radością. Nie wiedział co się z nim dzieje; był w niebie.
Był to Francuz śmieszny, w średnim wieku, zwyczajnego wzrostu, pospolitych rysów twarzy. Jego kędzierzawe, upomadowane włosy wiły się w kształcie podkowy po nad wązkiém czołem, podług niewdzięcznéj mody zwanéj à la Louis Philippe. Ubranie nacechowane było przesadą i nadzwyczajną chęcią podobania się; w innych salonach byłoby bardzo gustowną toaletą, lecz w Trewor-house najwyższą elegancyę stanowiła sama tylko dobrze zrozumiana prostota ubioru. Dla uzupełnienia opisu pana Lantures-Luces, dodamy tylko, że lubił aby o nim mówiono i okropnie szeplenił, przytém uśmiéchał się jak człowiek pewny swego uśmiechu i nosił podwojną lorynetkę, którą z niejakim talentem wywijać umiał.
Miernego urodzenia posiadał przyzwoity majątek, dowcip jego dostatecznym byłby może dla bardzo skromnego człowieka; ale Lantures-Luces zbyt był próżnym. Rio-Santo, którego widział on samą tylko zewnętrzną stronę, zawracał mu głowę. Mordował się chcąc naśladować ten wzór niepodobny do naśladowania. Bóg postawił między nimi przedział, nakształt stopni dzielących bohatera od żołnierza, a świat łatwo odgadujący wszelkie śmieszności i umiejący ocenić każde dziwactwo przez pewny rodzaj magicznego wpatrywania się, szybko bardzo poznał komiczną emulacyę biédnego vice-grafa; bawił się nią wielce, a vice-hrabia wcale nie poznawał utajonych żartów, pokrytych zawsze znakomitą dozą dworskości. Daleki gniewu, owszem cieszył się i nadymał, jak żaba w bajce, ale nie pękał, bo guziki od kamizelki nie dopuszczały zbytecznego przedęcia.
Kadryl skończył się, kawaler Angelo Bembo odprowadził miss Trewor na miejsce. Zaledwie usiadła przy ciotce, a silny głos kamerdynera, zagłuszając od razu wszystkie inne głosy, rzucił do salonu nazwisko szanownego pana Franka Percewal.
Miss Trewor struchlała, znikł od razu delikatny rumieniec, który taniec na twarz jéj wywołał: zbladła jak marmur i położyła rękę na gasnącém sercu.
Lady Campbell pochyliła się ku niéj i rzekła po-cichu:
— Odważnie moja córko! Biédny Frank mniema, że mu służy prawo; spotkanie będzie przykre... ale byłaś tak młodą! twoje serce myliło się... a któż wie zresztą czy Frank sam także się nie zmienił?
To ostatnie słowo zamiast przynieść pociechę, wycisnęło łzę z oczu miss Maryi Trewor.
— Po cóż ta słabość! zaczęła znowu lady Campbell; widząc że kobiéta płacze, mężczyzna wierzy zawsze w resztę czułości... a ty już go wcale nic kochasz, wszak prawda? dodała z prawdziwą obawą.
Marya nie odpowiedziała.
— Ja kto miałażbyś go jeszcze kochać? mówiła daléj lady Campbell. Biédny Frank! Przybycie do Londynu naszego niepokonanego markiza jest wielkiém dla niego nieszczęściem.
Dowcipna kobiéta nie mówiła nic więcéj, i pomyślała, że bez niéj siostrzenica byłaby się zaparła głosu swego serca, że napróżno i w ukryciu walczyłaby przeciw swéj miłości dla markiza, że z bojaźni zaślubiłaby Franka Percewal, że byłaby nieszczęśliwą, a może winną...
Wyobraźnia jest rzeczą przewyborną! Lady Campbell nigdy jeszcze nie była tyle z siebie zadowoloną; miss Trewor zaś nigdy więcéj nie cierpiała.
Lord Trewor z otwartém i uradowaném sercem przyjął Franka Perceval, sam go przedstawił córce; ale tu scena się zmieniła. Marya przyjęła narzeczonego z tém większą oziębłością, z im większą siłą nagle przebudzone jéj serce wyrywało się do niego. Samo imię Franka gwałtownie wyprowadziło ją z odrętwienia i rozdarło szatańską zasłonę, w którą okryto jéj sąd dowolny. Widok Franka dokonał tego metafizycznego przeistoczenia. Znikła nagle mgła ćmiąca oko Maryi, oko jéj serca, spojrzała z zadziwieniem i przestrachem w głąb jego. Potém, przez konieczną i nagłą reakcyą, zbuntowała się przeciwko despotycznéj ręce, która ją oślepiła. — Ale była słabą, poskromioną; czarny niewolnik nabiera odwagi tylko w nocy, W wród czarnych lasów, gdzie go nie ściga straszliwe oko pana; a lady Campbell była przy Maryi.
Marya znowu upadła na duszy. Jéj oczy zaledwie otwarte, znowu się przymknęły. Uczyniła jak czarny niewolnik, kiedy widzi, iż noc się rozjaśnia i słyszy bicz dozorcy; przytłumiała w sobie chęć skargi, wróciła znowu do biernego stanu.
Otóż takim to sposobem doskonała, dowcipna kobiéta, nie więcéj być może warta, jak bardzo zła i bardzo nierozsądna. Takim sposobem uległość posunięta aż do niewolnictwa, pozbawiona własnego zastanowienia, może być podobną jak dwie kropli wody do bałwochwalstwa i sprowadzać na fałszywą drogę najlepsze dary przyrodzenia. Jakież jest na to lekarstwo? Przypadek, a przytém rzadkość faktu, bo zwykle młode dziewice nie grzeszą nadto wielkiém posłuszeństwem.
Bóg świadkiem, że lady Campbell złego nie chciała. Ten ktoby jej był pokazał krwią zbroczoną ranę, którą ciągle rozdrażniała w sercu ukochanéj osoby, byłby ją nie tylko zadziwił, ale i zadał boleść. Ale któż mógł domyślać się takiego niepodobieństwa? Miss Trewor była jedną z najświetniejszych dziewic i zaiste w całym ubarwionym tłumie napełniającym salony jéj ojca, bardzo mało było dostrzegaczy zdolnych pojąć lub odgadnąć przykrość jéj położenia.
Spuściła oczy przed spojrzeniem Franka i na powitanie jego, wzruszonym wyrzeczone głosem, odpowiedziała kilka ledwie słów bez ładu. Frank uczuł w sobie okropną trwogę. Chciał znowu mówić, ale lady Campbell lekko trąciła go wachlarzem w rękę.
— Czy szczęśliwie odbyłeś pan swą podróż? spytała. A potém nagle zmieniając ton, pochyliła się ku niemu i wsunęła w ucho te słowa:
— Nie dziś... zaklinam pana... wszyscy na nią, na nas zwracają oczy!...
Frank nic nie rozumiał.
— Jutro, mówiła daléj lady Campbell głosem, w którym było zanadto litości, izby Frank mógł dłużéj nie rozumieć; jutro wszystko panu wytłumaczę... Wiesz, że zawsze jestem twą przyjaciółką kochany Franku... biédne dziécię długo się opierała... długo cierpiała...
— Co, milady! zawołał Frank; mamże mniemać?...
— Proszę cię panie Percewal, poczekajmy do jutra.
I to mówiąc lady Campbell ujęła rękę Franka i uścisnęła ją z nieudaném uczuciem; Frank skłonił się i odszedł ze śmiertelną raną w sercu.
— Miss Trewor raczyła mi dozwolić służyć sobie do tego kadrylla, rzekł major Borougham, gdy orkiestra znowu zabrzmiała.
Marya. była nieruchoma, i jakby martwą.
— Raczysz pan przebaczyć mojéj siostrzenicy, panie majorze, odpowiedziała lady Campbell, na wszystko mająca oko; późniéj, nim się bal skończy, Marya wynagrodzi to panu.
Szczególny uśmiéch przebiegł pod wąsem majora Borougham.
— Rio-Santo cóś się opóźnia! rzekł do ucha doktorowi Muller.
Doktor Muller odpowiedział cicho, lecz najczystszą, jeżeli pie najwyszukańszą angielszczyzną, i zupełnie bez niemieckiego akcentu.
— Rachuje na poczciwą lady Campbell, i niech mię djabli porwą jeśli nie ma racyi.... Gdyby nie ona, nie ręczyłbym za małę.
— Mała bada sama siebie... nie wie co począć... zdaje mi, że kocha tego drugiego.
— Bah! ma może serce... ale nie ma oczu?
— Zresztą ma ciotkę!...
Ciotka mówiła do siostrzenicy:
— Moje dziecię najgorsze już przeminęło... Teraz reszta do mnie należy... O! gdyby nie o ciebie Maryo chodziło, nie podejmowałabym się tak trudnego obowiązku... Biédny Frank!... Ale idzie o twe szczęście: poświęcę się kochana córko.
I pocałowała miss Trewor w wilgotne i zimne czoło.
— Czy ci słabo, moja kochana? spytała z obawą.
— Nie wieém, odpowiedziała Marya; cierpię... mniemam....
— Co mniemasz moja córko?
— Mniemam, że się obie mylimy... Widok Franka...
— Czy tylko to? przerwała lady Campbell, odzyskując natychmiast swą wesołość, spuść się na mnie, moje dziécię, ja to znam... O! twoje szczęście Maryo, że umiałam czytać w twojém sercu!...
Frank błądził po salonach, usiłując odeprzeć od siebie boleśną obawę tłoczącą myśl jego; chciał jeszcze mieć nadzieję, bo wreszcie przyjęcie jakiego doznał ze strony lorda Trewor było jak dawniéj serdeczne, a słowa lady Campbell, rozmaicie dawały się tłumaczyć. Ale Marya! Możnaż było nie rozumieć téj lodowatéj oziębłości, która tak nagle zajęła miejsce słodkiego jéj niegdyś obejścia? Możnaż było wątpić jeszcze? Frank usiłował pokonać tę wątpliwość, lecz zwycięzka oczywistość niweczyła wszelkie usiłowania.
Tu i owdzie zatrzymywali go przyjaciele, podawali mu rękę i witali.
— Jakież wiadomości z Simplonu? zapytał jeden.
— Pokażesz mi, Franku, twoje album, rzekł drugi.
— Jakżeś smutny! zawołał trzeci. Miałżebyś już wiedzieć.
— O czém? zapytał Frank gwałtownie wzruszony.
— Biédny chłopcze! szepnął przyjaciel, — ale jeszcze nie ma nic urzędowego... to tylko proste pogłoski.
— Mówią... może kłamią... ale mówią, że miss Marya idzie za Rio-Santa.
Frank powiódł ręką po czole.
— Co to za jeden ten Rio-Santo? spytał.
Przyjaciel spojrzał nań zdumiały.
— Nie słyszałeś o Rio-Santo, Franku?.... O kimże mówią w Szwajcaryi?... Rio-Santo jest to markiz, markiz jakich mało, markiz... Do widzenia Percewal, biédny mój przyjacielu; postrzegam sir Pawła, który daje znaki, że brak czwartego do wista.
Frank pozostał sam, odurzony tym nowym ciosem.
— Ah! dzień dobry, mój kochany, wrzasnął mu nad uchem głos przedęty; wieki jakeśmy się nie widzieli, a mówiłem wczoraj... komuż ja to mówiłem? Ah! mówiłem kochanemu markizowi... Mówiłem mu: wieki jak nie widziałem Franka, pewny jestem, że ma w Szwajcarryi rozmaite awanturki... Na honor nie żartuję, mówiłem to... Ale cóś masz smutną minę mój kochany... Zgaduję, właśnie mi powiedziano, że Rio-Santo...
— A więc to prawda! szepnął Frank.
— Mój kochany, ja nic nie wiém; ale ten szatan Rio-Santo dobrze umie kierować swoją łódką!... A potém mój kochany, on ma więcéj milionów, aniżeli tyset tysięcy dochodu... Ah! to straszny współzawodnik!...
To mówiąc vice-hrabia de Lantures-Luces zrobił piruet, odwrócił się i pobiegł gdzie-indziéj rozsiewać plotki.
Frank chodził jak niewidomy i chwiał się jak pijany; wtém uczuł, że ręka jakiejś kobiéty wciska się pod jego rękę.
— Panie Frank Percewal, rzekła mu hrabina Derby, jesteś nieszczęśliwy, bardzo nieszczęśliwy, żałuję cię... bo wiesz już zapewne...
— Zdaje mi się, że wiém wszystko milady.
— Wszystko?.... nie, panie Percewal, nie wiesz wszystkiego... Posłuchaj, ja także cierpię; chciałabym ulżyć twéj trosce, i może...
Na dnie serca każdego człowieka spoczywa szatan zarozumiałości. Frank mimo głębokiego smutku, fałszywie tłómaczył słowa lady Ofelii, rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
Hrabina smutnie się uśmiéchnęła.
— Może dostarczę panu sposobów zwalczenia Rio-Santa, mówiła daléj; bo zwyczajną bronią pokonać go nie można.
— Zawsze ten Rio-Santo! pomyślał Frank, czując, że wściekła i nieograniczona nienawiść wzdyma mu serce.
— Odwiedź mię pan jutro, dodała hrabina de Derby; rzeczy które mam panu objawić, mówią się tylko po-cichu i przy drzwiach zamkniętych, w pokoju gdzie nie ma jak dwie osoby... a jeszcze i wtedy równie mówiącemu jak słuchającemu grozi niebezpieczeństwo... do jutra więc panie Franku Percewal.
Ukłoniła się wdzięcznie i z uśmiéchem, jakby miała z nim nic nieznaczącą rozmowę. Frank nie miał tyle mocy nad sobą. W każdym rysie jego twarzy czytać było można zmartwienie; szedł daléj szukając jakiego punktu oparcia, jakiego miejsca, w któremby mógł spocząć.
Jego kuzynka, miss Dyanna Stewart, spostrzegła go i zawołała.
— Siadaj przy mnie Franku, rzekła; mam ci wiele do powiedzenia... O! wiedziałam, że ten cios srodze cię dotknie.
— Jesteś jej przyjaciółką, szepnął Frank, któremu trudno było mówić, powinnaś znać całe jéj serce... powiedź mi...
— Powiém ci wszystko co wiém, biédny mój kuzynie, ale zbierz wszystkie twe siły i przywołaj całą twą odwagę...
— Dyanno, mów mi o niéj, słucham cię.
— Wierzaj mi Franku, cierpi ona tyle co i ty. Dzieje się w niej cóś, czego ja nie pojmuję, ale serce jéj nie zmieniło się. Miss Trewor kocha cię zawsze.
Jakieś zachwycające szczęście owionęło zbolałą duszę Franka.
— Ależ to małżeństwo!... rzekł.
— Mówią o niém, lady Campbell go pragnie... a Marya nie stawi oporu.
— Nie stawi oporu! automatycznie powtórzył Frank.
— Rio-Santo oczarował je!...
— Znowu ten Rio-Santo!... Dyanno! znasz go?...
— Znam, odpowiedziała miss Stewart spuszczając oczy zapłonione.
— Pokaż mi go... powiedz kto on jest.
— Jest to człowiek, któremu wszystko ulega, wymówiła bardzo cicho młoda dziewica; człowiek piękny, szlachetnego rodu, silny, między nim a drugimi zbyt dalekie tylko istnieć może podobieństwo... Biada jego rywalowi, Franku!
— Biada jemu raczéj! przerwał Percewal i wstał porwany gwałtowném uniesieniem. Pokaż mi go powtarzam!... Ah! ja muszę zajrzeć w oczy temu człowiekowi; muszę koniecznie.
Monotonny i donośny głos odźwiernego przerwał Frankowi patetycznie oznajmując:
— Don Jose-Maria-Telles de Alarcon, Markiz de Rio-Santo.
— To imię Rio-Santo, tak pompatycznie rzucone w śród salonów, rozdarło ucho Franka Percewal, i ozwało się w nim nieharmonijnym dźwiękiem. Właśnie w chwili gdy wzywał tego nieznanego, lecz nienawistnego już współzawodnika, los szyderski stawiał go przed nim. Frank drżący od gniewu i zgalwanizowany dziką radością, jaka przejmuje silne natury na widok zbliżającego się nieprzyjaciela, nagle wyszedł z odrętwienia i lotem błyskawicy rzucił się w tłum gości. Powodowany instynktem stanął na połowie drogi wiodącej do drzwi wchodowych salonu w którym się znajdowały lady Campbell i miss Trewor. Zgadł, że Rio-Santo tamtędy naprzód przechodzić musi.
W rzeczy saméj zaraz prawie pojawił się Rio-Santo.
Był to mężczyzna wysokiego wzrostu i bohaterskiej postawy. Twarz jego lekkich i delikatnych rysów, miała wyraz téj nadludzkiéj spokojności, którą podziwiamy w niektórych włoskich fizyonomiach, ale jednak w niższym stopniu. Był pięknym, jak owe kształty idealne, które tylko geniusz malarza wyśnić zdoła. Czystego owalu jego profilu nie kaziła romantyczna broda, którą dziwactwo mody wtedy już wprowadzało do najpiérwszych salonów. Nosił tylko małe wąsiki czarne jak heban, według zwyczaju mieszkańców iberyjskiego półwyspu w górę zakręcone. Włosy jego naturalnie ułożone, świadczyły, że nie znoszą kaprysów fryzyerskiéj sztuki, i wijąc się w niedbale lecz wdzięcznie spadających puklach, odkrywały szerokie czoło, pełne szczerości i dumy. Oczy zaś, ukryte pod śmiało zarysowanym łukiem czarnych brwi, miały cóś zachwycającego i nakazującego.
Surowy krytyk jednę tylko mógłby był znaleźć skazę w téj wspaniałej twarzy: Spojrzenie Rio-Santa, wesołe rysy jego ust, nosiły cechę zmysłowości, która w chwilach spokojnych słodko go zapewne kołysała w marzeniach poety, ale w przystępie nagłego gniewu, nieznała granic i dochodziła u tego człowieka, silnego zapewne i namiętnego, do szczytu uniesienia i wściekłości.
Lecz najakiéjże twarzy, pewni dostrzegacze nie odkryją tysiąca powodów do podejrzeń i obawy?
Chód Rio-Santo był królewski, ale ta jego majestatyczność wolną była od wszelkiéj przesady a pełną nienaśladowanego wdzięku. Nosił ubiór ściśle elegancki, nie ulegający żadnéj z tego względu naganie. Trzy ordery piérwszego rzędu błyszczały mu na piersi. Na odgłos jego imienia powstał długi szmer w tłumie. Kilka dam pomyliło się w kadryllu; inne zapomniały odpowiedzieć na oklepane zapytania swych tancerzy. Szmer wkrótce ustał, ale pozostało wzruszenie. Ucztę ożywił jeden żywioł więcéj, a każde żeńskie serce uczuło, że rośnie w niém instynkt do zalotności.
Pod względem zewnętrznych korzyści Franka Percewal nie można było porównać ze świetnym markizem. I on także był pięknym, ale téj piękności nie stanowiła tyle regularność rysów, ile szlachetne odbicie rozsądku i wspałomyślności jaśniejącéj na prawém jego czole. Miał on w sobie cóś kawalerskiego; z lękliwością łączył wyniosłość, z wyniosłością dworskość. Słowem, gdyby nie Rio-Santo, Frank byłby królem eleganckiéj i dobranéj młodzieży.
Frank daleko był młodszym od markiza, chociaż tenże należał do rzędu ludzi, na których wiek nie pozostawia śladu i których czas zdaje się zapominać w swym biegu. — Rzetelnie nie można było powiedzieć ile lat ciąży na czole Rio-Santa, atoli nieznajdowano w nim już tego kwiatu młodości, jaki jeszcze zachowały rysy Franka.
Długo i mocno wpatrywał się on w swego współzawodnika, wreszcie zostawił mu wązką drogę, uformowaną przez rozstępujące się tłumy. Na piérwszy rzut oka zdało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale przelotna myśl ta krótko trwała, bo nadzwyczajna piękność Rio-Santa namiętną Franka przejęła zazdrością. Nienawiść jego powiększyła się całém przerażeniem, które zapełniało jego duszę; w chwilach bowiem miłosnéj troski, gdy udręczenie paraliżuje wszelką rozwagę, piękność występuje jako jedyny i niepokonany oręż: Frank uczuł się zwyciężonym, zgruchotanym pięknością swego współzawodnika.
Ciągle wpatrywał się w niego i zastawiał mu drogę. Rio-Santo naprzód zwolnił kroku, potem stanął i spojrzeniem szukał lady Campbell i jéj siostrzenicy, Franka nawet nie postrzegł.
— Tam markizie, tam! zawołał gotowy na usługi vice-hrabia Lantures-Luces, wskazując miejsce w którém siedziała lady Campbell; te damy skarżą się na twoje opóźnienie... I cóż! kochany Percewal, bądźże tak łaskaw i ustąp nam z drogi, markizowi i mnie.
Frank nie ruszył się, w oczach jego, ciągle w markizie utkwionych, był wyraz wyzywającej pogardy.
Rio-Santo spuścił na niego swój jasny wzrok i na nieme wyzwanie odpowiedział pełnym dworskości ukłonem:
— Pragnę mieć zaszczyt być przedstawionym panu Frankowi Percewal, rzekł z prostotą.
I nim Lantures-Luces niewczesną swą gorliwością mógł pogorszyć położenie rzeczy, markiz niedostrzeżenie kiwnął głową, a na ten znak odpowiedziała osoba, która dopiéro co weszła i któréj każdy ustępował z drogi z tą widoczną i zły smak cechującą powolnością, jaka zwykle charakteryzuje angielską dworskość.
Ta znajoma nam osoba, któréj eleganckie balowe suknie, nie mogły pozbawić dosyć nikczemnéj i mieszczańsko-uczciwéj powierzchowności, jaką obdarzyło ją przyrodzenie, szła z podniesioną głową i otwartémi oczyma nie strzegąc się bynajmniéj aby kogo nie potrąciła, ani też witając nikogo.
Był to ślepy z kawiarni pod godłem korony.
Na znak dany przez Rio-Santa, zmienił on drogę i stanął przed Frankiem, tak że ten stracił z oczu markiza.
— Ustąp pan na bok, rzekł rozgniewany Frank.
Ślepy zwrócił ku się niemu i wpoił weń swój nieruchomy martwy wzrok.
— Czy pan do mnie mówisz? spytał uprzejmie.
— Do pana i dziwną zdaje mi się rzeczą!...
— No, no! kochaneczku, zawołał Lantures-Luces zanosząc się od śmiéchu: po jakiéjż trawie chodziłeś dziś wieczór?... Miałżebyś ochotę pokłócić się z sir Edwardem Makenzie, niewidomym?...
— Bardzo przepraszam, szepnął Frank gryząc się w usta, i oczami szukał Rio-Santa, a ślepy tymczasem odpowiedział łagodnie:
— To ja owszem winienem prosić pana o przebaczenie.
Rio-Santo znikł w tłumie.
— Miałżeby to być: nikczemnik? spytał Frank sam siebie. — Spojrzeniem przebiegł salony. Dziwiło go to, że markiz tak skwapliwie korzystał ze sposobności wymknięcia się, jaką mu traf nastręczył.
— Miałżeby to być nikczemnik? powtórzył; o jakżebym pragnął znaleźć go odważnym!...
— Znajdziesz go takim, jakim miéć chcesz, młody mój dżentlemenie! szepnął mu głos szyderczy tuż nad uchem.
— Frank żywo się obrócił. Stał przy nim jakiś wysoki człowiek, nieznajomy, który starannie ocierał szkło swojéj długiéj lorynetki.
— Cóś pan powiedział? spytał dumny młodzieniec.
— Ja nic nie powiedziałem, odrzekł flegmatycznie wysoki jegomość, którym był doktor Müller.
— Pan cóś do mnie mówiłeś, mój panie.
— Ja ani słowa nie mówiła, dertejfel! Odpowiedział Niemiec, tyłem się obracając.
Frank mniemał, że się omylił; dzwoniło mu w uszach, a trawiony gorączką słyszał może słowa, których nikt nie wyrzekł. Zresztą miał o czém inném do myślenia.
Rio-Santo tymczasem przystąpił do lady Campbell i jéj siostrzenicy. Miejsce, w którém siedziały wnet zostało środkowym punktem balu. Wszyscy zwrócili tam spojrzenia, a dwór lady Campbell w mgnieniu oka podwoił się. Być może, iż ta dowcipna kobiéta oddawna już przeświadczyła się, że taki jest nieunikniony rezultat obecności Rio-Santa, rezultat mocno podniecający przywiązanie, jakie miała dla pięknego markiza.
Przyjęła go jak matka przyjmuje syna, ukochanego, spodziewanego.
— Marya zaczynała być smutną, rzekła gdy Rio-Santo całował rękę młodéj dziewicy.
— Czy tylko moja nieobecność zasmucała miss Trewor? spytał Rio-Santo z mimowolnym uśmiéchem.
Miss Marya usiłowała uśmiéchnąć się także, ale nie mogła. Przykre jéj położenie kompromitowało ją teraz w obecności markiza, który nie stracił tajemniczéj władzy przerażania, jaką zrazu wywierał na młodą dziewicę. Do władzy téj jednak łączył się urok odurzający, jaki Rio-Santo umiał sprawić na kobiécie i którego miss Trewor uchronić się nie mogła, W obec Rio-Santa i pod jego wejrzeniem, Marya traciła w rzeczy saméj wszelkie uczucie tego co się w niéj działo. Gdyby w podobnych chwilach miała odwagę zrzucić moralne jarzmo swéj ciotki, nie wiemy coby odpowiedziała, na zadane jéj nagle pytanie: „kogo pani kochasz?“
Tym właśnie wpływem usprawiedliwić należy i lady Campbell. Ona także ulegała zachwyceniu. Możnaż więc jéj było poczytywać za złe błąd, w który czasami wpadała sama miss Trewor.
Tego wieczoru Rio-Santo więcéj był nadskakującym, czulszym i wymowniejszym jak zwykle. Miss Marya, któréj głos wewnętrzny nakazywał miéć się na baczności i pamiętać o sobie, mimo woli dawała się powodować zachwyceniu, jakiem ją napawał człowiek, którego nie kochała. Było to więcéj jak zaślepienie, a miss Dyanna Stewart bardzo stosownie wyraziła się, mówiąc: Marya jest oczarowaną.
Lady Campbell słuchała Rio-Santa, odpowiadała mu najdowcipniéj w świecie, i znajdowała jeszcze nawet czas do unoszenia się nad szczęściem swéj siostrzenicy. Obecni wtrącali swoje słówka do rozmowy i podziwiali ją. Vice-hrabia Lantures-Luces, za każdém słowem które wyrzekł prześwietny jego wzór, pomnażał swoje grymasy pełne uniesień i przyrzekał sobie powtórzyć je przy najpierwszéj sposobności.
Frank z daleka ukryty w niszy, nie słyszał rozmowy, ale widział wszystko i z boleśną chciwością wychylał gorzki kielich zazdrości. Całą swą duszę skoncentrował w spojrzeniu, każdy giest tłumaczył, każdemu poruszeniu nadawał znaczenie rozżarzające jego gorączkę i podwajające cierpienia. Skoro Rio-Santo pochylał się ku Maryi i otaczał ją całą magią wzroku swojego, Frank drżał od wściekłości; skoro Marya podniosła oczy na Rio-Santo, Frank mniemał, że czytał w nich lękliwą, ale wymowną w swéj cichości miłość, i wtedy wściekłość jego zamieniała się w szaleństwo.
A jednak stał na miejscu, w sercu jego wrzały uczucia gwałtowne, boleśne, nie szukał ucieczki, bo zakochany miłuje nawet własną męczarnię.
Tak upłynęło godzin kilka. Jedna okoliczność przerwała natężoną uwagę Franka. W chwili gdy rozmowa gruppy, któréj przewodniczyła łady Campbell ożywiała się do najwyższego stopnia, Rio-Santo, zapewne uniesiony jéj zapałem, zmarszczył brwi na chwilę. Światło kandelabru prosto mu na twarz padało. Patrzący na niego Frank, zadrżał i poraz drugi spytał sam siebie, gdzie widział tego człowieka? Ale rysy Rio-Santa wróciły wnet do zwykłego wyrazu, a Frank znowu zwątpił. Wspomnienie przychodzące mu na myśl wiązało się z tak okropnym wypadkiem; to istotne, czy téż urojone podobieństwo przywoływało mu na pamięć tak straszliwy obraz, że sama nawet nienawiść, albo co jeszcze gorsza, zazdrość, nie mogła tam pomieścić szlachetnéj i spokojnéj twarzy Rio-Santa. Frank mniemał że był w błędzie, a sądził tém pewniéj, że się myli, gdyż byłoby szaleństwem przypuszczać najmniejsze nawet prawdopodobieństwo. — Okropne nieszczęście spotkało go niegdyś wśród najszczególniejszych okoliczności. Człowiek, który główną grał rolę w téj przerażającéj dramie (późniéj ją czytelnikowi opowiemy) i Rio-Santo podobni byli do siebie, jak największy nędznik podobnym być może do księcia. Frank odepchnął od siebie wszelkie podejrzenie. Za nadto miał nowych powodów do nienawidzenia markiza, iżby potrzebował przywięzywać wstręt swój do wątpliwych hypotez ugruntowanych na dawnéj zniewadze.
Dla tego téż z całą duszą oddał się obecnemu gniewowi, który nie przybrał fałszywego kierunku i cały koncentrował się na markizie, zostawując Maryę na stronie, któréj słaby charakter i zawisłość dostatecznie Frankowi były znane.
Nakoniec Rio-Santo wstał dla przypatrzenia się balowi i złożenia damom winnego uszanowania. Frank niecierpliwie oczekujący tej chwilo, opuścił swoje stanowisko i przystąpił ku niemu.
— Panie, rzekł z udaną spokojnością, jaką człowiek światowy zawsze umie pokryć najżywsze wzruszenia, przed chwilą objawiłeś pan chęć zabrania zemną znajomości.
Rio-Santo nie poznał go zrazu, ale skoro to nastąpiło, z uśmiéchem podał mu rękę.
— Panie Percewal!... rzekł. W rzeczy saméj pragnąłem szczerze poznać człowieka, o którym mi często wspomniała lady Campbell z macierzyńską przychylnością i którego miss Trewor kocha jak brata.
Frank ujął rękę Rio-Santa i silnie ją ścisnął.
— I pan już tak daleko zaszedłeś, że kochasz to wszystko co i ona kocha? spytał z gorzkim uśmiéchem. Masz pan piękną rolę, a mnie mimochętnie dostała się rola śmieszna zapomnianego kochanka, który wszystkim jest na zawadzie, którym wszyscy gardzą, lub litują się.... Paniel ja kocham miss Maryę Trewor.
Rio-Santo nie cofnął swéj ręki.
— Wiedziałem o tém, rzekł zimniéj, ale z należytém umiarkowaniem; lady Campbell oznajmiła mi to... miałem nadzieję... a raczéj mieliśmy nadzieję, że nieobecność...
— O kimże pan mówisz? przerwał Frank.
— Mówię o sobie, o lady Campbell..
— Dosyć mój panie, dosyć! przerwał mu Frank nakazującym tonem; ogłoszę pana kłamcą, jeżeli wymówisz inne jeszcze imię!
— Mówię także o miss Maryi Trewor, wolno wyrzekł Rio-Santo.
W téj chwili cofnął swą rękę i położył palec na ustach. Spojrzenie jego zachowało spokojność; na czoło nie wystąpiła ani jedna zmarszczka.
— Panie Percewal, zaczął znowu łagodnie, mniemam żem nie wywołał pańskiego wyzwania. Pragnąłem pańskiéj przyjaźni, pan postanowiłeś inaczéj, niech się. więc stanie zadosyć jego woli.
Frank zarumienił się z radości.
— Do jutra zatém, odpowiedział; chcę, aby jeden z nas zginął, i dziękuję Bogu, żem znalazł w panu serce dżentlmena... do jutra!...
Rio-Santo przeszedł się po salonach, złożył damom winne uszanowanie i znowu zajął miejsce obok Maryi.
— Widziałam pana rozmawiającego z Frankiem Percewal, rzekła mu po-cichu pełna niespokojności lady Campbell.
— Jest to bardzo przyjemny kawaler, odpowiedział Rio-Santo.




VI.
CÓRKA WISIELCA.

Na adresie, który ślepy Tyrrel dał poprzedniego wieczoru pięknéj szynkarce Zuzannie, nad brzegiem Tamizy, napisano było: Wimpole-Street Ner 9[5] O południu Zuzanna pomna na dane słowo, przebyła otwartą kratę, weszła po granitowych schodach na ganek i podniosła młotek u drzwi domu Ner 9 przy Wimpole-Street.
Dom ten miał bardzo piękną powierzchowność. Zuzanna niepotrzebowała powtarzać kołatania; drzwi otworzyły się w chwili, gdy żelazny młot znowu opadał. Przyjął ją służący w świetnéj liberyi nie mówiąc ani słowa, poprowadził do piérwszego na dole pokoju, gdzie siedziała oczekująca niby na kogoś służąca, którą śmiało można było wziąźć za jaką lady.
Skoro Zuzanna weszła, służąca wstała i skłoniła się na sposob francuski, tak grzecznie, przeciągle i doskonale, jak najpierwsza suberetka teatralna.
— Oznajmię księżniczkę księżnie pani, rzekła po francuzku. Niech księżniczka raczy łaskawie wejść do salonu... a może jeśli się jéj podoba do swego pokoju... Księżna pani jest u siebie.
— Wiém, odpowiedziała Zuzanna.
I weszła do pysznego salonu, umeblowanego zbytkownie, w stylu po drugiéj stronie ciaśniny nazwanym rococo. Rzuciła się na krzesło. Służąca wyszła w śród mnóstwa ukłonów.
Piękna dziewczyna z szynkowni bez najmniejszego zadziwienia przyjęła tytuł księżniczki i oznaki szacunku, równie jak zrzuciła wczorajsze suknie i przywdziała strój elegancki.
W dzień, równie jak i przy świetle lamp Zuzanna była cudnie piękną, ale mimo dumnéj spokojności jéj rysów można w nich było teraz dostrzedz utrudzenie i zgadnąć, że sama tylko długa i okropna troska odważnie pokonywana, zdołała pokryć chmurą obojętności wrodzony ogień dużych jéj czarnych oczu.
W dzień, fizyonomia i postać tego dziwnego stworzenia mniej okazywały siły, mniéj męzkiéj śmiałości. Wczorajszy wyraz pogardy zmienił się w cierpienie tém bardziéj podwyższające jéj wdzięki: zbyteczna siła dziwi i odstręcza; mężczyzna widzący ją w tym stanie doznałby był jakiegoś samolubnego szczęścia poznając, że obok pysznéj doskonałości, ta kobiéta upada pod słabością płci swojéj.
Wsparła łokieć na rzniętéj poręczy krzesła, a głowa jéj spoczęła na dłoni. Ani spojrzała na przepyszny salon, do którego weszła wprost z szynkowni. Otwarte jéj oko padało ciężkie i roztargnione na przeciwległą ścianę, któréj jednak nie widziała.
Zlekka obróciły się na zawiasach drzwi od salonu, a zakrywająca je draperya zsunęła się po złoconym drucie. Na progu pokazała się twarz staréj kobiéty, niknąca prawie w śród mnóstwa wstążek i koronek. W środku téj twarzy, której orle i mocno odznaczające się rysy walczyły jeszcze przeciw niepowetowanemu działaniu czasu, błyszczało pod powiekami poruszanémi nerwowém drżeniem, dwoje oczu czarnych, nad miarę ruchomych, przenikliwych i ciekawych.
Wiele było chytrości w tych oczach, a więcéj jeszcze w ogóle towarzyszących im rysów; lecz oczy te miały także pewien powab jakby na zawołanie, i pewną wesołość nie bez powagi.
Właścicielką tych oczu i reszty należącego do nich ciała, była mała, zgarbiona, chuda kobiéta, odziana szeroką jedwabną peleryną.
Stanęła na progu i wpoiła wzrok w młodą dziewicę. Wpatrywała się długo, jak doświadczona znawczyni.
Skończywszy ten przegląd, uśmiechnęła się na znak zupełnego zadowolenia.
— Wybornie! szepnęła: doskonale!... Widać, że ślepy gdzieś z pod ziemi wydobył tę piękną dziewczynę!
Zakaszlała i zamknęła drzwi. Zuzanna powoli się obróciła.
— Kochane moje dziecię, jestem owdowiałą księżną de Gèvres; a ty jesteś wdową po moim nieszczęśliwym siostrzeńcu, zmarłym w kwiecie wieku, którego nigdy żałować nieprzestanę, po Filipie de Longueville... Uściskaj mię kochana moja siostrzenico!
Stara Francuzka pochyliła się i pocałowała w czoło Zuzannę, zezwalającą na wszystko.
— Księżniczko, rzekła znowu, spodziewam się, że nie zapomnisz nazwiska twego małżonka, którego od pół roku opłakujesz? Filipp de Longueville, moja śliczna, Filipp... de... Longueville... Czyś zrozumiała?
Zuzanna niedbale podniosła duże, czarne, obojętne oczy na nową swą ciotkę.
— Filipp de Longueville! powtórzyła. Czy to, czy inne nazwisko wszystko mi jedno.
— O Zuzanno!... nazywasz się Zuzanna; o moje dziecię!... czyż taki masz szacunek dla nazwiska potomków rodu Dunois!... Płynie w nas krew królewska, moja śliczna, a sto poetów opiewało mniéj więcéj chwałę naszego dostojnego przodka!
Stara Francuzka przedeklamowała ten ustęp z patetycznością pół poważną, pół komiczną.
— Księżniczko, mówiła daléj przysunąwszy fotel, w który wpakowała małą swoję osobę, jesteś moją siostrzenicą, a ja twą ciotką, powinnyśmy zatém bardzo się kochać... Prawo natury wymaga tego koniecznie... Od sześćdziesięciu lat życia mojego na téj ziemi niewidziałam w istocie piękniejszéj nad ciebie kobiéty!... Lecz już ci zapewne o tém mówiono?... Ale, ale oto twój herb, kochana siostrzenico: ta pieczątka odtąd będzie twoją.
I włożyła na palec Zuzanny duży pierścień bogato brylantami wysadzany, na którego środkowym kamieniu wyryta była herbowa tarcza Francyi, a na niéj znak domu Orleańskiego i znak pochodzenia z nieprawego łoża.
Mówmy teraz o interessach, rzekła znowu; chciéj przeczytać ten list do ciebie adressowany.
Zuzanna wzięła list, otworzyła, i wyczytała w nim co następuje:
„Opuściwszy człowieka, który ci wczoraj ocalił życie, udałaś się na Goodman’s Fields do cyrkułu żydowskiego, tam krążyłaś długo około ruin zburzonego domu“...
— Był to dom mojego ojca, przerwała Zuzanna.
„Wróciłaś potem u\na Leadeuthal-Street; na rogu Cornhill wzięłaś fiakra w pobliżu banku i kazałaś się zawieść do Warren’s-hotel na Regent’s-Street, gdzie przenocowałaś. Dziś rano wyszłaś skoro świtać poczęło, kupiłaś ten ubiór, który będziesz musiała przemienić na inny przyzwoitszy, potém dwie godziny czekałaś na rogu Clifford-Street na osobę, która nie przyszła.“
— Która nie przyszła! smutno powtarzała Zuzanna.
„A jednak mocno ją widzieć pragnęłaś! utrzymywał daléj list, zdający się odpowiadać Zuzannie. Opuściłaś Clifford-Street, potém wróciłaś znowu, potém jeszcze odeszłaś i znowu wróciłaś... Przed okiem, które dotąd na wszystkie twoje patrzy czyny, nie masz nic ukrytego.
„Czekaj. — Kiedy otrzymasz rozkaz, bądź gotowa; gdy go wykonasz, milcz!“ Żadnego podpisu.
Zuzanna rzuciła list i spojrzała w oczy staréj kobiécie.
— Szpiegowano mnie, rzekła, i na co?... Ci ludzie mienią się być potężnymi; cóż mię to obchodzi?... Grożą mi... jakież to głupstwo, grozić kobiécie, którą spotkano na drodze śmierci!
Przenikliwe oczy owdowiałéj księżny de Gèvres, nie mogły znieść spojrzenia Zuzanny, jak macki ślimaka co się chowają gdy niespodzianie dotkną innego ciała. Na chwilę uczuła, że jest pokonaną i milczała długo, chociaż już silny i poważny głos Zuzanny dawno przebrzmiał w jéj uchu.
— O Boże! racz mi przebaczyć, rzekła tonem uległym, zupełnie wolnym od żartobliwych odcieni, które się przebijały w piérwszych jéj wyrazach. — Za nadto się unosisz, moje dziecko. — Może cię śledzono... prawie temu wierzę, ale czyniono to przez prostą obawę. Nazwano się potężnym: tak jest, moja córko, potężnym w stopniu jakiego domyślać się nawet nie możesz... Co do gróźb, ej fe! biorę na siebie przekonanie cię, że jesteś w błędzie.... Żadnych tu nie ma gróźb!... posłużysz do spełnienia jednego... wielu może projektów... czyż ja wiem? Ale w zamian za to, otoczona będziesz zbytkiem, rozkoszami, kosztować będziesz wszelkiego rodzaju szczęścia...
— Szczęścia?... rzekła piękna dziewica, któréj oko od razu pozbyło się obojętnéj osłupiałości, on mnie nie kocha!
— Któżby cię nie miał kochać moje dziecię?
— On mię nie zna!
— Tém lepiéj!... Wiészże, ile ci od wczoraj przybyło nowych powabów?... Wczoraj byłaś tylko piękną; dziś jesteś bogatą, jesteś księżniczką. Posłuchaj mię i wierz Zuzanno... Odtąd na każde twe zawołanie będziesz miała środki, których siła jest prawie nadnaturalna... O ile służyć będziesz téj tajemniczéj potędze, o któréj ci dopiéro wspomniałam, o tyle nawzajem i ona służyć tobie będzie... Od dnia dzisiejszego stajesz się jednym z tysiąca składających ją atomów, powiększysz jej nieodpartą władzę,... ta władza twoją będzie... Co zażądasz zostanie spełnioném, co ci się zda szaloném marzeniem będzie rzeczywistością..
Zuzanna nieco się podniosła. Piękna jéj twarz traciła stopniowo wyraz martwéj nieczułości. Oko błyskało przerwami z pod śmiało wyciągniętego łuku czarnych brwi. — Pierś jéj wzdymała się, serce mocniéj uderzyło, jakiś rodzaj magnetycznego płynu zdawał się obudzać życie w każdéj żyle.
Nie była to już piękność ziemska, ale niebiańska.
Francuzka oślepiona tą nagłą jéj świetnością, zamilkła i wpatrywała się w nią.
— Co zażądam spełni się? z przyciskiem powtórzyła Zuzanna; co mi się zda marzeniem będzie rzeczywistością?
Wzniosła oczy w niebo, i dwie łzy zwolna spłynęły wzdłuż jéj policzków.
— O! mojém życzeniem, rzekła z niewymowną namiętnością załamując ręce, mojém marzeniem, jest jego miłość!... Mająż oni tyle potęgi, że mi dadzą jego miłość?
Francuzka zaczęła się śmiać i przycisnęła do siebie obie ręce Zuzanny.
— Oni wszystko mogą, odpowiedziała nadając przytłumionemu głosowi swojemu jakąś tajemniczą pompatyczność, wszak dosyć płakałaś?
I jak długo płakałam! zawołała Zuzanna.
— Zapomnisz tych łez... ale powiedz mi... człowiek, którego kochasz, jestże bogaty i możny?
— Mniemam owszem, że jest ubogi... często przychodził pożyczać pieniędzy u mego ojca, wtedy kiedy było jeszcze złoto w domu dziś zburzonym na Goodman’s-Field.
— Jego imię?
— Brian de Lancester, odpowiedziała młoda dziewica z poruszeniem pełném dumy.
— Brian de Lancester! powtórzyła Francuzka nie mogąc powściągnąć na sobie pogardliwego grymasu, — ubogi brat bogatego hrabi de White-Manor!... Dobry Boże! moja córko... czyż dla pana de Lancester, tego biédnego chłopca, warto było tyle płakać!...
Zuzanna szybko cofnęła swe ręce, i srogieém spojrzeniom przerwała mowę owdowiałéj księżnie de Gèvres.
— Kocham go, rzekła, podnosząc głowę z właściwą sobie majestatyczną miną; i dumna jestem tą miłością;
— Masz słuszność, moja piękna, odrzekła bojaźliwie stara, jestem Francuzka i lubię śmiać się; nie trzeba się na mnie nigdy gniewać... A potém, wielce szanowany pan Brian de Lancester odziedziczy może kiedyś White-Manor i parostwo... Jego to więc szukałaś na rogu Cliffort-Street?
— Zuzanna dała głową znak potwierdzający.
— Biédne, kochane dziécię! zawołała księżna, ale gdyby przechodził koło ciebie, nie byłby cię postrzegł; gdyby postrzegł, nie był na cię uważał; a gdyby uważał, byłabyś zgubioną!... Nieotwiéraj z takiém zadziwieniem twych pięknych oczu, moja córko... powtarzani, byłabyś zgubioną... Dobry Boże! czy mniemasz, że Brian de Lancester byłby tyle oryginalny i głupi!... przebacz że się tak wyrażam — żeby się na los szczęścia zakochał w panience spotkanej na rogu ulicy.
— Prawda, rzekła Zuzanna bledniejąc.
— Nie w taki sposób powinnaś go spotkać księżniczko, lecz na jakim okazałym balu w West-End... w Almack... w Parku, po za szklanemi szyby herbownego ekwipażu twojego...
— Prawda... prawda, odpowiedziała Zuzanna, zbytek, bogactwo, dla niego o tém wszystkiém zapomniałam... wczoraj przyrzeczone mi zbytek.
Wstała, i jakby nagle wzrok odzyskując spojrzała po całym salonie. Uśmiechnęła się radośnie, a ta radość była szlachetną i piękną, równie jak jéj boleść.
— To dobrze, rzekła; dotrzymano mi słowa. Wszystko to jest prawie tak świetném, jak było w naszym domu na Goodman’s-Fields teraz zburzonym, nim powieszono mojego ojca... O! będę tu żyła, jak żyłam niegdyś... będę malowała piękne kwiaty i daruję je tobie pani... będę śpiewała... potem ujrzę go... kiedyż go ujrzę?...
Zuzanna wymówiła piérwsze słowa jakimś marzącym tonem pełnym słodkiego uniesienia; ale ostatnie zapytanie uczyniła głosem opryskliwym i namiętnym.
Stara namyślała się przez chwilę, założyła za kolana małe swe pomarszczone ręce i przez pół przymrużyła oczy:
— Ujrzysz go dziś wieczór, rzekła nakoniec.
— Dziś wieczór! zawołała Zuzanna, podskoczyła jak młoda sarna i zdawała się być łupem jakiegoś rodzaju szaleństwa, dziś wieczór!
Potém wracając znowu do zwykłéj postawy pełnéj wdzięku i szlachetności podała rękę Francuzce, i rzekła jéj z wyrazem nieskończonéj wdzięczności:
— Dziękuję! i będę cię kochać.
Stara powoli spuściła głowę.
— Biédne moje dziécię, rzekła, kochasz go bardzo, kochasz go nadto! Taka miłość jest niebezpieczna, bo silniejsza nad wszelki rozsądek... Czy potrafisz miéć dla niego tajemnicę?
— Nie, odpowiedziała Zuzanna, przed nim nic nie ukryję.
— Ależ zgubisz się moja córko!...
— Mniejsza o to...
— I zabijesz go!...
Uśmiech znikł z ust Zuzanny, zmarszczyła brwi.
— Ja nie grożę, moje dziecko, zaczęła znowu Francuzka; niepotrzebnie gniewasz się; mówię prawdę... Posłuchaj: znam jak wszyscy, nadzwyczajny i śmiały charakter wielce szanownego Briana de Lancester. Jeżeli mu powiesz słowo, domyśli się reszty, odgadnie, będzie chciał walczyć z nimi... A ta walka pociąga za sobą śmierć. On jest jeden; stowarzyszenie zaś tak liczne, iż nie wié nawet wielu ma członków. Jest młodszym synem, pospolitym tylko i biédnym szlachcicem; pomiędzy nami zaś są lordowie i ludzie których bogactwo poszło w przysłowie... Za najpiérwszém zetknięciem się, Brian zgubiony.
— Będę milczeć przerwała Zuzanna.
— Tak mniemam; będziesz milczaéć moja córko, mówiła daléj owdowiała księżna rzucając przejmujące i badawcze spojrzenie na swą improwizowaną siotrzenicę; będziesz milczaéć, bo wiész, że wkoło ciebie są oczy i uszy otwarte... Będziesz umiała napawać się obecném szczęściem i nie wzniecisz nierozsądnéj walki... Jesteś księżniczką de Longueville; o jakież cię więc można pytać tajemnice? Oddasz mu twą miłość; czyliż dla ubogiego szlachcica nie jest dostateczną miłość wdowy po księciu, kobiety dwudziesto-letniéj, pięknej jak aniół i bogatszéj jak królowa?...
— Nie, o! nie, to nie dosyć, zawołała Zuzanna; — gdybym rzeczywiście królową była i to byłoby jeszcze mało, bo Brian wyższym jest nad wszystko; ale będę milczała... Powiedziałaś mi, że ujrzę go dziś wieczór..
— Dotrzymam ci słowa, moja córko.
Francuzka wstała i zadzwoniła. Służąca weszła i na jéj rozkaz przyniosła wszystko czego potrzeba do pisania.
— Trzecia godzina, szepnęła owdowiała księżna kreśląc cóś po papierze; mamy jeszcze trzy godziny; to więcéj jak potrzeba... Maryetto, niech Joe jak najprędzéj zaniesie list ten do doktora... Dick niech ten drugi wręczy majorowi koniecznie za pół godziny... Każ także żeby Ned miał na pół do siódméj przygotowany pojazd księżniczki... Idź!
Służąca wyszła.
— Droga moja siostrzenico, zawołała znowu księżna, dziś w teatrze Haj-Market, dają niemieckie przedstawienie... Dla osobliwości cały świat modny zbiegnie zapewne z King’s-Theatre... Rozpocznij twą toaletę moja najdroższa; pojedziemy na teatr niemiecki.
— A Brian?
— Wielce szanowny Brian de Lancester tam będzie.
— Skąd pani wiész o tém?...
— On tam będzie, moja córko.




VII.
EDWARD I SPÓŁKA.

W rogu utworzonym przez Finch-Lane i Cornhill, była wówczas ciasna zaledwie brukowana uliczka, z głębi któréj widzieć można było wązką tylko wstęgę pół żałobnego nieba. Uliczka ta ciągnęła się wzdłuż ogromnego kwadratowego domu, który z drugiéj strony wychodził na Finch-Lane, a także i na Cornhill, gdzie rozpościerał się obszerny jego fronton.
W owym czasie Finch-Lane była jeszcze błotnistszą i brudniejszą jak dziś. Sama uliczka zasłużyła na swą złą sławę. Widziano tam tylko cienie owych meklerów, którzy włóczą koło Royale-Exchange swą zgłodniałą a dumną nędzę. Tak było w dzień.
w nocy dwa czerwone światełka pokazywały się w głębi uliczki. Z ciemnych szynkowni niesforne dochodziły hałasy. Słyszano przynęcający dźwięk rozrzucanego złota, wyzywające głosy nierządnic i chrapliwe przekleństwa kłócącego się gminu.
Temu wybranemu miejscu nie brakowało żadnego z warunków oznaczających najsławniejsze jaskinie łotrów. Ubogie w pośród bogatego cyrkułu miasta, — ciemne o dwa kroki od pysznie oświetlonéj ulicy, nie potrzebowało nawet sąsiedztwa policyjnego bióra, téj najwyższej protekcyi podejrzanych kryjówek. Posterunek w Bishops-gate czuwał o kilkaset kroków stamtąd, mógł wszystko słyszeć, a nawet prawie i widzieć.
Dolna część wspomnionego domu, wychodzącą na Cornhill, zajmowały dwa piękne, wzajem sobie odpowiadające magazyny. Jeden z nich przez szyby okazałych okien pokazywał przepyszny assortyment biżuteryj; drugi mieścił w sobie wszelkiego rodzaju przedmioty służą ce do męzkiéj i damskiéj toalety, poczynając od werniksowanych bucików, ażurowych pończoch i zarękawków, aż do najwykwintniejszych fraków i indyjskich kaszmirów.
Oba te magazyny, doskonale zaopatrzone, ogromny miały odbyt. Na znaku jubilera czytano nazwisko Falkstone; na znaku zaś kostiumera nazwisko Bertram.
Od strony Finch-Lane, w tymże samym domu znajdował się sklep wekslarza, ale tu widok był zupełnie inny. Finch-Lane wązka i ciasna uliczka, tworzyła pewien rodzaj pośrednictwa między główną ulicą a czarną aleą, o której mówiliśmy. W sam dzień już tam ciemno, co wraz ze szczególnym rozkładem firanek i krat wewnętrznych nadawało sklepowi wekslarza prawie tajemniczą postać. Mimo to jednak nie działo się tam nic nadzwyczajnego, tak przynajmniéj mniemać wypada, bo dopóki trwał dzień, mieniano tam banknoty na złoto i nawzajem.
Obok wekslarza był tandeciarz: i u niego o jeden pokład większa ciemność. Tandeciarz zapalał swe lampy na dwadzieścia minut przed wekslarzem.
Wekslarz nazywał się Walter; tandeciarz zaś Piotr Practice.
Nakoniec w tyle domu od strony wązkiéj uliczki obecnie zniesionéj, otwiérało się ośm do dziesięciu okratowanych okien, których wybielone kredą szyby, niedozwalały niedyskretnym spojrzeniom przenikać do środka.
Tam to były bióra domu handlowego Edward i Spółka.
Jaki handel dom ten prowadził? nikt tego rzeczywiście nie mógłby powiedzieć, jakoż tajemnica ta mocno zajmowała małe kupcowe z Finch-Lane i wielkie z Cornhill. Mówiono na domysł i bez zasady, że Edward i spółka utrzymywali skład zagranicznych towarów.
Częstokroć widywano przybywających tam ludzi z paczkami; widywano niekiedy jak wozy ładowne zatrzymywały się przy drzwiach. Wnoszono tam paki i paczki, ale nigdy, ani razu nie widziano, aby co stamtąd wychodziło.
Wyznać należy, że to było bardzo dziwném.
Nikt nigdy nie widział ani kominissanta, ani pana tego domu tajemniczego? Ci którzy dostali się do biur, bądź pod pretekstem wymiany banknoty bez ażio, bądź pod innym jakim handlowym pozorem, widzieli kraty, za kratami zielone firanki i nic więcéj.
Lokaj w liberyi ognistego koloru stojący u drzwi wchodowych, był jedyną żyjącą istotą, która przedstawiała swe oblicze w tym szczególnym domu.
Dla czego wreszcie — jakby umyślnie dla podniecania ciekawości okolicznych kramarzy — kostiumer, jubiler, tandeciarz i wekslarz jednocześnie wszyscy cztéréj tam się osiedlili, wówczas, gdy bióra Edwarda i spółki otwarte zostały przy uliczce bez nazwy?
Może, jak wielu zrazu mniemało, Edward i spółka byli wspólnikami cztérech tych podrzędnych kupców, których zresztą w City nikt nie znał; lecz, kiedy się rzecz tak miała, dla czego kupcy ci wzajem się nie odwiedzali? a nadewszystko dla czego nie mieli żadnych stosunków, oprócz prostego sąsiedztwa, z biórem Edwarda i spółki?
Takie to były ważne, trudne i nierozwiązane kwestye!
Od czasu do czasu, prawie co miesiąc, widziano że się otwiérały szerokie okna na piérwszém piętrze wychodzące na Cornhill. Wtedy jakiś dżentlmen, piękny i arystokratycznéj postawy, wyglądał czasami z pomiędzy jedwabnych draperyj firanek. Któż był ten dżentlmen? Możę głowa domu Edward i spółka?
I względem téj kwestyi znowu łamano sobie głowy.
Wiedziano tylko to, że Edward i spółka, tandeciarz, wekslarz, kostiumer i jubiler mieszkali tam już od roku; że jak się zdaje dobre robili interesa i że najmniejszemu nawet zarzutowi nie ulegał ich kredyt.
Jednego dnia, okoliczne przekupki i kilka tuzinów ich przyjaciółek, których nie mamy ochoty tu wymieniać, mniemały że rozwiązały zagadkę. Widziały jak około trzydziestu silnych ludzi, biédnie ubranych, przebyło próg domu handlowego Edwarda i spółki. Ludzie ci zapewne byli majtkami, przychodzili zapewne prosić o zatrudnienie, a Edward i spółka utrzymywali może biuro informacyjne.
Dobre, zyskowne i moralne rzemiosło!
Wyborne rozumowanie!
Ale po upływie miesiąca postrzeżono, że ci sami ludzie znowu przybywali. Ci majtkowie najmowali się więc cóś za często! Po upływie trzeciego miesiąca widziano że wracali znowu, następnie po upływie czwartego i t. d. A zatém nie byli to majtkowie.
Cóż więc za jedni?
Przyszło do tego, że zaczęto prawić niestworzone rzeczy — o tajemnych stowarzyszeniach, zbrodniczym handlu, rozbójnikach!.... słowem głupstwa, jakiemiby się rozsądni ludzie wstydzili zajmować.
Cokolwiek bądź, nazajutrz po balu w Trewor-house, ci ludzie odwiedzili znowu biura domu handlowego Edward i spółka. Około godziny 11 rano widziano ich jak przybywali po kilku i wchodzili do drzwi czworobocznego domu przy małéj uliczce.
Lokaj w ognistej liberyi poznawał ich, witał i wpuszczał. Było ich trzydziestu sześciu. Gdy wszedł ostatni, lokaj zamknął drzwi na dwa spusty i odszedł.
Nasi przybylcy byli prawie wszyscy silne chłopy, pełni determinacyi. Jedni nosili na swych twarzach ślady rozwiązłości; drudzy szlachetne ślady ran, skutki odbytych świeżo potyczek; innym nakoniec z pośród gęstego lasu faworytów wyzierało czyste i pełne oblicze. Ci zapewne niedawno dopiéro zaczęli deptać po błocie Londynu, ale nikt bezwątpienia nie radby spotkał się z nimi w nocy, na otwartém polu i pustej drodze.
Kilku młodzieńców wyszłych zaledwie z dzieciństwa należało do tego zgromadzenia.
Większą ich część już widzieliśmy, a czytelnik poznał zapewne w tém szanowném towarzystwie znaczną liczbę nocnych naszych flisów z Tamizy.
A tak byli tam: barczysty Tom Turnbull, który przy świetle dzienném, wyrzec to trzeba na jego pochwałę, miał minę wyuzdanego łotra; gruby Charlie wioślarz łodzi admiralskiej którą wczoraj wieczór dowodził poczciwy kapitan Paddy O’Chrane; Patrick, Saunie szczekacz, Ślimak miauczarz i inni, których nazwisk jeszcze nie wymieniliśmy.
Brakowało tylko samego poczciwego kapitana, jego niebieskiego fraka z czarnémi guzikami, żółtych spodni i laski nie dawno uratowanéj od zatonięcia.
Biurem, do którego się zgromadzili, był wielki pokój na dwoje kratą przedzielony, po za którą wisiała gęsta zielona zasłona. W kracie téj były małe okienka, a nad jedném z nich czytano wyraz: Kassa.
Naszych trzydziestu sześciu zuchów umiało przeczytać ten magiczny wyraz.
Zasiedli w milczeniu drewnianą ławkę ustawioną w około pokoju. Ten tylko który przyszedł na ostatku, nie mogąc znaleźć miejsca na ławie stał w framudze i przytykał nos do szyb, które okrywała gęsta warstwa krédy.
Na piérwszy rzut oka rzecby można, że probował czy nie dojrzy czego przez tę ciemną zaporę; ale lepiéj się przypatrzywszy, łatwo było rozpoznać, że umysł jego zajmowała mniej materyalna praca. Wskazujący palec jego prawéj ręki szybko przybiegał po wszystkich palcach lewéj; widać cóś rachował i dodawał.
Śmieszna rzecz rachmistrz w łachmanach? Był to człowiek bardzo nizkiego wzrostu, a niezgrabnie spojone członki jego przedstawiały ogół pozbawiony wszelkiéj symetryi, lecz odznaczały się znakomitą siłą.
Twarz jego miała wyraz zwyczajny. Kapelusz jakkolwiek był mały, przecież dozwalał tylko widzieć czoło szerokie najwięcéj na trzy palce. Z czoła tego wychodził nos orli, cienki, blady, mocno ściśniony, którego wązkie nozdrza zaledwie mogły wciągać ilość powietrza niezbędną do oddechu. Brody nie miał wcale, tylko tu i owdzie po kilka rudawych włosów, przebijało pożółkłą skórę jego policzków. Po obu stronach szczupłych i wklęsłych ust zwykły uśmiech wydrążył dwie małe, dosyć jowialne zmarszczki. — Wzrok przenikliwy, czasem ostrożny, czasem zuchwały pokrywał się rudemi gęstemi brwiami. Cała nakoniec jego fizyonomia wyrażała zarazem pewien rodzaj wrodzonéj dobroduszności, nieograniczonej chciwości i zatwardziałéj obojętności, wyrytej na wszystkich prawie czołach dzieci gminu londyńskiego.
Takim był nasz człowiek w chwilach spoczynku; ale skoro się poruszył, cały ogół jego osoby pokrywała nowa warstwa odrażającéj brzydoty. Ruchy jego miały w sobie cóś niegodziwego, a drgające zmarszczki przy ustach, nagle dziwaczne tworząc linie, nadawały twarzy charakter okropnego zuchwalstwa i potwornéj hypokryzyi.
Nim powiemy nazwisko jego, znane już czytelnikowi, dodamy jeszcze jeden rys jego oryginalności: wszędzie, w spodniach, w bluzie, w kamizelce, a nawet w koszuli, miał on kieszenie; sama bluza liczyła ich pięć. Główna, będąca w miejscu niezwyczajném, wychodziła od pasa sięgając połowy goleni z przodu i była szczelnie wyłożona podwójną skórą. Inne, obszerne i starannie uszyte, ukrywały się gdzie mogły.
Człowiekiem tym był Bob-Lantern, znany nam zbójca z Temple-Church.
Od kilku minut trzydziesta pięciu towarzyszy Bob-Lanterna zebrało się już było w całym komplecie, wtém po za zielonemi firankami zawołał głos jakiś:
— Czy jesteście tam?
— Jesteśmy wszyscy panie Smith, odpowiedział Tom-Turnbull, silny chłopak, który zdawał się wywierać pewien rodzaj wpływu na zgromadzonych.
— Jesteśmy! odpowiedział fossetem mały Ślimak.
Po za firankami dał się słyszeć chrapliwy i suchy szelest otwieranego sztucznego zamka.
— Jaki ja jestem roztrzepany! rzekł w téj chwili niewidzialny pan Smith; zapomniałem zmienić papiery... Mikołaju!
A ponieważ nie rychło pospieszono na zawołanie, gwałtownie zadzwonił.
Mikołaj, lokaj w ognistej liberyi, wszedł natychmiast wewnętrznemi drzwiami do kryjówki pana Smith, ten włożył mu w ręce związaną paczkę banknotów.
— Drobnych! rzekł, natychmiast!
Mikołaj wyszedł.
— Słyszeliście, hej koledzy? rzekł po-cichu Tom-Turnbull; drobnych!
— A jakże! Tomciu, mój kotku odpowiedział gruby Charlie, plunąwszy poczerniałą od tytuniu śliną wprost na sam środek pobielanych szyb, poszli dla nas po drobne.
— Charlie ma słuszność, poparł Ślimak, na pół obnażone dziecko, którego już wyniszczone rysy, znamionowały się najgorszemi namiętnościami.
— Milczeć, obrzydliwy Ślimaku! ostro odpowiedział Charlie; rozumie się, że mam słuszność, przeklęty bębnie.
— Tak, Charlie, mruknęło dziecko; każdy wié o tém.
Tom Turnbull wstał i nic nie mówiąc wlazł na ławkę, aby mógł co dojrzeć przez kraty.
— Cóż tam u djabła robisz, Tomciu? spytał Charlie.
— A tak Tomciu, co tam robisz? dodał Ślimak nieznośnym swym głosem.
— Tomcio zeskoczył, usiadł znowu między towarzyszami i położył palec na ustach.
— Sza! rzekł po-cichu.
— Sza! powtórzył Ślimak mnóstwem giestów zalecając milczenie.
Charlie pociągnął go za ucho.
— Ja cię kiedy uduszę, niegodziwy wyrzutku, mruknął; no i cóż tam Tomciu?
Ślimak miauknął żałośnie.
Tomcio zgromadził wszystkich wkoło siebie.
— Tam z tyłu, o dwa kroki od nas, rzekł przerywając sam sobie, jest żelazna kassa, kassa otwarta.
— A więc?
— W téj kassie, nie ma srebra...
— Tém gorzej!
— Ani złota...
— Ah! właśnie...
— Cicho, na miłość szatana! zawołał Tom Turnbull, zabiję piérwszego, który się odezwie.
Ślimak roztropnie cofnął się do drugiego szeregu.
— Ani złota! powtórzył Turnbull; a wiécie dla czego nie ma złota?...
— Nie, Tomciu; zapewne nam powiesz.
— Bo nie ma na nie miejsca! bo od wierzchu do spodu leżą same banknoty.
Wszystkich oczy zaiskrzyły się; powstał głuchy szmer.
— Bo, mówił daléj Tomcio, tam, za kratą, o dwa kroki, każdy z nas znalazłby sposób zostania milionerem.
Szmer wzrastał. Na wszystkich twarzach malowała się namiętna chciwość. Wszystkie spojrzenia strzeliły w kratę.
— Cierpliwości! moi przyjaciele, cierpliwości, rzekł pan Smith, który mniemał że się nudzą.
Pan Smith siedział przed swém biurkiem i czytał spokojnie ogromne i ściśnięte kolumny dziennika Times.
Nie jesteśmy w stanie odmalować jego portretu. Mógł to być bardzo przystojny człowiek, ale wielkie zielone okulary i ogromna umbrelka prawie zupełnie twarz mu zakrywały.
— Milionerem! mruknął mały Ślimak; a to wybornie być milionerem!
— Milionerem! powtórzył gruby flis Charlie.
— Moi kochani, odezwał się głos dotąd jeszcze nie słyszany, tu trzeba roztropnie postępować.
— Bob-Lantern! zewsząd zawołano: skąd się u djabła wyrwałeś Bobie?
Bob zwolna opuścił stanowisko które zajmował przy oknie i przyłączył się do gruppy otaczającej Toma-Turnbull.
Wszyscy ku niemu się obrócili. Machnął ręką nakazując milczenie, przewrócił oczami i rzekł po-cichu.
— Mam zwyczaj, moi drodzy, tyle tylko hałasować ile potrzeba. Przyszedłem tu razem z wami... Otóż, dziś rano z rozkazu Jego Wielmożności chodziłem was szukać; ale gdybym był wiedział, że z téj beczki chcecie zagrać łajdaki!...
— Panie świętoszku! rzekł Tomcio, ty nam najpiérwszy dopomożesz... Powiadam ci, że tam są wiązki banknotów!...
— To djabelnie ponętne! odparł Lantern oblizując się. Gdyby można zwolna przystępować do rzeczy... wtedy nie mówię... Byleby kapitan nie przyszedł!
— Nie, odpowiedział Charlie, nie przyjdzie.
— Djabelnie ponętne! powtórzył Bob i zaczął namyślać się.
Podsunął się pod kratę i wstrząsnął nią ostrożnie.
— Cierpliwości, moi przyjaciele, cierpliwości! rzek? pan Smith ciągle czytając dziennik.
— Mocna, mruknął Bob-Lantern, ogromnie mocna.
— Mocna! powtórzył Tom Turnbull wzruszając ramionami, słuchajcie no chłopcy, czy czujecie wy w sobie duszę?
— Tak, niech mię Bóg potępi! odrzekł mały Ślimak.
— Cóź mamy czynić? spytali drudzy.
Tom nic nie odpowiedział, ale poskoczył na-przód i uderzył olbrzymim swym butem w podporę kraty.
Krata zachwiała się, ale nie przewróciła.
— Co to jest? zawołał z gniewem, wzruszony pan Smith.
Tom chciał powtórzyć swoje manewra. Bob Lantern zatrzymał go.
— Za nadto hałasujesz, mój mały, rzekł; zawsze trzeba tak się przyszykować, aby wszystko robić od jednego zamachu.
I bez rozpędzania się, bez wielkiego na pozór wysilenia, tak silnie uderzył żelazną swą piętą w kratę, że zamek z łoskotem odleciał.
To uczyniwszy odskoczył na bok, wpuszczając całą tłuszczę do ukrytego biura.
— Jedno tylko dałem pchnięcie, ale było djable piękne!
Gdy naszych trzydziestu sześciu oblegających wpadło do kryjówki; — pan Smith ostrzeżony piérwszém uderzeniem Toma Turnbull, usiłował przybrać obronną pozycyę. Wsunął swe biurko między drzwi i kassę, którą teraz chciał zamknąć; jale strwożony nie mógł tego uskutecznić, bo przyskrzypnięta poła od surduta niweczyła wszystkie jego usiłowania.
— Na co pan sobie zadajesz tyle pracy, mości Smith, rzekł po grubijańsku Tom Turnbull; interes już skończony, a jeżeli pan będziesz grzeczny, podzielimy się z nim.
— Nędznicy! zawołał pan Smith, z pod którego umbrelki widać było kawałek twarzy bledszéj, jak u śmierci. Nim się dotkniecie tej kassy, chyba mię tu trupem położycie.
— I to być może, zimno odpowiedział Tom Turnbull.
Głośny wybuch śmiechu dał poklask temu żartowi.
— To być może! powtórzył mały Ślimak; niech mię Bóg potępi! to być może.
Bob-Lantern wytknął szyję przeze drzwi i aż w głąb kassy zanurzył przezorny, jaśniejący roztropnością wzrok swój.
— W rzeczy saméj tu można się czegoś spodziewać, mruknął; ale ja widziałem, że takie żarty bardzo na złe wychodziły...
Wnętrze ukrytego biura zajmowało prawie połowę pokoju. Umeblowane było jak wszystkie biura. Na prawo otwiérały się drzwi do rozległych magazynów należących do domu handlowego Edwarda i spółki: na lewo kręcone schody prowadzące na piérwsze piętro.
Nasi oblegający nie mieli czasu przypatrzyć się temu, bo czém inném zajęci byli. — Podczas gdy Tom, Charlie i inni odsuwali stół, który pan Smith rzucił jakby przedmurze przed kassę, inny zwinniejszy wskoczył na tenże stół wołając:
— Dla mnie dawajcie najpiérwéj.
— Brawo Saunie! zawołał tłum.
Pan Smith zaniechał zamykać kassy.
— Ty najpiérwéj dostaniesz! powtórzył, raptem wydobywając z zanadrza parę pistoletów.
Zmierzył. Saunie zachwiał się. Mózg jego zbryzgał oblegających, — aż wstecz odskoczyli.
— Ah! to w ten sposób? rzekł Bob-Lantern cofając się aż do drzwi wchodowych. Ale inni nie poszli za jego przykładem; Tom Turnbull i Charlie jednocześnie rzuciwszy się przewrócili pana Smith. Turnbull szukał noża, który mu chciał w gardło wpakować.
W téj chwili stało się cóś dziwnego. Wszyscy oblegający, oprócz Toma Turnbull i Charlie, nagle przejęci zostali zimnym dreszczem jak Bob-Lantern cofnęli się po za kraty, zostawując trupa Sauniego rozciągniętym na stole. Kaźdy ukrył się jak mógł najlepiéj, a spuściwszy nos na kwintę, (jak mówi przysłowie) wszyscy wyglądali jak dzieci schwytane na uczynku przez srogiego professora.
Przyczyna trwogi była następująca:
Na odgłos strzału pistoletowego, który zapewne nie dał się słyszeć na ulicy, ale mocno rozległ po wnętrzu czworobocznego domu, człowiek w czarnéj masce pokazał się na schodach i spojrzał w dół, potém nie mówiąc ani słowa zeszedł po stopniach.
Wszyscy go widzieli, wyjąwszy Charlie i Toma mocno zajętych.
Zamaskowany człowiek niedbale zapytał kassyera:
— Co znaczy ten hałas panie Smith? potrzebuję spoczynku... Niech tu będą cicho!...
Turnbull i Charlie usłyszawszy ten głos, natychmiast puścili swą ofiarę i spojrzeli w górę, a potém cofnęli się drżąc od stóp do głów.
— Jego Wielmozność! zawołał Tom.
— Djabelnie się sparzyli! mruknął Bob-Lantern w swoim kącie. Ja zawsze myślałem, że te przeklęte schody gdzieś prowadzą...
Jego Wielmożność zwolna odszedł tą samą drogą którą przyszedł.
Charlie i Tom smutni, pobiegli czém prędzéj połączyć się z towarzyszami.
Pan Smith wstał i postawił biurko na swojém miejscu.
— Trzeba się będzie tego pozbyć, rzekł zimno wskazując na trup Sauniego.
— Tak jest panie Smith, odpowiedział z uszanowaniem Turnbull.
Jakby nigdy nic nie zaszło, pan Smith wziął znowu do ręki Times, zaczął czytać od miejsca, w którém mu przerwano, czekając aż Mikołaj przyniesie drobnych.




VIII.
PO OBU STRONACH ULICY.

Trzydzieści pięć indywiduów dopiero co oblegających kassę Edwarda i spółki, przez kilka minut uległo wrażeniu sprawionemu zjawiskiem, które położyło koniec ich buntowi. Wrażenie to bezwątpienia było żywe i głębokie. Najhałaśliwsi stali się najlękliwszymi. Turnbull ukrył się za Charlie, który napróżno usiłował ogromną swą tuszę ukryć po za wychudłą postacią małego Ślimaka. Nikt nie mógł się ukryć za Bob-Lanterna, bo godny ten chłopak, że tak powiemy, przykleił się do ściany.
Nareszcie Ślimak, nie lubiący ustać na miejscu poruszył się, Charlie wyprostował się, Tom Tornbull kaszlnął lekko. Lód już pękł.
— Biedny Saunie! mruknął Tom Turnbull.
— Biedny Saunie! powtórzył mały Ślimak, udając że płacze; on tak dobrze szczekał! Mały Ślimak był to dosyć ciekawy do widzenia wyskok bandycki. Wyglądał na lat najwięcéj trzynaście, ale twarz jego blada, wyniszczona, żółta, pełna zmarszczek, podobną była raczéj do twarzy starca. Rysy jéj przedstawiały podwójny wyraz: już to tchnęły najzupełniejszą zwierzęcością, już jaśniały promieniem złośliwości prawdziwie djabelskiéj. Był zaledwie wzrostu jednasto-letniego dziecka, a jego wychudłe członki bez muszkułów nieoznazzały bynajmniéj zbliżania się w nim dojrzałego wieku. Jak wszystkie dzieci złe lub dobre, gwałtem chciał on wznieść się do godności mężczyzny, i w rzeczy saméj stad już na tak wysokim szczeblu drabinki złego, że mógł żądać jakiegoś rodzaju poważania od swych towarzyszy.
— Dla czego pan Smith nie powiedział od razu, że Jego Wielmożność jest na górze? ryknął Charlie rzucając na kassyera nieprzyjazne spojrzenie, bylibyśmy czekali spokojnie.
— Rzeczy mogłyby się były pogodzić, rzekł Bob-Lantern bardzo cicho, ale po co narobiliście tyle hałasu... Co do Jego Wielmożności nie wiém czy łatwo znajdzie się taki zuch, który naprzód zdoła powiedzieć gdzie Jego Wielmożność będzie a gdzie nie...
— Czy ty go znasz Bob? przerwał Tom Turnbull z ciekawością.
— Ja!... moi kochani, życie okropnie drogie, a ja troszczę się tylko o moje małe interesa... Ale pan Smith przewrócił Snuuiego jak należy... I sam szatan temu niezaprzeczy.
— Biédny Saunie! odezwało się znowu kilka głosów.
A mały Ślimak płaczliwie powtórzył.
— On szczekał tak dobrze!
Bob wyszedł ze swego kąta, zbliżył się do trupa i pomacał go jak znawca.
— Był to dzielny chłopak, rzekł nakoniec. No, będzie z niego nie zły objekt, tam na dole w rezurrekcyi można za niego dostać jaką gwineę... Kto mi pomoże zanieść go?
— Niech się nikt nie rusza! zawołał Turnbull. To ciało do mnie należy.
— A to dla czego Tomciu?
— Bo, odpowiedział Turnbull ociérając łzę, Saunie był moim przyjacielem... Słuszna więc, żebym przynajmniéj korzystał z jego biédnego ciała!
Ten sentymentalny argument ujął wszystkich i ciało Sauniego przysądzono Turnbullowi, jako najlepszemu przyjacielowi, aby je za gwineę przedał rezurrekcyonistom.
Bob skrzywił się i zmartwiony odszedł od trupa. — W téj chwili Mikołaj, w liberyi ognistego koloru, wszedł do biura ani domyślając się nieszczęścia jakie mogło sprawić jego opóźnienie się. Widok ciała Sauniego i złamanéj kraty wcale go nie zadziwił, co każe mniemać, że w biórach Edwarda i spółki często dziać się musiały dziwne rzeczy.
Oddał panu Smith ciężki worek, a ten w jednéj chwili całe biurko zasypał złotem.
Pan Smith zrobił trzydzieści sześć małych ruloników, po pięć gwineów każdy. Potém wyjął z szuflady listę trzydziestu sześciu nazwisk i wołał każdego po szczególe.
Gdy zawołał Saunie, Turnbull i Bob-Lantern wystąpili obaj.
— Byłem jego najlepszym przyjacielem! rzekł dumnie Turnbull.
— Ty masz już trupa, odparł Bob wyciągając rękę po złoto.
Turnbull ścisnął ogromną swą pięść.
— Ani mi się rusz, rzekł, bo cię zabiję.
Bob wsunął rękę pod koszulę i pogłaskał rękojeść noża, który go nigdy nie opuszczał. Jednocześnie wyprostował swe kabłąkowate nogi, oczy mu się zaiskrzyły; Turnbull zbladł i mniemał że nóż tkwi mu już w żebrach.
Ale Bob-Lantern zastanowił się i spokojnie w kąt odszedł. Postrzegł, że pan Smith odsunął pięć gwineów i zmięszał je ze złotem leżącém na drugim końcu biórka.
Turnbull postrzegł to również. Zrazu chciał rzucić się na pana Smith. Jednak zaniechał tego.
— Gdybym się nie lękał Jego Wielmożności, który jest istnym djabłem, lub może czém gorszeni jeszcze, mruknął, wpakowałbym ci w czaszkę twoje zielone okulary, nędzny służalcze!
Pan Smith może to słyszał, ale udał że nic nie słyszy.
Ostatnie pięć gwineów pochwycono w chwili gdy się dało słyszeć ostatnie nazwisko.
— Teraz, rzekł pan Smith, wskazawszy na ciało Sauniego, uwolnijcie mię od tych zbójeckich resztek, i na drugi raz miejcie rozum.
— Trzebaby worka panie Smith, odpowiedział Turnbull, i słomy dla zapakowania... biednego Saunie!
Pan Smith zadzwonił na Mikołaja, który przyniósł worek i słomę. W parę minut nieszczęśliwy Saunie, należycie słomą okręcony podobnym był do paczki z jakim towarem. — W tym stanie Tom Turnbull wziął go na swe kościste barki.
W biurze pozostał tylko pan Smith, Mikołaj i Bob-Lantern.
— A ty co tu robisz? spytał go pan Smith.
— Czekam, odpowiedział Bob; Jego Wielmożność rad ze mną pomówi.
— Z tobą?
Bob rzucił po pokoju wzrok pełen naiwnej impertynencyi.
— Zdaje mi się, kochany panie Smith, że oprócz mnie nie ma tu nikogo, odrzekł.
— I czegóż Jego Wielmożność może żądać od ciebie?
— Tego, lub owego, kochany panie Smith... może zapyta jak się ma moja rodzina... Ale to niezawodna, że czeka na mnie!
— Mikołaju! idź zapytaj, czy Jego Wielmożność życzy przyjąć tego łotra.
— Nie, nie! przerwał Bob; u mnie wszystko prędko idzie, ja nie lubię długich ceremonii.. Spytaj po prostu Jego Wielmożności, czy raczy pomówić z biédnym Bob-Lantern.
Za kilka minut Bob wchodził po kręconych schodach, na piérwsze piętro, i po kobiercu w pięknym salonie deptał ciężkiemi, nabitemi gwoździami swojéj podeszwy. Mikołaj poprowadził go przez salon i dwa czy trzy inne pokoje ozdobnie umeblowane, w których miał on sposobność skraść pół tuzina drobnych przedmiotów i ukryci je w otchłani swojéj skórzanéj kieszeni.
— To dla Temperancyi! pomyślał, ilekroć przywłaszczał sobie w ten sposób rzecz jaką.
Ostatni pokój do którego wszedł, był rodzajem wielkiego buduaru, którego okna wychodziły na Cornhill. Przy jedném z tych okien, którego gęste firanki nieco uchylone przepuszczały lekki tylko blask grudniowego rannego słońca, piękny nasz marzyciel z Temple-Church, na pół rozciągnięty na aksamitnéj sofie, palił turecki tytuń z długiego z wielkim bursztynem cybucha. Był blady, wycieńczony, a postawa jego okazywała niezwykłą ociężałość, będącą skutkiem nocy pełnéj znużenia. Po pod niebieskiémi oczami miał szerokie sine plamy. Wszystko, nawet jego obnażona z rękawiczki biała ręka, wyrażała w nim chorobliwe utrudzenie.
Przed nim mały murzyn, jakby żyjący pulpit trzymał otwartą książkę, na któréj karty pan Edward rzucał czasami roztargnione spojrzenia.
Z boku, na fotelu, leżała czarna maska i krótki, o czterech rurach pistolet: maskę już widzieliśmy, pistolet zaś, gdyby oblegający chcieli stawić opór, gdy Jego Wielmożność zeszedł po kręconych schodach, bezwątpienia także wtrąciłby był swoje słówko do ogólnej rozmowy.
Na odgłos kroków Bob-Lanterna, pan Edward wziął maskę instynktowo i nagle ukrył w niéj twarz swoję, ale wnet zdjął ją i przy sobie położył.
Bob przystąpił skruszony, niezgrabnie co krok kłaniając się i cofając przed każdą rozetą na kobiercu, na któréj nie śmiał postawić swéj nogi. Pan Edward kiwnął głową na znak aby murzyn odszedł.
— Co chcesz? spytał Boba.
Ten uśmiechnął się filuternie.
— Przychodzą, jeśli się to podoba Waszéj Wielmożności, złożyć Jéj dzień dobry i przypomnieć znany Jéj mój mały interesik.
Bob mrugnął wymawiając ostatnie wyrazy.
— O niczém nie wiém odpowiedział Jego Wielmożność. Tłómacz się jasno i prędko.
— Radbym z duszy, Wasza Wielmożności... Jakto miałażby Wasza Wielmożność zapomniéć o Temple-Church, o małéj kwestarce?... Śliczna malutka miss, na moję duszę i sumienie!
Edward zapomniał był w rzeczy saméj, albo przynajmniej myślał o czém inném; ale te kilka słów przywołały mu na pamięć wczorajszą scenę. Wrażenia jakich doznał w Temple-Church tak były słodkie i zarazem żywe, iż teraz jeszcze uczuł w sobie cały ich urok. Położył rękę na czole dla przypomnienia sobie tych przemijających obrazów.
— Tak jest, rzekł, po upływie kilku minut; to prześliczne dziecię! Ileż miała świątobliwego zapału w swéj postawie! ile niewinności w spojrzeniu! ile skromności w głosie! a przytém wszystkiém ile miłości!
— Ściśle rzeczy biorąc, poparł Bob-Lantern, powiedzieć można, iż jest to panienka zupełnie jak należy.
Edward spuścił rękę i spojrzał na Boba.
— Dałem ci zlecenie, rzekł.
— Tak jest! i dla tego to pozwoliłem sobie powitać Waszę Wielmożność... Chodziłem za panienką... za panienkami, bo ich jest dwie, i jeszcze przy nich jakiś chłystek, co czyni trzy osoby... Ale, ale, pytał mię jak się Wasza Wielmożność nazywa.
— Kto?
— Chłystek... i za moje trudy dał mi pięknego suwerena.
— I powiedziałeś mu?
— Ani słowa, Wasza Wielmożności, ani słowa,.. To nie źle zapłacone, nie prawdaż?
— A gdzież mieszka ta młoda panienka?
— O! Wasza Wielmożność nie będzie potrzebowała najmować kabryoletu dla odwiedzenia jéj, i powiedziałem sobie natychmiast: to jakby na umyślnie!...
— Gdzież ona mieszka? przerwał zniecierpliwiony Edward.
Bob-Lnltern znowu przywołał swój szyderczy uśmiech.
— Można stąd do niéj ręką dostać, odpowiedział, na przeciwko Waszéj Wielmożności, po drugiéj stronie ulicy.
Edward obrócił głowę i spojrzał za ruchem Boba, który mu wskazywał okna drugiego piętra na przeciwnéj stronie ulicy. Jego poruszenia tak było nagłe, że zachwycająca twarz młodej dziewicy, która przez pół wyglądała z po za ciekawie podniesionéj firanki, nie miała czasu ukryć się. Edward rzucił na nią spojrzenie, w którém mieściło się kilka zarazem oświadczeń. Dziewica zarumieniła się, spuściła oczy; firanka spadła.
— To ona, rzekł Edward; nie mogłem dojrzeć jéj włosów; ale to ona, jestem pewny... Skąd wiesz że ona mieszka na drugiem piętrze?
— Zaraz to Waszéj Wielmożności opowiem, odrzekł Bob. Z przyczyny munduru mojego, niewielkie dla mnie przepowiadającego uszanowanie, nie mogę kołatać do drzwi... Gdy obie miss weszły tam ze swym chłystkiem, zostałem na ulicy z niemałym wstydem. Wnet przyszła mi jedna myśl do głowy. Spojrzałem w górę; świeciło się we wszystkich oknach, wyjąwszy na drugiem piętrze, gdzie po upływie trzech minut także zapalono świecę... właśnie tyle czasu chłystek potrzebował na rozniecenie światła.
Ja zawsze logicznie postępuję.
Pan Edward zapewne ten argument uznał stosownym, bo przychylnie kiwnął głową.
— To dobrze, rzekł, proś pana Smith, aby ci zapłacił.
— Wolałbym raczej, jeśli to wszystko jedno, odpowiedział zakłopotany Bob-Lantern, dostać wprost z ręki Waszéj Wielmożności.
— A to dla czego?
— Zycie okropnie drogie, a...
— I cóż?
— A pan Smith powie, że mi już raz zapłacił.
Pan Edward rzucił mu dwa suwereny i dał znak odejścia.
Bob-Lantern pocałował dwie sztuki złota, jak to czynią żebracy odbierający jałmużnę.
— Niech was Bóg błogosławi! rzekł.
A odchodząc dodał:
— Kilka nędznych szyllingów, kiedy kwestarkom daje dziesięcio-funtowe banknoty; to niesprawiedliwie... Możeby chłystek był wspaniałomyślniejszym!... Kaducznie chce mi się tego sprobować....
Pan Edward pozostał na swéj sofie i ciągle patrzył w okno, którego szyby szczelnie teraz były zasłonięte... Stanęły mu na pamięci wszystkie wspomnienia z Temple-Church.
Tak dalece pogrążył się w marzeniach, że się spostrzegł, iż firanka przeciwległego okna podniosła się na nowo, a piękne czoło Klary Mac-Farlane znowu pokazało połowę swego wdzięcznego łuku. Dziewica utkwiła w niego jedno z tych długich i przenikliwych spojrzeń, które się tak dziwnémi zdały Stefanowi Mac-Nab wczoraj wieczorem w Temple-Church. Jéj oko pałające i smutne pochłaniało piękną twarz Edwarda i zdawało się, że nie ma siły od niéj się oderwać. Klara bledszą jeszcze była jak wczoraj. Pod zbolałą jej powieką były ślady łez, a twarz świadczyła o bezsenném spędzeniu długiéj zimowéj nocy. Atoli w miarę jak wpatrywała się w Edwarda, cała jéj fizyonomia ożywiała się stopniowo, smutek ustępował miejsca melancholii, a ta znowu przemieniała się w bolesne szczęście serca.
O jakże Klara była piękną w tej chwili! — W ognistém spojrzeniu jaśniała czysta, ale namiętna jéj dusza. Łono silnie biło, oddech padał suchy i pałający na szybę, któréj przezroczystość zaledwie przyćmiewał; usta jéj bielały i drżały wymawiając dziwne wyrazy, niezgodne z jéj wolą.
Klara kochała Edwarda miłością głęboką, exaltowaną, pożerającą.
Daleka od świata; z zamkniętémi idąc oczami torem w jakim niepostrzeżenie upływało jéj życie, nie miała nigdy sposobności skierować ku pożytecznym, lub błahym rzeczom nadmiaru swych młodocianych uczuć. Ten nadmiar powiększał się bezustannie, i żądał dla siebie otworu.
Klara i młodsza jéj siostra Anna, wiek dziecinny spędziły w Lochmahen, gdzie pan Mac-Farlane ich ojciec, był urzędnikiem. Matkę utraciły w wieku właśnie, w którym każda dziewica najwięcéj potrzebuje jéj pieszczot i przewodnictwa. Mac-Farlane trzymał je przy sobie przez lat parę. Potém, nagle (Klara była jeszcze bardzo młoda, lecz dobrze to pamiętała) postępowanie pana Mac-Farlane zmieniło się i otoczyło niezwykłą tajemnicą. Nieznajomi ludzie zaczęli uczęszczać do jego domu; miewał z nimi długie i częste narady; odbywał tajemne podróże o których powodzeniu i celu nikt nigdy nie wiedział.
Wówczas to prosił on swéj siostry, mistress Mac-Nab, którą stosunki familijne zatrzymywały w Londynie, aby wzięła do siebie obie jego córki. Samo wspomnienie o tym wypadku, nastręczało Klarze myśl, że ojciec pragnął uwolnić się od czuwania nad ich dzieciństwem i ze miał tajemne przyczyny do prowadzenia samotnego życia.
Matka Stefana na krótki czas przed uczynieniem jéj tego projektu owdowiała, i była przytłoczona ciosem okropnéj katastrofy, która wydarła jéj męża. Pana Mac-Nab zamordowano. Mile, lecz nie, z wielką chęcią przyjęła swe siostrzenice; atoli w miarę usypiającéj swéj boleści, lubowała się w zachwycających darach ich natury, — Klara i Anna wcale nie były do siebie podobne, ale obie były miłe i dobre. Mistress Mac-Nab wkrótce uczuła macierzyńskie ku nim przywiązanie.
Ilekroć pan Mac-Farlane przybywał do Londynu, a wyznać należy, że się to nie zbyt często trafiało, wyborna kobiéta drżała, aby mu nie przyszła chęć zabrania z sobą obu córek. Lecz wielce się myliła; pan Mac-Farlane wcale o tém nie myślał. Krótkie chwile pobytu w Londynie, przemijały na załatwianiu, jak powiadał, interesów. Za każdém nowém przybyciem ojca, Klara i Anna ze smutkiem dostrzegały co ras większą w nim zmianę. Starzał się przed czasem; w pięćdziesiątym wieku na bladém jego i pomarszczonym czole nie było już ani jednego włoska. Obie biédne dziewice, radeby niosły jakąś pociechę téj ukrytéj boleści, któréj skutki tak się dotykalnie objawiały; ale pan Mac-Farlane nie lubił zapytań. Klara i Anna porywczo odepchnięte ze swą troskliwością, nie nastawały, ograniczając się jedynie na cichém nad swym ojcem ubolewaniu.
Stefan Mac-Nab naśladował matkę. Kochał bardzo obie kuzynki. Śmierć ojca, któréj był przypadkowo świadkiem, zrazu mocno wstrząsnęła młodocianémi jego zdolnościami. Ale wtedy był jeszcze dziecięciem, i z latami siły jego umysłu nowéj nabrały mocy. Atoli obraz zmarłego ojca i jego zabójcy krwawym pęzlem odmalowany był w jego pamięci. Zbójca, którego tylko przez chwilę widział, gdy spadła maska twarz mu pokrywająca, nie przedstawiał mu się w zbyt jawnych rysach; ale zapamiętał on głęboko i jasno, że był to człowiek słuszny, silny i wysmukły, że zadał cios w chwili, gdy mu maska spadła, i gdy to czynił, czarne jego brwi zmarszczyły się, rysując długą drżącą linię blizny na zaczerwienioném czole. Stefan przypomniał to sobie wczoraj, jak zawsze, kiedy we śnie stają przed nim te obrazy. Przypomniał i zadrżał gorącą żądzą zemsty.
Każdy miéwa rozmaite znajomości, u których często przebywa; ale przyjaciela miéwamy zwykle jednego — a i to już bardzo wiele — którego czasem przez cały miesiąc nie odwiedzamy. Stefan znajdował się w tym przypadku. Londyn dostarczał mu towarzyszy pomagających do straty czasu, o których się z radością zapomina, skoro już nie ma czasu do stracenia. Stefan prawie codziennie ich widywał, ponieważ jego doktorskie zatrudnienia zostawiały mu niestety! zbyt wiele wolnego czasu.
Ale w piérwszych latach pobytu swojego zawarł on ściślejszy związek, godnéj i statecznéj przyjaźni. Stefan i dawny jego kolega szkolny tém więcéj się może kochali, że ich przymioty i stosunki światowe we wszystkiém prawie były sobie przeciwne, i w rzeczy saméj, jeden z nich był synem mieszczanina, drugi zaś należał do rzędu najpierwszéj angielskiéj szlachty. Szlachcic dumny, energiczny, romansowy, cały swą przyszłość pokładający w miłości posuniętej aż do jéj czczenia religijnego, zupełny stanowił kontrast z lekarzem, którego charakterowi nie zbywało stałości, którego serce posiadało odwagę właściwą wszystkim dzielnym ludziom, ale który nic nie posuwał do ostateczności i nie mógł miéć najmniejszéj pretensyi do tytułu bohatera.
Przyjacielem Stefana Mac-Nab, był Frank Percewal.
Dzień wczorajszy miał wielkie dla Stefana znaczenie. Uczynił on wybór pomiędzy kuzynkami, które mniemał, że dotąd zarówno kocha. Miłość jego ukrywana dotąd dla braku przeszkód, wyszła na jaw z pewnym rodzajem gwałtowności, i, nagle poznana, zmieniła nieco charakter Stefana. Od owéj sceny w Temple-Church był on smutny, wzdychał całą noc jak młody bohater teatralny; nakoniec doznał osłabienia, jakie zwykle pociąga za sobą piérwsza miłość w duszach najmniéj nawet czułych. Przy tém był zazdrośny, a uczucie to drażni najspokojniejsze nawet umysły.
Wrócił więc do matki w stanie najgłębszego smutku. Tego wieczoru zaproszono go na bal wielkiego świata u lorda James Trewor. Zaiste, bal taki jest ponętną rzeczą dla człowieka w wieku Stefana, zwłaszcza kiedy ma mu otworzyć wstęp do świata nowego, nieznanego. W takim się téż znajdował przypadku nasz młody lekarz. Urodzony na granicy Szkocyi w hrabstwie Dumfries, gdzie lord Trewor posiadał znakomite majętności, pozyskał w dziedzictwie szacunek, jakim się tam zaszczycał niegdyś jego ojciec. Lord Trewor, któremu go niedawno przedstawiono, przyjął go w rzeczy saméj jak syna przyjaciela i z otwartém sercem zapisał się na listę przyszłych klientów młodego lekarza. Klientela ta, mimo że w niewypowiedziany sposób pochlebiała Stefanowi, otwierała mu nadto wstęp do domu lorda; jakoż otrzymał on zaproszenie, które go mocno przez cały tydzień zajmowało. Ale gdy nadeszła godzina, w któréj potrzeba było przywdziać czarny frak i trzewiki, Stefan siedział zadumany w swém krześle, naprzeciw kominka, na którym prawie zupełnie wygasł ogień.
O godzinie dziesiątéj mistress Mac-Nab lekko zakołatała do drzwi jego.
— A cóż mój synu, rzekła, nie wybierasz się.
— Za jedno takie spojrzenie oddałbym był pół roku życia! odpowiedział Stefan z zapałem.
Ta odpowiedź jest dostatecznym dla nas kluczem myśli Stefana. Myślał on o Klarze i godnym nienawiści nieznajomym z Temple-Church, tak pięknym, tak bogatym i tak pogardliwym!...
— Czy nie pójdziesz na bal? spytała znowu staruszka.
— I po cóż! zawołał Stefan, cóż pocznę między tą dumną szlachtą, która urągać się ze mnie będzie i nie spojrzy na mnie!... Nienawidzę szlachty moja droga matko!
I dodał sam w sobie;
— Pewny jestem, że ten próżny marnotrawnik biletów bankowych, jest przynajmniéj hrabią!
— Ah! Stefanie, rzekła mistress Mac-Nab topem wymówki, zapominasz, że biédny twój ojciec posiadał szacunek téj wyższéj klassy hrabstwa naszego... szacunek i przyjaźń, powtórzyła z niejaką dumą. Nasza rodzina nie jest szlachetną, ale warta więcéj jak londyńskie mieszczaństwo, bo klan Mac-Nabów...
— I cóż stąd moja matko? przerwał zniecierpliwiony Stefan.
Mistress Mac-Nab spojrzała na niego zadziwiona.
— Jakże ty mię dziś szczególnie przyjmujesz mój synu! rzekła; co ci jest?... Co do balu, uczynisz jak zechcesz... Nie po to tylko przyszłam do ciebie. Oto list... ale zapewne nie z wielką go czytać będziesz przyjemnością, bo pochodzi, jak mniemam, od szlachcica.
— Od Franka! żywo zawołał Stefan, którego czoło nagle się rozjaśniło.
— Znam już jego pismo, mój synu, ponieważ listy jego zawsze ci radość sprawiają, Stefan ucałował rękę matki, jakby prosząc o przebaczenie za swój zły humor.
— Dziś przyjeżdża! rzekł, przeczytawszy kilka piérwszych wierszy. — A nawet musiał już przyjechać!... ten biedny Frank! o! i on także będzie bardzo nieszczęśliwy!...
— I on także! powtórzyła mistress Mac-Nab. Miałżebyś i ty mój synu być nieszczęśliwym?
Stefan wymusił na sobie uśmiech, a dobra matka, uspokojona, udała się na spoczynek.
— Zaledwie wyszła, zaraz po dwakroć lekko do drzwi zapukano, a słodki dziewiczy głos przesłał przez dziurkę od klucza te wyrazy, obawa wymówione:
— Dziękuję ci kochany kuzynie!
Usłyszano szelest lekkich kroków na schodach wiodących na wyższe piętra.
Wiedzieć należy, iż piękna Anna od tygodnia używała całéj swéj wymowy na odradzenie Stefanowi, aby nie chodził na bal do Trewor-house. I ona także była naiwnie zazdrosną; pojmowała niejako, ile nieodpartéj ułudy mieć w sobie musi modna kobieta; jéj niewieści instynkt zgadywał całe upojenie, w jakie wpada młody człowiek na progu owych salonów, gdzie uśmiechy krzyżują się w pośród nabalsamowanéj atmosfery, gdzie spojrzenia szukają się, wywołują, zapytują, odpowiadają sobie... mocno się trwożyła, biedna dziewica, bo całą mocą kochała Stefana.
On nagle, jakby przebudzony, przysłuchiwał się i pochylił głowę ku drzwiom.
— To głos Anny! szepnął po chwili; to chód Anny! Biédna, słodka dziewczyna!... O! Klara nieprzyjdzie, ją wcale nie obchodzi, czy pójdę na bal lub nie!...
I w obie dłonie ukrył twarz swoję.
— Jakże była piękna, mój Boże! rzekł, i jakie to spojrzenie byłoby mię dumnym uczyniło!... O! kocham ją; kocham od czasu jak lękam się o wzajemność... Ale cóż to za człowiek? dodał z nagłą gwałtownością; gdzie go poznała?... I czy w istocie na niego tak patrzyła? a jeżeli tak jest, cóż wówczas myśléć, kiedy on zupełnie jest dla nas obcym, kiedy nigdy nie przestąpił progu domu naszego?




IX.
ŚRODEK PAJĘCZEJ SIECI.

Myśl która przeszła przez głowę Stefana Mac-Nab ogłuszyła go niejako. Łatwo skłonny do wszelkich podejrzeń, niełatwo mógł się ich pozbywać. Ale tego wieczoru piérwszy powiew miłości, ogarniający duszę jego, inny bieg nadawał jego myślom.
— Jestem nierozsądny! rzekł po chwili milczenia; ona czysta, jak aniołowie, którym pięknością wyrównywa... Ah! ileż cierpię!... Muszę odwiedziéć biednego Franka. Obaj wzajem nad sobą ubolewać będziemy, jeżeli wzajem nie zdołamy się pocieszyć.
Od przeszło roku Stefan nic widział Franka; a ostatnie ich spotkanie się było raczéj wesołą rozmową. Obaj byli wówczas szczęśliwi, obaj bez trosków. — Obecnie Stefan przypadkiem dowiedział się nieco o wieściach biegających o miss Maryi Trewor. Słyszał, że mówiono o jéj bliskiém małżeństwie ze sławnym markizem Rio-Santo. Do téj to okoliczności uczynił on alluzyą w rozmowie swéj z misstress Mac-Nab.
Frank więc i on zostawali odtąd w położeniu czyniącém przyjaźń podwójnie drogą i koniecznie potrzebującém wzajemnych wylań. — Jakoż Stefan z niecierpliwością oczekiwał dnia następnego. Radość, jakiej doznawał na samą myśl ujrzenia Franka, zagłuszała w nim nieco głos cierpienia.
Nie poszedł na bal do Trewor-house. Nazajutrz wstał cierpiący jeszcze, lecz już spokojniejszy. Charaktery stanowcze, które nie znajdują upodobania w rozniecaniu bólu dolegliwej rany swojéj, które nie lubią się głośno na ten ból uskarżać, saméj tylko potrzebując pociechy, mają zawsze wiele mocy nad sobą.
Stefan i źle i dobrze przepędził piérwszą noc miłosnego męczeństwa; wcale nie miał ochoty do rozpoczynania na nowo, przedsięwziął zamknąć od razu ten rozdział niepewności i wątpliwości, żądać objaśnienia od Klary Mac-Farlane.
Przy śniadaniu, Klara była roztargniona, w głębokich pogrążona myślach. Dostrzegł to Stefan, ale wstrzymał się i postanowił czekać na zdanie Franka, poczém dopiero uczynić miał krok stanowczy.
Anna przeciwnie była wesołą i często stosowała do kuzyna naiwne wybuchy swojéj wdzięczności, na które on wcale nie uważał. Biédne dziecię przekonane było, że Stefan przez miłość dla niéj pozbawił się przyjemności balu — nie umiała więc ukrywać swojego ukontentowania.
Zaraz po śniadaniu i gdy jeszcze herbata dymiła się na stole, Klara wymknęła się. Wiémy dokąd poszła.
Ukryta po za firanką do połowy podniesioną, utkwiła wzrok w salonie piérwszego piętra czworobocznego domu z drugiéj strony Cornhill. Klara czyniła to codzień, częstokroć napróżno, bo Edward na krótko tylko i rzadko pokazywał się w swych biurach. To ją jednak nie nudziło.
Tego dnia znalazła tam kogo szukała.
Nie będziemy usiłowali malować głębokich i mnogich wrażeń, które następowały po sobie w umyśle młodéj dziewicy przez czas niemego jéj wpatrywania się. Z tego miejsca po raz piérwszy ujrzała Edwarda; tu przychodziła oczekiwać go codziennie; tu cierpiała, tu była szczęśliwą i tu nauczyła się kochać.
Tak stała zachwycona, niepostrzegając upływających godzin. Gdy Edward, wiedziony giestem Bob-Lanterna, rzucił na nią spojrzenie, serce jéj doznało zarazem słodkiego i bolesnego uczucia.
Dreszcz ją przejął, zaledwo mogła utrzymać się na nogach, potém potok gorącéj krwi przeszedł po wszystkich jéj żyłach aż do twarzy, która zarumieniła się. Jéj ręka spuściła firankę.
Długi czas pozostawała tak zawstydzona, zakłopotana i zarazem zachwycona swém szczęściem, po za lekką zasłoną muszlinową, która ją broniła od zaczynającego się oczarowania. Wielce pragnęła jeszcze raz podnieść firankę, ale martwiła się, że ją już raz podniosła, lękała i wstydziła; a przytém głos dotąd z takiém poszanowaniem czczonéj pobożności wołał na nią: Wstrzymaj się!
Biédna dziewica!
W drugie ucho szeptała jéj miłość, miłość silna, wymowna, nieodparta... a słodki i cichy głos jéj zagłuszał groźny głos sumienia.
Klara wysunęła bojaźliwie swą białą rękę, to znowu ją ukryła i znowu chciała podnieść firankę. I podniosła ją, ale bardzo mało!... a jednak było to dostateczném. Mogła widziéć tego, o którym myśl napełniała jej życie. — Oko Edwarda roztargnione i pływające w ciemności, nie szukało okna. Wtedy Klara nie tyle się lękała i znowu pierwsze swoje przybrała stanowisko.
Po upływie kilku minut nastąpiło to, co mogła była przewidzieć, czego może i pragnęła. Edward przestał marzyć, a oko jego naturalnie znowu spojrzało w okno.
O! zapewnić możemy, że Klara stały miała zamiar ukryć się znowu. Raptem pociągnęła za muszlin, ale muszlin zaczepił się, jakaś przeszkoda, zapewne zapomniana szpilka, niedozwoliła spaść firance i młoda dziewica stanęła bez zasłony wprost pięknego marzyciela, który wpoił w nią namiętne spojrzenie..
— Klaro! zawołała mistress Mac-Nab.
Klara nie słyszała.
W spojrzeniu Edwarda znajdowały się upajające wyrazy. Niemy, czuléj niż własnym głosem mówił: kocham cię.
— Klaro! zawołał także i Stefan.
Klara nie słyszała. Głowa jéj gubiła się, serce wyrywało się ku Edwardowi, który błagalnym giestem zdawał się zebrać u niéj litości.
Dwie łzy zadrżały na powiekach młodéj dziewicy i gorące spadły na jéj policzki.
— On mię kocha, o Boże! szepnęła.
Edward, dostrzegłszy swe zwycięztwo, położył palec na ustach i przesłał pocałunek przez ulicę.
Tą razą szpilka nie mogła utrzymać firanki. Klara obraziła się. — Firanka spadła.
W téj saméj chwili nagle otworzono oboje drzwi wiodących do pokoju młodéj dziewicy.
— Klaro! Klaro! zawołali zarazem mistress Mac-Nab i Stefan, wchodząc jednocześnie.
Klara zadrżała, jak matka nasza Ewa, gdy ją Stwórca schwytał na uczynku.
— Co tam robisz, moja córko? spytała mile mistress Mac-Nab; już od pięciu minut wołam na cię!
— Panienka musi tam mieć cóś bardzo interessującego, rzekł surowo Stefan, kiedy nie słyszała ani mojego, ani méj matki głosu?...
Młoda dziewczyna zająknęła się i nie mogła nic odpowiedzieć. Stefan, któremu ciągle tkwiły w pamięci zazdrośne podejrzenia, rzucił się ku oknu i chciał podnieść firankę. Klara chciała go zatrzymać błagalnym giestem, ale on nie uważał na tę niemą prośbę, i droperya zesunęła się z szelestem po utrzymującym ją drucie.
Klara, Stefan i mistress Mac-Nab razem spojrzeli na ulicę.
Nie było już nikogo w oknach piérwszego piętra przeciwległego domu; przez ich szyby widzieć się tylko dawały podwójne fałdy jedwabnych firanek.
Klara mocno odetchnęła.
W chwili gdy Klara znowu skryła się za firanką, Edward opuścił także swoje okno. Wstał z miną człowieka, grą znudzonego i pociągnął za sznurek od dzwonka.
Natychmiast pokazał się mały murzyn.
— Idź i uderz w dzwon środkowego salonu.
— Ile razy panie?
— Pięć.
Mały murzyn wyszedł, lecz nie témi drzwiami przez które przybył Bob-Lantern.
W kilka sekund usłyszano pięć długich i głuchych uderzeń w kierunku, którym się udał mały murzyn. Pan Edward tą samą drogą wyszedł z budoaru.
Przybył do okrągłego salonu, który o ile się można było domyślać, znajdował się w samym środku czerwonego domu. Salon ten nie miał okien; w téj południowéj godzinie oświetlał go żerandol.
Natomiast miał sześć drzwi, z których pięć wiodło bezpośrednio na kręcone schody. Szóstemi wszedł pan Edward.
Za jego przybyciem, dźwięczny, przeciągły i głęboki odgłos dzwonu, obijał się jeszcze o ściany. W salonie było pusto.
Pięć krzeseł i fotel stały około ogromnego komina, którego czeluście swym pałającym oddechem ogrzewały salon.
Pan Edward rzucił się od niechcenia na fotek.
Prawie w téj chwili otworzono wszystkie pięć drzwi. Dwoje piérwszych, od strony Cornhill wybitych, dały przejście bogato ubranéj damie i eleganckiemu dżentlmenowi. Trzeciemi, od strony Finch-Lane, wszedł jakiś jegomość bardzo uczciwéj miny, ubrany jak zamożny negocyant i przedstawiający się jak należy. — Czwarte wprowadziły człowieka nizkiego, wyżółkłego i chudego, którego poplamione suknie wytarte były na wszystkich kantach.
Piątemi nakoniec przybył pan Smith, w niebieskich okularach i ogromnéj umbrelce.
Piękna dama przybywała z przepysznego magazynu na Cornhill, którego była władczynią i panią, pod imieniem mistress Bertram.
Dżentlmen, pan Falkstone, był-to jéj sąsiad jubiler.
Jegomość przyzwoicie się przedstawiający, był to wekslarz przy Finch-Lane. Nazywał się pan Walter.
Czwartą nakoniec osobą, był ni mniéj ni więcéj tylko sam Piotr Practice, dawny attorney (prokurator) podupadły, który panował w zakurzonymi ciemnym tandeciarskim sklepie, także przy Finch-Lane, obok kantoru wekslu.
Z tych pięciu osób tylko mistress Bertram i Piotr Practice pokazały swe oblicza, tak jak je natura utworzyła. Było to tém gorzéj dla dawnego prokuratora, który miał minię bezwstydnego i wyuzdanego lichwiarza, ale tém lepiéj dla mistress Bertram, jeszcze dosyć ładnéj, chociaż i ona oddawna już przebyła granicę piérwszéj młodości.
Trzy inne osoby miały na sobie ten rodzaj masek, na jakie pozwala nasza cywilizacya. A tak pan Smith miał swoją umbrelkę; pan Walter, wekslarz, podzielał z nim korzyści zielonych okularów, do których dodał czarną perukę, stanowiącą niejaki kontrast z białawym puszkiem na policzku w miejscach, przez które brzytwa nieprzechodzi; pan Falkstone, świetny jubiler, miał przeciwnie niebieskawe faworyty, co jednak nieprzeszkadzało mu bynajmniéj w noszeniu pięknych błąd wąsików i takiego koloru włosów, zachwycająco ufryzowanych.
W ogóle wszystko to mogło być bardzo niewinne.
Cokolwiekbądź, pięć nowo przybyłych osób ostrożnie zbliżyło się do pana Edwarda z uszanowaniem go powitawszy.
Edward dotknął ręki mistress Bertram, a innym dał protekcyjny znak kiwnieniem głowy.
Mistress Bertram usiadła. Cztéréj mężczyzni stali, aż królewskie skinienie Edwarda dozwoliło im pozajmować krzesła.
Kilkochwilowe milczenie panowało na tym szczególnym i tajemniczym kongresie. Pan Edward rozciągnął się na fotelu i zdawał zapominać o obecności swych partnerów. Ci milczeli i czekali.
Nakoniec pan Edward włożył rękę do kieszeni i wydobył kosztowny, brylantami wysadzany zegarek.
— Pół do piérwszéj! szepnął. Czy mój zegarek dobrze idzie, Falkstone?
— Bardzo dobrze panie.
Piotr Practice wyjął duży i gruby srébrny zegarek, który nastawił podług zegarka pana Edwarda.
— Jeżeli tak, nie długo z wami mogę zabawić... Przystąpmy natychmiast do rzeczy. Potrzeba mi dziesięć tysięcy funtów szterlingów.
— Dziesięć tysięcy funtów! powtórzył Piotr Patrice i konwulsyjnie ścisnął szeroki brzuch srébrnego swego zegarka.
— Dziesięć tysięcy funtów! powtórzyli chórem wekslarz, jubiler, pan Smith i mistress Bertram.
— Na dziś wieczór, dodał zimno pan Edward.
Wszystkie głowy pochyliły się zarazem.
— Panie Walter, zaczął znowu Edward, czy możesz mi je wyliczyć natychmiast?
— Mogę panie, ale...
— Ale co?
— Monetą jaką pan wiész.
— Nie chcę jéj... A ty Falkstone?
— Interesa idą bardzo licho.
— A ty Fanny? przerwał zniecierpliwiony Edward obracając się do mistress Bertram.
— Moja kassa jest na twoje panie rozkazy, odpowiadziała ładna kupcowa; ale wiele w niéj jeszcze brakuje dla uzupełnienia téj, summy.

~ Wezmę ile masz moja Fanny... Ty jesteś dobra i nieoszacowana dziewczyna... A ty mości Practice?
— Powiém Waszéj Wielmożności, odrzekł były prokurator; jasno i bez ogródki to, co Jéj powiedział szanowny sąsiad mój pan Falkstone; interesa idą powoli, idą opłakanie, a dodam nawet, ze wcale nie idą.
— I nakonieć mości Practice?
Były prokurator po trzykroć otworzył gębę, nim wyrzekł następującą odpowiedź:
— Moja kassa, taka jaka jest, a Bóg wie, ze nieobfita, ale nakoniec taka jaka jest, jest na rozkazy Waszéj Wielmożności.
Pan Edward nieco pomyślał.
— Co do ciebie, Smith, rzekł po chwili, wiem ile masz... Dla Boga panowie, zasypiacie, daję słowo! ilekroć żądam od was jakiéj bagatelki...
— Dziesięć tysięcy funtów szterlingów! westchnął Piotr Practice.
— Panowie wiecznie wzdychacie, mówił daléj Edward. To nie do zniesienia!... Czyż wam kiedy zbywa na towarach? Nie macież należytego udziału? Czy was policya niepokoi? Czyż cały modny Londyn nie nauczył się drogi do waszych magazynów? A komuż winiliście to wszystko, hę? Towary, bezpieczeństwo, odbyt, wszak ja to wszystko wam daję, i zdajecie się wahać nad uczynieniem mi zadosyć?
— Niech Bóg broni! rzekł Falkstone.
— Wiesz panie dobrze, że zawsze jestem na twoje usługi, szepnęła mistress Bertram.
— Ty Fanny, wierzę i dziękuję ci... Ale ci panowie...
— Jesteśmy gotowi, rzekł Falkstone.
— Jestem gotów, przydał Piotr Practice, dodając w duchu: ale protestuję w należytéj formie, oświadczając, że działam tanquam coactus[6], tak a nie inaczéj, z zastrzeżeniem wszelkich prawnych środków.
— Tak to co innego, rzekł Edward wstając. Liczę na was dziś wieczór... Wy nawzajem liczcie na mnie i nie lękajcie się niczego. Bądź zdrowa Fanny.
Mistress Bertram wyszła drzwiami któremi przybyła, a które prowadziły do magazynu strojów, tak samo trzy inne schody wiodły do sklepów dolnych, a piąte kommunikowały się z biurem Edwarda i spółki.
— Czy masz mi co powiedziéć Falkstone? spytał Edward.
— Jakże stoi pański interes z dzisiejszéj nocy?... odpowiedział jubiler śmiejąc się.
— Jak zawsze, Falkstone, jak zawsze... Nie długo będzie nas niepokoił!
— Tém lepiéj!... komuż mam wręczyć część mojego funduszu.
— Jak zwykle, mistress Bertram.
Falkstone skłonił się i wyszedł.
— Złe nowiny panie, rzekł wekslarz Walter skoro został sam ze Smithem i Edwardem: wczoraj nie chciano mi zmienić trzech naszych banknotów, a w City zaczynają krążyć niepokojące wieści.
— Cóż mówią?
— Nie mówią nic pewnego, ale każdy staje się nieufnym, nie chcą przyjąć nędznéj dziesięcio-funtowéj banknoty bez obejrzenia jéj przynajmniéj dwadzieścia razy.
— Nie bój się Walterze, kochany przyjacielu, rzekł Edward z uśmiechem. Wkrótce dostarczę ci banknotów, które każdy chętnie przyjmie... idź.
Wekslarz wymierzonym krokiem przeszedł salę i zniknął drzwiami od schodów wiodących do jego sklepu.
Smith zwolna obszedł salon i zajrzał za wszystkie drzwi, dla przekonania się czy kto nie podsłuchuje. To dopełniwszy wrócił do Edwarda.
— Przyjacielu Smith, rzekł Edward, na przyszłość bądź roztropniejszy, a z pistoletem igraj tylko w razie koniecznéj potrzeby. To broń za nadto gadająca, a nie jesteśmy tu już w naszym ziemskim raju w Teviot-Dale... Ale dosyci o tém: widziałem sam, że cię za nadto mocno ściskali... Mam nadzieję, że nasi ludzie nie gardzą jeszcze naszémi banknotami?
— Jak czasem, odpowiedział pan Smith; nasi dostawcy, z przyciskiem i uśmiechem wymówił ten wyraz, wszystko biorą z ufnością; ale pańska dawna przyboczna gwardya, z kraju który dopiéro co wymieniłeś, nie bierze nie prócz złota... to są niepoprawione szelmy!
— Kocham ich za to!... powiedź mi... jakże stoi interes z Princes-Street?[7]
— Byłem tam dziś rano — Paddy tuczy swego olbrzyma jak może. Zasila go befsztekiem, zakrapia grokiem, a olbrzym pracuje więcéj jak czteérech silnych chłopów; ale wyczerpuje się.
— To za długo! rzekł Edward wzdychając zmartwiony.
— Princes-Street ma czterdzieści stóp szerokości! odpowiedział Smith, a nasz słoń pracuje w głębokości stóp dwudziestu... jeszcze tydzień, olbrzym zdechnie jak wół, ale kanał będzie gotów.
— Niech cię Bóg wysłucha, poczciwy Smith! wówczas twoja kassa będzie samą rzeczywistością...
Pan Edward odepchnął fotel i włożył białe swe palce w parę wyperfumowanych rękawiczek.
— Bądź zdrów, rzekł, bacz aby ten stary Piotr Practice był gotów na wieczór... Ile razy żądam od niego tysiąca gwineów lub co podobnego, serce mu pęka.
Pan Edward zszedł po schodach wiodących do sklepu jubilera Falkstone i zabawił tam kilka minut, niby dla stargowania i wybrania niektórych brylantów; potem wyszedł jak każdy kupujący i wsiadł do czekającego nań przededrzwiami świetnego ekwipażu zaprzężonego w parę koni, którym podobnych nie było w Londynie, a nawet w stajniach niezrównanego markiza Rio-Santo.
Zaledwie rozciągnął się na poduszkach, a pojazd ruszył galopem, sypiąc iskry po bruku w kierunku modnéj okolicy West-End.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.

Przypisy

  1. Szynkownia może się składać z więcéj, ale nie mniéj jak trzech izb: the parlour, dla klassy wyższéj, the bar, kantor; i the tab, sala dla pospólstwa.
  2. Komora wychodząca z tyłu na ulicę Lower-Thames-Street.
  3. Snail.
  4. Grok lepszego gatunku, prędzéj upajający.
  5. Nakłonieni słusznemi uwagi z powodu ogłoszenia Tajemnic Londynu podajemy ta tłumaczenie niektórych angielskich wyrazów w książce téj użytych: Street znaczy ulica, lane, uliczka, aleja; square plac z ogrodem i drzewami w środku. Zamiast tab czytać należy tap jako skrócenie wyrazu taphouse, karczma, szynk; zamiast old-joim, old-tom, mocna jałówcówka. Co do miar nie znajdujemy potrzeby dawać tu tlómaczenia, uprzedzamy że używane tu stopy są zwyczajne. Oznaczając odległość drogi, używamy wyrazu mila, rozumieć się ma mila angielska.
  6. Jak przymuszony.
  7. Ulica na któréj stoi Bank.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.