Żywot Jezusa/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Renan
Tytuł Żywot Jezusa
Wydawca Andrzej Niemojewski
Data wydania 1904
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Andrzej Niemojewski
Tytuł orygin. Vie de Jésus
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Ernest Renan
Żywot Jezusa

z 3-go wydania francuskiego
przetłomaczył

Andrzej Niemojewski

Kraków • Nakładem tłomacza • 1904
W komisie: u Polskiego Tow. Nakładowego we Lwowie.



Odbito w Drukarni Narodowej w Krakowie.





OD TŁOMACZA.

W ciągu pięciu wieków doby nowożytnej stosunek światłego czytelnika do biblii uległ dwa razy zmianie zasadniczej. Pierwszą zmianę spowodowała Reformacya, usuwając wszelką egzegezę urzędową i uznając za jedyną powagę tekst biblii, drugą zaś nowożytna wiedza, która sam ów tekst poddała ścisłej analizie. Pierwsze zdarzenie było wyzwoleniem sumienia i zapewniło wolność wiar, drugie natomiast było ostatnim aktem wyzwolenia rozumu z pod sugestyi tych wiar, dzięki czemu przekonano się ostatecznie, że jedna i ta sama logika obowiązuje na całym obszarze myśli ludzkiej. A zarazem stosunek wiary do rozumu został raz na zawsze ustalony: Rozum i wiara nie są już potęgami równorzędnemi; wiara bowiem z całą bezsilnością usiłuje stanąć w poprzek dociekaniom rozumu a rozum z całym spokojem bierze wiarę za przedmiot swoich badań.

Ściśle naukowe studya nad biblią trwają dopiero 150 lat. Ale poglądy krytyczne zaczęły się ujawniać znacznie wcześniej. Żyjący w XII. w. uczony żydowski Ibn-Asra z Toledo (1088—1167) wykazał w swym komentarzu do biblii, że Mojżesz nie może być uważany za autora pięcioksięgu. Twierdzenia jego rozwinął, uzasadnił i zastosował prawie do wszystkich ksiąg Starego Zakonu Spinoza (1632—1677) w swoim »Traktacie teologiczno-politycznym«, ogłoszonym bezimiennie w r. 1670. Cały ten traktat jest już właściwie wyrazem nowożytnego poglądu na biblię. Jednakowoż dopiero w r. 1753 Dr. Jan Astruc w swej pracy: »Conjectures sur les mémoires originaux, dont il paroit, que Moyse s’est servi, pour composer le livre de la Génese« kładzie podwaliny pod prawdziwie naukowy sposób badania biblii wykazując, że pierwsza księga Mojżeszowa nie jest dziełem oryginalnem, ale kompilacyą dwóch starszych tekstów, znacznie różniących się od siebie, że w jednym z nich Najwyższa Istota nazywa się »Elohim«, »Eloh«, »El«, a w drugim »Jahve«, »Jah«. Odkrycie to było niezmiernie płodne w skutki. Drogą przez dr. Astruc’a wytkniętą poszły całe pokolenia następnych badaczy, które, jeżeli rzecz uwzględnimy do chwili bieżącej, do wykopalisk babilońskich i do zapoczątkowanej przez Fryderyka Delitscha rozgłośnej literatury »Babel-Bibel«, doszły do wyników, dających się streścić w punktach następujących: 1) Biblia jest dziełem narodu żydowskiego, czyli jego literaturą, obejmuje szczątki doszłego nas żydowskiego piśmiennictwa, a więc prawo, historyę, etykę, teologię, poezyę i t. p. 2) Ponieważ Żydzi nie należą do najstarszych ludów w rodzinie semickiej ale do najmłodszych, przeto i literatura ich, objęta mianem biblii, jest od literatur tych ludów młodszą, powstała i urabiała się pod ich wpływem a nieraz nawet wykazuje silną pochodność. 3) W biblii żydzi zebrali swoje mniemania o Bogu, o powstaniu i ustroju świata, o pochodzeniu człowieka i o zadaniach ludu izraelskiego, które to mniemania, nie zawsze oryginalne, choć dużym indywidualizmem zabarwione, są tylko ogniwem w długim łańcuchu podobnych mniemań budzącej się myśli ludzkiej. Ani jeden oryginał pism Starego Zakonu nie doszedł naszych czasów a odpisy, które się zachowały, są znacznie późniejsze od odpisów ksiąg Nowego Testamentu, a przytem ani jeden nie jest zupełnie zgodny z tekstami starszych od nich przekładów na inne języki, jak np. z Septuagintą, przekładem greckim pentateuchu, który powstał około r. 280 przed naszą erą. Śród niesłychanych nieszczęść narodu żydowskiego, kiedy nieraz istotnie kamień na kamieniu nie zostawał, ginęły także rękopisy. Historyk żydowski Józef Flaviusz wspomina w »Bellum Judaicum« (V. v. 5), że po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa »prawo« żydowskie wraz z innemi trofeami zostało przez zwycięzców zabrane do Rzymu. Obecny tekst hebrajski biblii jest dziełem szkoły Mazoretów i został ustalony między r. 590—800. Pierwszy drukowany tekst pism Starego Zakonu ukazał się w Soncino 1488. Zatem »ludzki« początek biblii jest dziś nietylko postulatem rozumu, jak za czasów genialnego Spinozy, ale rzeczą naukowo udowodnioną.

Wszystko, co powiedzieliśmy dotąd, stosuje się do ksiąg Starego Zakonu. Biblia jest dziełem wysokiej starożytności, ale wskutek szczególnych warunków, w jakich żyjemy, posiada znaczenie aktualne. Z tego też powodu Nowy Testament interesuje światłego a nieobeznanego z przedmiotem czytelnika bez porównania więcej. Postać Jezusa wywarła potężny wpływ na losy ogromnej części świata w ciągu dwudziestu bezpośrednio po sobie następujących wieków i wywiera dotąd. Przeto myślący czytelnik chce dziś koniecznie wiedzieć, co nauka w tym kierunku zrobiła. Nawiasowo zaznaczymy, że również z ksiąg Nowego Zakonu nie zachował się ani jeden oryginał, że trzy najstarsze zbiory rękopisów (w Watykanie, w Londynie i w Petersburgu) są odpisami pochodzącemi z IV w. naszej ery, że żyjący mniej więcej w tym czasie twórca Wulgaty św. Hieronim bardzo biadał nad ich stanem chaotycznym i nad samowolą przepisywaczy, dążących do uzgodnienia tekstów różnych autorów, że żyjący w II w. biskup Papias, wielka ówczesna powaga w świecie chrześciańskim i dotąd przez kościół katolicki czczona, odzywał się o wszystkich ewangielistach w sposób bardzo ujemny, stawiając wyżej ustną tradycyę, że wreszcie wszystkie teksty kanoniczne są napisane greczyzną, przepełnioną judaizmami. Wzmianki o Chrystusie lub Chrestosie znajdujemy u Tacyta i Swetoniusza, u Józefa Flaviusza i w Talmudzie. Pisma chrześciaństwu przeciwne zostały przez żarliwą sektę wytępione, jak np. pisma Kelsosa, żyjącego w II w. naszej ery za czasów Hadryana; jego »Księgę prawdy« odbudował po części z polemizującego z nim Origenesa dr. Keim z Zurychu. Kelsos przedstawia historyę Jezusa w zupełnie odmiennem świetle. Na nim też oparł swe ciekawe studyum Gustaw Lejeal »Celse et Jésus« (w L’humanité nouvelle«, luty 1898, VIII str. 170) oraz »Histoire naturelle de Jésus« (tamże, styczeń 1899), następnie Auguste Dide w »La fin des religions« (L’anti-évangile de Celse, str. 162) i inni.

Anglicy, Francuzi i Niemcy zrobili w tym kierunku niesłychanie wiele, jeżeli nie wszystko. U nas niestety prawie nikt nie zajmuje się podobnemi badaniami[1]. Inteligentnemu Polakowi wystarcza z zakresu religii i jej historyi ta okruszyna wiedzy, w którą został wyposażony nędzarz, tłukący przez cały dzień kamienie przy gościńcu. Z lubością tylko uprawiamy frazeologię biblijną, sypiąc ustawicznie cytatami z księgi nigdy nieczytanej. Nauka polska, która dzięki różnym prześladowaniom, jakim ulegają jej przedstawiciele, musi nieraz rozwijać się w kierunku »najmniejszego oporu«, albo bała się tknąć biblii, pozostawiając studya nad nią klerowi, albo też ją lekceważyła. Przyrodnik uważał ją za książkę przestarzałą; społecznik nie miał dla niej czasu. A jednak to, co stanowi jej treść, jest jako powietrze nas otaczające, którem wszyscy z konieczności oddychamy. Biblia wpływa na nasze życie, na nasze myśli, na nasze postanowienia; z tego źródła płyną nasze usposobienia, nasze fanatyzmy, bardzo często nasze bohaterstwa, niekiedy nasze zdrady. Czy wiedza polska może przejść do swego »porządku dziennego« nad tak ważnem zagadnieniem? Czyż nie powinna rozświetlić nam tych kardynalnych rzeczy, które wpływami swemi omotały nas od kolebki do trumny i które wytwarzają z nas pewien typ ludzki?

Jeżeli gdzie, to u nas właśnie nauka taka jest wyczekiwana jak strumień świeżego powietrza dla duszących się płuc. Naród polski jedną półkulą mózgową tkwi w »prawie przyczynowości« a drugą w czysto »teologicznym poglądzie na świat«. Położenie jego polityczne sprawia, że wprost zabobonnie lęka się myślowych zmian, że z najważniejszych zagadnień uczynił nietykalne »Tabu« i że uważa niemal za zdradę narodową zastanawianie się nad takiemi rzeczami i ideami, jak biblia, religia, Bóg. Nie zdaje sobie sprawy, że tylko barbarzyniec postępuje w ten sposób, że lud ucywilizowany wszystko bada. Nie widzi wielkiego niebezpieczeństwa, które grozi jego inteligencyi. Jedna klasa stara się ukryć przed drugą cały szereg publicznych tajemnic. Szukać, badać, poznawać — do tego ma prawo każdy człowiek. Wiedza jest dla wszystkich.

Powiedzieliśmy wyżej, że postać Jezusa wywarła potężny wpływ na dzieje ludzkości i wywiera dotąd. Tego, co trwało dwadzieścia wieków, wiedza polska pominąć nie może. Zadaniem jej jest: dać społeczności polskiej na tę postać pogląd naukowy.

Tłomaczenie głośnego dzieła Ernesta Renana »Żywot Jezusa« zjawia się niestety w okrągłe czterdzieści lat po ukazaniu się trzeciego wydania oryginału. Czterdzieści lat straconych! Przez te czterdzieści lat społeczność nasza, prawie nic nie wiedząc o Straussach, Reussach, Gunklach etc. słyszała tylko z kazalnic i z łamów pism klerykalnych, że istniał w bezbożnej Francyi jakiś »okropny bluźnierca« Ernest Renan i że na takiego bluźniercę mogła się była zdobyć tylko Francya, kołyska Wolterów, Robespierrów i Zoli. Dziś, korzystając z liberalnego paragrafu ustawodawstwa austryackiego, który brzmi w niemieckim pierwotekscie: »Die Wissenschaft ist frei«, przedkładamy publiczności polskiej tłomaczenie podstawowego dzieła tego »okropnego« człowieka w przekonaniu, że owa »okropność« rozwieje się jako czad, który, wychodząc z klerykalnego piecyka, tumanił nam głowy.

Jest to, o ile sięgają moje bibliograficzne wiadomości, pierwsze dzieło w tym rodzaju, które pojawia się w przekładzie polskim. Specyaliści mogliby stawić tłomaczowi pytanie, czemu wybrał to właśnie dzieło? Czy nauka nie postąpiła od 1863 roku? Owszem postąpiła. Ale mimo to dzieło Renana pozostało dziełem podstawowem a nadzwyczajne zalety stylu wynoszą je ponad wszelkie inne. Nieprzygotowana do studyów poważnych z tego zakresu polska publiczność nie strawiłaby poprostu takiego Straussa lub Noacka, choćby przekład był idealny. Prace innych, a zwłaszcza nowszych autorów nie są obrazem tak skończonym, tak wyczerpującym, są poświęcone bardziej szczegółom. Renan objął całość a przytem czyta się go jak powieść, jak poemat. Bo Renan był nietylko uczonym. On był poetą. A być poetą, to nie znaczy, jak już dziś każdy wie, robić wiersze. Renan napisał wprawdzie szereg »filozoficznych dramatów«; ale nie to pasuje go na poetę. Po ukończeniu mozolnych badań bibliotecznych, archeologicznych, topograficznych, spojrzał na Palestynę okiem wieszcza, który dzięki twórczej a raczej odtwórczej wyobraźni buduje z poszczególnych drobinek olbrzymią całość, który, spojrzawszy po uroczych polach Galilei, odgadł »jak to było«. Z pod palących promieni słońca palestyńskiego chroni się do chaty Maronity i dotykając stopą ziemi historycznej, owiany atmosferą dawności, pisze siedmiotomowe dzieło o »Początkach chrześciaństwa«, a właściwie dzieła tego tom pierwszy p. t. »Życie Jezusa«. Towarzyszy mu ukochana siostra Henryetta, która dnia 24 września 1861 r. umiera w Byblos. Renan poświęca pracę swą jej pamięci. Oto dedykacya tego »potwornego bluźniercy«:

»Czy przypominasz sobie Ty, spoczywająca teraz na łonie Boga, owe długie dni w Gazir, gdzie ja, Ciebie mając tylko za towarzyszkę, kreśliłem te karty, uniesiony natchnieniem, płynącem z miejscowości, które zwiedzaliśmy razem? Pogrążona w milczeniu, siadłszy obok mnie, odczytywałaś każdą stronicę i natychmiast przepisywałaś — a u stóp naszych słało się morze, kładły się wioski, piętrzyły góry. Kiedy zabójcze słońce ustąpiło na błękitach miejsca niezliczonej armii gwiazd, Twoje subtelne uwagi, wątpliwości pełne dyskrecyi, naprowadzały mnie znowu na owe szczytne zagadnienia, nad któremi rozmyślaliśmy wspólnie. Pewnego dnia powiedziałaś mi, że będziesz kochała tę książkę, najpierw dlatego, że powstała z Twoją pomocą, następnie dlatego, że Ci się ona podoba. Ilekroć nawiedzała Cię obawa, że książka ta stanie się pastwą ciasnych sądów ciemnych ludzi, natychmiast pocieszałaś się myślą, będącą głębokiem Twojem przekonaniem, iż duszom prawdziwie religijnym wystarczy to, co Tobie, wystarczy im, że książka ta przemawia do nich. Śród takich rozmyślań uroczych śmierć uderzyła mnie i Ciebie swojem skrzydłem; sen febryczny zamknął oczy mnie i Tobie; ja się zbudziłem, ale — sam... Ty spoczywasz teraz w ziemi Adonisa, w pobliżu świętego Byblos i wód, do których mieszały się łzy owych niewiast misteryum starożytności. Odsłoń, dobry geniuszu, mnie, którego kochałaś, odsłoń owe prawdy, które panują nad śmiercią, które odejmują trwogę przed nią i każą ją niemal kochać«...

Ernest Renan urodził się dnia 27 lutego 1823 r. w Tréguier, gdzie Francya stawiła mu w tej chwili pomnik[2]. W r. 1860 wybrał się z polecenia rządu w podróż naukową po Syryi. W dwa lata później zostaje profesorem języka hebrajskiego w drogiem naszej pamięci »Collège de France«. Dzięki intrygom kapłanów dnia 11 lipca 1863 r. pozbawiono go katedry, na którą jednak wraca po przewrocie politycznym w grudniu 1871 r. Oto szereg jego dzieł: »Histoire générale et système comparé des langues sémitiques“ (4 wyd. 1864), »L’Averroés et l’averroïsme« (3 wyd. 1869), »Mission de Phénicie« (1864—1874, 9 części), »Vie de Jésus« (1863), przetłómaczone natychmiast niemal na wszystkie języki europejskie, »Les apôtres« (1866), »Saint-Paul« (1869), »L’antéchrist« (1871), »Les évangiles« (1877), »L’Eglise« (1878), »Marc Aurèle« (1882), »Souvenirs d’enfance et de jeunesse« (1884, ciąg dalszy w »Feuilles détachées« 1892), »Histoire du peuple d’Israël« (1887, t. 3), »Drames philosophiques« (1888). Umarł 2 października 1892 r. Dzieła jego przyczyniły się niesłychanie do rozkwitu nauki o początkach chrześciaństwa. Posiadał głęboką wiedzę, uzbrojoną w niezwykły talent pisarski.

Czy przekład niniejszy jest wiernym? I nie, i tak. Nie, gdyż nie tłomaczyłem słowa za słowem z pedantyczną ścisłością; tak, gdyż starałem się nie uronić żadnej myśli, nie oziębić żadnego uczucia, odtworzyć styl i nastrój oryginału. Chciałem tak pisać, jakby pisał Renan, tworzył swe dzieło po polsku. Przez długie sześć miesięcy pracowałem nad tym przekładem, robiąc równocześnie niezbędne studya, odszukując każdą miejscowość na mapach, sprawdzając każde nazwisko w leksykonach. Ze względu na to, że polski czytelnik przeważnie nie ma pojęcia, co zawiera biblia, i ponieważ księga ta jest w domach polskich wielką rzadkością, starałem się ważniejsze odsyłacze Renana wypełnić tekstem i w tym celu posługiwałem się do rozdziału XIX przekładem biblii berlińskiej a od rozdziału XIX przekładem Wujka. Tacyta przytaczałem w słynnym przekładzie Naruszewicza, Swetoniusza w przekładzie Kwiatkowskiego, Józefa Flaviusza w klasycznym przekładzie łacińskim. Prócz tego korzystałem z uwag i wskazówek profesora Ignacego Radlińskiego, który, jak przystało na prawdziwego uczonego, dbał o to, abym nietylko poznał, co w danej chwili praktyczność wskazywała, ale wogóle oświecił się w tej dziedzinie wiadomości ludzkich. Na tem miejscu winienem mu tedy złożyć wyrazy gorącej podzięki. Szczęśliwy będę, jeżeli praca moja uniknie jego nagany. Wybór cytat może się spotkać z krytyką, która mi zarzuci ich niepełność; ale wypadało się liczyć z rozmiarami wydawnictwa; wybierałem też umyślnie cytaty przeważnie z biblii, aby się nareszcie czytelnik dowiedział, co w niej jest, gdyż wychowanie religijne nałożyło nam na oczy jakieś okulary, skutkiem czego nauczyliśmy się przeczyć — drukowanym dokumentom.

Przekład niniejszy poświęcam tym, którzy, w pałacu czy w chacie, szukają prawdy i tylko prawdy. Niemieccy teolodzy wygłosili szczytne zdanie, że Jezus nie może się obawiać badań historycznych. Kler katolicki jest niestety innego zdania. Ale czasy ciemnoty mijają. Dawniej nocom umysłowym przyświecały stosy palonych heretyków; dziś uczony zapala swą lampkę i prowadzi ludzkość wiernie, uczciwie, bez jakichkolwiek ubocznych celów, prócz jednego wielkiego celu — oświaty powszechnej. Dziś prawdziwy uczony nie chowa swej wiedzy dla wybrańców, ale odsuwając Faryzeuszów powiada wraz z Holbachem: »prawda jest jedna, ona jest człowiekowi potrzebna, ona mu nigdy nie może szkodzić«.

Andrzej Niemojewski.

Warszawa, dnia 27 sierpnia 1903.



Wstęp.
O źródłach historycznych.

Dzieje »Początków chrześciaństwa« powinnyby objąć cały ów ciemny, powiedzmy podziemny okres tworzenia się tej religii aż do chwili, kiedy poczyna ona żyć jawnie i staje się powszechnie znanym faktem publicznym. Tego rodzaju dzieje powinnyby się składać z czterech części. Część pierwsza, którą dziś przedkładam publiczności, zajmuje się zdarzeniem, będącem punktem wyjścia dla nowego kultu; poświęcam ją wyłącznie postaci założyciela. Część druga powinnaby się zająć apostołami i ich bezpośrednimi uczniami, albo też, wyrażając się dokładniej, przewrotami, jakich doznała idea religijna w ciągu dwóch pierwszych pokoleń chrześciańskich. Doprowadziłbym mniej więcej do roku 100, t. j. do chwili, kiedy już ostatni przyjaciele Jezusa zeszli ze świata i kiedy wszystkie księgi Nowego Testamentu przyjęły kształt obecnie nam znany. Część trzecia zajęłaby się chrześciaństwem pod Antoninami, przedstawiłaby jego wolny rozwój i niemal nieustanną walkę z Rzymem, który wtedy stanął u szczytu swej administracyjnej doskonałości, rządzony był przez filozofów a nową sektę brał za tajny związek teokratyczny, wymierzony przeciw istniejącemu porządkowi państwowemu celem obalenia go. Część ta objęłaby całe wtóre stulecie. Część czwarta wreszcie przedstawiłaby ważną chwilę rozwoju chrześciaństwa z nastaniem panowania cesarzów syryjskich. Obaczylibyśmy jak pod Antoninami upadała wiedza, w jak nieunikniony sposób następował rozstrój starożytnej cywilizacyi, jakie korzyści z tego upadku i rozstroju chrześciaństwo wyciągnęło dla siebie, jak Syrya podbiła cały Zachód i jak Jezus w towarzystwie bożków i boską cześć odbierających mędrców Azyi objął w posiadanie ówczesną społeczność, której już nie mogła wystarczyć ani filozofia, ani państwo czysto cywilne. W owym okresie ulegają gwałtownej przemianie wyobrażenia religijne ludów, osiadłych dokoła Morza Śródziemnego; wszędzie dochodzi do władzy kult wschodni; chrześciaństwo staje się potężnym kościołem, który zupełnie zapomina o marzeniach tysiącletniego królestwa, zrywa ostatnie nici wiążące go z judaizmem, zagarniając całkowicie świat grecki i rzymski. Walki i twórczość piśmiennicza trzeciego stulecia, jedno i drugie całkiem już jawne, zostałoby w tej części przedstawione tylko w rysach ogólnych. Jeszcze zwięźlej przedstawiłbym prześladowania na początku czwartego stulecia, ostatnie wysiłki Rzymu, pragnącego nawrócić do starych zasad i wyrzucić z państwa nową religię. Wreszcie nakreśliłbym obraz owego przewrotu politycznego, kiedy za Konstantyna role się zmieniły, kiedy cesarz ten z własnej inicyatywy tworzy z chrześciaństwa podległą państwu religię urzędową, która, dotąd prześladowana, teraz z kolei sama zaczyna prześladować.

Nie wiem, czy mi starczy sił i życia do wykonania tego rozległego planu. Będę rad, jeśli po ukończeniu »Żywota Jezusa« uda mi się przedstawić moje osobiste poglądy na dzieje Apostołów, to jest w jakim stanie znajdowała się świadomość chrześciańska w ciągu kilku pierwszych tygodni po śmierci Jezusa, jak powstał cykl legend o zmartwychwstaniu, jak wyglądały pierwsze chwile kościoła jerozolimskiego, pragnąłbym skreślić żywot Pawła, przełom za czasów Nerona, pojawienie się Apokalipsy, zburzenie Jerozolimy, założenie gminy chrześciańskiej w Batanei, powstanie ewangielii, jednem słowem utworzenie się owych wielkich sekt Małej Azyi, zapoczątkowanych przez sektę Jana. Lecz wszystko blaknie wobec tego cudownego wieku pierwszego. Wskutek dziwnego kaprysu dziejowego lepiej wiemy o tem, co się działo w świecie chrześciańskim między rokiem 50—75, niż między rokiem 100 a 150.

Plan niniejszego dzieła sprawił, iż nie mogłem zastanawiać się szczegółowo nad spornymi ustępami tekstów. Czytelnik może wszelako wszystkie moje twierdzenia sprawdzić ze źródłami, które cytuję w odnośnikach. Nie opieram się nigdzie na materyale czerpanym z drugiej ręki, podaję rzeczywiście źródła, na których wogóle opierać się muszą wszelkie odnośne twierdzenia i hypotezy. Wiem doskonale, że dla osób nie uprawiających podobnych studyów należałoby właściwie całkiem inaczej temat traktować. Ale nie zwykłem robić tego drugi raz, co już zostało zrobione i to dobrze zrobione. Dla tych, którzy pragną rzecz głębiej zbadać, podaję tu szereg dzieł wydanych w języku francuskim:

Studya krytyczne nad ewangielią św. Tomasza, przez Alberta Réville, pastora kościoła wallońskiego w Roterdamie (Leyda, Noothoven van Goor, 1862. Paryż, Cherbuliez. Dzieło uwieńczone przez towarzystwo de La Haye dla obrony religii chrześciańskiej).

Historya teologii chrześciańskiej w wieku apostolskim, napisał Reus, profesor fakultetu teologicznego i seminaryum protestanckiego w Strasburgu (Strasburg, Treuttel & Wurtz, 2 wyd., 1860. Paryż, Cherbuliez).

Doktryny religijne Żydów w ciągu dwóch wieków uprzedzających erę chrześciańską, przez Michała Nicolas, profesora fakultetu teologicznego protestanckiego w Montauban (Paryż, Michel Lévy Fréres, 1860).

Żywot Jezusa, przez Dr. Straussa, tłómaczył Littré, członek instytutu (Paryż, Ladrange, 2 wyd., 1856).

Przegląd teologii i filozofii chrześciańskiej, pod kierunkiem Colani’ego, od 1850 do 1857. — Nowy przegląd teologiczny, dalszy ciąg poprzedniego, od 1858 r. (Strasburg, Treuttel & Wurtz. Paryż, Cherbuliez).

Podczas druku niniejszej książki pojawiła się praca, którą także cytuję, choć nie miałem czasu przeczytać jej tak uważnie, jak na to zasługuje: »Ewangielie« przez Gustawa Eichthala, część pierwsza: Rozbiór krytyczny i porównawczy trzech pierwszych ewangielii. (Paryż Hachette, 1863).

Kto przestudyuje te znakomite dzieła, znajdzie w nich wyjaśnienie wielu rzeczy, które mogłem poruszyć tylko bardzo pobieżnie. Zwłaszcza krytyczny rozbiór tekstów ewangielicznych został dokonany przez Straussa w sposób, nie pozostawiający wiele do życzenia. Błędna jest według mnie teorya Straussa o powstaniu ewangielii[3], prócz tego dzieło jego zanadto idzie tropem teologicznym a za mało historycznym[4]); mimo to dla ocenienia motywów, któremi się powodowałem śród całej masy drobiazgów, jest rzeczą nieodzowną poznać te sumienne, choć nieraz nadto subtelne wywody dzieła, tak pięknie przetłomaczonego przez mego uczonego rodaka p. Littré.

Sądzę, że nie przeoczyłem ani jednego źródła, przekazanego nam przez starożytność. Przeszłość dała nam prócz całego szeregu licznych a rozrzuconych wzmianek pięć wielkich zbiorów rękopiśmienniczych, zajmujących się Jezusem i epoką, w której żył, a mianowicie: 1) Ewangielie i wogóle pisma Nowego Testamentu, 2) tak zwane apokryfy Starego Testamentu, 3) dzieła Filona, 4) dzieła Józefa Flaviusza, 5) Talmud. Dzieła Filona są dla nas nieoszacowane, albowiem z nich dowiadujemy się, jakie myśli ożywiały za czasów Jezusa ludzi, zajmujących się wielkiemi zagadnieniami religijnemi. Filon żył wprawdzie zupełnie w innej prowincyi judaizmu, niż Jezus; ale i on na równi z Jezusem nie był wolny od różnych małostek, które wtedy pleniły się w Jerozolimie; Filona możemy uważać za starszego brata Jezusa. Miał już 62 lat, gdy prorok z Nazaretu dobiegał do szczytu swej działalności, a żył po nim jeszcze lat dziesięć. Jaka szkoda, że los nie zaprowadził go do Galilei! Ileż różnych a ciekawych rzeczy bylibyśmy się od niego dowiedzieli!

Józef Flaviusz pisał dla pogan, więc jest mniej szczery. O Jezusie, Janie Chrzcicielu, Judaszu Gaulonicie, podaje nam wzmianki krótkie, suche, bezbarwne. Czuć, iż chce te objawy czysto żydowskie przedstawić Grekom i Rzymianom w sposób dla nich przystępny. Ustęp ów o Jezusie uważam za autentyczny[5]. Jest to zupełnie jego sposób pisania; nie mógł on nawet inaczej wyrazić się o Jezusie. Zdaje się tylko, że w tem miejscu tekst poprawiła jakaś ręka chrześciańska, dopisując kilka słów, bez których ustęp ten miałby wprost charakter bluźnierstwa[6], może coś dodała i coś usunęła[7]. Należy pamiętać o tem, że Józef Flaviusz przez chrześcian stał się głośnym, którzy dzieła jego uważali za ważny dokument do ich świętej historyi. Może w drugiem stuleciu wypuszczono jego dzieło z poprawkami dokonanemi w duchu chrześciańskim[8]. Pisma te są dla nas bardzo ważne, gdyż Flaviusz rzuca całe snopy światła na tę tak nas interesującą epokę. Ze zdumiewającą wyrazistością przedstawia postaci Heroda, Herodyady, Antypasa, Filipa, Hanny, Kajafy, Piłata; są one tak plastyczne, że je niemal widzimy i możemy się ich dotknąć ręką.

Apokryfy Starego Testamentu, zwłaszcza hebrajska część wierszy sybillińskich, księga Henocha, księga Daniela, która również jest apokryfem, są bardzo ważne dla historyi rozwoju idei mesyanistycznej i dla zrozumienia, jak Jezus pojmował królestwo boże. Zwłaszcza księga Henocha, bardzo czytana przez otoczenie Jezusa[9], jest kluczem do zrozumienia wyrażenia »Syn człowieczy« i pojęć związanych z tem wyrażeniem. Dzięki pracom Alexandre’a, Ewalda, Dillmana, Reussa, dowiedzieliśmy się niezbicie, kiedy te dzieła powstały. Dziś wszyscy zgadzają się na to, że najważniejsze z pomiędzy tych ksiąg zostały napisane w drugiem i pierwszem stuleciu przed Jezusem Chrystusem. Czas powstania księgi Daniela da się jeszcze ściślej określić. Charakter obu języków, w których ta księga została napisana, używanie słów greckich, jasne i ścisłe przedstawienie faktów aż do czasów Antyocha Epifanesa, fałszywy obraz starego Babilonu, ton dzieła całego, nie mający nic wspólnego z pismami z czasów niewoli, odpowiadający raczej epoce Seleucydów, wskutek licznych analogii co do wiar, zwyczajów i wyobrażeń, apokaliptyczny charakter wizyi, umieszczenie tej księgi w kanonie hebrajskim po za prorokami, brak wreszcie nazwiska Daniela w panegiryku rozdziału XLIX Kaznodziei Salomonowego, gdzie mu się właściwie miejsce należało, w końcu liczne inne a znane dowody nie pozostawiają żadnej wątpliwości, że księga Daniela była owocem owego wielkiego wzburzenia Żydów wskutek prześladowań Antyocha. Nie należy przeto umieszczać jej pomiędzy pismami starych proroków, ale na samem czele literatury apokaliptycznej jako wzór pierwotny dzieł w rodzaju poematów sybillińskich, księgi Henocha, Apokalipsy Jana, Wniebowzięcia Izajasza i czwartej księgi Ezdrasza.

Przy badaniu historyi początków chrześciaństwa za mało dotąd uwzględniano Talmud. Podzielam zdanie Geigera, że należytego wytłomaczenia stosunków, śród których się Jezus obracał, należy szukać w tej ciekawej kompilacyi, w której bardzo wiele cennych relacyi pomieszano z bezwartościową scholastyką. Ponieważ teologia chrześciańska rozwijała się równolegle z żydowską, przeto nie można dokładnie zrozumieć historyi pierwszej bez znajomości historyi drugiej. Zresztą Talmud wyjaśnia nam wiele rzeczowych szczegółów, znajdujących się w ewangieliach. Obszerne zbiory łacińskie Lighfooda, Schoettgena, Buxdorfa i Otho’a dostarczyły już nam w tym kierunku wiele pouczających wiadomości. Położyłem sobie za zadanie sprawdzić wszystkie podane cytaty z oryginałami. Dzięki pomocy uczonego talmudysty p. Neubauera mogłem iść nawet dalej i na najciemniejsze punkty moich poszukiwań rzucić nieco światła. Należy tu przedewszystkiem umieć dobrze odróżniać epoki, gdyż okres powstania Talmudu trwa mniej więcej od r. 200 i do 500. Staraliśmy się rzecz zbadać, o ile to było możliwe przy obecnym stanie tego rodzaju studyów, gruntownie. Zadziwi to prawdopodobnie ludzi, którzy przywykli cenić dzieło ze względu na epokę, w której ono powstało. Ale podobne skrupuły byłyby tu nie na miejscu. Od czasów Asmonejczyków aż do II wieku istnieje u Żydów tylko tradycya ustna. Nie można takiej epoki zestawiać z epoką, w której dużo pisano. Księgi Wedyckie i stare poezye arabskie przez całe wieki żyły tylko w pamięci pokoleń, nikt ich nie spisywał a przecież posiadają formę bardzo harmonijną i subtelną. W Talmudzie natomiast forma nie ma żadnego znaczenia. W końcu dodam jeszcze, że przed Miszną świętego Judy, która wszystkie inne zaćmiła, istniały próby redakcyi, sięgające bardziej odległych czasów, niż zwykle przypuszczamy. Talmud jest pisany stylem zwięzłych notatek; rzekomi twórcy jego prawdopodobnie jedno tylko zrobili: uporządkowali według tytułów wielką ilość pism, które się w różnych szkołach z pokolenia na pokolenie nagromadziły.

Wreszcie wypada nam pomówić o pismach życioryśniczych, o biografiach założyciela chrześciaństwa, więc, rzecz prosta, najważniejszych, gdy chodzi o Żywot Jezusa. Szczegółowa praca, zajmująca się powstaniem ewangielii, stanowićby musiała osobne dzieło. Dzięki znakomitym pracom, dokonanym w tym zakresie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, zadanie to, pierwotnie prawie niewykonalne, zostało jednak rozwiązane w sposób dla historyi wystarczający, chociaż pozostały jeszcze do usunięcia pewne wątpliwości. Do tego przedmiotu powrócę w drugiej mojej książce, gdyż powstanie ewangielii jest dla przyszłości chrześciaństwa najważniejszem zdarzeniem drugiej połowy pierwszego wieku. Ale w książce niniejszej poruszymy tylko tę część zagadnienia, która jest ważna dla naszych wywodów. Pozostawiając na boku wszystko, co się odnosi do czasów apostolskich, badać będziemy jedynie, w jakim stopniu przy kreśleniu historyi na zasadach racyonalnych można się posługiwać faktami, podanymi przez ewangielie?[10].

Że ewangielie są po części legendami, to jest jasne, gdyż przepełniają je opisy cudów i zdarzeń nadprzyrodzonych; ale są legendy i legendy. Nikt nie wątpi w prawdziwość rysów zasadniczych życia św. Franciszka z Assyżu, choć na każdym kroku spotykamy się tam ze zjawiskami nadnaturalnemi. Natomiast nikt nie uwierzy w prawdziwość życiorysu Apoloniusza z Tyany, gdyż życiorys ten został napisany dość późno po śmierci bohatera i w warunkach, w których mógł powstać już tylko jako czysty romans. W jakiej epoce powstały ewangielie, kto je napisał i śród jakich okoliczności? Oto jest szereg głównych pytań, a od odpowiedzi zależy, czy mamy na ich relacyach polegać, czy nie.

Wiadomo, że nazwa każdej ewangielii pochodzi od osobistości, znanej nam albo z historyi apostołów, albo z samych ewangielii. O tych czterech osobach nie jest właściwie nigdzie powiedziane, iż są autorami ewangielii. Określenia »według Mateusza«, »według Marka«, »według Łukasza«, »według Jana«, bynajmniej nie dowodzą, jak to kiedyś przed bardzo dawnymi czasy mniemano, ze ewangielie zostały napisane w całej swojej rozciągłości przez Mateusza, przez Marka, przez Łukasza, przez Jana[11]; dowodzą tylko, że jest to tradycya, sięgająca danego apostoła, opierająca się na nim jako na autorytecie. Rzecz jasna, że jeżeli tytuły te są ścisłe, to ewangielie, zostając nawet po części legendami, będą dla nas miały znaczenie niezmiernie ważne, gdyż doprowadzają nas do półwiecza po śmierci Jezusa, a w dwóch wypadkach nawet do świadków naocznych jego działalności.

Co do Łukasza, to nie mogą tu zachodzić żadne wątpliwości. Ewangielia jego ma charakter zwyczajnej kompozycyi, osnutej na starszych dokumentach[12]. Jest to dzieło człowieka który wybierał, przebierał, dobierał. Autor tej ewangielii jest prawdopodobnie zarazem autorem Dziejów Apostolskich[13]. Był on towarzyszem Pawła świętego[14] a tytuł ten w zupełności stosuje się do Łukasza[15]. Wiem, że temu twierdzeniu można dużo zarzucić; ale jedno pozostaje faktem niezbitym, że autor trzeciej ewangielii Dziejów Apostolskich należy do drugiej generacyi apostolskiej a to nam do naszych założeń zupełnie wystarcza. Teraz możemy nawet ściśle określić datę powstania tej ewangielii i to na podstawie jej własnego tekstu. Rozdział XI, należący bezwzględnie do całości, został najwidoczniej napisany po oblężeniu Jerozolimy i to niebawem[16]. Stoimy tedy na pewnym gruncie; jest to bowiem dzieło napisane ręką człowieka jednego, dzieło zupełnie jednolite.

Takiego piętna indywidualnego nie posiadają ewangielie Mateusza i Marka. Tu jest wszystko nieosobiste, tu autorowie znikają. Nie wiele też nam mówi jakieś imię własne, wypisane w nagłówku. Ale datę powstania tych ewangielii da się tak samo ściśle określić, jak datę powstania ewangielii Łukasza; wiadomo bowiem, że trzecia ewangielia powstała później, niż dwie pierwsze, i że jest redakcyą lepszą. Następnie posiadamy bardzo ważnego świadka z pierwszej połowy II wieku. Jest nim Papias, biskup Hierapolisu, wielka powaga, człowiek tradycyi, który przez całe życie gromadził wszystko, co się odnosiło do osoby Jezusa[17]. Wygłosiwszy zdanie, iż w podobnych kwestyach przyznaje większą wartość tradycyi ustnej, niż księgom, wspomina o dwóch pismach, tyczących słów i czynów Jezusa: 1) o piśmie Marka, rzeczy krótkiej, niekompletnej, bez chronologicznego ładu, zawierającej opowiadania i mowy (λεχδέντα ή πραχτένετα) a napisanej według relacyi apostoła Piotra; 2) o zbiorze sentencyi (λόγια) spisanych po hebrajsku[18] przez Mateusza, »które każdy przekładał, jak umiał«. Ta charakterystyka odpowiada w zupełności owym dwom księgom, z których jedna zwie się dziś »Ewangielią według Mateusza« a druga »Ewangielią według Marka«; pierwsza zawiera długie mowy, druga ma przeważnie charakter anegdotyczny, podaje ściślej szczegóły, jest zwięzła, niemal sucha, posiada mało mów i zły układ. Trudno przypuścić, aby przed oczami Papiasa leżały te same teksty, które dziś leżą przed nami; według niego bowiem pismo Mateusza zawierało wyłącznie mowy spisane w języku hebrajskim, krążyło w kilku przekładach, różniących się między sobą, nie miało nic wspólnego z pismem Marka, które, jak się zdaje, napisane było nawet w innym języku. Tymczasem teksty, leżące dziś przed nami, posiadają tyle ustępów analogicznych, iż trzeba przypuścić, że albo twórca pierwszej ewangielii wzorował się na ewangielii drugiej, albo ostatni redaktor drugiej ewangielii wzorował się na pierwszej, albo też wreszcie, że obaj się wzorowali na jakimś prototypie. Prawdopodobnie też pierwsze dwie ewangielie nie doszły nas w redakcyi pierwotnej, że są to już opracowania, że braki jednego tekstu uzupełniono szczegółami tekstu drugiego. Każdy prawdopodobnie pragnął w owych czasach posiadać egzemplarz kompletny. Kto miał mowy, chciał mieć także opowiadania, i na odwrót. Tym sposobem do »Ewangielii według Mateusza« włączono wszystkie opowiadania Marka a do »Ewangielii według Marka« Logie Mateusza. Prócz tego brano jeszcze szczegóły z żywej tradycyi, której Ewangielie całkowicie nie wyczerpały; w Dziejach Apostolskich bowiem i u najstarszych ojców kościoła znajdujemy wiele słów Jezusa, mających wszystkie pozory autentyczności a tymczasem nie znajdujemy ich w obecnych redakcyach ewangielii.

Ścisła analiza, polegająca na szczegółowem wykazaniu, jak pierwotnie wyglądały Logie Mateusza i co wchodziło w skład opowiadań Marka, nie jest nam w tej chwili potrzebna. Owe Logie są niewątpliwie zawarte w długich przemówieniach Jezusa, zajmujących poważną część pierwszej ewangielii. Wyłączone z toku opowiadania tworzą istotnie pewną dosyć zaokrągloną całość. Co się zaś tyczy strony narracyjnej obu tych ewangielii, to prawdopodobnie ich autorowie czerpali z jakiegoś wspólnego źródła a druga ewangielia w dzisiejszej swej formie mało się musi różnić od owego źródła pierwotnego. Wyrażając to samo innemi słowami możemy powiedzieć, że synoptycy opierają się na dwóch źródłach podstawowych: 1) na mowach spisanych przez apostoła Mateusza, 2) na szeregu anegdot i osobistej relacyi, które Marek spisał według wspomnień Piotra. Mamy tedy prawo mniemać, że doszły nas owe dwa źródła, że pomieszane z źródłami innemi znajdują się w pierwszej i drugiej ewangielii, które przeto nie bez słuszności nazwano Ewangieliami »według Mateusza« i »według Marka«.

W każdym razie jest rzeczą niewątpliwą, że już w czasach najdawniejszych spisano po aramejsku mowy i ważniejsze czyny Jezusa. Nie były to teksty ustalone a pod względem dogmatycznym wykończone. Prócz tego krążyło wiele innych ewangielii, które również miały być spisane wedle opowiadań naocznych świadków[19]. Nie przywiązywano jednak do nich zbyt wielkiej wartości a ludzie, którzy je przechowywali, jak np. Papias, większą wagę przykładali do tradycyi ustnej[20]. Ponieważ wierzono jeszcze w bliski koniec świata, przeto mało się troszczono o spisywanie książek, przeznaczonych dla przyszłości; wystarczało posiadać w sercu żywy obraz tego, który niebawem miał pojawić się w obłokach. To było powodem, że ewangielie mało ceniono przez pierwsze sto pięćdziesiąt lat. Nie krępowano się tedy, robiono dodatki, łączono teksty, uzupełniano je. Człowiek ubogi, posiadający jedną tylko książkę, chce, aby zawierała wszystko, czego pragnie jego serce. Pożyczano je sobie wzajemnie; dopisywano na marginesach słowa i parabole odmienne, albo szczegóły wzruszające[21]. W ten sposób gmin opracował najpiękniejszą książkę. Żadna redakcya nie posiadała wartości bezwzględnej. Justyn, który często powołuje się na jakieś »pamiętniki apostołów«[22], miał widocznie przed sobą teksty ewangielii znacznie odmienne od naszych; a może nie zadawał sobie trudu, aby cytować dosłownie. Taki sam charakter posiadają cytaty ewengielii w pismach pseudoklementyńskich, pochodzących od Ebionitów. Duch był wszystkiem, pismo niczem. Dopiero w drugiej połowie II wieku, kiedy tradycya nieco przyblakła, ewangielie apostolskie zyskały wielkie poważanie i znaczenie prawa.

Któż nie przyzna wartości pismom, które w ten sposób powstały z bolesnych wspomnień, z naiwnych opowiadań dwóch pierwszych pokoleń chrześciańskich, przepełnionych jeszcze wrażeniem, jakie wywarła postać założyciela? Dodajmy wreszcie, że według wszelkiego prawdopodobieństwa źródłem ewangielii było najbliższe otoczenie Jezusa. Do opracowań najpóźniejszych należy ewangielia Mateusza, która niezawodnie powstała w jednej z krain, leżących w kierunku północno-wschodnim od Palestyny, więc w ziemi Gaulonickiej, Auranickiej lub Batanei, dokąd wielu chrześcian schroniło się w czasie wojny rzymskiej, gdzie jeszcze w II stuleciu spotykano krewnych Jezusa[23], i gdzie pierwotny kierunek galilejski utrzymał się dłużej, niż gdzieindziej.

Dotąd mówiliśmy tylko o trzech pierwszych ewangieliach, tak zwanych ewangieliach synoptycznych. Pozostaje jeszcze ewangielia czwarta, przypisywana Janowi. Tu wszelkie wątpliwości są bardziej uzasadnione a rozwiązanie zagadnienia trudniejsze. Papias, który należał do szkoły Jana, i który, jeśli nawet nie był bezpośrednim jego uczniem, jak twierdzi Ireneusz, to jednak musiał mieć stosunki z jego uczniami bezpośrednimi, więc naprzykład z Arystionem i z tym, którego zwano Presbyteros Joannes, Papias tedy, który ustne relacye Arystiona i Presbyterosa Joannnesa spisał z wielkim zapałem, nie wspomina nam ani jednem słowem o »Żywocie Jezusa« sporządzonym przez Jana. Gdyby w dziełach jego zawierała się podobna wzmianka, Euzebiusz byłby ją na pewno powtórzył, gdyż on wogóle notował wszystko, co było ważne dla historyi piśmiennictwa epoki apostolskiej. Nie mniejsze trudności piętrzą się, gdy poczniemy czytać tę ewangielię. Jakim sposobem obok relacyi, dowodzących naoczności świadka, znajdują się mowy, zupełnie odmienne niż u Mateusza? Jakim sposobem obok doskonałego planu życioryśniczego, lepszego niż u synoptyków, spotykamy ustępy, zdradzające dogmatyczną tendencyę, wkładające w usta Jezusa słowa, jakich nigdy nie wypowiedział, co czytelnika usposabia względem autora podejrzliwie? Jakim sposobem znajdujemy tam obok miejsc czysto ewangielicznego ducha ustępy jak gdyby dopisane przez żarliwego sekciarza? Czy to jest istotnie ów Jan, syn Zebedeusza, brat Jakóba (ani razu nie wspomnianego w czwartej ewangielii), który pisze po grecku te metafizyczne rozdziały, niepodobne ani do synoptyków, ani do Talmudu? Nasuwa to bardzo poważne wątpliwości; przeto nie odważyłbym się twierdzić, że czwartą ewangielię napisał jeden z dawnych rybaków galilejskich. Że jednak ewangielia ta powstała w swej głównej osnowie pod koniec pierwszego stulecia, że wyszła z owej wielkiej szkoły Małej Azyi, która się oparła na nauce Jana, że jest to życiorys wielkiej a nieraz nawet pierwszorzędnej wartości, to stwierdzono szczegółowo tak za pomocą różnych świadectw, jako też i przez badanie tekstu samej ewangielii.

Przedewszystkiem nikt nie wątpi, ze około 150 roku ewangielia ta istniała i że ją już wtedy przypisywano Janowi. Pisma św. Justyna[24], Atenagorasa[25], Tatiana[26], Teofila Antyochejskiego[27], Ireneusza[28] dowodzą najwyraźniej, że we wszystkich spornych kwestyach odwoływano się do tej ewangielii i że przy układaniu dogmatów na niej się głównie opierano. Ireneusz wyraża się ściśle; wyszedł przecie ze szkoły Jana, a przedzielał go od apostoła tylko Polikarp. Nie mniej ważną jest ta okoliczność, że czwarta ewangielia odgrywa pierwszorzędną rolę u gnostyków, a zwłaszcza u Walentyniana[29], u Montanistów[30] i w sporze Quartodecymanów[31]. Przez cały drugi wiek szkoła Jana zwraca na siebie najwięcej uwagi; ale będzie ona dla nas czemś zupełnie niezrozumiałem, jeżeli nie uznamy za punkt wyjścia dla niej czwartej ewangielii; prócz tego pierwszy list przypisywany Janowi został napisany niezawodnie przez autora czwartej ewangielii[32]; a właśnie Polikarp[33], Papias[34], Ireneusz[35] twierdzą, że autorem tego listu jest Jan.

Ale największe wrażenie wywiera czytanie samego dzieła. Autor mówi ciągle jako świadek naoczny; chce uchodzić za apostoła Jezusowego. Jeżeli nie był apostołem, w takim razie chce nas oszukać. Wprawdzie pozwalano sobie wtedy na różne dowolności, ale mimo to w okresie apostolskim nie było przykładu podobnego fałszerstwa. Autor czwartej ewangielii nietylko że się podaje za apostoła Jana, ale całkiem wyraźnie pisze wszędzie na jego korzyść. Stara się niemal każdą stronicą poprzeć jego znaczenie; chce dowieść, że był ulubionym uczniem Jezusa[36], że zajmował pierwsze miejsce w chwilach najważniejszych (przy Wieczerzy, na Kalwaryi, przy grobie). Pomimo dość braterskiego stosunku do Piotra[37], prześwieca przez dzieło pewien antagonizm, a nienawiść, jaką żywi do Judasza[38] jest tej natury, jak gdyby istniała jeszcze przed zdradą tego apostoła. Możnaby przypuścić, że Jan na starość czytał wszystkie krążące ewangielie, że zauważył wszystkie błędy[39], że był podrażniony, iż w relacyach o Jezusie nie pomieszczono go na przynależnem mu poważniejszem miejscu; może tedy począł spisywać wszystko, co znał lepiej niż inni, aby wykazać, że obok Piotra zajmował miejsce równie ważne a nieraz może ważniejsze[40]. Już za życia Jezusa pojawiały się podobne antagonizmy pomiędzy synami Zebedeuszowymi i innymi uczniami[41]. Jan po śmierci brata Jakóba był jedynym spadkobiercą poufnych wspomnień, których posiadanie powszechny głos przypisywał tylko jemu i jego bratu. Dlatego pewnie stara się też wykazywać, iż jest ostatnim z żyjących świadków naocznych[42], dlatego lubi opowiadać to, o czem tylko sam jeden mógł był wiedzieć. Stąd niezawodnie pochodzą te wszystkie adnotacye szczegółowe, jak np.: »była godzina szósta«, »była noc«, »słudze było imię Malchus«, »stała czeladź i służebnicy u węgla i grzali się, gdyż było zimno«, »a była suknia nie szyta«. Stąd też pochodzi owo bezładne opowiadanie, nieprawidłowe rozwijanie tematu, urywkowość w pierwszych rozdziałach; cech tych nie umielibyśmy sobie całkiem wyjaśnić, gdybyśmy chcieli uważać ową ewangielię za traktat dogmatyczny bez historycznej wartości; natomiast wszystko stanie się jasnem, gdy zgodnie z tradycyą będziemy ją uważali za wspomnienia starca, którego pamięć raz posiada cudowną świeżość, to znowu ulega nagłemu przyćmieniu.

Ale w ewangielii Jana należy zwrócić uwagę na jedną bardzo ważną okoliczność. Najpierw ewangielia ta opowiada nam życie Jezusa pod wieloma względami inaczej, niż ewangielie synoptyków. Z drugiej strony podaje przemówienia Jezusa w tonie, w stylu i w duchu całkiem odmiennym niż brzmią logie synoptyków. Różnice są tak znaczne, że trzeba wybierać. Jeżeli Jezus mówił to, co podaje Mateusz, nie mógł mówić tego, co podaje Jan. Ale gdy chodzi o wybór powagi, na której należy się oprzeć, żaden historyk się nie zawahał i nie zawaha. W porównaniu z prostaczemi, rzeczowemi, prostodusznemi relacyami synoptyków, ewangielia Jana zawiera tendencye apologisty, zdradza cele sekciarza, chęć dowiedzenia słuszności jakiejś tezy, pragnienie nawrócenia przeciwników[43]. Jezus nie dokonał swego dzieła boskiego za pomocą pretensyonalnych tyrad, ciężkich, źle napisanych i etycznie mało ważnych. Gdyby nawet Papias nie był nam doniósł, że Mateusz spisał jego sentencye w jego własnym języku, to przemówiłaby tu sama natura, przemówiłaby wieczna prawda, przemówiłby do nas niezrównany urok mów podanych przez synoptyków, ów ton nawskróś hebrajski, podobieństwo do sentencyi ówczesnych uczonych żydowskich, uchwycenie rysów znamiennych całej przyrody Galilei, jednem słowem to wszystko, co stanowi rażącą sprzeczność z ciemnym gnostycyzmem i naciąganą metafizyką Jana. Nie znaczy to jednak, iż w ewangielii Jana niema zdumiewających błysków, że niema istotnie rysów, pochodzących od Jezusa[44]. To znaczy tylko, że mistyczny ton tej ewangielii nie charakteryzuje nam wymowy Jezusa tak, jak nam ją charakteryzują synoptycy. Z Janem powiał nowy duch; poczyna się gnostycyzm, epoka galilejska królestwa bożego minęła; nadzieja bliskiego powrotu Jezusa znikła; poczyna się sucha metafizyka, zapada mrok dogmatu abstrakcyjnego. Niema tu już ducha Jezusa, a jeżeli owe ustępy wyszły istotnie z pod pióra syna Zebedeusza, to pisząc musiał on znać całkiem zapomnieć o jeziorze Genezaret i o wspaniałych rozmowach, które słyszał nad jego brzegami.

Że mowy zawarte w czwartej ewangielii nie są dokumentami historycznymi, ale kompozycyami sporządzonemi w tym celu, aby drogie autorowi twierdzenia osłonić powagą Jezusa, dowodzi okoliczność, że są one zupełnie zgodne z tem, co zaprzątało umysły ówczesnych ludzi w Małej Azyi. Kraj ten był właśnie widownią szczególnego rozkwitu filozofii synkretycznej; gnostycyzm już się był narodził. Jan niezawodnie czerpał z tego obcego zdroju. Jest możliwe, że po wypadkach r. 68 (data powstania Apokalipsy) i 70 r. (data zburzenia Jerozolimy) sędziwy apostoł płomienną duszę swoją odwrócił od wiary w bliskie zjawienie się Syna Człowieczego w obłokach, do mniemań, które go zewsząd otaczały, a które wielu umiało doskonale uzgodnić z pewnemi doktrynami chrześciańskiemi. Przypisując te nowe wyobrażenia Jezusowi, kroczył on zupełnie naturalną drogą. Wraz ze zmianą otaczającego nas świata zmieniają się nasze wspomnienia; ideał znanej nam osobistości zmienia się wraz z nami[45]. Skoro Jan pojmował Jezusa jako wcielenie prawdy, przypisywał mu w następstwie także prawdy, do których sam doszedł.

Jeżeli już mamy nic nie przemilczeć, to powiedzmy, że prawdopodobnie Jan osobiście do tak odmiennych mniemań nie doszedł, ale doszło jego otoczenie. Nieraz rodzi się przypuszczenie, że uczniowie Jana porobili zmiany w jego ewangielii. I rzeczywiście niektóre ustępy czwartej ewangielii zostały dopisane potem[45]; stosuje się to np. do całego XXI rozdziału[46], w którym autor najwidoczniej chce uczcić pamięć zmarłego Piotra i uprzedzić różne zarzuty, które śmierć samego Jana mogłaby wywołać, lub też już wywołała (wersety 21—23: »Tego tedy ujrzawszy Piotr, rzekł Jezusowi: Panie! A ten co? Powiedział mu Jezus: Tak chcę, aby został, aż przyjdę«). W kilku innych miejscach widać ślady opuszczeń i poprawek[47].

Niepodobna po upływie tylu wieków rozstrzygnąć wszystkich tych pytań a prawdopodobnie spotkałoby nas także dużo niespodzianek, gdybyśmy teraz jakimś cudem odsłonili tajemnice misteryów szkoły w Efezie, która, jak się zdaje, nieraz schodziła na manowce. Ale najważniejsze doświadczenie byłoby tego rodzaju. Przypuśćmy, że ktoś chce skreślić żywot Jezusa a nie wyrobił sobie zdania o wartości poszczególnych ewangielii. Że chce się tylko kierować uczuciem; ten na pewno w wielu wypadkach szedłby bardziej za ewangielią Jana, niż za ewangieliami synoptyków. Ostatnie miesiące życia Jezusa rozjaśnia nam tylko Jan; wiele zdarzeń z dni ostatnich, tak zagadkowych u synoptyków[48] nabiera prawdopodobieństwa i możliwości dopiero w interpretacyi czwartej ewangielii. Natomiast wątpiłbym, czy możnaby napisać żywot Jezusa należycie, opierając się wyłącznie na przemówieniach, które Jan przypisuje Jezusowi. To ciągłe podawanie siebie za wzór, to ustawiczne dowodzenie swej misyi, to nieustające argumentowanie, cała owa sztuczna inscenizacya, owe długie wyjaśnienia po dokonaniu każdego cudu, ta drewniana a niezgrabnie ciosana retoryka, która uderza nas tak niemile a nieraz nawet fałszem uderza o nasze ucho[49], wszystko pominąłby zupełnie człowiek, obdarzony smakiem, wobec wspaniałych sentencyi synoptyków. Mowy te zostały na pewno skomponowane[50], a podają nam słowa Jezusa mniej więcej w tej formie, jak dyalogi Platona, przemówienia Sokratesa. Są to niejako waryacye muzyka na temat zadany. Temat jest prawdopodobnie autentyczny; ale w wykonaniu fantazya artysty bujała zbyt swododnie. Widać fakturę, retorykę, jednem słowem sztukę[51]. Dodajmy w końcu, że niema tu nawet sposobu wyrażania się Jezusa. Wyrażenie »królestwo boże«, tak często używane przez mistrza[52], pojawia się tu zaledwie raz jeden[53]. Natomiast wysłowienie Jezusa w czwartej ewangielii przypomina zupełnie styl listów Jana; widać, że autor podczas pisania nie sięgał do wspomnień, ale dał się unieść własnym i to niezbyt oryginalnym myślom. Pojawia się język całkiem nowy, mistyczny, obcy synoptykom (»świat«, »prawda«, »życie«, »światło«, »ciemność« etc.). Gdyby Jezus istotnie tak się wyrażał, tak nie po hebrajsku, nie po żydowsku, tak nie talmudycznie, to jakim sposobem zauważyłby to jeden tylko słuchacz?

Zresztą historya podaje nam przykład bardzo podobny i w tym wypadku bardzo pouczający. Sokrates, który, tak, jak Jezus, sam nic nie pisał, znany jest nam z relacyi dwóch uczniów, Ksenofonta i Platona, z których pierwszy dzięki swemu objektywnemu przedstawieniu przypomina synoptyków, drugi natomiast, dzięki swej silnej indywidualności, autora czwartej ewangielii. Z jakich pism poznajemy lepiej Sokratesa: z pism Ksenofonta, czy z dyalogów Platona? Tu nie może być dwóch zdań; cały świat poszedł za Ksenofontem. Ale czy Platon niczego nie uczy o Sokratesie? Czy można skreślić żywot tego mędrca, pomijając zupełnie dyalogi Platona? Któżby śmiał twierdzić coś podobnego! Zresztą porównanie nie jest tu całkiem ścisłe a wypada na korzyść czwartej ewangielii. Autor jej jest bowiem lepszym biografem, tak samo jak Platon, który, chociaż wkłada w usta Sokratesa mowy fikcyjne, przecież zna tak ważne fakty z jego życia, o jakich Ksenofont zupełnie nie słyszał.

Nie będę rozstrzygał, kto jest autorem czwartej ewangielii; a chociaż chyliłbym się do zdania, że przynajmniej owych mów nie napisał syn Zebedeusza, to bądź co bądź będę twierdził, że jest to bezwarunkowo ewangielia »według Jana« i to w takim samym sensie, jak pierwsze dwie ewangielie są »według Mateusza«, »według Marka«. Fundamentem historycznym czwartej ewangielii jest przedstawienie życia Jezusowego według wiadomości, jakie w tym zakresie posiadała szkoła Jana; jest to relacya, udzielona Papiasowi przez Aristiona i prezbytera Jana, bez poinformowania go, że rzecz istnieje już na piśmie, lub też bez przywiązywania szczególnej wagi do tej okoliczności. Sądzę nawet, że zdarzenia z życia Jezusa były lepiej znane tej szkole, niż synoptykom. Posiadała o pobycie Jezusa w Jerozolimie wiadomości, których tamci nie posiadali. Uczniowie tej szkoły uważali Marka za nieszczególnego biografa i chcieli braki jego relacyi uzupełnić[54]. Niektóre ustępy u Łukasza, będące do pewnego stopnia echem tradycyi Janowych[55], dowodzą zresztą, że owe tradycye innym chrześcianom całkiem nieznane nie były.

Te wyjaśnienia, jak sądzę, wystarczą, aby czytelnik poznał, jakie pobudki mnie skłaniały, aby pisząc żywot Jezusa oprzeć się bardziej na tej lub innej ewangielii. Wierzę wogóle w autentyczność czterech kanonicznych ewangielii. Wszystkie pochodzą według mego zdania z pierwszego wieku i są w mniejszym lub większym stopniu dziełem ludzi, którzy uchodzą za ich autorów; jedynie różnią się znacznie między sobą pod względem wartości historycznej. Mateusz zasługuje przedewszystkiem na wiarę, gdy chodzi o mowy; tu znajdujemy owe logie, oparte na żywych, jasnych wspomnieniach o nauce Jezusa. Słowa te posiadają istotnie jakiś boski blask, wyróżniają się z tekstu, krytyk pozna je na pierwszy rzut oka. Kto chce na podstawie ewangielicznej historyi stworzyć jakieś poważne dzieło, dla tego owe logie są kamieniem probierczym. Prawdziwe słowa Jezusa same się nam tu objawiają; czujemy ich wibracyę śród tego chaosu tradycyi różnej wartości pod względem autentyczności historycznej; same się narzucają, same zajmują w opowiadaniu przynależne miejsce, a wtedy wypukłość ich jest niezrównana.

Część naracyjna pierwszej ewangielii, ugrupowana dokoła tego pierwotnego jądra, nie posiada tej wagi historycznej. Przymieszało się tam w zarysach niewyraźnych dużo legend, owoc pietyzmu drugiej generacyi chrześciańskiej[56]. Ewangielia Marka jest pod tym względem bardziej skończona, bardziej ścisła, mniej tam baśni, dodanych później. Z pomiędzy ewangielii synoptycznych jest to dzieło najstarsze, najbardziej pierwotne, posiadające najmniej późniejszych domieszek. Rzeczowe relacye u Marka posiadają ścisłość, której napróżno szukamy u innych ewangielistów. Podaje on niektóre wyrażenia Jezusa w języku syryjsko-chaldejskim[57]. Widzimy tam cały szereg najdrobniejszych szczegółów, które muszą pochodzić od naocznego świadka. Niema żadnych przeszkód do twierdzenia, iż ten naoczny świadek, który był towarzyszem Jezusowi, który go kochał i patrzył na jego życie zbliska, który zachował w pamięci żywy jego obraz, nie jest nikt inny, tylko, jak chce Papias, sam Piotr apostoł.

Wartość historyczna ewangielii Łukasza przedstawia się znacznie mniej korzystnie. Jest to rzecz czerpana z drugiej ręki. Przedmiot traktowany tu w sposób bardziej dojrzały. Słowa Jezusa zostały poddane rozwadze i starannej redakcyi. Niektóre sentencye zawierają przesadę, są sfałszowane[58]. Autor nie pisał tego dzieła w Palestynie, pracował nad niem niezawodnie już po zburzeniu Jerozolimy[59], podaje przeto szczegóły topograficzne znacznie mniej dokładnie, niż inni synoptycy; posiada fałszywe wyobrażenie o świątyni, bierze ją za zwyczajną bóżnicę, za dom modlitwy[60]; zmienia szczegóły, aby uzgodnić różne relacye[61]; modyfikuje ustępy, które raziły ze względu na przesadne już pojęcie o boskości Jezusa[62]; opisuje cuda w sposób przesadny[63]; popełnia błędy chronologiczne[64]; nie zna zupełnie języka hebrajskiego[65], nie cytuje w tym języku ani jednego słowa Jezusa, nazwy wszystkich miejscowości podaje w brzmieniu greckiem. Przychwycić tu można przy robocie kompilatora, który nie spisuje tego, co słyszał bezpośrednio od świadków naocznych, ale ślęczy nad tekstami, popełniając różne gwałty, aby je ze sobą uzgodnić. Łukasz posługiwał się prawdopodobnie życiorysem sporządzonym przez Marka i logiami spisanemi przez Mateusza. Ale obszedł się z obu źródłami bardzo dowolnie; raz łączy dwa zdarzenia w jedną całość, innym razem z jednego zdarzenia robi dwa[66]. Objaśnia dokumenty nader subjektywnie, nie posiada owego bezwzględnego spokoju Mateusza lub Marka. Jego upodobania i właściwości można określić całkiem ściśle: jest to człowiek pobożny aż do surowości[67]; wierzy, że Jezus trzymał się ściśle rytuału żydowskiego[68]; jest on egzaltowanym demokratą i ebionitą, to znaczy, że jest wielkim przeciwnikiem własności i wierzy w przyszłe wywyższenie maluczkich[69]; wysuwa na pierwszy plan wszystkie opowiadania, w których albo grzesznik zostaje nawrócony, albo maluczki wywyższony[70]; nieraz w tym celu przeinacza stare tradycye[71]. Zaraz na pierwszych stronicach podaje szczegółowo legendy o dzieciństwie Jezusa, cytuje śpiewy, opisuje obrzędy, co jest rysem znamiennym ewangielii apokryficznych. Wreszcie, opowiadając o ostatnich chwilach Jezusa, przytacza okoliczności wzruszające i cytuje przepiękne słowa Jezusa[72], których nie odnajdujemy jednak w najbardziej autentycznych relacyach a w których czuć domieszki legendowe. Wyjął prawdopodobnie te miejsca z jakiegoś późniejszego tekstu, który został napisany głównie w celu budzenia uczuć pobożnych.

Wobec takiego dokumentu trzeba było, rzecz prosta, zachować wielką ostrożność. Krytyk nie może go ani całkiem odrzucić, ani bezwzględnie przyjąć. Łukasz miał przed oczami teksty, które nas nie doszły. Jest on nie tyle ewangielistą, ile biografem Jezusa, »harmonistą«, korektorem w rodzaju Marcyona i Tatiana. Ale to życioryśnik z pierwszego wieku, artysta boski, który, niezależnie od tego, co zaczerpnął ze źródeł najstarszych, maluje nam charakter założyciela w sposób znakomity, z takiem natchnieniem i jasnością, czyni to tak wypukle, że mu pod tym względem nie mogą dorównać dwaj inni synoptycy. Czytanie jego ewangielii przedstawia najwięcej powabu, gdyż tu do tła niezrównanie pięknego przyłącza się jeszcze znakomite przedstawienie sprawy, artyzm podnoszący wrażenie całości a bez poważniejszego pogwałcenia prawdy.

Możemy tedy powiedzieć, że redakcya pism synoptycznych przechodziła przez trzy fazy: 1) faza dokumentów pierwotnych (λόγια) Mateusza, λεχσέντα ή πραΧσέντα (Marka), dziś już nie istniejących; 2) faza stapiania pierwotnych dokumentów bez jakiejkolwiek tendencyi autorów (obecnie nam znane ewangielie Mateusza i Marka); 3) faza redakcyi tendencyjnej, przemyślanej, celem uzgodnienia różnych wersyi (ewangielia Łukasza). Ewangielia Jana, jak to już zauważyliśmy, jest dziełem całkiem innego pokroju, niemającem z tamtemi nic wspólnego[73].

Z ewangielii apokryficznych nie zrobiłem żadnego użytku. Utworów tych nie należy bezwarunkowo stawiać na jednym poziomie z ewangieliami kanonicznemi. Są to płytkie i dziecinne rozszerzenia ewangielii kanonicznych, ale nic wartościowego do nich nie dodają. Zebrałem natomiast starannie zachowane u ojców kościoła szczątki starych ewangielii, cenionych niegdyś na równi z kanonicznemi, obecnie zaginionych, jak ewangielia według Hebrajczyków, ewangielia według Egipcyan, i znane ewangielie Justyna, Marciona, Tatiana. Zwłaszcza dwie pierwsze są bardzo ważne, gdyż podobnie jak logie Mateusza zostały napisane po aramejsku; może były one odmianą ewangielii tego apostoła, gdyż potem zostają ewangielią Ebionitów, t. j. owej drobnej gminy chrześciańskiej, osiadłej w Batanei, gdzie zachował się język syryjsko-chaldejski i gdzie prawdopodobnie ród Jezusa istniał dalej. Ale trzeba przyznać, że w tym stanie, w jakim nas doszły, przedstawiają dla badacza znacznie mniejszą wartość, niż ewangielia Mateusza.

Teraz, jak przypuszczam, każdy zrozumie, dlaczego przyznaję ewangieliom tak doniosłe znaczenie historyczne. Nie są to ani życiorysy w rodzaju Swetoniusza, ani zmyślone legendy w rodzaju Filostrata; są to legendowe życiorysy. Przyrównałbym je do legend o świętych, do życiorysów Plotyna, Proclusa, Izydora i innych tego rodzaju pism, w których miesza się ze sobą prawda historyczna z chęcią przedstawienia wzorów cnoty. Cechą znamienną wszystkich podobnych utworów gminnych jest niedokładność, która i tu występuje wyraźnie. Przypuśćmy, że mniej więcej w połowie XIX stulecia trzech albo czterech żołnierzy francuskich z epoki cesarstwa, i to każdy dla siebie, poczęło ze wspomnień własnych kreślić życiorys Napoleona. Relacye ich będą na pewno roiły się od błędów i poważnych sprzeczności. Jeden umieściłby Wagram przed Marengo; drugi pouczałby nas może z całym spokojem, że Napoleon wypędził z Tuillerów rząd Robespierra; trzeci przemilczałby najważniejsze wyprawy. Ale jedno uderzałoby z tych pism naiwnych prawdą żywą: charakter bohatera, wrażenie, które wywarł na swem otoczeniu. W tym też sensie podobne opisy gminne miałyby znaczenie donioślejsze, niż poważna, oficyalna historya. To samo da się powiedzieć o ewangieliach. Zajęte włącznie charakterystyką przymiotów mistrza, opisem jego cudów, należytem wyłożeniem jego nauki, nie dbają zresztą o to wszystko, co się z duchem Jezusa nie łączy. Sprzeczności co do czasu, miejsca i osób, uchodziły za rzecz małoważną; bo chociaż ze słów Jezusa biło natchnienie, nikt go jednak nie przypisywał autorom. Ci uchodzili tylko za zwyczajnych pisarzy, którzy mieli jedno do spełnienia: nie opuścić nic z tego, co wiedzieli[74].

Do podobnych wspomnień musiała się przymieszać nieraz powzięta z góry, czysto osobista tendencya. To i owo znowu, zwłaszcza u Łukasza, zostało wymyślone, aby lepiej uwidocznić niektóre rysy Jezusa. Fizyonomia jego zmienia się bowiem z każdym dniem. Gdyby Jezus nie uległ tym przekształceniom, byłby jedynym w historyi wyjątkiem. Legenda o Aleksandrze poczęła się tworzyć, nim wygasło pokolenie jego towarzyszów broni; natomiast legenda o Franciszku z Assyżu poczęła się tworzyć jeszcze za życia tego świętego. Tak samo w ciągu 20 do 30 lat po śmierci Jezusa rozpoczęło się szybkie przekształcanie wspomnień o nim, aż wreszcie cała jego biografia zamieniła się zupełnie w idealną legendę. Śmierć doskonałego człowieka jest otoczona aureolą doskonałości, zamienia go w istotę bez plamy dla tych, którzy go kochali. Nietylko tedy chciano dać potomnym wizerunek mistrza, ale i ukazać go nam w całej świetności. Wymyślono wiele zdarzeń, aby udowodnić, że spełniły się w nim wszystkie przepowiednie mesyanistyczne. Ale fakt ten, choć bardzo ważny, nie wyjaśnia wszystkiego. Żadne dzieło żydowskie z owych czasów nie powiada wyraźnie, jakie mianowicie proroctwa spełniły się przez przyjście Mesyasza. Ewangieliści w wielu wypadkach robią aluzye mesyanistyczne z taką rezerwą, że z konieczności rodzi się przypuszczenie, iż to nie były mniemania przyjęte powszechnie. Niebawem jednak poczęto rozumować: »Mesyasz powinien był zrobić to a to; Jezus był Mesyaszem; zatem Jezus zrobił to«. Potem rozumowano na odwrót: »To i owo zdarzyło się Jezusowi; Jezus był Mesyaszem; więc to lub owo musiało się było zdarzyć Mesyaszowi«[75]. Zbyt proste wyjaśnienia będą zawsze fałszywe przy analizowaniu tych głębokich wytworów uczucia ludowego, które swem bogactwem i swoją wielostronnością urągają wszelkim systemom.

Nie potrzeba chyba dodawać, że na podstawie takich dokumentów chcąc dać tylko prawdę bezsprzeczną, należało rzecz traktować jedynie w rysach ogólnych. Prawie we wszystkich historyach starożytnych, nawet mniej legendowych, niż ta, zagłębianie się w szczegóły rodzi zawsze wątpliwości bez końca. Gdy mamy przed sobą dwie relacye o jednem zdarzeniu, to bardzo rzadko są one ze sobą w zgodzie. Czyż nie są tedy uzasadnione wątpliwości, gdy posiadamy tylko jeden jedyny dokument? Możemy twierdzić z całą stanowczością, że z wszystkich mów i rozmów, zanotowanych przez historyków, ani jedna nie jest autentyczną. Czyż towarzyszyli sławnym ludziom stenografowie dla chwytania na papier wszystkich ich aforyzmów? Czyż kroczył wciąż za nimi jakiś kronikarz, notujący wyraz ich twarzy, chód, stan uczucia? Spróbujmy z całą dokładnością ustalić jakiś dzisiejszy fakt; okaże się to niemożliwem. Dwaj naoczni świadkowie opowiedzą jedno i to samo zupełnie inaczej. Ale czyż dlatego należy odrzucić całą relacyę i pozostawić tylko nagi fakt? To zabiłoby historyę. Jestem przekonany, że z wyjątkiem jakichś krótkich, wrażających się łatwo w pamięć sentencyi, żadna z zapisanych u Mateusza mów nie jest dosłownie zanotowaną mową Jezusa, gdyż nie leżą przed nami stenografowane protokuły. Natomiast chętnie przyznaję, że cudowny opis mąk Jezusa zawiera cały ogrom prawdopodobieństwa. Czyż mielibyśmy jednak, przedstawiając życie Jezusa, opuścić te mowy, które tak nam malują jego fizyonomię duchową, i ograniczyć się tylko do tego, co powiedział Tacyt i Józef Flavius: »że stał skazany na śmierć przez Piłata z poduszczenia kapłanów«? To byłaby większa nawet nieścisłość, niż uznanie tych wszystkich przekazanych nam przez ewangielie szczegółów za zupełnie autentyczne. Szczegóły te nie są prawdziwe dosłownie; ale one są prawdziwe w znaczeniu wyższem; one są prawdziwsze od nagiej prawdy, one są bowiem wyrazem prawdy podniesionej do wyżyny idei.

Ktokolwiekby mniemał, że zbyt wielkie znaczenie przypisuję relacyom przeważnie legendowym, niechaj weźmie pod uwagę to, co zaraz powiem. Cóż pozostałoby nam z życiorysu Aleksandra, gdybyśmy chcieli trzymać się tylko tego, co jest absolutnie pewne? Nawet pod niejednym względem błędna tradycya zawiera cząstkę prawdy, której historya lekceważyć nie powinna. Nie uczyniono zarzutu Sprengerowi, że kreśląc żywot Mahometa przywiązywał tyle wagi do hadith czyli do ustnej tradycyi o proroku i że nieraz wkładał bohaterowi w usta słowa, zaczerpnięte tylko z tego źródła. A przecież tradycye tyczące Mahometa nie mają cech bardziej historycznych niż mowy i opowiadania ewangielistów. Tradycye te zostały spisane między 50 a 140 rokiem Hedżiry. Przy kreśleniu historyi sekt żydowskich poprzedzających chrześciaństwo lub bezpośrednio po niem powstałych, każdy bez wyrzutów sumienia będzie cytował maksymy, które Hillelowi, Szamai i Gamalielowi włożyła w usta Miszna i Gemara, choć wielkie te kompilacye powstały dopiero w wiele lat po ich śmierci.

A gdyby ktoś mniemał, że zadaniem historyka jest podawać odziedziczone dokumenty bez krytycznego rozbioru, to mu odpowiem, że jest to wręcz niemożliwe. Te cztery zasadnicze dokumenty są z sobą w rażącej sprzeczności; nieraz prostuje je Józef Flaviusz. Musimy wybierać. Ponieważ jedno i to samo zdarzenie nie mogło się odbyć w sposób odmienny, ani też w sposób możliwy, to jeszcze nie racya kazać być historyi filozofią a priori. Jeżeli posiadamy różne relacye o jednem zdarzeniu, jeżeli łatwowierność poczyniła domieszki bajeczne, to jeszcze nie wolno historykowi uważać samego zdarzenia za baśń; winien on właśnie z całą ostrożnością analizować teksty i postępować indukcyjnie. Tyczy to zwłaszcza wszystkich relacyi o cudach. Opowiadania te objaśniać, lub przedstawiać je jako legendy, to nie jest jeszcze okaleczaniem faktów w imię teoryi; wychodzi się właśnie z obserwacyi samych faktów. Z wszystkich cudów, które nam podaje historya starożytna, ani jeden nie powtórzył się w warunkach naukowych. Postrzeżenie, które ani razu nie zostało zbite, poucza nas, że cuda zdarzają się tylko tam, gdzie się w nie wierzy. Nie zdarzyły się one nigdy wobec ludzi, którzy posiadali kwalifikacye stwierdzenia czegoś podobnego. A kwalifikacyi na to nie posiada ani tłum, ani tak zwani »ludzie światowi«. Badanie naukowe wymaga wielkiej ostrożności i długich ćwiczeń. Ileż to razy w naszych czasach »ludzie światowi« dali się omamić czczemi i dziecinnemi kuglarstwami! Cudowne zdarzenia, których prawdziwość zaświadczyły całe miasteczka, zostały dzięki ścisłemu śledztwu skierowane do sądów[76]. A jeżeli dziś żaden cud nie ostoi się przed skalpelem krytyki, czyż nie jest prawdopodobnem, że to samo stałoby się z cudownemi relacyami gminnemi czasów ubiegłych, gdybyśmy tylko mogli zbadać je dokładniej?

A więc wypędzamy wszelki cud z historyi nie w imię tej lub owej nauki, ale w imię odwiecznej prawdy. Nie powiadamy: »Cud jest rzeczą niemożliwą«; mówimy tylko: »nie było cudu stwierdzonego naukowo«. Przypuśćmy, że w czasach teraźniejszych pojawi się jakiś cudotwórca i że będzie nam dana gwarancya, iż rzecz warto zbadać bliżej; przypuśćmy, że ów cudotwórca głośno oświadcza się z gotowością wskrzeszenia umarłego; cóżby tedy uczyniono? Wydelegowanoby komisyę, złożoną z fizyologów, fizyków, chemików, historyków. Komisya ta wybrałaby trupa, stwierdziłaby najpierw, że to istotnie trup; następnie wyznaczyłaby salę, w której miałoby się odbyć doświadczenie; wreszcie nie pominęłaby żadnej ostrożności, aby wszelka wątpliwość została usunięta. Gdyby w takich warunkach wskrzeszenie zostało dokonane, posiadałoby ono cechy prawdopodobieństwa, niemal pewności. Ale ponieważ cechą znamienną doświadczenia jest to, że trzeba je umieć powtórzyć, ponieważ zresztą powtórzyć można, co się już raz zrobiło, zwłaszcza, że przecież cud nie może przychodzić z trudnością, przeto zażądanoby od cudotwórcy, aby cud swój powtórzył w innych warunkach, w innem miejscu i z innym trupem. Gdyby i tym razem cud się udał, mielibyśmy przed sobą dwie ewentualności: pierwsza, że zdarzają się w świecie rzeczy nadprzyrodzone; druga, że niektóre osoby posiadają władzę czynienia czegoś podobnego. Ale każdy wie, że jeszcze się w takich warunkach cud nie zdarzył; że dotąd każdy cudotwórca sam obierał miejsce, przedmiot doświadczenia, środowisko i publiczność; że owe cuda przeważnie dotwarzał gmin a posteriori, który czuł niepohamowaną żądzę dopatrywania się w wielkich czynach i w wielkich ludziach pierwiastku nadprzyrodzonego. Krytyka historyczna musi tedy tymczasem przyjąć zasadę, że nie można relacyi o cudach uznawać za prawdziwą, gdyż polega ona albo na łatwowierności, albo na oszustwie, a rzeczą historyka jest zbadać, co w tej relacyi jest prawdą a co kłamstwem.

Oto podstawy, na których się opierano przy pisaniu tej książki. Nie poprzestałem na studyowaniu tekstów, czerpałem światło jeszcze z innego źródła, zwiedziłem bowiem arenę dziejową tych zdarzeń. Wyprawa naukowa w celu zbadania starożytnej Fenicyi, której przewodniczyłem w roku 1860 i 1861[77], była powodem mego osiedlenia się na granicy Galilei i dała mi możność odbywania częstych po niej podróży. Zwiedziłem ziemie ewangieliczne we wszystkich kierunkach; zwiedziłem Jerozolimę, Hebron, Samaryę; nie opuściłem żadnej miejscowości, mającej związek z historyą Jezusa. Owóż ta historya, która z biegiem czasu zamienia się dla nas w coś nieuchwytnego, w coś, co wisi w obłokach, przybrała potem dla mnie kształty tak konkretne, że mnie to napełniło zdumieniem. Uderzająca zgodność tekstów z charakterem krainy, cudowna harmonia pomiędzy ideałem ewangielicznym a ziemią, która stanowiła jego tło, wszystko to podziałało na mnie jak objawienie. Miałem przed oczami jakąś piątą ewangielię, podartą wprawdzie, ale czytelną, i wtedy z opowiadań Mateusza i Marka wyłoniła się ku mnie nie jakaś istota abstrakcyjna, o której możnaby powiedzieć, że nigdy nie istniała, ale olbrzymia postać ludzka, która żyła, która działała. Przybywszy latem do Gaziru w Libanie w celu odpoczynku, począłem szkicować pobieżnie obraz tego, co widziałem i owóż powstała w ten sposób niniejsza książka. Kiedy surowy los zmusił mnie do przedwczesnego wyjazdu, brakło zaledwie kilka kartek do zupełnego ukończenia. Więc książka ta powstała w najbliższem sąsiedztwie okolic, gdzie się Jezus narodził i gdzie żył. Od chwili mego powrotu pracowałem nad nią dalej bez przerwy, obstawiony księgami, sprawdzając wszystkie szczegóły owego szkicu, nakreślonego pospiesznie w chacie Maronity.

Może mi ktoś zarzuci, że niepotrzebnie obrałem formę biografii. Kiedy po raz pierwszy zamierzyłem skreślić historyę początków chrześciaństwa, chciałem podać tylko historyę doktryn z zupełnem prawie wyłączeniem ludzi. Wtedy Jezus miał być tam zaledwie wymieniony; chciałem wykazać, jak idee, związane z jego imieniem, kiełkowały i rozpleniły się po świecie. Ale od tego czasu zrozumiałem, że historya przecież nie mogła być jakąś igraszką abstrakcyi, że w niej ludzie więcej znaczyli, niż teorye. Reformacyi nie stworzyła ta lub inna zasada: ale Luter, ale Kalwin. Świat Parsów, Hellenów, Żydów mógł się był różnie ukształtować; nauka o zmartwychwstaniu i o Słowie mogła się była przez wieki rozwijać a mimo to nie zdobyć się na ów jeden płodny, wielki czyn, zwany chrześciaństwem. Czyn ten, to dzieło Jezusa, świętego Pawła, świętego Jana. Skreślić historyę Jezusa, świętego Pawła, świętego Jana, to znaczy skreślić historyę powstania chrześciaństwa. Wszystko, co się przed nimi działo, weszło w zakres mej pracy tylko o tyle, o ile służyło do wyjaśnienia tych postaci nadzwyczajnych, które, rzecz prosta, musiały stać z przeszłością w ścisłym związku.

Gdy się chce odtworzyć wielkie postaci dni minionych, trzeba nieraz zgadywać, trzeba stawiać hypotezy. Życie wielkiego człowieka stanowi jakąś organiczną całość a nie zlepek drobnych zdarzeń. Całość tę trzeba należycie odczuć. Tu doskonałym przewodnikiem może być zasada, którą się kieruje sztuka; tu przydałby się zaiste ów subtelny smak Goethego. Podstawą sztuki jest stworzyć systemat żywy, którego poszczególne części wzajemnie się uzupełniają. Przy takiej pracy, jak niniejsza, najlepszą wskazówką, że się uchwyciło wątek prawdy, jest to, gdy się uda różne teksty tak połączyć, że tworzą całość logiczną, prawdopodobną, naturalną. Trzeba ciągle wzywać na radę owe tajemne prawa życia, prawa ruchu wytworów organicznych, prawa odcieni; tu nie chodzi o przedstawienie strony materyalnej, dziś dla nas poprostu niedostępnej; tu trzeba przedstawić duszę historyi; chodzi zatem nie o prawdziwość szczegółów, ale o prawdziwość ogólnego wrażenia, o prawdę barwy. Strzeżmy się klasycyzmu; fakty, o które tu chodzi, żyły, istniały, oddziaływały. Jeżeli nie zdołamy ich w ten sposób przedstawić, to widocznie nie pojęliśmy ich dostatecznie, nie spojrzeliśmy na nie z właściwej strony. Przypuśćmy, że ktoś chciałby na podstawie starożytnych opisów odtworzyć Minerwę Fidiasza. Gdyby dał nam coś sztucznego, suchego, odpychającego, jakiż wniosek należałoby stąd wyprowadzić? Tylko jeden: że owe opisy wymagają interpretacyi artystycznej, że należy je studyować z miłością, dopóki z nich nie wyłoni się ku nam jedność harmonijna we wszelkich szczegółach. A czy mielibyśmy wtedy pewność, że odtworzyliśmy ów posąg grecki pod każdym względem wiernie? Bynajmniej. Ale nie stworzylibyśmy przynajmniej jego karykatury: dalibyśmy ogólne wrażenie dzieła, odtworzylibyśmy jedną z form, w której dzieło to istnieć mogło.

To poczucie organicznej całości było mi tedy najwierniejszym przewodnikiem. Już samo czytanie ewangielii wystarcza dla stwierdzenia, że choć autorowie ich mieli w duszy prawdziwy zarys żywota Jezusa, nie kierowali się ścisłą chronologią. Papias mówi nam to wyraźnie[78]. Takie zwroty, jak: »W on czas«... »potem«... »wtedy«... »a gdy się to stało« etc. służą tylko do połączenia w jedną całość różnych opowiadań. Pozostawiając owe zdarzenia opisane przez ewangielie w ich pierwotnym nieładzie, nie napisałoby się historyi Jezusa, jak nie napisałoby się historyi sławnego męża, gdyby się w jego życiorysie pomieszało listy i fakty z epoki młodzieńczej z listami i faktami epoki zupełnej dojrzałości. Koran, będący także mieszaniną bez związku dokumentów z różnych chwil życia Mahometa, odsłonił swoje tajemnice oczom genialnej krytyki; oznaczono z całą niemal pewnością, w jakim chronologicznym porządku pisma te powstały. Daleko trudniej wykryć ten porządek w ewangieliach, albowiem działalność publiczna Jezusa trwała o wiele krócej i była mniej bogata w zdarzenia, niż życie założyciela Islamu. Ale usiłowanie odnalezienia nici przewodniej w tym labiryncie nie należy uważać za czczą stratę czasu. Nie polega na błędzie przypuszczenie, że twórca nowej religii, rozpoczynając swe dzieło, przyczepia je do sentencyi, które były w obiegu, i do zwyczajów, które były na czasie; że skoro się rozwinie, skoro stanie się istotnie panem swych myśli, pocznie przemawiać spokojnie, z poezyą, unikając wszelkich sporów, pełen słodyczy i poczucia wolności; że się następnie wobec opozycyi uniesie, zapali, że wreszcie tę opozycyę pocznie gromić. Takie fazy widać wyraźnie w Koranie. To samo widzimy u synoptyków, przedstawione w sposób nader subtelny. Czytajmy tylko uważnie mowy zapisane u Mateusza a postrzeżemy doskonale tę gradacyę. Wtedy każdy mi przyzna, że postępowałem bardzo ostrożnie przy kreśleniu różnych faz rozwoju idei Jezusa. Czytelnik przekona się, że poszczególne rozdziały niniejszej książki są tylko cięciami analizy, których wymagało zbadanie myśli głębokiej a zawikłanej.

Jeżeli umiłowanie przedmiotu może się przyczynić do jego zrozumienia, to chyba każdy mi przyzna, że tego warunku bynajmniej mi nie brakowało. Kto chce skreślić historyę jakiejś religii, ten musiał kiedyś w nią wierzyć (inaczej bowiem nie pojąłby nigdy tego, co dusze ludzkie koiło i zachwycało); ale następnie nie może już w nią wierzyć bezwzględnie; wiara bezwzględna nie da się połączyć z historyą pisaną szczerze. Ale miłość może istnieć bez wiary. Można nie uznawać form, w które cześć ludzka została zakuta, a mimo to rozkoszować się istotą piękna i dobra, którą ta cześć otacza. Żadne ze zjawisk przemijających nie wyczerpuje boskości; Bóg objawiał się przed Jezusem, Bóg objawi się i po nim. W ludzkiem sumieniu Bóg objawia się zawsze w jednakowy sposób, tylko pozornie różny. Przeto Jezus nie należy wyłącznie do uczniów swoich. Każdy otacza go czcią, kto ma jeno serce ludzkie. Chwała jego nie polega na wyłączeniu go z historyi; przeciwnie, oddaje mu się hołd bez porównania większy wykazując, że bez niego nie możnaby w ogóle historyi pojąć.



ROZDZIAŁ I.
Stanowisko Jezusa w dziejach powszechnych.

Najważniejszym wypadkiem w dziejach świata był przewrót, wskutek którego najlepsza cząstka ludzkości odłączyła się od religij starożytnych, objętych jednem a nieścisłem mianem pogaństwa, i przyjęła religię, opartą na jedności Boga, na Trójcy i na wcieleniu Syna Bożego. Nawracanie świata trwało niemal tysiąc lat. Samo kształtowanie się nowej religii zajęło prawie trzy wieki. Przewrót ten rozpoczął się od zdarzenia, które się rozegrało za panowania dwóch cezarów rzymskich, Oktawiana Augusta i Tyberyusza. Żył wtedy człowiek, który dzięki przymiotom duszy wyrósł nad współczesnych, który śmiałem wystąpieniem swojem i wpojeniem w serca bliźnich uczucia miłości stworzył niejako przedmiot przyszłej religii wszechludzkiej i wytknął jej drogę.

Z chwilą, gdy osobnik ludzki począł się różnić od zwierzęcia, stawał się religijnym, to znaczy, że postrzegał w przyrodzeniu coś, co wybiega po za rzeczywistość, a w sobie poczuwał coś, co przekracza próg śmierci. Ale to postrzeżenie i to poczucie przez tysiące lat schodziło na dziwnie obłędne manowce. U wielu szczepów pozostało ono na zawsze pogrążone w najciemniejszych gusłach i czarach, jak to widzimy dotąd w różnych częściach Australii. U innych plemion znalazło swój wyraz w haniebnych rzeziach ludzi na ofiarę bogom, wyciskając np. charakterystyczne piętno na starożytnej religii Meksyku. Gdzieindziej wreszcie zamieniło się na czysty fetyszyzm, na cześć oddawaną różnym przedmiotom, którym przypisywano siłę nadprzyrodzoną. Jak popęd miłosny, który niekiedy najlichszego człowieka dźwiga wysoko nad codzienność, ale też często strąca go w otchłań barbarzyństwa i zbrodni, taksamo uczucie religijne przez całe szeregi wieków było rakiem, toczącym ludzkość, rakiem, którego, zdaniem ludzi rozumnych, trzeba było wyciąć, gdyż rodził okropne obłędy i zbrodnie.

Świetna cywilizacya, która zakwitła jeszcze za bardzo odległej starożytności w Chinach, Babilonie i Egipcie, udoskonaliła także pod niejednym względem religię. Chińczycy dzięki swemu rozsądkowi doszli dość wcześnie do pewnej miary, która ich ustrzegła od poważnych zboczeń. Religia u nich nie miała stron ani dodatnich, ani ujemnych. Pozostała ona w tyle po za wielkimi prądami dążeń ludzkich. Religie Babilonii i Syryi były zawsze bardzo zmysłowe. Dopóki zupełnie nie zaginęły, co nastąpiło w IV albo V wieku naszej ery, były poprostu szkołami niemoralności, z których jednakowoż wskutek wyobrażeń poetyckich od czasu do czasu strzelał jakiś promyczek na świat boży. Egipt znowu, pomimo pozornego fetyszyzmu, zdobył się dość wcześnie na metafizyczne dogmaty i podniosłą symbolikę. Wątpić jednak należy, czy wywody subtelne owej teologii były oryginalne. Jasno myślący rozum ludzki nie przybierał nigdy swych wyobrażeń w symbole; doszukujemy się ich często w starych mistycznych obrazach, których sens dla nas zaginął, gdy pomimo długiego rozważania nie możemy się zgodzić na to, by umysł ludzki lubował się w jakiemś niesmacznem dziwadle. Zresztą wiara nie przybyła do ludzkości z Egiptu. To, co po wielu przeobrażeniach przymieszało się do religii chrześciańskiej z Egiptu i Syryi, stanowi formy bez znaczenia i domieszki, jakie można odnaleść zawsze, nawet w kulcie najbardziej oczyszczonym z naleciałości. Główną wadę tych religij stanowi ich charakter zabobonny; obwiesiły one ludzkość niezliczoną ilością amuletów i talizmanów, nic prawie ponad to nie zrobiwszy. Żadna wielka idea etyczna nie mogła błysnąć śród ludów, deptanych od wieków przez despotyzm i przez jego instytucye, pętające wszelki polot indywidualny jednostki.

Poezya duszy, wiara, wolność, prawość charakteru, poświęcenie — wszystko to zbudziło się w ludzkich duszach dopiero wtedy, gdy na arenę dziejową wystąpiły dwie wielkie rasy, dwie matki dzisiejszej ludzkości, rasa indo-europejska i rasa semicka. Pierwsze pędy religijne rasy indo-europejskiej posiadały przeważnie cechy naturalistyczne. Ale był to naturalizm głęboki, uduchowiony; człowiek objął w uścisk gorący całe przyrodzenie czując w sobie poezyę nieskończoności, odgadując to, co następnie geniusz celtycki i germański wypowiedział ustami Szekspira i Goethego. Tu nie chodziło o wyrozumowaną religię i obmyśloną moralność; tu chodziło o wyraz dla żałości, dla najskrytszych uczuć, dla rozbudzonej wyobraźni. A przedewszytskiem chodziło o coś niesłychanie poważnego: o podwaliny etyki i religii. Ale tymczasem jeszcze z tej strony wiara do piersi ludzkich spłynąć nie mogła, gdyż owe starożytne kulty nie zdołały się wyzwolić z wielobóstwa i dojść do jakiegoś wyraźniejszego symbolu. Braminizm dożył naszych dni tylko dlatego, że wskutek szczególnego wypadku dożyły do dni naszych Indye. Buddaizm także pomimo swych usiłowań nie podbił Zachodu. Druidyzm zachował charakter wyłącznie narodowy, pozbawiony znaczenia ogólniejszego. Nowatorskie zapędy Hellenów, jak orficyzm, misterye, nie dostarczyły dla duszy dostatecznej karmy. Jedna Persya zdobyła się na religię dogmatyczną, niemal monoteistyczną i o rozumnej organizacyi; wszelako jest możliwe, że ją w całości lub w części przejęła skądinąd. Zresztą świata nie nawróciła, przeciwnie, sama została nawrócona, gdy Islam, głoszący jedynobóstwo, przekroczył jej granice.

Religię dała ludzkości — rasa semicka[79]. Jej się ten zaszczyt należy. Zdala od rozgwaru dziejowego, zdala od wyuzdania zepsutego już na owe czasy świata, w cichej samotni namiotu beduin-patryarcha obmyśliwał wiarę dla ludzkości. Na czem polegała jego wyższość? Na tem, że stronił od lubieżnego kultu Syryi, że mu wystarczał prostaczy rytuał, że nie potrzebował świątyni, że mu struganych lub ciosanych bałwanów zastąpiło pospolite »Terafim«. Z pomiędzy wszystkich koczujących szczepów semickich »dziecię Izraela« zostało wybrane do wielkich przeznaczeń. Zadawnione stosunki z Egiptem, od którego lud izraelski przejął prawdopodobnie do swej religii niektóre domieszki natury czysto zewnętrznej, wzmocniły w nim tylko wstręt do bałwochwalstwa. Jego »Zakon«, czyli Tora, w czasach bardzo odległych wyryty na tablicach kamiennych a przypisywany wielkiemu oswobodzicielowi ludu, Mojżeszowi, zawierał w porównaniu z urządzeniami państwowemi Egiptu i Chaldei, silne zarodki społecznej równości i obyczajności. Przenośna arka przymierza stanowiła jedyny jego sprzęt religijny; składał do niej święte naczynia, relikwie swoje a przedewszystkiem »Księgę«, wiecznie otwartą Księgę Rodzajów[80], do której jednak rzadko coś zaciągano. Ród, który został wybrany do czuwania nad arką przymierza, doszedł niebawem do wielkiego znaczenia, tem bardziej, że w jego właśnie rękach spoczywała owa »Księga« a zatem i władza z niej płynąca.

Wszelako nie z tego źródła trysnęła przyszłość; kapłan hebrajski nie różnił się bardzo od innych kapłanów starożytności. Nad resztą ludów, urządzonych teokratycznie, Izrael górował głównie tem, że znaczenie jego kapłanów gasło wobec indywidualnej inspiracyi. Każde plemię koczownicze miało oprócz kapłanów swego »nabi« czyli proroka, coś w rodzaju żywej wyroczni, do której zwracano się po radę we wszelkich sprawach zawilszych, wymagających szczególnej bystrości w rozsądzeniu. Owi izraelscy Nabi, złączeni w grupy czyli szkoły, rozporządzali wielkimi wpływami. Będąc rzecznikami starego ducha demokratycznego ludu, wrogami bogaczów, przeciwnikami wszelkiej organizacyi politycznej, która upodobniłaby Izraela do innych ludów, stali się zaiste narzędziem wywyższenia religii żydowskiej nad inne religie. Podsycali zawsze najdalej idące nadzieje, a gdy lud wskutek ich rad niepolitycznych popadł pod władzę asyryjską, głosili, iż lud ten kiedyś założy potężne państwo, że Jerozolima będzie stolicą świata a cała ludzkość zostanie żydowską. Ową Jerozolimę wraz z świątynią przedstawiali jako miasto, stojące na wyniosłej górze, dokoła którego zgromadzą się wszystkie narody; będzie ona wyrocznią, która ogłosi prawo powszechnie obowiązujące; będzie stolicą idealnego państwa, w którem plemię ludzkie, zgodzone przez Izraela, odnajdzie raj ziemski.[81]

Już z niewiadomych ust popłynęły głosy, wielbiące męczeństwo i sławiące potęgę »syna boleści«. Śpiewak jakiś, natchniony przez jednego z owych wielkich męczenników, którzy, jak Jeremiasz, krwią swoją zrosili ulice Jeruszalaim, zanucił hymn na cześć »Syna Bożego», głosząc jego cierpienia i tryumf, hymn, w którym rozebrzmiał w całej pełni duch proroczy Izraela[82]. »Wyrósł jako latorosłka, a jako korzeń z ziemi suchej, nie mając kształtu ani piękności. Najwzgardzeńszy był i najpodlejszy z ludzi, mąż boleści, skądżeśmy go nizacz nie mieli. Zaiste on niemocy nasze wziął na się, a boleści nasze własne nosił; a myśmy mniemali, że jest zraniony, ubity od Boga i utrapiony. Lecz on zraniony jest dla występków naszych, starty jest dla nieprawości naszych; kaźń pokoju naszego jest na nim, a sinością jego jesteśmy uzdrowieni. Wszyscyśmy jako owce zbłądzili, każdy na drogę swą obróciliśmy się, a Jehowa włożył nań nieprawość wszystkich nas. Uciśniony jest i utrapiony, ale nie otworzył ust swoich; jako baranek na zabicie wiedziony był, i jako owca przed tymi, którzy ją strzygą, oniemiał, i nie otworzył ust swoich. Albowiem wycięty jest z ziemi żywiących, a zraniony dla przestępstwa ludu mojego; który to lud podał niezbożnym grób jego, a bogatemu śmierć jego, choć jednak nieprawości nie uczynił, ani zdrada znaleziona jest w uściech jego. Takci się Jehowie podobało zetrzeć go, i niemocą utrapić, aby położywszy ofiarą za grzech duszę swą ujrzał nasienie swoje, przedłużył dni swoich, a to, co się podoba Jehowie, przez rękę jego aby się szczęśliwie wykonało.«

W tym czasie Tora uległa poważnym przeobrażeniom. Poczęły krążyć nowe teksty, jak Deuteronomium, o których głoszono, iż zawierają właściwe prawo Mojżeszowe; tym sposobem w poglądy starych koczowników wbiły się klinem nowe pojęcia. Głównym ich rysem jest wielki fanatyzm. Szalejący wyznawcy Jehowy popełniali gwałty posunięte do ostateczności na wszystkich, którzy się usuwali od jego kultu; zdołali przeprowadzić krwawe prawo, które karało śmiercią każde przestępstwo religijne. Pobożność jest prawie zawsze dwulicowa: na jednym policzku płoni się gniew, na drugim wdzięczy się dobroć. Gorliwość ta, nieznana surowej prostocie epoki Sędziów, dyktowała kaznodziejom słowa głębokiej pobożności, których nigdy przedtem nie słyszano. Ale już pobrzmiewa w nich ton silnej tendencyi społecznej; do księgi praw napływają tłumnie utopijne marzenia o »królestwie bożem«. Pięcioksiąg staje się mieszaniną etyki patryarchów i żarliwej nabożności, pojęć prostaczych i wyrafinowanej myśli religijnej takich Ezechjelów, Ozeaszów i Jeremiaszów; lawa ta krzepnie niebawem, pentateuch przybiera formę obecną i staje się na cały szereg następnych wieków wyrazem ducha narodowego.

Po stworzeniu tej wielkiej księgi dzieje narodu żydowskiego poczynają się toczyć biegiem niewstrzymanym. Wielkie państwa Azyi zachodniej, następując kolejno po sobie, odejmując Izraelowi wszelką nadzieję utworzenia królestwa doczesnego, pchnęły go w przestwór marzeń religijnych, posępnych i namiętnych. Już mu nie chodzi o niezawisłość polityczną, o własny rząd; zgodzi się na każdy, pod którym będzie mógł oddawać się swobodnie swym praktykom religijnym i żyć wedle swych obyczajów. Odtąd jedynym jego wodzem będzie zagorzalec religijny, jedynym wrogiem wróg jego Boga, jedyną ojczyzną Zakon.

A ten Zakon, to prawo, czego nie należy zapomnieć, ma wyłącznie charakter społeczno-etyczny. Wszak było to dzieło ludzi, ożywionych podniosłymi ideałami życiowymi a w dodatku głęboko przeświadczonych, iż odnaleźli niezawodne sposoby urzeczywistnienia tych ideałów. Wierzyli niezłomnie, że kto będzie żył ściśle według Tory, osiągnie prawdziwą szczęśliwość. Tora nie ma nic wspólnego z prawem rzymskiem lub greckiem, które było istotnie tylko prawem i nie zajmowało się zagadnieniami uszczęśliwienia i umoralnienia jednostek. Można było tedy z góry przewidzieć, że owa wielka praca, której się lud ten całkowicie poświęcił, da wyniki społeczne a nie polityczne, zrodzi królestwo boże a nie państwo świeckie, że kresem jej dążeń będzie wszechludzkość a nie jakiś jeden naród, jakaś jedna ojczyzna.

Mimo licznych niepowodzeń Izrael idzie w zdumiewający sposób za tym głosem swego powołania. Następuje cały szereg mężów, jak Ezdrasz, Nehemiasz, Machabeusze, którzy walczą z niesłabnącym żarem w obronie Zakonu. Coraz bardziej utrwala się myśl, że Izrael jest ludem świętym, ludem wybranym, z którem Bóg zawarł przymierze. Niesłychane oczekiwanie wprawia umysły w stan gorączki. Cały świat starożytny indoeuropejski umieszczał raj w zaraniu dziejów, wszyscy poeci opłakiwali miniony wiek złoty. Jeden Izrael przenosi go w przyszłość. Z tego marzenia, niby z nieśmiertelnego źródła poezyi wypłynęły Psalmy, szczyt wieszczego zachwytu i wreszcie melancholii. I zaiste, Izrael stał się rzeczywiście i wyłącznie ludem bożym, kiedy dokoła religie zamieniały się coraz bardziej w publiczne oszustwo. Jak w Persyi i Babilonii, w ciemne bałwochwalstwo, jak w Egipcie i Syryi, lub w estetyczną komedyę, jak u Greków i Rzymian. Czego śród pierwszych dwóch wieków naszej ery dokonali chrześciańscy męczennicy, czego w następstwie aż po dni nasze dokonywały ofiary prześladowczej ortodoksyi chrześciańskiej, to zdziałali Żydzi w ciągu dwóch stuleci, wyprzedzających naszą erę. Byli oni żywym protestem przeciw religijnemu zabobonowi i materyalizmowi. Szalony ruch ideowy, dający nieraz wręcz przeciwne wyniki, uczynił z nich najbardziej interesujący i najbardziej oryginalny naród świata. Rozsypawszy się po całem pobrzeżu Morza Śródziemnego i przyswoiwszy sobie za granicami Palestyny język grecki, utorowali drogę propagandzie śród starożytnych społeczeństw, rozpadłych na drobne narody, o jakiej poprostu dzieje nie słyszały.

Mimo wszelkich proroctw, że judaizm stanie się religią wszechludzką, nie różnił się on aż do Machabeuszów niczem od innych kultów świata starożytnego: był religią rodziny i rodu. Izraelita wierzył wprawdzie, że jego religia przewyższa każdą inną, mówił z pogardą o obcych bogach. Ale zarazem sądził, że wiara w prawdziwego Boga była tylko dla niego przeznaczona. Kto się łączył związkiem z rodziną Izraela, przyjmował kult Jehowy[83]; ale też i na tem wszystko się to kończyło. Żaden Izraelita nie starał się nawrócić cudzoziemca na wiarę, która była uważana za spuściznę synów Abrahama. Dopiero od Ezdrasza i Nehemiasza poczyna się ujawniać bardziej surowe i logiczne pojmowanie religijnego obowiązku. Judaizm staje się nietylko jedyną prawdziwą religią, ale każdy ma prawo nawrócić się na nią[84]; i zaraz potem upowszechnia się myśl, że jest to dziełem zbożnem przysporzyć tej religii jak najwięcej wyznawców[85]. Tego subtelnego poczucia, które ponad wszelkie małostki rasowe wyniosło Jana Chrzciciela, Jezusa i świętego Pawła, nie było jeszcze bezwarunkowo u Żydów; wskutek dziwnej sprzeczności ludzie nawróceni na wiarę żydowską cieszyli się nietylko małym szacunkiem, ale nawet bywali pogardzani[86]. Natomiast idea religii wyłącznej, idea, że istnieje coś większego niż ojczyzna, niż ród i prawo, idea apostolstwa i męczeństwa, była już w dusze posiana. Wszyscy Żydzi są przepełnieni głębokiem uczuciem litości dla pogan bez względu na to, że ci poganie żyją w niezrównanej szczęśliwości ziemskiej[87]. Powstaje cały cykl legend, który sławi niewzruszoność wiary wyznawców (Daniel i towarzyszący mu młodzieńcy, matka Machabeuszów i jej siedmiu synów[88], opowieść o hypodromie w Aleksandryi)[89], a głowy ludu izraelskiego starają się wpoić w umysły zasadę, że być fanatycznie wiernym kultowi jest najwyższą cnotą.

Prześladowania Antyocha Epifanesa zamieniły tę ideę na namiętność, na religijny szał. To, co się wtedy działo, przypominało zupełnie zdarzenia z czasów Nerona, które się rozegrały w dwieście trzydzieści lat później. Wściekłość i rozpacz rzuciły wyznawców w objęcia wizyi i marzeń. Pojawia się pierwsza apokalipsa, Księga Daniela. Następuje niejako epoka nowych proroków, ale znacznie różna od dawnej, w niej bowiem bez porównania wyraźniej zostają sformułowane idee o przeznaczeniu świata. Księga Daniela stanowi już ostatni wyraz nadziei mesyanistycznych. Mesyasz już nie ma być królem w rodzaju Dawida, Salomona, nie ma być jakimś żydowskim Cyrusem; on pojawi się w obłoku jako »Syn Boży«[90], będzie istotą nadprzyrodzoną, jedynie na obraz i podobieństwo człowieka, będzie świat sądził i zaprowadzi wiek złoty na ziemi. Może temu nowemu ideałowi dostarczył niektórych rysów perski »Sosjosz«, wielki prorok przyszłości, wysłany dla torowania drogi Ormuzdowi[91]. Nieznany autor Księgi Daniela wywarł bezwarunkowo wpływ na te zdarzenia charakteru religijnego, które miały przekształcić świat. On inscenizował mesyanizm i stworzył mu język, o nim da się więc powiedzieć to samo, co Jezus powiedział o Janie Chrzcicielu: aż do niego prorocy, od niego zaś królestwo boże.

Nie należy jednak mniemać, iż ten wielki i namiętny prąd religijny toczył się korytem jakichś dogmatów, jak to miało miejsce z wszystkiemi walkami, które powstały w łonie chrześciaństwa. W tej epoce Żydzi nie byli zupełnie teologami. Nie pogrążali się w spekulacye filozoficzne nad istotą Boga; wierzyli w aniołów, w ostateczny cel bytu człowieka, w osobiste przymioty Boga; była to wiara swobodna, nie skrępowana formułkami, odpowiadająca nastrojowi dusz, każdy mógł ją sobie inaczej wykładać a śród tłumu nie zastanawiano się wogóle nad podobnemi rzeczami. Właściwie najbardziej prawomyślni nie snuli żadnych marzeń, trzymając się wiernie prostaczego Zakonu. Nie istniała również żadna władza, stanowiąca dogmaty, jak później Kościół w Chrześciaństwie. Dopiero z nastaniem III-go wieku nowej ery, kiedy Chrześciaństwo dostało się do rąk ludów, obałamuconych mędrkowaniem, ogłupiałych dyalektyką i metafizyką, poczyna się ów obłęd definicyi, który z historyi kościoła uczynił historyę niezliczonych sporów dogmatycznych. Żydzi także dysputowali; każda szkoła oddawała się żarliwie rozwiązywaniu najzawilszych zagadnień; ale te walki, których ślady przekazał nam Talmud, nie zawierają spekulacyi teologicznej. Strzedz Zakonu i postępować według niego, bo to jest sprawiedliwe, być sprawiedliwym, bo to jest najwyższe szczęście dostępne dla człowieka — oto kwintesencya judaizmu. Niema tu żadnego Credo, żadnej symboliki teoretycznej. Dlatego Mojżesz Majmonides, uczeń najśmielszej filozofii arabskiej, mógł zostać wyrocznią synagogi, gdyż był wyćwiczonym kanonistą.

Za czasów ostatnich Asmonejczyków i Heroda zapał religijny wciąż wzrasta. Czasy owe, to szereg nieustających ruchów religijnych. Z chwilą, gdy władza świecka przeszła całkowicie do rąk pogańskich, naród żydowski przestaje coraz bardziej zajmować się sprawami ziemskiemi i żyje wyłącznie życiem wewnętrznem. Świat, pochłonięty innemi zdarzeniami, nie ma pojęcia, co się dzieje w tym oddalonym i zapomnianym kącie Wschodu. Tylko umysły, stojące na wysokości swoich czasów wiedzą coś o tem. Wrażliwy a jasnowidzący Wergiliusz staje się jakiemś echem Izajasza; z powodu narodzin dziecka marzy o powszechnem odrodzeniu[92]. Podobne marzenia stają się niebawem czemś powszechnem i tworzą nawet osobną gałąź piśmiennictwa, zwaną literaturą sybilińską. Niespodzianie wyrosły cezaryzm zapala umysły; wielki okres pokoju, który teraz nastał, ogarniająca umysły melancholia po niesłychanem wyczerpaniu doby rewolucyjnej, napełnia serca bezgranicznemi nadziejami.

W Judei nadzieje te doszły do punktu kulminacyjnego. Ludzie świętobliwi, jak Symeon, który według legendy miał piastować na rękach Jezusa, jak Anna, córka Fanuelowa, uznana prorokini[93], strawili życie całe w pobliżu świątyni na postach i modłach, aby tylko Bóg nie odwołał ich z tej ziemi, ażby ujrzeli ziszczone wszystkie nadzieje Izraela. Czuć, iż zbliża się epoka zdarzeń wielkich, nigdy przedtem nie widzianych.

Ten chaos rozumowań i marzeń, zawodów i nadziei, ten żar tęsknoty, rozdeptywany ustawicznie twardą stopą rzeczywistości, znalazł nareszcie rzecznika w człowieku nadzwyczajnym, którego głos ludu mianował »Synem Bożym« i to z całą słusznością, gdyż dzięki jemu religia uczyniła taki krok naprzód, jakiego nie uczyniła nigdy ani przedtem ani potem.



ROZDZIAŁ II.
Dzieciństwo i młodość Jezusa. Jego pierwsze wrażenia.

Jezus urodził się w Nazaret[94], małej mieścinie Galilei, która aż do jego wystąpienia niczem nie zwróciła na siebie uwagi[95]. Przez całe życie zwano go »Nazarejczykiem«[96], a utworzenie legendy o jego narodzinach w Betleem kosztowało dużo zachodu[97]. Zobaczymy później (w roz. XVI), z jakich to uczyniono pobudek i jak to wynikało logicznie z roli mesyanistycznej Jezusa[98]. Nie uwzględnia się ścisłej daty jego urodzenia. Jezus narodził się za panowania Oktawiana Augusta, około r. 750 od założenia Rzymu, prawdopodobnie na kilka lat przed rokiem 1-ym ery naszej, t. j. przed domniemaną datą jego urodzenia, przyjętą przez wszystkie narody ucywilizowane[99].

Nadane mu imię Jezus jest odmianą imienia Jozue (Jeszua — Joszua, przyp. tł.). Było to imię bardzo powszechne; rozumie się, że potem dopatrywano się w tem imieniu treści mistycznej i aluzyi do roli Jezusa jako Zbawiciela[100]. Może nawet on sam, jak wogóle wszyscy mistycy, zajmował się podobnemi myślami. Nieraz już zdarzało się w dziejach, że imię, nadane dziecku bez ubocznej intencyi, stawało się potem bodźcem do czynów niezwykłych. Serca gorące nie godzą się nigdy na to, by cokolwiek, co ich dotyczy, było rzeczą ślepego przypadku. Wszystko dzieje się z woli bożej, a fakt najdrobniejszy jest wyrazem, znakiem, wskazówką zrządzenia bożego.

Ludność Galilei była bardzo mieszana, jak już tego sama nazwa dowodzi[101]. Za czasów Jezusa prowincya ta była przepełniona Fenicyanami, Syryjczykami, Arabami a nawet Grekami[102]. Przechodzenie na judaizm śród tak mieszanego pogłowia nie należało do rzadkości. Niepodobna zatem podnosić tu kwestyi rasy, niepodobna badać, jaka krew płynęła w żyłach tego, który właśnie uczynił najwięcej, aby wszelkie różnice krwi zatrzeć śród ludzkości.

Pochodził on z gminu[103]. Rodzice jego, Józef i Marya, należeli do stanu średniego, rzemieślniczego, utrzymującego się z pracy rąk swoich[104], który to stan na całym wschodzie nie był ani zamożny, ani niezamożny. W krainach tych panuje niezmierna prostota, wykwint nie jest potrzebą, bogactwo nie daje szczególnych przywilejów, prawie każdy jest ubogim z własnej woli. Z powodu zupełnego braku poczucia artystycznego, zamiłowania do sztuk pięknych i tego wszystkiego, co zdobi życie, nawet domy ludzi majętnych mają pozory niedostatku i zaniedbania. Gdyby nie brud i niektóre inne ujemne cechy, towarzyszące wszędzie Mahometanom, możnaby mniemać, że Nazaret z czasów Jezusa nie bardzo się różniło od dzisiejszego[105]. Uliczki, śród których igrał jako dziecię, posiadają ten sam grunt kamienisty, a domki od domków są oddzielone takiemi samemi przejściami. Domek Józefa był niezawodnie całkiem podobny do owych dzisiejszych nędznych sklepików, otrzymujących jedyne oświetlenie przez otwarte drzwi, a będących zarazem warsztatem, kuchnią, sypialnią; na ziemi rogoża, na niej kilka poduszek, dalej kilka naczyń glinianych, skrzynia malowana — oto cały dobytek.

Dzieci było tam dużo, pochodzących z jednego czy z kilku małżeństw, Jezus miał braci i siostry[106], a był prawdopodobnie w rodzeństwie najstarszym[107]. Żaden z jego braci nie stał się głośnym. Jeden tylko Jakub za pierwszych dni chrześciaństwa cieszył się wielkiem poważaniem. Zdaje się wszelako, że owi czterej bracia, wymienieni w dwóch ewangieliach, byli w rzeczywistości jego kuzynami. Marya miała bowiem siostrę, także Maryę[108], która wyszła zamąż za Alfeusza czy Kleofasa, gdyż te dwa imiona oznaczają prawdopodobnie jedną osobę[109]. Ta Marya miała rzeczywiście kilku synów, którzy w rzędzie pierwszych uczniów Jezusa zajęli stanowisko wybitne. Ci bracia cioteczni, w przeciwstawieństwie do braci rodzonych, którzy ciągle należeli do opozycyi[110], byli bardzo przywiązani do swego młodocianego mistrza i przybrali nazwę »Braci Pana«[111]. Prawdziwi bracia wraz z matką nabrali znaczenia dopiero po śmierci Jezusa[112]. Ale i wtedy nie dorównali braciom ciotecznym, którzy zdawna byli Jezusowi oddani i posiadali tęższe charaktery. Pierwotnie zaś byli do tego stopnia nieznani, że gdy u ewangielisty ludność Nazaretu wyliczyć ma braci Jezusa, to wymienia najpierw dwóch synów Kleofasa.

Siostry jego powychodziły zamąż w Nazarecie[113] a on też tu spędził lata swego dzieciństwa. Było to małe miasteczko, leżące w kotlinie gór, które od północy zamykają dolinę Esdrelon. Obecnie Nazaret liczy 3000—4000 mieszkańców a prawdopodobnie za czasów Jezusa nie posiadało ich więcej[114]. Zimą panują tam znaczne chłody, ale klimat jest bardzo zdrowy. Nazaret, jak wogóle wszystkie żydowskie osady owych czasów, było zbiorowiskiem bezładnie stawianych domów, budowanych bez stylu, zamieszkałych przez ludność ubogą. Były one niezawodnie podobne do tych domków prostaczych, które dziś pokrywają najżyźniejszą część Libanu, ale śród winogradu i drzew figowych przedstawiają dla oka miły widok. Zresztą okolice te są tak piękne, że chyba żaden zakątek świata nie usposabia tak do marzeń o szczęściu bezwzględnem, jak ten. Nawet w czasach obecnych jest to najrozkoszniejsze miejsce w całej Palestynie, pierś oddycha tu pełniej a oko ożywia się, nie widząc nareszcie owej przeraźliwej pustki, która tak udręcza dusze w tym kraju. Ludność jest miła, wesoła; ogrody toną w zieloności; zewsząd bije świeżość. Antonin Męczennik, żyjący na schyłku VI-go wieku, kreśli nam czarowny obraz tej okolicy, jej urodzajności, nazywa ją rajem.[115] Niektóre doliny położone na wschód świadczą o prawdziwości tego opisu. Kamienna studnia, dokoła której skupiało się ongi życie i radość tej małej mieściny, jest dziś w ruinie i daje wodę mętną. Ale znać wieczną jest nadzwyczajna piękność gromadzących się dokoła niej pod wieczór kobiet; piękność ta już w VI wieku zadziwiała pielgrzymów, a mówiono, iż jest to podarek, który Marya Panna dała mieszkankom Nazaretu[116]. Jest to ów typ syryjskich niewiast, nieporównany w swej omdlałości. Prawdopodobnie każdego dnia zjawiała się tu z dzbanem na ramieniu Marya w otoczeniu Nazaretanek, których imiona do historyi nie przeszły. Antonin Męczennik robi uwagę, że Nazaretanki były wyjątkowo życzliwe dla chrześcian, gdy tymczasem izraelitki innych okolic patrzyły na nich zawsze ze wzgardą. I dziś nienawiść religijna środ mieszkańców Nazaretu objawia się słabiej, niż gdzieindziej.

Widnokrąg dokoła miasta zamykają góry. Ale skoro się wejdzie na płaskowzgórze za miastem, skoro domki znikną w dole, skoro pielgrzym poczuje wiatr, który tu wieje prawie ustawicznie, otwiera się dla oka przecudny widok. W stronie zachodniej widnieje Karmel, rysujący się prześlicznemi liniami a zakończony szczytem, który jakby się chylił ku morzu. Dalej wyłaniają się bliźniacze szczyty, panujące nad Mageddo, góry krainy Sychem z wszystkiemi świętemi miejscami z epoki patryarchów, góry Gelboe w malowniczem ugrupowaniu, przypominające zarówno piękne jak i okropne zdarzenia z pod Endoru, góra Tabor, krągła, śliczna, którą w starożytności do łona przyrównano. Przez rozgórze między Taborem a Sulemem widać w oddaleniu dolinę Jordanową i płaskowzgórze Perei, ciągnące się na wschód. Góry Safed, które w stronie północnej chylą się ku morzu, zakrywają St. Jean d’Acre, pozwalając jednak widzieć zatokę Kajfa. Na to wszystko patrzyły oczy Jezusa. Ta czarująca okolica, kolebka królestwa bożego, była dla niego przez szereg lat całym światem. Nawet życie nie powiodło go wiele dalej po za granice krainy młodości. Następnie w kierunku północy występuje Cezarea Philippi prawie na skłonie Hermonu jako najdalej wysunięty punkt świata pogańskiego, a na południe patrząc rysujemy sobie w myślach po za sposępniałemi górami Samaryi smutną Judeę, jakby spaloną przez wiatry zniszczenia i śmierci.

Jeżeli kiedyś ludzkość, nie utraciwszy wątku chrześciańskiego, zapragnie przez rozdroża apokryficznych świętości dotrzeć do prawdziwej kolebki chrześciaństwa i uczcić ją, to na wyżynie okalającej Nazaret zbuduje jej przybytek. Tu właściwie powinni się modlić wszyscy chrześcianie, tu należało dźwignąć mury największego kościola, bo tu narodziło się chrześciaństwo, tu przyszedł na świat jego założyciel, tu żył i działał. Na tej ziemi, pokrywającej kości cieśli Józefa i tysięcy jego zapomnianych współbraci, filozof znalazłby najpiękniejsze miejsce do rozmyślania nad kolejami losów ludzkich, do czerpania pociechy i krzepienia się otuchą, że przez niezliczone błędy i ułomności ludzkie świat przecież ustawicznie dąży do własnej apoteozy.



ROZDZIAŁ III.
Wychowanie Jezusa.

Właściwie Jezusa wychowała jego własna natura, promienna, potężna. Nauczył się czytać i pisać[117] prawdopodobnie według metody, rozpowszechnionej na całym wschodzie, która polega na tem, że się chłopcom daje książkę do ręki, a oni powtarzają tekst rytmicznie, chóralnie, dopóki go nie zapamiętają[118]. Natomiast jest wątpliwe, czy czytał teksty w oryginale hebrajskim. Według wszystkich życioryśników Jezus przytaczał miejsca z Pisma zawsze w przekładzie aramejskim[119]; egzegeza jego, tak przynajmniej wnosimy z egzegezy jego uczniów, tchnęła duchem Targumu i Midraszim[120].

Nauczycielem w szkółkach miasteczek żydowskich był hazzan czyli lektor synagogi[121]. Do szkoły wyższej, szkoły pisarzy czyli Soferim (w Nazarecie nie było nawet takiej szkoły) Jezus nie chodził długo; nie posiadał też żadnego tytułu, któryby oficyalnie świadczył o jego wykształceniu[122]. Ale popełnilibyśmy błąd, przypisując mu tak zwaną ignorancyę. U nas wykształcenie szkolne wynosi niezmiernie człowieka nad innych ludzi. Inaczej było jednak na Wschodzie i wogóle za dawnych dobrych starożytnych czasów. Kto u nas nie chodzi do szkoły, ten jest nieuspołeczniony; ale na Wschodzie kultura moralna krzewiła się przez obcowanie człowieka z człowiekiem, przez życie towarzyskie. Arab, który nie miał żadnego nauczyciela, bywał nieraz głęboko ukształconym człowiekiem; albowiem namiot jego był czemś w rodzaju akademii dla wszystkich zawsze otwartej, gdzie wrzało życie umysłowe a nieraz i literackie. Wykwintne obejście i subtelność myślowa nie ma na Wschodzie nic wspólnego z tak zwanem wychowaniem. Właśnie szkolarzom zarzucano tam pedanteryę i brak dobrego wychowania. W takiem stadyum rozwoju społecznego brak erudycyi, stanowiący u nas nieprzepartą przeszkodę, jest podstawowym warunkiem oryginalności myśli i czynów.

Jezus prawdopodobnie nie umiał po grecku. W Judei język ten był w użyciu tylko śród sfer rządzących, lub, jak w Cezarei, śród pogan[123]. Językiem Jezusa był dyalekt syryjski, zaprawiony hebraizmami; tym językiem mówiła wówczas cała Palestyna[124]. Kultury greckiej prawdopodobnie nie znał zupełnie. Uczeni palestyńscy rzucili na nią anatemę; przeklętym był zarówno ten, »który jadł wieprzowinę, jak i ten, który uczył syna umiejętności greckich«[125]. W każdym razie kultura ta nie mogła dotrzeć do tak małych miasteczek, jak Nazaret. Wiadomo jednak, że mimo przekleństw kapłanów niektórzy żydzi przyswoili sobie cywilizacyę helleńską. Nie mówiąc już o szkole żydowskiej w Aleksandryi, gdzie od dwóch stuleci zajmowano się zlaniem judaizmu i helenizmu w jedną całość, przypomnimy, że żyd, Mikołaj z Damaszku, uchodził właśnie wtedy za jednego z najznakomitszych i najbardziej poważanych uczonych swego wieku. Wkrótce Józef Flawiusz stworzy typ prawdziwie zhelenizowanego żyda. Co się tyczy Mikołaja, to w nim tylko krew była żydowska; Józef Flaviusz powiada o sobie, iż stanowił wyjątek śród żydów[126], cała zaś odszczepieńcza szkoła żydowska Egiptu tak się różniła od Jerozolimy, że Talmud nawet o niej nie wspomina, a tradycye żydowskie zachowują o niej zupełne milczenie. Nie ulega żadnej wątpliwości, że w Jerozolimie zajmowano się greczyzną bardzo mało; uważano to za rzecz niebezpieczną, poniżającą; mogły się były tem zajmować najwyżej próżne kobiety[127]. Zajęciem godnem poważnego męża było tylko badanie Zakonu[128]. Pewien uczony rabin, zapytany, kiedy jest pora właściwa dla uczenia dziatwy mądrości greckiej, odpowiedział: »Wtedy, kiedy nie będzie ani dnia ani nocy; albowiem jest powiedziane: będziesz uczył się pisma dzień i noc!«[129]

Więc ani wprost ani pośrednio nie dobiegł żaden promień hellenizmu do Jezusa. Znał on tylko judaizm; umysł jego zachował tę pierwotność, którą zazwyczaj różnorodne wpływy cywilizacyjne osłabiają. Nawet pokrewne dążenia judaistyczne były mu obce. Z jednej strony uniknął askezy Esejczyków, czyli Terapeutów[130], z drugiej strony wpływu niepospolitego umysłu swego rówieśnika Filona, który w Aleksandryi kładł właśnie podwaliny pod piękną nową szkołę religijno-filozoficzną. Znaczne podobieństwa, jakie zachodzą pomiędzy nim a Filonem, jak np. zdania o miłości Boga, o miłosierdziu, o spoczynku w Bogu[131], które brzmią w ewangieliach jak dalekie echo pism sławnego myśliciela aleksandryjskiego, dadzą się wytłómaczyć duchem czasu, dążeniem ogólnem umysłów oświeconych etc.

Na swoje szczęście nie poznał Jezus owej zawiłej a czczej scholastyki, wykładanej w Jerozolimie, a z której miał niebawem wyłonić się Talmud. Jeżeli nawet niektórzy z pomiędzy faryzeuszów szerzyli ją po Galilei, to Jezus nie wchodził z nimi w stosunki; a gdy się później zetknął z tą kazuistyką, obudziła w nim tylko wstręt. Natomiast znał prawdopodobnie zasady Hillela, który na pięćdziesiąt lat przed jego wystąpieniem wygłaszał bardzo podobne myśli. Ubogi, pokorny, łagodnego charakteru, przeciwnik obłudników i kapłanów, Hillel mógłby uchodzić za właściwego mistrza Jezusa[132], jeżeli tak oryginalne natury miewają wogóle mistrzów.

Księgi Starego Zakonu wywarły na nim wrażenie głębokie. Składały się one z ksiąg dwojakich: z Zakonu, t. j. pentateuchu czyli pięciu ksiąg Mojżeszowych, oraz z ksiąg proroków, które do dnia dzisiejszego zachowały ówczesną formę. Do wszystkich tych ksiąg stosowano metodę alegorycznego wykładu, szukając w nich tego, czego być nie mogło, ale co odpowiadało ówczesnym aspiracyom. Ten Zakon, pochodzący z naiwnych czasów królewskich, był przestarzały i stał w sprzeczności z prawem żywem, któremu lud podlegał, był więc utopią, nabożną iluzyą, niewyczerpanem źródłem najdziwaczniejszych pomysłów egzegetycznych, odkąd naród przestał się rządzić sam. Wszystkie miejsca ciemne i tajemnicze w księgach proroków i w psalmach wskazywały wedle powszechnych mniemań przyjście Mesyasza, który miał spełnić nadzieje ludu: więc rozbierano je skwapliwie i szukano w nich rysów znamiennych tego, który miał przyjść. Jezus także podlegał temu ogólnemu prądowi alegorycznego wykładu pisma. Ale geniusz jego odczuł zarazem nieśmiertelną poezyę biblii, która zupełnie nie działała na małodusznych wykładaczów jerozolimskich. Zakonem nie bardzo się zachwycił; wierzył, iż mógł stworzyć lepszy. Wszelako religijna poezya Psalmów w przedziwny sposób przypadała do jego lirycznej duszy; ona przez całe życie była mu karmą duchową i podporą. Gdy tedy chodziło o wzory, czerpał je z ksiąg proroków, zwłaszcza z Izajasza i jego kontynuatora z czasów niewoli — owe wspaniałe sny przyszłości, ognista wymowa, fantastyczne obrazy przerywane gromieniem — to działało na niego potężnie. Czytywał prawdopodobnie także różne pisma apokryficzne, tj. pisma nowszych autorów, którzy dla nadania sobie powagi podszywali się pod nazwiska proroków i patryarchów, gdyż znaczenie i wpływ posiadały tylko pisma bardzo stare. Szczególniej jedna z tych ksiąg pociągała go; było to Proroctwo Daniela. Księga ta, napisana przez entuzyastę żydowskiego za czasów Antyocha Epifanesa a rozgłoszona umyślnie jako dzieło jednego ze starożytnych mędrców[133], była najlepszym wyrazem ducha czasów ostatnich. Autor tej księgi, prawdziwy twórca historyozofii, pierwszy odważył się wygłosić, że wszystkie wypadki dziejowe, oraz wszystkie państwa kolejno po sobie następujące, dźwigające się i upadające, są zależne od przeznaczeń żydowskiego narodu. Temi podniosłemi nadziejami Jezus przejął się do głębi i to od najwcześniejszych lat młodości. Może czytał także księgę Henocha, którą wtedy ceniono na równi z księgami świętemi[134]; może prócz tego czytywał i inne podobne księgi, które rozpalały imaginacyę ludu. Przyjście Mesyasza w blasku chwały, budzącym strach, pogrom kolejny ludów, zapadnięcie się nieba i ziemi, tem była przejęta jego wyobraźnia; a ponieważ powszechnie oczekiwano tych przewrotów i wielu nawet starało się obliczyć czas, kiedy to nastąpi, przeto taki porządek rzeczy wydał mu się prostym i naturalnym.

Że nie miał najmniejszego pojęcia o sprawach tego świata, dowodzą wszystkie znamienne ustępy jego najbardziej autentycznych przemówień. Wyobraża sobie, że ziemia rozpadła się na królestwa, toczące ze sobą ustawiczne wojny; zdaje się, że nic nie słyszał o »rzymskim pokoju« i o nowszem ukształtowaniu się społecznych stosunków. Nie zdawał sobie jasno sprawy z potęgi rzymskiej; jedynie wyraz »cezar« obił mu się o uszy. W oczach jego powstały takie miasta jak Tyberiada, Juliada, Diocezarea, Cezarea, wspaniałe dzieła Herodów, pragnących z jednej strony okazać swą cześć dla cywilizacyi rzymskiej a z drugiej strony swą wierność dla członków rodziny Augusta; miejscowości te, zmienione, dziś nie do poznania, stały się, skutkiem dziwnej ironii losu, nędznemi siedzibami Beduinów. Widział prawdopodobnie także Sebaste, dziw architektoniczny Heroda Wielkiego; kto dziś ogląda te ruiny, gotów uwierzyć, że złożono to jak maszynę, t. j. że wszystkie części całkiem gotowe przywieziono na miejsce i ustawiono. Ten przepych budowli, te seciny kolumn jednakowych rozmiarów, przywiezionych na okrętach do Judei dla przyozdobienia głównych ulic prostaczych miast, oto co Jezus nazywał »królestwem świata tego i całym jego przepychem«. Napełniał go też obrzydzeniem ów przepych urzędowy, ta sztuka krzewiona drogą administracyjną. Lgnął tedy całą duszą do wsi galilejskich, otoczonych oliwkami i figami, do wykutych w skale grobowców i studzien. Odczuwał przyrodę i chciał żyć śród niej. Dwór królewski wydał mu się miejscem zbytku, gdzie ludziom tylko o to chodzi, aby przywdziewać kosztowne szaty[135]. W jego przepięknych przypowieściach, pełnych poetycznych nieprawdopodobieństw, przebija zupełna nieznajomość świata arystokratycznego; na królów i możnych patrzy oczami naiwnego wieśniaka[136].

A bez porównania mniej przystępne były dla niego nowe idee filozofii greckiej, tak dziś cenione przez każdą szkołę filozoficzną, których główną zasługą było obalenie odwiecznego mniemania, że w rękach bogów spoczywa rząd świata. Na sto lat przed nim Lukrecyusz wykazał w zdumiewający sposób niezmienność ogólnego porządku w przyrodzie. Wszystkie wyższe szkoły, opierające się na filozofii greckiej, obalały wiarę w cudowność, uczyły, że wszelkiemi zjawiskami świata kierują odwieczne prawa i że żadna istota boska nie miesza się do tego. Prawdopodobnie idee te przyjęły się także w Babilonii i Persyi. O tych postępach myśli ludzkiej Jezus nie wiedział poprostu nic. Choć się urodził w wieku nauki pozytywnej, tonął całą duszą w cudowności. A tej cudowności Żydzi łaknęli wtedy tak, jak nigdy. Nawet Filon Aleksandryjski, który żył przecież w samem środowisku ówczesnego ruchu umysłowego, posiada wiedzę lichą i czczą.

Pod tym względem Jezus niczem się nie różnił od swych rodaków. Wierzył w dyabła, którego sobie wyobrażał jako ducha złego[137]; mniemał wraz z całym ówczesnym światem, że choroby nerwowe pochodzą od opętania przez demony. Zjawiska nadprzyrodzone nie były dla niego czemś nadzwyczajnem, czemś wyjątkowem, ale przeciwnie, czemś całkiem zwykłem, prostem i naturalnem. Skoro człowiek zapozna się z naukami doświadczalnemi, przestaje wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone; ale nie znając fizyki i nie operując podobnemi pojęciami, musi wierzyć, że wskutek jego modłów pada deszcz lub nastaje pogoda, że można chorych cudownie uzdrawiać a nawet wskrzeszać umarłych; cud nie jest właściwie dla niego cudem, mniema bowiem, że każde zjawisko świata tego jest niedostrzegalnym aktem wolnej woli Boga. Z tego stanowiska Jezus nie schodził nigdy. Wszelako wyobrażenia te przybierały w jego duszy całkiem inny charakter, niż w duszach prostactwa. Tłum dzięki takim wyobrażeniom stał się naiwnie łatwowiernym, słuchał głosu pierwszego lepszego szarlatana. Jezus poprzestał na tem, iż wierzył w obcowanie z Bogiem i w nadzwyczajną potęgę człowieka obdarzonego silną wiarą; ten piękny błąd stał się rzeczywiście źródłem jego własnej siły; bo aczkolwiek dzisiejszy profesor chemii lub fizyki nazwie go umysłem naiwnym, to jednak zaprzeczyć się nie da, że nikt przed nim ani po nim nie wywarł takiego wpływu na ludzi, jak on.

Rozwinął się w nim bardzo wcześnie charakter oryginalny. Legenda głosi, że już jako dziecko oparł się powadze ojca i z drogi utartej podążył za głosem swego powołania[138]. Nie ulega wątpliwości, że mało dbał o węzły rodzinne. Do swoich bliskich wielkiego przywiązania nie czuł[139], nieraz był nawet dla nich szorstki[140]. Wzorem wszystkich ludzi, pochłoniętych przez jasną ideę, nie cenił związków krwi. Za »bliskich« uważał tylko ludzi jednej z nim myśli. »Oto matka moja, oto bracia moi« rzekł razu pewnego, wskazując na swych uczniów; »albowiem ktoby uczynił wolę ojca mojego, który jest w niebiesiech, ten jest bratem moim, i siostrą, i matką!« Prości ludzie nie rozumieli tego; pewnego dnia jakaś niewiasta zawołała, ujrzawszy go: »Błogosławiony żywot, który ciebie wydał i pierś, która cię wykarmiła!« Na to odpowiedział jej Jezus[141]: »Raczej błogosławieni są, którzy słuchają słowa bożego i strzegą go!« Niebawem obaczymy, że zbuntuje się jeszcze bardziej przeciw naturze, że podepce wszystko, co człowiek zwykł cenić, pokrewieństwo, miłość, ojczyznę a całą duszę swoją i całe serce swoje zwróci wyłącznie ku idei, która według niego była objawem bezwzględnej prawdy i bezwzględnego dobra.


ROZDZIAŁ IV.
Idee środowiska, z którego wyszedł Jezus.

Równie jak w zakrzepłej ziemi trudno odnaleść ślady pierwotnych zjawisk stworzenia, gdyż zagasły ognie, które ją przenikały, tak samo trudno dziś zbadać dokładnie ową epokę przewrotu, która rozstrzygnęła losy ludzkości, wszelkie zaś wnioski i objaśnienia historyków będą zawsze posiadały jakieś braki. Jezus żył w czasach, kiedy na arenę dziejową występowało się otwarcie a na szalę losu rzucało się wszystko. Każdy wielki charakter pieczętował swą działalność śmiercią. Dla takich czynów potrzeba wolności; a wolności tej nie było, porywy tłumiono za pomocą krwawych represalii. Dziś człowiek mało waży i mało zdobywa. Ale w epoce bohaterskiej ważył wszystko i zdobywał wszystko. Źli i dobrzy — a przynajmniej ci, którzy się za takich uważali — stawali naprzeciwko siebie jak dwie zbrojne armie. Do apoteozy szło się przez szafot. Charaktery bohaterów ryją się w pamięć wieków jako wieczyste wzory. Prócz wielkiej rewolucyi francuskiej żadna epoka dziejów ludzkich nie wytworzyła takiego środowiska, jak epoka Jezusa, które byłoby zdolne dobyć z piersi człowieczej tyle siły utajonej; taka siła występuje tylko w dniach wielkich gorączkowych dążeń i wielkich niebezpieczeństw.

Gdyby rządzenie światem było zagadnieniem spekulacyi filozoficznej a największy filozof istotą właściwą do powiedzenia ludziom, w co wierzyć mają, to owe etyczne i dogmatyczne kanony, które zwiemy religią, byłyby tylko owocem rozmyślań w ciszy i spokoju. Ale niestety tak nie jest. Z wyjątkiem wielkiego Sakya-Muni wszyscy twórcy religii metafizykami nie byli. Nawet ów buddyzm, narodzony z czystej myśli, zawojował połowę Azyi tylko za pomocą czynników politycznych i moralnych. W religiach semickich pierwiastek filozoficzny zajmuje bardzo mało miejsca. Mojżesz i Mahomet nie byli filozofami, ale ludźmi czynu. Panują nad ludzkością, ponieważ zdołali swych ziomków zagrzać do czynu. I Jezus również nie był ani teologiem, ani filozofem o mniej lub więcej doskonałym systemacie. Kto chciał zostać jego uczniem, ten nie potrzebował podpisać się pod jakąś formułką, lub uczynić jakieś wyznanie wiary: wystarczało, że szedł śladem mistrza i kochał go. Jezus nigdy nie prowadził dysput o Bogu, gdyż czuł go bezpośrednio w sobie. To nie Jezus stworzył ową podwodną rafę metafizycznego mędrkowania, o którą uderzyła nawa chrześciaństwa na początku III wieku. Nie dogmat, nie systemat filozoficzny był potęgą Jezusa, ale jego indywidualność o tak silnej woli, że złamała inne i do dnia dzisiejszego włada sumieniami ludzkiemi.

Od niewoli babilońskiej aż do średnich wieków naród żydowski znajdował się ciągle w sytuacyi naprężonej. Dlatego wszyscy rzecznicy myśli tego narodu śród owego długiego okresu piszą ciągle w stanie jakiegoś gorączkowego podniecenia, wznoszą się albo nad rozum ludzki, albo spadają niżej, nigdy jednak nie stąpając po jego poziomie. I nigdy może człowiek z większą, niemal rozpaczliwą odwagą, nie rzucał się do rozwiązywania zagadki swej przyszłości, swego przeznaczenia. Myśliciele żydowscy uważali dobro swego narodu za swoje własne; oni byli pierwsi z pomiędzy tych, którzy, budując teorye społeczne, mieli na oku całą ludzkość. Grecya, zatopiona w sobie, zajęta wyłącznie swemi wewnętrznemi sprawami, które jedno miasto uzbrajały przeciw drugiemu, doczekała się znakomitych dziejopisów; ale ci przed epoką rzymską nie zdobyli się na zasadę historyozoficzną, obejmującą całą ludzkość. Natomiast Żyd wskutek daru jakiegoś proroctwa, sięgającego w przyszłość i odgadującego jej znamienne rysy, historyę zlał w jedno z religią. Może dar ten zawdzięczał on po części wpływom perskim? Persya bowiem mniemała od niepamiętnych czasów, że dzieje wszechświatowe to szereg ewolucyjnych uwarstwień, szereg epok, że każdą taką epokę rozpoczyna jakiś prorok, będący jej twórcą. Każdy prorok miał swój »hazar«, t. j. okres tysiącletniego panowania (chiliazm) a każdy taki okres obejmował wszystkie zdarzenia, które miały przygotować ludzkość do nastania państwa Ormuzda; okresy te przypominają także owe miliony wieków, na czele których miał stać każdy oddzielny Budda indyjski. A gdy się czasy wypełnią po ostatniem tysiącoleciu, nastanie zupełny raj na ziemi. Ludzie osiągną najwyższe szczęście, ziemia będzie im padołem doskonałości, wszystkie ludy będą mówiły jednym językiem, nastanie dla wszystkich jedno prawo, jedno państwo. Ale taki stan rzeczy poprzedzą okropne nieszczęścia. Dahak, szatan perski, zerwie swe pęta i rzuci się na ziemię. Wtedy zjawi się dwóch proroków, którzy ludzkość pocieszą i przygotują do przyszłych zdarzeń[142]. Takie idee obiegały świat, dotarły nawet do Rzymu, gdzie wywołały szereg poematów proroczych, szerzących wiarę w podział historyi świata na epoki, w zupełne odrodzenie ludzkości i powrót złotego wieku[143]. Księga Daniela, Henocha, oraz niektóre księgi sybillińskie[144], są wyrazem żydowskiego poglądu na te marzenia. Wątpić należy, aby tak myślał ogół. Z początku tylko imaginacye wyjątkowe zapalały się do tych idei, oraz umysły, ulegające łatwo wpływom obcych doktryn. Ograniczony i suchy umysł autora ksiąg Estery nigdy nie mówi o świecie inaczej, tylko z najwyższą pogardą i nieżyczliwością[145]. Rozczarowany epikurejczyk, twórca księgi Kaznodzieja Salomonowy, do tego stopnia nie zajmuje się przyszłością, że nawet nie dba o los własnych dzieci; według tego celibataryusza-egoisty szczytem mądrości żyć z pełnego[146]. Wszelako w każdym narodzie rzeczy wielkich dokonywa mniejszość. Mimo całego szeregu cech ujemnych, jak bezwzględność, egoizm, szyderstwo, okrucieństwo, małoduszność, mędrkowanie i sofistyka — naród żydowski był twórcą dążeń najpiękniejszych i najbardziej bezinteresownych, jakie dzieje kiedykolwiek widziały i zapamiętały. Opozycya staje się zawsze chwałą swego narodu. W pewnych okolicznościach największymi śród danego narodu są ci, których ów naród skazuje na śmierć. Sokrates opromienił nieśmiertelną sławą Ateny, które mniemały, że właśnie on czyha na ich zgubę. Spinoza był największym Żydem czasów nowożytnych i właśnie synagoga wyklęła go. Jezus stał się chlubą swego ludu i właśnie lud ten go ukrzyżował.

Od wieków olbrzymie marzenie ożywiało naród żydowski i odmładzało wciąż schnący jego pień. Grecy, stworzywszy teoryę o nieśmiertelności duszy, wierzyli w nagrodę osobistą; Żydzi, nic o tem nie wiedząc, całe uczucie swoje i wszystkie nadzieje złożyli na ołtarzu przyszłości narodowej. Wierzyli, że Bóg obiecał im przyszłość nieograniczoną; a ponieważ począwszy od IX wieku przed naszą erą gwałt coraz bardziej rządził światem i coraz bardziej ograniczał dążenia Żydów, przeto wpadali na najdziwaczniejsze pomysły, aby te rażące sprzeczności ze sobą pogodzić. Gdy przed niewolą babilońską cała doczesna przyszłość narodu została zagrożona przez odłączenie się pokoleń północnych, Żydzi marzą o odrodzeniu potęgi domu Dawidowego, marzą o pojednaniu ze zwaśnionemi pokoleniami, wreszcie o pokonaniu bałwochwalstwa przez teokracyę i kult Jehowy. A w epoce niewoli występuje wieszcz, pełen niesłychanego uroku, widzi chwałę jakiegoś przyszłego Jeruzalem, panującego nad licznymi ludami i nad odległemi wyspami, i przedstawia to panowanie w barwach tak łagodnych, iż możnaby mniemać, że przez dal sześciu wieków Jezus użyczył mu blasku swej duszy i swej dobroci[147]. Zdawało się przez jakiś czas, że zwycięstwo Cyrusa spełniło wszystkie wymarzone nadzieje ludu. Surowi uczniowie Awesty i wyznawcy Jehowy uważali się za braci. Persya, pozbywszy się wielorakich »Dewasów«, którzy się zamienili w demonów (Diwów), doprowadziła starą wyobraźnię aryjską, pogrążoną przeważnie w naturalizmie, do pewnego rodzaju monoteizmu. Proroczy ton nauk krainy irańskiej przypomina pod niejednym względem pisma Ozeasza i Izajasza. Izrael odetchnął pod Achemenidami[148] a pod Kserksesem (Aswerus) zatrwożył nawet Irańczyków. Ale tryumfalne wtargnięcie do Azyi cywilizacyi greckiej i rzymskiej strąciło Izraela znowu w otchłań marzeń. Coraz donośniej wzywa on Mesyasza, aby się zjawił dla sądu i pomsty nad ludami. Oczekuje teraz zupełnego przeobrażenia świata, rewolucyi, mającej wstrząsnąć podwalinami ziemi i ugasić palące pragnienie zemsty, wynikłe z poczucia swej wyższości a widoku swego poniżenia[149].

Gdyby Żydzi wierzyli w spirytualizm, według którego człowiek posiada duszę i ciało, więc dusza, rzecz prosta, żyje dalej, choć ciało w proch się obróci, wybuch owej wściekłości i owego protestu nie miałby podstawy. Ale spirytualizm był wynikiem filozofii greckiej i nie tkwił bynajmniej w tradycyach żydowskich. Starożytne pisma hebrajskie nie wspominają nic o przyszłych nagrodach lub karach. Dopóki pokolenia poszczególne żyły z sobą w zgodzie, nie zajmowano się myślą o sprawiedliwym podziale nagród według zasługi. Gdy przeto nastały wieki bezbożności, człowiek sprawiedliwy znalazł się w bardzo niekorzystnem położeniu; musiał cierpieć za winy niepopełnione, dźwigać brzemię nieszczęścia, które spadło na niego za nieprawość ogółu. Tego rodzaju poglądy, które Żydzi odziedziczyli jeszcze po patryarchach, prowadziły do coraz większych sprzeczności. Już za czasów Hioba poglądy te były silnie zachwiane; starcy Temanu, którzy je szerzyli, nie stali na wysokości swego wieku, a młodzieńczy Elihu, który się pojawia, aby je zwalczyć, zaraz na wstępie poczyna sobie dość rewolucyjnie, wołając: mądrość przestała być udziałem starców[150]. Z chwilą, gdy wskutek wystąpienia Aleksandra wytworzyły się nowe zawikłania, stare zasady temańskie i mozaistyczne stały się jeszcze nieznośniejszemi[151]. Izrael był nieskończenie wierny Zakonowi a przecież uległ prześladowaniu Antyocha. Jeden tylko mówca, powtarzający bezmyślnie stare frazesy, odważył się głosić, że całe nieszczęście ludu pochodzi stąd, iż przestał być wiernym Zakonowi[152]. Jakto? Cały szereg poległych w obronie wiary, owi bohaterscy Machabeusze, ta matka poświęcająca siedmiu synów, tych miał Jehowa zapomnieć na wieki i oddać wytępieniu i mogile?[153]. Saduceusz, niedowiarek i światowiec, mógł może nie ustraszyć się podobnych wywodów; jakiś tak doskonały mędrzec, jak Antigones z Soko[154] mógł był głosić, że cnoty nie uprawia się dla nagrody, inaczej byłoby się niewolnikiem, który wyciąga rękę po zapłatę, że właśnie należy być cnotliwym bez oglądania się na to, czy się otrzyma nagrodę, czy nie. Ale ogółu, ale tłumu, nie mogła podobna filozofia zadowolnić. Zwolennicy teoryi filozoficznej o nieśmiertelności duszy wyobrażali sobie, że sprawiedliwy żyje dalej w pamięci Boga i w pełnem chwały wspomnieniu ludzkiem, sądząc bezbożnych, którzy go prześladowali[155]. »Żyją w obliczu Boga... Bóg zna ich«[156] — oto cała nagroda. Inni natomiast, zwłaszcza Faryzeusze, przyjęli dogmat o zmartwychwstaniu[157]. Sprawiedliwi ożyją, aby wziąć udział w królestwie Mesyaszowem. Zmartwychwstaną ich ciała, posiędą świat, w którym będą królami i sędziami: oglądać będą tryumf swych zasad a poniżenie swych wrogów.

U Izraela wieków najdawniejszych odnajdujemy bardzo niewyraźne ślady tego podstawowego dogmatu. Saduceusz, który go nie uznawał, uchodził za zupełnie prawowiernego; faryzeuszów, wyznawców nauki o zmartwychwstaniu, uważano za nowatorów. Ale w dziedzinie religii wszelka nowość wypływa z gorliwości; stronnictwo fanatyków stawia tezę i wyciąga z niej wszystkie konsekwencye. Nauka o zmartwychwstaniu, tak różniąca się od nauki o nieśmiertelności duszy była całkiem naturalnym wynikiem nauk poprzednich i położenia ogólnego, w jakiem się lud znalazł. Może zresztą i tu ujawnił się wpływ Persyi[158]. W każdym razie tworzy ona łącznie z wiarą w przyjście Mesyasza i wiarą w odrodzenie świata owe teorye apokaliptyczne, które, nie wytworzywszy właściwie żadnego artykułu wiary (zdaje się, że ortodeksyjny Synhedrion Jerozolimy nie przyjął ich), trafiały do każdego umysłu i ogarnęły cały świat żydowski. Owóż ten zupełny brak granic, jakie zakreśla dogmat, sprawił, że zmieszały się ze sobą pojęcia zasadniczo sprzeczne. Niebawem sprawiedliwy pocznie oczekiwać zmartwychwstania[159], będzie wierzył, iż zaraz po śmierci dostanie się na łono Abrahama[160]. Raz jest mowa o zmartwychwstaniu wszystkich[161], to znowu tylko o zmartwychwstaniu sprawiedliwych[162]. Jedni głoszą, że ziemia się odrodzi i nastanie nowe Jeruzalem; natomiast inni, że przedtem świat cały zostanie zniszczony.

Taki stan umysłów panował w Palestynie, kiedy Jezus wystąpił na widownię publiczną. Nie było szkoły, któraby krzewiła te idee; unosiły się one w powietrzu, napływając do duszy Jezusa od lat najwcześniejszych. Naszych wątpliwości i wahań nie znał on zupełnie. Na szczycie góry Nazaret, gdzie człowiek współczesny nie może się oprzeć niespokojnym dumaniom o swym losie zawodnym, spoczywał on z pewnością kilkadziesiąt razy, wolny od wszelkich zwątpień. Źródłem naszego smutku jest egoizm, który każe nam dociekać z goryczą, jaką korzyść odniesiemy z cnót naszych po za grobem; Jezus tego nie znał, on był oddany tylko swemu dziełu, swemu ludowi, ludzkości... Owe góry, to morze niebieskie, te przeczyste błękity, to płaskowzgórze gubiące się za widnokręgiem, wszystko to nie było dla niego wizyą duszy, nękanej przez melancholię a pytającej natury o swoje przeznaczenie, ale określonym symbolem, ale przejrzystym cieniem świata niewidzialnego, nowego nieba.

Do zdarzeń politycznych swego czasu nie przywiązywał wagi i prawdopodobnie też niewiele o nich wiedział. Dynastya Herodów żyła dla niego w świecie tak odrębnym, że niezawodnie znał ją tylko z nazwiska. Herod Wielki schodzi ze świata niemal w roku jego narodzin, pozostawiając po sobie niezatarte ślady działalności, pomniki, zmuszając najbardziej uprzedzonych do porównania jego panowania z panowaniem Salomona, choć dzieła te nie były wykończone i nikt ich wykończyć nie mógł. Ambitny światowiec, błąkający się wciąż w labiryncie zatargów religijnych, posiadał ów chytry Idumejczyk tę przewagę, jaką nad zapalonymi fanatykami daje zimna krew, pozbawiona uprzedzeń moralnych. Jego idea państwa żydowskiego, jak podobne projekty Salomona, choćby nawet nie była na owe czasy politycznym anachronizmem, byłaby się i tak rozbiła o sam charakter narodu żydowskiego. Jego trzej synowie zostali tylko rzymskimi namiestnikami o stanowiskach mniej więcej radżów indyjskich pod panowaniem Anglików. Antipater lub Antipas, tetrarcha Galilei i Perei, do którego poddanych Jezus zaliczał się przez całe życie, człowiek leniwy, książę bez władzy[163], był ulubieńcem i pochlebcą Tyberyusza[164]; a Herodiada[165], druga jego żona, wywierała na niego wpływ nieraz bardzo ujemny. Filip, tetrarcha ziemi Gaulonickiej i Batanejskiej, kędy Jezus nieraz podróżował, był władcą o wiele lepszym[166]. Archelausa, etnarchy Jerozolimskiego, Jezus znać nie mógł. Miał bowiem najwyżej lat dziesięć, kiedy ten człowiek bez charakteru, słaby a nieraz gwałtowny, został przez Oktawiana Augusta pozbawiony władzy[167]. Tym sposobem Judea, złączona z Samaryą i Idumeą, stała się właściwie cząstką prowincyi syryjskiej, którą rządził legat cezara, wpływowy konsul, senator Publius Sulpicius Quirinus[168]. Wszyscy namiestnicy jerozolimscy jak Componius, Marcus Ambivius, Annius Rufus, Valerius Gratus i wreszcie około r. 26 naszej ery Pontius Pilatus, musieli we wszelkich ważniejszych sprawach zwracać się do legata, władającego Syryą; pod ich stopami wciąż budził się wulkan, który chcieli ugasić[169].

Przez cały ten okres Jerozolima jest widownią ciągłych rozruchów, wzniecanych przez fanatyków religijnych[170]. Przywódca tych rozruchów szedł zawsze na śmierć; ale szedł z całym zapałem, ilekroć był rzecznikiem nienaruszalności Zakonu. Dla zagorzałych fanatyków, nie dbających o życie, powód do wzniecenia zamieszek zawsze się znalazł; więc zrywano orły rzymskie, burzono gmachy i pomniki, stawiane przez Heroda, w szczególności te, które obrażały uczucia wiernych, domagano się usunięcia tablic pamiątkowych, fundowanych przez prokuratorów a posiadających napisy treści bałwochwalczej[171]. Silne stronnictwo przewrotu stworzyli dwaj uwielbiani przez lud uczeni w piśmie, Juda, syn Saryfeusza, oraz Mateusz, Syn Margalota; nawet śmierć obu przywódców nie zdołała stronnictwa tego wytępić[172]. Podobny ruch ogarnął Samarytanów[173].

Zakon prawdopodobnie nie miał nigdy żarliwszych obrońców jak w chwili, gdy już żył ten, który potęgą swego geniuszu i swej wielkiej duszy miał go znieść. Pojawiają się »Zeloci« (Kenaim) czyli »Sykariowie«, religijni mordercy, którzy uważają sobie za obowiązek zabić każdego, kto w ich oczach naruszy Zakon[174]. Rzecznicy innej myśli, Taumaturgowie, uważani niemal za istoty boskie, zyskują wiarę u ludu, którego dusza rwie się w zaświatowość, nadprzyrodzoność i boskość[175].

Większy wpływ wywarł na Jezusa ruch, wywołany przez Judasza Gaulonitę, zwanego także Galilejskim. Ludom podbitym przez Rzymian najbardziej dolegał census[176]. Środek ten, który zawsze zadziwia ludy, nieprzywykłe do płacenia podatków na rzecz centralnej władzy administracyjnej, oburzał Żydów. Już za czasów Daniela szacunek podatkowy wywołał gwałtowne protesty i skargi proroków[177]. Census był podstawą opodatkowania; tymczasem samo płacenie podatków graniczyło wedle pojęć teokratycznych niemal z bezbożnością. Jedynym panem człowieka jest Bóg; dziesięcina, składana na rzecz jakiegoś ziemskiego władcy, równało tego władcę z Bogiem. I na tym właśnie punkcie teokracya żydowska, dla której pojęcia państwowe były zupełnie nieprzystępne, doszła do swych ostatecznych konsekwencyj, do negacyi wszelkich urządzeń społecznych i wszelkiej władzy. Pieniądz, spoczywający w skarbcu publicznym, uchodzi za pieniądz skradziony[178]. Zarządzany przez Quirinusa w 6 r. naszej ery spis ludności, wywołał wielkie wrzenie w umysłach. W prowincyach północnych wybuchły zamieszki. Niejaki Judas z miasteczka Gamala, położonego na wschodnim brzegu jeziora Tyberyadzkiego, oraz Faryzeusz imieniem Sadok, wystąpiwszy razem przeciw płaceniu podatków, stworzyli stronnictwo, które niebawem podniosło otwarty bunt[179]. Stronnictwo to głosiło, że nikomu niewolno nazywać się »Panem«, gdyż tytuł ten przysługuje wyłącznie Bogu, że wolność powinna być droższa człowiekowi niż życie. Nie ulega wątpliwości, że ów Judasz miał jeszcze szereg innych tez w zanadrzu, które jednak Józef Flaviusz osłania milczeniem, aby nie obnażyć zanadto swych współwyznawców i nie przedstawić ich w świetle mniej korzystnem; nie można bowiem zrozumieć, czemu dla takich ogólników zalicza go do rzędu filozofów narodowych i za twórcę niemal czwartej sekty, równej sektom Faryzeuszów, Saduceuszów i Esejczyków. Judasz mógł rzeczywiście stać na czele jakiejś sekty galilejskiej przejętej ideą mesyanistyczną, która następnie rzuciła się w wir działań politycznych. Prokurator Coponius stłumił wprawdzie powstanie Gaulonity; ale stronnictwo jego nie wyginęło, miało nawet i potem jeszcze przywódców. Syn Judasza, Menahem, oraz Eleazar, krewniak, prowadzą dzieło dalej, a podczas ostatnich walk Żydów z Rzymianami[180] są nawet bardzo czynni. Może Jezus znał owego Judasza, pojmującego żydowską rewolucyę tak odmiennie od niego? Ludzi tego obozu znał na pewno, znał także ich zasady; może więc umyślnie dla przeciwdziałania zasadzie państwowej wygłosił zdanie: oddaj Bogu, co Boga a Cesarzowi, co Cesarza[181]. Jezus, obdarzony prawdziwą mądrością, skorzystał z błędu swego przeciwnika, marzył bowiem o innem królestwie i o innem zbawieniu.

Tym sposobem Galilea stała się olbrzymim tyglem, w którym się stapiały najróżnorodniejsze żywioły[182]. Skutkiem tych agitacyj wyrodziła się niesłychana pogarda życia a raczej wprost pragnienie śmierci[183]. Tam, gdzie fanatyzm dźwiga masy do wielkiego ruchu, głos doświadczenia nie ma posłuchu. W czasie pierwszego zaboru Algeryi przez Francuzów rok rocznie pojawiali się prorocy, którzy głosili, że Bóg zesłał ich na ziemię, aby wytępili niewiernych; głosili również, że ciało ich nie może być zranione; już następnej wiosny lud zapominał o ich śmierci i obdarzał tą samą wiarą ich następców. Władza rzymska, skądinąd bardzo bezwzględna, z jednej strony uciskała wprawdzie lud, ale z drugiej strony dawała mu też dużo swobody. Gdy szło o ujarzmienie jakiegoś narodu, owa brutalna potęga nie cofała się przed żadnym środkiem; ale swoją drogą nie posiadała tej okropnej podejrzliwości, jaka cechuje ludzi, stojących na straży dogmatu. Władza rzymska pozwalała na wszystko aż do chwili, w której mniemała, iż należy jej wystąpić z inicyatywą. W tułaczem życiu Jezusa nigdy nie zachodzi mu drogi żadna policya. Galilea tem stała wyżej od Jerozolimy, że kwitła w niej istotnie wolność; była tem szczęśliwszą od stolicy palestyńskiej, że Faryzeusze jeszcze się bardzo po niej nie krzątali. Rewolucya, albo powiedzmy lepiej Mesyanizm, zaprzątał wszystkie głowy. Zdawało się ludziom, iż stoją w przededniu wielkich zmian; pismo, wykładane w najdziwaczniejszy sposób, podsycało najszaleńsze nadzieje. W każdym wersecie prostych słów tekstu dopatrywano się potwierdzenia, albo wprost programu przyszłego królestwa, mającego dać pokój ludziom dobrej woli i ufundować na wieki wieków dzieło boże na ziemi.

Ów rozłam na dwa stronnictwa przeciwne sobie duchem i wszystkimi interesami był zawsze dla ludu żydowskiego płodny w skutki. Każdy naród, który mniema, iż jest powołany do wielkich przeznaczeń, musi tworzyć zamknięty w sobie świat o dwóch biegunach. W Grecyi widzimy Ateny i Spartę, dwa miasta rozdzielone niewielką przestrzenią; dla powierzchownego badacza są to antypody, ale w rzeczywistości były to tylko dwie siostry-rywalki, z których jedna nie mogła się obejść bez drugiej. To samo działo się w Judei. Północ nie posiadała tej świetności, jaka była udziałem Jerozolimy, ale była zato bardziej ruchliwa; stamtąd wychodził zawsze żywy czyn ludu. W Jerozolimie brakło poczucia natury, osiadła na duszach ludzkich posępność; cokolwiek tam powstało, miało mimo wielkości charakter ponury, odstręczający. Jerozolima nie byłaby nigdy podbiła świata za pomocą swych pyszałkowatych uczonych, niesmacznych teologów, ponurych i obłudnych dewotów. Północ obdarzyła ludzkość naiwną Sulamitką, pokorną niewiastą z Kany galilejskiej, namiętną Magdaleną, dobrodusznym Józefem wychowawcą i dziewiczą Maryą. Północ zrodziła Chrześciaństwo; Jerozolima była prawdziwą ojczyzną skostniałego judaizmu, sformułowanego przez Faryzeuszów, utwierdzonego przez Talmud, który przeżył wieki średnie i żyje jeszcze dziś.

Urocza przyroda wytworzyła tam ducha mniej surowego, albo, jeżeli można tak powiedzieć, ducha monoteistycznego, który wszystkie marzenia Galilei owiał nastrojem cudnej idylli. Okolice Jerozolimy są może najsmutniejszym zakątkiem świata. Galilea natomiast była krainą zieleni, cieniów, uśmiechniętych pól, była prawdziwą ojczyzną Pieśni nad Pieśniami i Hymnów Umiłowanego[184]. W ciągu marca i kwietnia kraina ta zamienia się w przepyszny kobierzec kwiatów o niezrównanym blasku i różnorodności barw. Zwierzęta nie są rosłe, ale zarazem dziwnie niepłochliwe. Śliczne, wartkie gołębie, niebieskie kosy, tak lekkie, że pod ich ciężarem nie ugina się źdźbło trawy, czubate skowronki, które siadają niemal u nóg pielgrzyma, rzeczne żółwie o żywych, łagodnych oczach, poważne bociany, nie lękają się człowieka, garną się niemal do niego. W żadnym kraju góry nie przedstawiają linij tak harmonijnych i nie budzą myśli równie podniosłych. Zdaje się, że Jezus szczególnie był do nich przywiązany. Najwznioślejsze zdarzenia jego boskiego zaiste życia miały miejsce na szczytach gór; tu bywał najbardziej uniesiony duchem[185]; tu porozumiewał się tajemniczo ze starymi prorokami; tu przemieniał się na oczach swoich uczniów[186].

Ten piękny kraj, doprowadzony do ruiny przez Islam, który życie ludzkie pogrążył w okropnej nędzy, ten uroczy kraj, dziś napełniający pielgrzyma lękiem, zachował jednak to, czego żadna ręka zniszczyć nie może, zachował melancholię, wdzięk, który za dni Jezusa przejmował duszę wiosną i weselem. Galilejczycy uchodzili za ludzi energicznych, dzielnych i pracowitych[187].

Z wyjątkiem Tyberyady, zbudowanej przez Antypasa około r. 15 na cześć Tyberyusza i to w stylu rzymskim[188], Galilea nie posiadała miast większych. Kraj był jednak dość gęsto zaludniony, posiadał liczne miasteczka i rozległe osady; każdy szmat ziemi był starannie uprawiony[189]. Z dzisiejszej ruiny tego kraju bije jeszcze życie owego pilnego ludu rolników, nie zamiłowanego w sztukach pięknych, nie dbającego o przepych, obojętnego na piękno formy, owego ludu czystych idealistów. Były to przepyszne okolice, zroszone wodami, bogate w owoce; osady ginęły w cieniu winogradu i drzew figowych, ogrody były pełne cytryn, granatów i pomarańcz[190]. Wino, wnioskując z gatunków, które dziś Żydzi wytłaczają w Sofet, było znakomite a pito go wiele[191]. To życie pełne zadowolenia, którego potrzeby można było tak łatwo zaspokoić, nie zrodziło grubego materyalizmu naszego chłopa, ani brutalnej rubaszności żyznej Normandii, lub ociężałej wesołości Flamandczyka. Życie uduchowniło się tutaj, zapełniło eterycznemi marzeniami, zostało owiane poetycznym mistycyzmem, zbliżając ziemię z niebem. Niechaj surowy Jan Chrzciciel pędzi żywot w pustynnej Judei, niech tam wzywa do pokuty, niechaj wciąż gromi, otoczony szarańczą i szakalami! Dlaczegóż mieliby towarzysze Oblubieńca zachowywać posty, póki ów Oblubieniec był pośród nich? Niechaj radość będzie udziałem królestwa bożego. Nie jest że ona siostrzycą prostoty serca i dobrej a nakłonnej woli?

Zaranie Chrześciaństwa — to najpiękniejsza idylla. Radosna postać Mesyasza, którego na uroczystość zaprasza weselnica i dobroduszny Zacheusz, chrześciaństwo jako orszak ślubny — oto na co zdobyła się Galilea, jaką stworzyła zasadę, jaki nastrój. Grecya dała prześliczny obraz życia za pomocą rzeźby i poezyi, ale obraz ten nie posiada głębszej perspektywy. W Galilei niema marmurów, niema kunsztmistrzów, niema sztuki pozującej. Wzamian zato Galilea dała wyobraźni ludzkiej wzniosły ideał; idylla zamieni się niebawem w widownię, na której będą się rozgrywały losy całej ludzkości, a nad tą widownią będzie się unosiła, niby słońce sprowadzone na ziemię, myśl o królestwie bożem.

W tem podniosłem otoczeniu żył i rozwijał się Jezus. Za dni swego dzieciństwa pielgrzymował rokrocznie na święta do Jerozolimy[192]. Pielgrzymki te były dla Żydów prowincyonalnych okresem miłych nad wyraz uroczystości. Przy śpiewie psalmów, wielbiących szczęśliwość duchową, ciągnęły całe rodziny[193] wiosną przez dni wiele wzgórzami i dolinami, marząc o świetności Jerozolimy, odczuwając już dreszcz, który przejmuje na widok świętych miejsc, gdzie wszystkich połączy jeden uścisk braterskiej miłości[194]. Jezusowi, jak i dzisiejszym pątnikom, wypadała zazwyczaj droga przez Gineę i Sychem[195]. Od tej miejscowości do Jerozolimy wędrówka jest bardzo uciążliwa. Ale znużonego ducha podtrzymuje widok na Silo i Betel, dwie miejscowości czczone od wieków, które pielgrzym mija w pochodzie. Ostatni etap to Ain-el-Haramieh[196], miejsce pełne uroku i melancholii, a kto tu zostaje na nocleg, doznaje takich wrażeń, jakich mu inne okolice nie dadzą. Oto wąska i posępna dolina, otoczona skałami, w których wykute są grobowce; z tych skał bije czarna woda. To prawdopodobnie owa słynna »Dolina Łez«, zwana także doliną »Ciekących Wód«, którą opiewa wspaniały psalm LXXXIV[197]. Następnego dnia rankiem dochodzi się już do Jerozolimy; więc ostatni nocleg ożywia pielgrzymią karawanę nadzieją pięknego jutra, skraca wieczór rozmową a potem zsyła na powieki sen miły a lekki.

Te pielgrzymki, śród których między ludem następowała wymiana myśli, śród których rozbłyskały różne szczytne idee, zbliżały Jezusa do tłumów, i one to niezawodnie napełniły go odrazą do oficyalnych przedstawicieli narodu żydowskiego. Mniemają niektórzy, że mistrzynią jego była pustynia, na której miał przebywać dość długo[198]. Ale Bóg, którego tam napotkał, nie był jego Bogiem. To był najwyżej Bóg Hioba, surowy i groźny nie dający posłuchu nikomu. Na tej pustyni miał go nawiedzać szatan, aby go kusił. Wracając do ukochanej Galilei, odnajdywał znowu swego niebieskiego Ojca, tam, śród zieleniejących wzgórzy, śród kryształowych źródeł, śród roju dziatwy i zastępu niewiast, które z radością w duszy i anielską pieśnią na ustach oczekiwały wybawienia ludu Izraelskiego.



ROZDZIAŁ V.
Pierwsze aforyzmy Jezusa. — Jego idee o Bogu-Ojcu i o czystej religii. — Pierwsi uczniowie.

Gdy Jezus wystąpił na widownię publiczną, Józef już nie żył. Marya stanęła więc niejako na czele rodziny; z tego też powodu zwano Jezusa »synem Maryi«[199], którem to określeniem odróżniano go od wielu jego imienników. Zdaje się, że Marya, czując się po śmierci męża w Nazarecie osamotnioną, przeniosła się do Kany[200], skąd może pochodziła. Było to miasteczko nieduże, oddalone od Nazaretu o dwie lub dwie i pół mili a położone u spadu gór, które się wznoszą na północnym krańcu równiny Azoszysz (dziś El-Buttot). Okolica jest tam może mniej piękna, ale zato horyzont się otwiera i oko sięgnąć może od gór Nazaretu aż do malowniczych wzgórzy Seforis. Jezus mieszkał prawdopodobnie w Kanie przez jakiś czas. Może tu spędził część lat młodzieńczych, może tu patrzano ze zdumieniem na pierwsze jego czyny[201].

Uprawiał rzemiosło swego ojca, który był cieślą[202]. Nie było to bynajmniej zajęcie poniżające. Według zwyczajów żydowskich człowiek poświęcony pracy umysłowej musiał prócz tego wyuczyć się jakiegoś rzemiosła. Najznakomitsi uczeni byli rzemieślnikami[203]; inteligentny Paweł wyrabiał namioty[204]. Jezus pozostał w stanie bezżennym. Całą potęgę swej miłości tchnął w to, co uważał za wyłączne swoje powołanie. Mimo wyjątkowej troskliwości, jaką otaczał kobiety[205], żył tylko dla swojej idei. Jak Franciszek z Assyżu lub Franciszek Salezy, zwał siostrami te kobiety, które poświęciły się jego sprawie; miał także swoją świętą Klarę jak Franciszek z Chantal. Może była do niego bardziej przywiązana, niż do sprawy? Prawdopodobnie bardziej był kochany, niż sam kochał. Ale jak się to często zdarza u ludzi o duszy podniosłej, wszystkie popędy serca zamieniły się u niego na nieskończoną łagodność, nieokreśloną poezyę i niezwykły urok. Swobodne i zażyłe obcowanie z kobietami wątpliwej moralności da się wytłómaczyć tem, iż pragnął wszystkie bardziej rwące się natury zdobyć dla sprawy Boga-Ojca[206].

Jakie myśli ożywiały Jezusa w tym ciemnym dla nas okresie jego życia? Od czego rozpoczął swoją misyę? Nie wiemy. Życiorys jego doszedł nas w stanie chaotycznym a fakty nie zostały chronologicznie ugrupowane. Ale wielkie idee rozwijają się wszędzie jednakowo; potężna indywidualność Jezusa podlegała tedy prawdopodobnie tym prawom ogólnym. Szczytne myśli o Bogu, których nie zaczerpnął z judaizmu a które aż do najdrobniejszego szczegółu były oryginalnym wytworem jego wielkiej duszy, stanowiły główną jego siłę. Ale tu winniśmy zapomnieć o naszych wyobrażeniach, z któremi zżyliśmy się od dziecka, winniśmy się pozbyć całego naszego sposobu pojmowania i tłómaczenia podobnych faktów. Aby zrozumieć pobożność Jezusa, należy usunąć to wszystko, co się wdarło pomiędzy nas a ewangielie. Deizm i panteizm to dwa przeciwne bieguny teologii. Śród płytkiej sofistyki scholastyków, oschłości duszy takiego Kartezyusza, ateizmu XVIII wieku, zmalał w naszej wyobraźni Bóg a współczesny racyonalizm zabił w nas wszelkie uczucie dla niego. Jeżeli Bóg jest rzeczywiście jakąś istotą samoistną, to człowiek, który mniema, iż staje do niego w jakimś bliższym stosunku, jest »jasnowidzącym«; a skoro według fizyki i fizyologii wszelkie wizye są złudzeniami, przeto konsekwentny deista nie może w żaden sposób zrozumieć dawnych wielkich artykułów wiary. Panteizm, nie uznający Boga osobowego, jest również bardzo oddalony od wiary w Boga »żywego« starożytnych religij. Czy ludzie tacy, jak Sakya-Muni, Platon, Paweł, Franciszek z Assyżu lub św. Augustyn, którzy głęboko wniknęli w istotę Boga, byli deistami, czy panteistami? Takie pytanie nie miałoby sensu. Im nie potrzeba było na podstawie fizyki lub metafizyki dowodzić istności Boga. Oni go poprostu czuli w sobie. — W owej wielkiej rodzinie prawdziwych »synów bożych« pierwsze miejsce zajmuje Jezus. On nie miewał wizyi; Bóg nie przemawiał do niego z zewnątrz; Bóg był w nim; Bóg i on, to było jedno; co głosił o Ojcu, płynęło z głębi jego serca. Istniał tedy niejako w łonie Boga; nie widzi go, lecz słyszy, i nie potrzeba mu do tego ani gromu, ani gorejącego krzaka Mojżeszowego, nie potrzeba mu burzy objawienia, przeciągającej nad głową Hioba, nie potrzeba mu wyroczni, do której udawali się mędrcy starożytnej Hellady, ani Demona Sokratesowego, ani anioła Gabriela, nawiedzającego Mahometa. I również były mu niepotrzebne fantastyczne wizye jakiejś św. Teresy. Wyobrażenia te są czemś całkiem innem od szału religijnego takiego sufi, który się uważał za równego Bogu. Jezus nigdy siebie za Boga nie podawał. Twierdził tylko, że jest Bożym synem, że jest istotą mu bliską. Było to najszczytniejsze uczucie, na jakie się kiedykolwiek zdobyła pierś ludzka.

Łatwo tedy zrozumieć, że Jezus, którego fundamentalną cechą było uczucie, nie pogrąży się w spekulacyi filozoficznej jak Sakya-Muni. Teologię scholastyczną od ewangielii oddziela przepaść[207]. Spekulacya greckich ojców kościoła nad istotą bożą wypłynęła z całkiem innego źródła. Teologia Jezusa zasadzała się tylko na tem, iż pojmował Boga jako Ojca. Nie uważał tego za jakąś teoryę, za mniej lub więcej uzasadnioną naukę, którą krzewiłby śród ludzi. Nie występował nigdy wobec uczniów z rozumowanymi wywodami[208]; nie żądał od nich filozoficznego skupienia. Ani też nie wpajał im żadnych tez — wpajał im tylko — siebie samego. Najszczytniejsze charaktery, ludzie najbardziej bezinteresownego poświęcenia, są nieraz ambitni, drażliwi, myślą o sobie, co się w szczególności stosuje do kobiet[209]. Przeświadczenie, że pełni są Boga, doprowadza ich do tego, że się ustawicznie innym narzucają; obce jest takim ludziom nasze tolerancyjne poszanowanie cudzego zdania, która to tolerancyjność świadczy poniekąd o naszej bezsile. Ale owej wygórowanej indywidualności nie można nazwać egoizmem; ludzie ci, przejęci wielkością swej idei, poświęcili życie dla sprawy; oni i sprawa to jedno. Kto w czynach ich widzi tylko chęć dogodzenia swej fantazyi, nazwie to dumą; ale kto zważy rezultaty, nazwie to palcem bożym. Szaleniec i prorok schodzą się na jednym gruncie; lecz pierwszy z nich ustępuje z widowni bez echa. Jak dotąd przynajmniej szaleństwo nie wywarło nigdy wpływu decydującego na dzieje ludzkie.

Do tego szczytnego uświadomienia Jezus, jak się zdaje, nie doszedł odrazu. Natomiast jest wysoce prawdopodobne, że od samego początku stosunek swój do Boga przedstawiał sobie jako stosunek syna do ojca. Pod tym względem zajmuje on w dziejach stanowisko wyjątkowe; tego rasie[210] swojej nie zawdzięcza. Teologia, budująca religię na miłości, była niedostępna zarówno dla Żyda jak i Muzułmanina. Bóg Jezusa nie jest owym groźnym Panem, który zabija, gdy mu się tak podoba, albo zbawia, gdy tego chce. Bóg Jezusa jest dla nas Ojcem. Pojmiemy go, gdy będziemy powolni temu wewnętrznemu szeptowi, który w nas mówi: »ojcze!«[211] I nie jest to despota, ani Bóg narodowy, który, zaopiekowawszy się Izraelem, będzie go popierał na niekorzyść innych ludów. To jest Bóg całej Ludzkości. Jezus nie był patryotą w rodzaju Machabeuszów, ani teokratą jak Judasz Gaulonita. Wzbił się wysoko nad przesądy swego ludu i dał nam pojęcie Wszechojca. Gaulonita głosił, iż lepiej jest umrzeć, niż nazwać »Panem« kogoś jeszcze prócz Boga; Jezus nazwę tę pozostawia temu, kto się na nią połakomi — dla Boga ma nazwę inną, bardziej wzniosłą. Złożywszy pełen ironii hołd możnym tego świata, których uważał za przedstawicieli gwałtu i przemocy, dał sercom jedyną prawdziwą pociechę, ucieczkę do ojca, który w niebiesiech jest dla każdego, dał królestwo boże, które każdy może mieć w sercu swojem.

To określenie »królestwo boże« albo »niebo«[212] było ulubionem wyrażeniem Jezusa; tłómaczyło cały przewrót, jakiego chciał w świecie dokonać[213]. Określenie to, jak i wogóle cały język mesyanistyczny, pochodzi z księgi Daniela. Według mniemania twórcy tej nadzwyczajnej księgi miało nastąpić po czterech ziemskich królestwach, skazanych na zagładę, królestwo piąte, królestwo świętych, królestwo wieczyste[214]. Rozumie się, że to »królestwo boże« na ziemi tłómaczono sobie w sposób bardzo rozmaity. Teologowie żydowscy widzieli w niem poprostu panowanie judaizmu, kult »Jedynego«, żarliwą wiarę, pobożność[215]. Jezus w ostatnim okresie swego życia mniemał, że to królestwo boże wskutek nagłego odrodzenia świata ziści się rzeczywiście na ziemi. Ale nie było to bezwarunkowo jego ideą pierwotną[216]. Przedziwna zasada moralna, którą wysnuł z pojęcia o Bogu Ojcu, nie polegała na entuzyastycznem wierzeniu w bliski koniec świata i w konieczność przygotowania się przez ascezę do tak chimerycznej katastrofy; nie, ona była raczej zasadą świata, który żył i żyć chciał. »Królestwo boże jest z wami«, odpowiadał tym, którzy się koniecznie domagali jakiegoś »znaku«[217]. Wiara w realizacyę tego królestwa była przemijającym błędem, na który śmierć jego niechaj rzuci zasłonę! Jezus jako twórca prawdziwego królestwa bożego, królestwa cichych i maluczkich, to Jezus owych pierwszych, niczem nie zamąconych dni[218], kiedy głos »ojca« rozbrzmiewał w jego duszy. Wtedy rzeczywiście przez kilka miesięcy a może przez rok Bóg zamieszkał na ziemi. Głos młodego cieśli odezwał się nagle z niesłychaną słodyczą. Nieopisany urok bił z całej jego postaci, a najbliżsi poznać go nie mogli[219]. Nie miał jeszcze wtedy uczniów, ci zaś, co go otaczali, nie stanowili ani sekty, ani szkoły. Ale już ożywiał ich jeden duch, który przenikał do głębi i wywoływał dziwnie szlachetny nastrój. Jego ujmujący charakter i niewątpliwie pociągająca postać[220], na co niekiedy zdobywa się rasa żydowska, owiały go czarem, któremu poprostu nikt z pomiędzy tej ludności dobrodusznej i dziecięcej oprzeć się nie mógł.

I zaiste nastałby raj na ziemi, gdyby idee młodego mistrza nie były znacznie przerosły średniej miary człowieczej dobroci; do tych wyżyn ludzkość, jak dotąd przynajmniej, nigdy wznieść się nie mogła. W przedziwny sposób nastąpiło rozwinięcie zasady zbratania się ludzi, synowstwa bożego i wynikających z tego konsekwencyi. Rabini owych czasów nie ujmowali swych zasad w długie traktaty; tak samo Jezus zamknął całą swoją naukę w aforyzmach krótkich, dosadnych, niekiedy zagadkowych a co do formy dziwacznych[221]. Niektóre z nich pochodzą z ksiąg Starego Zakonu. Inne natomiast zawierają myśli nowszych mędrców, zwłaszcza Antygonesa z Soko, Jezusa syna Syrachowego, Hillela, któreto aforyzmy Jezus znał nie wskutek mozolnych studyów, ale dlatego, że żyły one jako przysłowia na ustach ludu. Synagoga posiadała bogaty zbiór znakomitych maksym, stanowiących odrębną literaturę przysłów[222]. Jezus przyswoił sobie prawie wszystkie, ale ożywił je wyższym duchem[223]. Odrzucając wiele z tego, co nakazywał Zakon i tradycya, żądał doskonałości. Wszystkie cnoty jako to: pokora, przebaczanie win, miłosierność, poświęcenie i surowość względem siebie samego — cnoty słusznie zwane chrześciańskiemi, jeżeli przez to określenie chciano wyrazić, że ich rzeczywiście Chrystus uczył — kiełkowały już w jego pierwszych przemówieniach. Co do sprawiedliwości, to zadowolnił się starą zasadą, która brzmiała: czego nie chcesz, aby tobie czyniono, nie czyń innym[224]. Ale i tę dawną, bądź co bądź egoistyczną mądrość, posunął dalej. Doprowadził ją aż do przesady:

»Ktoby cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugiego. I temu, który się z tobą chce prawować a suknię twoją wziąć, puść mu i płaszcz[225].

»Jeśli cię oko twoje prawe gorszy, wyłup je a zarzuć od siebie«[226].

»Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was mają w nienawiści i módlcie się za tych, którzy was prześladują«[227].

»Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni[228]. Odpuszczajcie a będzie wam odpuszczone«[229]. Bądźcie miłosierni jako i ojciec wasz miłosierny jest[230]. Szczęśliwsza rzecz jest dawać aniżeli brać«[231].

»A ktoby się wywyższał, będzie poniżony«[232].

Do nauki szerzonej przez synagogę o jałmużnie, dobroczynności, zgodności, zupełnej bezinteresowności uczuć, nie dodał wiele[233]. Tylko wprowadził do tych nakazów moralnych ton pełen namaszczenia, skutkiem czego brzmiały istotnie jak coś nowego. Etyka nie polega na zdaniach więcej lub mniej pięknie ułożonych. Nakaz miłości, owiany poezyą, a więc drogi duszy, działa inaczej, niż jakiś suchy, rozumowy przepis. Przeto zdania, które Jezus wyjął z pism starego Zakonu, z Pirke Aboth lub Talmudu, nabierają w ewangieliach całkiem innego znaczenia. Świata nie podbił ani Stary Zakon, ani Talmud. Aczkolwiek ewangielie nie zawierają myśli całkiem oryginalnych, jeżeli się pod tem rozumie, że można owe myśli przeważnie zawsze odnaleść u starszych pisarzy, to zawarta w nich etyka jest mimo to najszczytniejszem dziełem ludzkiego uświadomienia i najpiękniejszym kodeksem doskonałego życia, na jaki moraliści kiedykolwiek się zdobyli.

Nie występował przeciw Zakonowi Mojżeszowemu; ale widział wszystkie jego braki i dawał to innym do zrozumienia. Powtarzał często, że trzeba iść dalej, niż starzy mędrcy[234]. Potępił każde ostrzejsze słowo[235], występował przeciw rozwodowi[236], przeciw przysiędze[237], ganił mściwość[238], lichwę[239], samo pożądanie uważał już za cudzołóstwo[240]. Żądał, aby ludzie odpuszczali sobie wszelkie urazy[241]. Przy uzasadnianiu wszystkich nakazów moralnych występuje u niego zawsze jeden i ten sam motyw: »Abyście byli synami ojca waszego, który jest w niebiesiech; bo on to czyni, że słońce jego wschodzi na złe i na dobre. Jeśli miłujecie te, którzy was miłują, jakąż zapłatę macie? azaż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście tylko bracię waszę pozdrawiali, cóż osobliwego czynicie? azaż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonałymi, jako i ojciec wasz, który jest w niebiesiech, doskonały jest«[242].

W dalszej konsekwencyi wypłynął z tych zasad czysty kult, religia bez kapłanów, oparta tylko na serdecznem uczuciu, na naśladowaniu Boga[243], na sumieniu, w które wgląda ojciec niebieski. I tu nie cofnął się Jezus przed myślą, że postępując tak, burzy jak rewolucyonista podstawy urządzeń żydowskich. Zali potrzeba pośredników pomiędzy człowiekiem a jego niebieskim ojcem? Bóg patrzy tylko w serce ludzkie — naco tedy owe ceremonie oczyszczania, które dotyczą tylko ciała?[244] Nawet święta tradycya żydowska nie miała dla niego żadnego znaczenia w porównaniu z czystem uczuciem[245]. Oburzały go w najwyższym stopniu akty fałszywej dewocyi: hypokryzya Faryzeuszów, którzy w czasie modlitwy odwracali głowy, aby się przekonać, czy lud ich widzi i podziwia; rozgłośne dawanie jałmużny, aby zwrócić uwagę na swą hojność; noszenie specyalnych szat, po których możnaby rozeznać nabożnisia itd. itd. »Zaprawdę powiadam wam« mawiał, »otrzymali zapłatę swoję; ale ty, gdy czynisz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica, aby jałmużna twoja była w skrytości, a ojciec twój, który widzi w skrytości, ten ci jawnie odda[246]. A gdy się modlisz, nie bądź jako obłudnicy; albowiem się oni radzi w bóżnicach i na rogach ulic stojąc modlą, aby byli widziani od ludzi; zaprawdę powiadam wam, iż odbierają zapłatę swoję. Ale ty, gdy się modlisz, wnijdź do komory twojej, a zawarłszy drzwi módl się ojcu swemu, który jest w skrytości; a ojciec twój, który widzi w skrytości, oddać jawnie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jako Poganie; albowiem oni mniemają, że dla swojej wielomówności wysłuchani będą. Wie ojciec wasz, czego potrzebujecie, pierwej niżbyście wy go prosili[247]

Z zewnętrznych oznak ascezy nie wziął nic, wystarczyło mu modlić się a raczej rozmyślać na górach, lub miejscach samotnych, kędy zawsze człowiek szukał Boga[248]. To szczytne pojęcie stosunku człowieka do Boga, na które tak mało wogóle umysłów zdobyć się mogło, ujął w krótką modlitwę, którą odtąd wpajał swoim uczniom[249]:

»Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech, święć się imię twoje; przyjdź królestwo twoje; bądź wola twoja jako i w niebie tak i na ziemi; chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom; i nie wwódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego[250]«. Główny nacisk kładł na to, że ojciec niebieski wie lepiej, niż my, czego nam potrzeba, i że ludzie właściwie obrażają Boga, prosząc go o coś ściśle określonego[251].

Te zasady wysnuł Jezus tylko konsekwentnie ze starej nauki judaizmu, którą jednak przodujące klasy żydowskie świadomie spaczyły. Modlitwa Greka i Rzymianina była zawsze tyradą egoistyczną. Kapłan pogański nie rzekł nigdy człowiekowi wierzącemu: »A tak jeślibyś ofiarował dar twój na ołtarzu, a tambyś wspomniał, iż brat twój ma co przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a odejdź, pierwej się pojednaj z bratem twoim, a potem przyszedłszy, ofiaruj dar twój«[252]. Prorocy Starego Zakonu, zwłaszcza zaś Izajasz, byli jedynymi ludźmi, którzy, nie znając kapłanów, orzekli, jak powinien kult wyrazić stosunek człowieka do Boga. »Cóż mi po mnóstwie ofiar waszych? Jużem syty całopalenia baranów i łoju tłustego bydła; kadzenie jest mi obrzydłością; uroczystych świąt waszych nienawidzi dusza moja; bo ręce wasze krwi są pełne. Omyjcie się, przestańcie źle czynić, uczcie się czynić dobrze, szukajcie sprawiedliwości, a potem przyjdźcie«[253]. W czasach ostatnich kilku doktorów żydowskich jak Szymon Sprawiedliwy[254], Jezus syn Syracha[255], Hillel[256], byli bliscy prawdy, że podstawą Zakonu może być tylko sprawiedliwość. W świecie żydowsko-egipskim Filon doszedł prawie równocześnie z Jezusem do niezmiernie szczytnego pojęcia świętości etycznej, co wiodło w prostej linii do odrzucenia uznanego ceremoniału[257]. Szemaja i Abtalion występują również jako bardzo wolnomyślni kazuiści[258].

Wkrótce potem rabin Johanan stawił wyżej dobroczynność nad znajomość Zakonu[259]. Ale dopiero Jezus pojął rzecz właściwie. Nie miał w sobie nic z kapłana, nienawidził form, które gubią wszelką religijność, dając jej pozornie materyalną podstawę. I to jedyny powód, że poszliśmy za nim, że staliśmy się jego naśladowcami. Dzięki temu na wieki całe założył on kamień węgielny pod prawdziwą religię. Teraz dopiero owa religia, najistotniejsza cząstka ludzkości, zasługuje na miano religii boskiej. Idea bezwzględnie nowa, idea kultu opartego na czystości serca i na wszechbraterstwie, zrodziła się dzięki niemu dla świata, idea tak podniosła, że kościół chrześciański, odstępując od tych tendencyj, popełnił formalną zdradę, w naszych zaś czasach mało jest ludzi, zdolnych przejąć się podobną nauką.

Ogromne poczucie przyrody dostarczyło mu w każdym wypadku szeregu wyrazistych obrazów. Z aforyzmów jego bije dusza. Innym razem mowy jego posiadają żywość gwary gminnej. »Jakoż rzeczesz bratu twemu: dopuść, iż wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twojem. Obłudniku! wyjmij pierwej belkę z oka twego, tedy przejrzysz, abyś wyjął źdźbło z oka brata twego.«[260]

Te nauki, które zdawna już przepełniały serce młodego mistrza, zgromadziły dokoła niego kilku zwolenników. Sekty były w duchu czasu; była to epoka Essejczyków i Terapeutów. Liczni rabini mieli swoje szkoły, jak Szemaja, Abtalion, Hillel, Szamaj, Judasz Gaulonita etc., z których to nauk powstał Talmud[261]. Pisano mało; ówcześni uczeni żydowscy nie układali książek; wszystko polegało na ustnym wykładzie i na rozmowie; nadawano temu formę jak najprostszą[262]. A więc nie był to żaden moment znamienny, gdy młody cieśla z Nazaretu wystąpił na widownię publiczną głosząc maksymy, które przeważnie były już rozpowszechnione a jednak dzięki jego interpretacyi miały przekształcić świat. Był to zatem tylko jeszcze jeden rabbi (wprawdzie ze wszystkich najsympatyczniejszy), dokoła którego skupiało się kilku młodzieńców, pragnących go słyszeć i razem z nim rozmyślać. Uwagi ludzkiej niepodobna za jednym zamachem zwrócić na siebie. Nie było jeszcze wtedy chrześcian; ale prawdziwe chrześciaństwo zostało już założone a nigdy zaiste nie było piękniejsze, jak właśnie wtedy. Do tej pierwotnej budowy Jezus nie dodał już nic trwałego. Co mówię! Do pewnego stopnia on sam potem skazi nieco tę budowę; bez ofiar nikt nie przeprowadzi żadnej idei a z walki o  nią nikt bez ran nie wychodzi.

Nie wystarcza pojmować dobro, trzeba to pojęcie zaszczepić ludziom. A do tego mniej się nadają środki godziwe. Nie ulega kwestyi, że gdyby cała ewangielia składała się tylko z kilku rozdziałów Mateusza i Łukasza, byłaby doskonalsza i nie dawałaby teraz powodu do tylu zarzutów; ale czyżby Jezus zdołał nawrócić świat bez cudów? Gdyby był umarł w tej chwili życia swego, nad którą się obecnie zastanawiamy, nie byłoby w jego działalności wszystkiego tego, co nas razi; urósłby wprawdzie w oczach Boga, ale zmalał w oczach ludzi; zginąłby śród tłumu pierwszorzędnych umysłów, o których przecie żadna wieść nas nie doszła; ludzkość nie poznałaby prawdy i nie odniosłaby korzyści z tej jego wyższości moralnej, która zawdzięczał Ojcu. Aforyzmy Jezusa syna Syrachowego i Hillela są prawie niemal tak szczytne, jak aforyzmy Jezusa. Tymczasem nikt nie będzie uważał Hillela za założyciela chrześciaństwa. W moralności, jak w sztuce, wszystko polega nie na słowie, ale na czynie. O wielkości Rafaela nie stanowi myśl, zawarta w jego obrazie, ale sam obraz. Nieinaczej rzecz się ma w dziedzinie moralności; prawda zyskuje wagę dopiero wtedy, gdy znajdzie wyraz w uczuciu, gdy objawi się w czynie. Ludzie bardzo przeciętnej wartości moralnej wygłosili nader szczytne zdania. Tymczasem ludzie bardzo cnotliwi wielokrotnie nie uczynili nic dla tradycyi cnoty śród ludzkości. A więc palma pierwszeństwa należy się temu, który był silny słowem i czynem, który dobro odczuwał i zapewnił mu tryumf za cenę swojej krwi. Z tych dwóch względów Jezus w historyi świata nie może być z nikim porównany; sława jego nie zblaknie nigdy, przeciwnie, będzie zdobywała wciąż nowe promienie.



ROZDZIAŁ VI.
Jan Chrzciciel. — Pielgrzymka Jezusa do Jana i pobyt w puszczy Judejskiej. — Jan chrzci Jezusa.

W tym czasie pojawia się człowiek niezwykły, z powodu braku źródeł historycznych dość zagadkowy, z którym Jezus wchodzi w stosunki. Była to ważna chwila w życiu młodego proroka z Nazaretu i mogła była nawet wpłynąć na zmianę kierunku jego drogi; ale skończyło się tylko na pewnych uzupełnieniach jego nauki, zarazem zaś wpłynęło to na podniesienie autorytetu Jezusa w oczach jego uczniów, gdyż odtąd uczniowie ci poczynają go śród pewnych warstw ludności żydowskiej ogłaszać jako Mistrza.

Około r. 28 naszej ery (a r. 15 panowania Tyberyusza) stał się głośnym w całej Palestynie niejaki Johanan, czyli Jan, młody asceta, charakteru zapalczywego i namiętnego. Pochodził z rodu kapłańskiego[263] a urodził się albo w miejscowości Jutta około Hebronu, albo w samym Hebronie[264]. Hebron, sławne miasto patryarchów, położone tuż obok puszczy Judejskiej a o dwie godziny drogi od wielkiej pustyni arabskiej, było naonczas, jak i dziś, siedzibą najbardziej fanatycznego ducha semickiego. Jan uchodził od dziecka za Nazira, to znaczy człowieka, ślubującego wstrzemięźliwość[265]. Puszcza, której był niejako pełen, pociągała go od lat najmłodszych[266]. Tu żył jak indyjski jogis, chodził w skórach lub włosiennicy a żywił się szarańczą i dzikim miodem[267]. Otaczało go kilku uczniów, żyjących jak on i rozmyślających nad jego surowemi słowami. Możnaby go wziąć za jakąś postać z nad brzegów Gangesu, gdyby nie pewne rysy charakterystyczne, które zdradzały w tym pustelniku ostatniego potomka wielkich proroków Izraela.

Odkąd naród żydowski począł z pewną rozpaczą rozmyślać nad swojem przeznaczeniem, wyobraźnia ludu zwracała się coraz częściej do starych proroków. Ale najpotężniejszą postacią dawnej przeszłości, która żyła w pamięci ludu jak sen niespokojnej nocy, był Eliasz. Ten olbrzym pomiędzy prorokami, który usunął się pomiędzy posępne góry Karmelu, gdzie krył się jak dziki zwierz po jaskiniach i tylko od czasu do czasu jak piorun spadał w doliny, by jakiegoś króla zdetronizować a drugiego na tron wprowadzić, w wyobraźni ludu stał się z czasem istotą nadprzyrodzoną, która mogła się pojawiać lub znikać, nie tknięta przez śmierć. Wierzono powszechnie, że Eliasz wróci i podźwignie naród Izraelski z upadku[268]. Surowy jego żywot i okropne wspomnienia, jakie po sobie pozostawił a które dziś jeszcze na wschodzie żyją, postać ponura, która dziś jeszcze przejmuje dreszczem[269], ta zawarta w jednym człowieku mitologia zemsty i grozy, wywierała potężny wpływ na umysły, wyciskając charakterystyczne piętno na wszystkich czynach ludu. Kto chciał odegrać jakąś rolę, musiał naśladować Eliasza, a ponieważ pustelnictwo było główną jego cechą, przeto oddawna przyzwyczajono się nazywać pustelnika »mężem bożym«. Wyobrażano sobie, że wszyscy świątobliwi mężowie spędzali m³żywot na pokucie i pustelnictwie[270]; przeto udanie się na puszczę było niezbędnym warunkiem wszelkiej misyi a zarazem wstępnym do niej krokiem.

Nie ulega wątpliwości, że i Jan go naśladował[271]. Judeę ogarniała coraz bardziej myśl o pustelnictwie, idea zresztą przeciwna naturze żydów, nie mająca nic wspólnego z ślubami Nazirów i Rechabitów. Essejczycy czyli Terapeuci mieszkali niedaleko ojczystych stron Jana, t. j. na wschodnim brzegu Morza Martwego[272]. Przełożonych tej sekty uważano za pustelników, którzy utworzyli reguły i instytucye, podobne klasztorom. Nauczyciele młodzieży bywali także nieraz anachoretami[273], przypominającymi bramińskich guru[274]. Czy nie czuć tu istotnie wpływu indyjskich muni? Może wędrowni mnisi indyjscy — którzy roznosili naukę swoją po świecie, jak potem pierwsi Franciszkanie, nawracając ludzi nie wymową, bo nie znali ich języka, ale szlachetnym sposobem życia — zwrócili swe kroki do Judei, jak niezawodnie ongi do Syryi i Babilonii[275]? Tego nie wiemy. Babilonia stała się od pewnego czasu ogniskiem Buddyzmu; Budasp (Bodisattwa) miał rozgłos chaldejskiego mędrca i założyciela sabizmu. Ale cóż to był sabizm? Jak wskazuje etymologia, słowo to oznaczało chrzest[276], właściwie chrzest wielokrotny; sabizm tedy był prototypem dziś jeszcze istniejącej sekty, której członkowie zwą się »chrześcianami św. Jana« czyli Mendaitami a których Arabowie nazywają el-Mogtasila, »chrzczeńcy«[277]. Trudno bardzo zoryentować się śród tej gmatwaniny analogii. Wahające się między judaizmem, chrześciaństwem, anabaptyzmem i sabizmem sekty, żyjące w I w. w okolicy zajordanowej[278], przedstawiają dla krytyki istny chaos. Wszelako można przypuszczać, że niektóre praktyki Jana i Esejczyków[279], oraz wogóle ówczesnych przodowników ducha żydowskiego, pochodziły z głębi Azyi. To natomiast, co Jana głównie wyróżniało i nadało mu przydomek, pochodziło z Dolnej Chaldei; z tego powstała przecież osobna religia, która dotrwała do naszych czasów.

Był to chrzest, polegający na oblewaniu lub na całkowitem zanurzeniu się w wodzie. Ablucye były u Żydów tak samo rozpowszechnione, jak na całym Wschodzie[280]. Esejczycy nadali im specyalne znaczenie[281]. Chrzest stał się ceremonią przyłączenia prozelity do religii żydowskiej, a więc aktem wyświęcenia[282]. Ale aż do Jana Chrzciciela nie czyniono tego w tem znaczeniu i w tej formie. Jan obrał sobie za teren działalności część puszczy judejskiej w pobliżu Morza Martwego[283]. Ilekroć miał chrzcić, udawał się nad Jordan[284], do Betanii lub Betabary[285], więc na stronę wschodnią, prawdopodobnie wprost Jerychonu, albo też do miejscowości zwanej Enon, czyli »Źródła«[286], w pobliżu Salim, gdzie wody nie brakło[287]. Tam przybywały do niego tłumy, zwłaszcza z pokolenia Judy, i dawały się chrzcić[288]. W ten sposób Jan w ciągu kilku miesięcy stał się jedną z najbardziej wpływowych osobistości, z którą każdy liczyć się musiał.

Lud uważał go za proroka[289]; wielu mniemało, że to Eliasz, który powrócił na ziemię[290]. Wiara w takie powroty była dość rozpowszechniona[291]; głoszono, że Bóg wskrzesi z martwych kilku starożytnych proroków i da ich Izraelowi za wodzów, aby prowadzili lud do celów ostatecznych[268]. Inni poczytywali znowu Jana za Mesyasza, aczkolwiek on sam nigdy tego o sobie nie twierdził[292]. Kapłani i uczeni w piśmie, którzy owej idei o  wskrzeszeniu proroków nie wyznawali, gardzili nim. Ale popularność Jana zmuszała ich do milczenia[293]. Było to zwycięstwo, które uczucie ludu odniosło nad arystokratyzmem kapłanów. Ilekroć żądano od kapłanów, aby wypowiedzieli jasno, co myślą o Janie, byli zawsze bardzo zakłopotani[294].

Zresztą Jan uważał chrzest tylko za symbol przygotowania umysłów do wielkich zdarzeń; chciał tą ceremonią podziałać na uczucie. Nie ulega kwestyi, że był na wskroś przejęty ideą mesyanistyczną i że cała jego działalność głównie na tej idei się opierała. »Czyńcie pokutę — wołał — albowiem królestwo boże bliskie jest!«[295]. Obwieszczał, że niebawem nastanie »gniew wielki«, to znaczy: przerażające katastrofy[296]; mówił, że siekiera już przyłożona do pnia i że drzewo zostanie rzucone niebawem w ogień. Przedstawiał Mesyasza, jako gospodarza z łopatą w ręce, zgarniającego ziarno i palącego plewy. Za pomocą pokuty, której symbolem był chrzest, jałmużnictwa, naprawy obyczajów, chciał przygotować ludzi do wielkich zdarzeń[297]. Nie wiemy, co rozumiał pod owemi wielkiemi zdarzeniami. W każdym razie występował przeciwko tym samym warstwom, przeciwko którym występował Jezus, więc przeciw bogatym kapłanom, Faryzeuszom, uczonym w piśmie, jednem słowem przeciw oficyalnym głowom judaizmu; a tak samo jak Jezus opierał się głównie na maluczkich i wzgardzonych[298]. Nazwie »Synowie Abrahama« odbierał wszelkie znaczenie[299], twierdząc, że Bóg mógłby synów Abrahama wzbudzić z kamieni przydrożnych. Zdaje się, że nie przeszła mu nawet przez głowę idea, która stanowiła tryumf Jezusa; ale idei tej oddał ogromną usługę, gdyż ceremonie, których dotąd mogli dokonywać tylko kapłani, powierzył ludziom świeckim; w podobny sposób przodowali Reformacyi w wiekach średnich biczownicy, odbierając klerowi monopol udzielania sakramentów i odpuszczania grzechów. Ton jego mów był silny a surowy. Względem przeciwników używał słów najgwałtowniejszych[300]. Było to poprostu ustawiczne i dość brutalne strofowanie. Prawdopodobnie mieszał się także do polityki. Historyk Józef Flaviusz, który go znał przez swego nauczyciela Banu, mówi o tem pod pewnemi obsłonkami[301], a śmierć Jana stała prawdopodobnie ze sprawami politycznemi w ścisłym związku. Uczniowie jego wiedli także żywot surowy[302], pościli często, byli bardzo posępni. Niekiedy świta w ich umysłach myśl o  wspólnem posiadaniu, myśl, że bogaci powinni podzielić się swemi majętnościami z ubogimi[303]. Przez ubogich rozumieli przedewszystkiem tych, którzy mieli korzystać z dobrodziejstw królestwa bożego.

Aczkolwiek Jan występował głównie w Judei, ale imię jego obiegło całą Galileę i dotarło do Jezusa, który dzięki pierwszym swoim mowom zgromadził dokoła siebie nieliczną gromadkę słuchaczy. Mało jeszcze wówczas znany i przejęty prawdopodobnie życzeniem bliższego poznania się z tym, który głosił podobne jak on zasady, opuścił Galileę i udał się do Jana z szczupłym zastępem swych uczniów[304]. Nowoprzybyli dali się ochrzcić na wzór innych. Jan przyjął gromadkę uczniów galilejskich bardzo przychylnie i nie miał im za złe, że w dalszym ciągu stanowili grupę odrębną. Obaj mistrze byli jeszcze bardzo młodzi; przejęci jedną myślą pokochali się i zachowywali się względem siebie niezmiernie uprzedzająco. Ze strony Jana wydaje się to dziwnem i możnaby niemal powątpiewać o autentyczności tego podania. Pokora nie była nigdy rysem znamiennym silnej duszy semickiej. Charakter tak popędliwy nie znosi obok siebie nikogo. Wypływa to jednak z fałszywych relacyi co do osobistości Jana. Przedstawiają go jako starca a tymczasem był on co do lat rówieśnikiem Jezusa[305], a więc według ówczesnych pojęć bardzo młodym człowiekiem. Nie mógł tedy traktować Jezusa jak syna, ale raczej jak brata. Dwaj tego rodzaju młodzi entuzyaści, których ożywiała jedna myśl, jedna miłość i nienawiść, jedna nadzieja, mogli się byli połączyć i wzajemnie wspierać. Stary mistrz czułby się niezawodnie głęboko urażonym, gdyby przyszedł do niego człowiek młody, nieznany i zechciał przy nim zachować stanowisko niezależne; nie znamy wypadku, aby stary kierownik szkoły przyjął życzliwie tego, który miał zostać jego następcą. Tylko młodość jest zdolna do całkowitego zaparcia się siebie; możemy przeto przypuścić, że Jan przyjął Jezusa bez uprzedzeń, skoro poznał w nim człowieka idei pokrewnej. Na podstawie tych dobrych stosunków pomiędzy obu nauczycielami ewangieliści stworzyli istny systemat, opierając całą wiarę w boską misyę Jezusa na świadectwie Jana. Był on tak wielką powagą, że świadectwo, pochodzące z jego ust, uznano za najważniejsze. Ale Jan nie myślał jeszcze ustępować z widowni; dlatego Jezus, przekonawszy się naocznie o jego wpływie, uznał go za wyższego od siebie i bardzo nieśmiało odsłaniał przy nim genialne swoje myśli.

Zdaje się, że Jezus mimo całej swojej oryginalności był przynajmniej przez kilka tygodni naśladowcą Jana. Przyszłość jego ginęła jeszcze w mroku. Robił zresztą nieraz ustępstwa dla opinii publicznej, przyznając niejedno tylko dlatego, że lud to otaczał czcią, chociaż leżało to po za sferą jego myśli i niewiele go obchodziło; dodatki te nie szkodziły zasadzie głównej i były zawsze utrzymane od niej w zależności. Dzięki Janowi chrzest zyskał wielkie uznanie; więc Jezus sądził, że powinien robić to, co Jan: chrzcił sam, chrzcili także jego uczniowie[306]. Prawdopodobnie wygłaszali przy tej sposobności kazania na wzór Jana. Więc cały Jordan pokrył się chrzcicielami, których mowy wywierały wpływ większy lub mniejszy. Niebawem uczeń zrównał się z mistrzem; dobijano się o chrzest z rąk jego. W uczniach Jana zbudziło to zazdrość[307]. Uskarżali się przed swoim mistrzem, że młody Galilejczyk zyskuje coraz większy rozgłos i że niebawem u niego wszyscy chrzcić się będą, a nie u Jana. Ale obaj mistrze byli wyżsi nad podobne małostki. Zresztą powaga Jana była jeszcze tak wielka, że Jezus, mało wówczas znany, nie chciał z pewnością mierzyć się z nim pod tym względem. Pragnął tylko urosnąć w cieniu Janowym; dla zdobycia zaś wiary u tłumów używał tych samych sposobów i środków, których z takiem powodzeniem używał Jan. Gdy po uwięzieniu Jana zaczął przemawiać, pierwsze słowa, jakie legenda włożyła mu w usta, były powtórzeniem zwykłych słów Chrzciciela[308]. W późniejszych jego mowach znalazło się także dużo wyrażeń Jana[309]. Zdaje się, że przez długi czas obie te szkoły utrzymywały ze sobą dobre stosunki[310], a gdy potem Jana zaskoczyła śmierć, Jezus, jako najbliższy mu, pierwszy się o tem dowiedział[311].

Jan w swej działalności proroczej natknął się niebawem na poważne przeszkody. Na wzór starych proroków żydowskich był on w najwyższym stopniu wrogiem istniejących potęg świeckich[312]. Uderzał w nie tak gwałtownie, że musiała nastąpić katastrofa. Zdaje się, że w Judei Piłat pozostawił go w spokoju; ale za Jordanem w Perei poczynało się już terytoryum Antypasa. Tyrana tego niepokoiła polityka, która bądź co bądź, ujawniła się w przemówieniach Jana. Wydał mu się wysoce podejrzanym[313] religijno-polityczny entuzyazm tłumów, skupiających się dokoła Chrzciciela. Do względów państwowych dołączyła się jeszcze wielka niechęć osobista; więc surowy sędzia Antypasa musiał zginąć.

Najoryginalniejszy charakter w tragicznej rodzinie Heroda miała Herodiada, wnuczka Heroda Wielkiego. Gwałtowna, ambitna, namiętna, nienawidziła żydów i gardziła ich zakonem[314]. Wyszła była zamąż, może wbrew woli, za wuja swego, Heroda, syna Maryjamny[315], którego Herod Wielki wydziedziczył[316], a który w życiu publicznem nie odegrał żadnej roli. Podrzędne stanowisko męża wobec reszty rodziny nie dawało spokoju ambitnej kobiecie; chciała rządzić za wszelką cenę[317]. Więc za narzędzie, wiodące do tego celu obrała sobie Antypasa. Słaby ten człowiek, zakochawszy się w niej, przyrzekł, że się z nią ożeni i że odtrąci swą żonę pierwszą, córkę Hareta, króla Petry i emira pokoleń sąsiadujących z Pereą. Arabska księżniczka, dowiedziawszy się o tem, postanowiła uciec. Ukrywając swe zamiary oświadczyła mężowi, że pragnie odwiedzić Machero, leżące na terytoryum ojca; ludzie Antypasa odwieźli ją tam[318].

Makaur[319] albo Machero była to silna twierdza, zbudowana przez Aleksandra Janeusza a następnie wzmocniona przez Heroda; leżała w pustym zakątku kraju na wschód od Morza Martwego[320]. Była to kraina dzika, groźna, pełna legend; krążyły wieści, że gnieździły się tam demony[321]. Twierdza Makaur leżała na samej granicy ziem Hareta i Antypasa. W danym dziejowym momencie była właśnie w rękach Hareta[322] Ten, w porę uwiadomiony przez córkę, przygotował wszystko do ucieczki; córka zaś, wieziona od plemienia do plemienia, przybyła do Petrei.

Kazirodczy[323] tedy niemal stosunek Antypasa z Herodyadą stał się faktem dokonanym. Żydowskie prawo małżeńskie było zawsze kością niezgody pomiędzy bezreligijną rodziną Heroda a prawowiernymi żydami[324]. Członkowie tej licznej a odosobnionej familii musieli zawierać związki małżeńskie między sobą, przyczem naturalnie nie zwracano uwagi na przeszkody prawne. Jan był echem powszechnego oburzenia na Antypasa[325]. To wystarczało, aby pobudzić przeciw niemu urażonego władcę. Kazał Jana pojmać i osadzić w twierdzy Machero, którą prawdopodobnie zajął po ucieczce córki Hareta[326].

Antypas, bardziej bojaźliwy niż srogi, nie chciał śmierci Jana. Podobno także lękał się powstania ludu[327]. Według innego podania[328] znajdował wielką przyjemność w rozmowach z więźniem, które miały zbudzić w nim poważne wątpliwości. Pobyt Jana w więzieniu bardzo się przedłużał; Jan nawet z murów więziennych wywierał znaczny wpływ na lud. Utrzymywał stosunki z uczniami a nawet z Jezusem. Wiara jego w przyjście Mesyasza utwierdziła się jeszcze bardziej; z więzienia śledził bacznie wypadki i we wszystkich objawach dostrzegał spełnianie się pragnień i nadziei, które go ożywiały.



ROZDZIAŁ VII.
Rozwój idei Jezusa o królestwie bożem.

Aż do pojmania Jana, co miało miejsce prawdopodobnie podczas lata 29 r., Jezus przebywał w okolicach Morza Martwego i Jordanu. Pobyt na pustyni judejskiej uchodził powszechnie za okres przygotowywania się do wielkich zdarzeń; było to usunięcie się od zgiełku świata i skupienie ducha przed wystąpieniem na widownię publiczną. Jezus, idąc za przykładem innych, spędził tedy czterdzieści dni na puszczy i przez cały czas pościł, mając za towarzyszy jedynie dzikie zwierzęta. Zajęło to niezmiernie fantazyę jego uczniów; według wiary ludu pustynia była siedzibą złych duchów[329]. Niema chyba na ziemi bardziej opustoszałego i smutnego zakątka, jak ów skalisty zrąb gór, wznoszący się na zachodniem wybrzeżu Morza Martwego. Wierzono, iż w czasie pobytu w tej strasznej okolicy był wystawiony na przerażające próby, że szatan dręczył go złudnemi widziadłami i kusił obietnicami, że wreszcie aniołowie, aby go nagrodzić za odniesione nad szatanem zwycięztwo, zestąpili na ziemię i służyli mu[330].

O uwięzieniu Jana dowiedział się prawdopodobnie dopiero po powrocie z puszczy. Teraz już nic go nie wiązało z tym obcym dla niego krajem. Może też obawiał się, że prześladowania, którym Jan podległ, z kolei przeciw niemu się obrócą; wolał więc ukryć się, niż narazić na śmierć, która położyłaby kres krzewieniu podniosłej nauki. Wrócił do Galilei[331], do swej właściwej ojczyzny, a wrócił dojrzały, wzbogacony doświadczeniem przez zetknięcie się z wielkim a tak różnym od niego człowiekiem, wrócił z całem poczuciem swej odrębności.

Wogóle wpływ Jana na Jezusa był raczej ujemny, niż dodatni. Widzimy bowiem w młodym nauczycielu jakiś zastój. Gdy Jezus schodził nad Jordan, żywił w umyśle swym idee szczytniejsze, niż Jan, a przyjęcie chrztu było tylko rodzajem ustępstwa. Gdyby Jan nie został pojmany, może Jezusowi byłoby trudno uwolnić się od jego wpływu, wyswobodzić z pod jarzma rytuału i praktyk czysto zewnętrznych; Jezus pozostałby bez wątpienia nieznanym żydowskim sekciarzem; świat nie byłby się zrzekł starych guseł dla nowych. Chrześciaństwo właśnie dlatego skupiło koło siebie wszystkie podnioślejsze dusze, ponieważ stanowiło religię zupełnie wolną od wszelkich praktyk i jakiejkolwiek formalistyki. Po uwięzieniu Jana gromada uczniów jego stopniała a Jezus odzyskał niezależność; mógł przeto oddać się swoim własnym uczuciom i myślom. Pobyt u Jana był dla niego właściwie nauką publicznego przemawiania i działania. Odtąd przemawia z większą siłą i wywiera na lud większy wpływ[332].

A i to jest możliwe, że w czasie pobytu nad Jordanem nietyle pod wpływem Jana, ile wskutek własnych rozmyślań idea jego o królestwie bożem sama się w nim rozwinęła i dojrzała. Odtąd hasłem jego będzie »dobra nowina« i zapowiedź, że królestwo boże bliskie już jest[333]. Przestaje być tylko moralistą, ujmującym naukę swoją w zwięzłe aforyzmy; teraz będzie rewolucyonistą transcedentalnym, który od fundamentów chce świat przebudować i ziścić na ziemi swój ideał. »Dążyć do królestwa bożego« znaczyło być uczniem Jezusa[334]. Wyrażenie »królestwo boże« albo »królestwo niebieskie« było, jak to już wyjaśniliśmy[335], z dawien dawna popularne śród żydów. Ale Jezus tchnął w nie nową myśl, nową ideę społeczną niezmiernej doniosłości, na którą nie byłby się nawet ważył autor księgi Daniela w swych apokaliptycznych zachwyceniach.

Na świecie rządzi zło. Szatan jest władcą ziemi[336] a każdy go słucha. Królowie mordują proroków. Kapłani i uczeni w piśmie nie żyją wedle wskazówek i rad, których udzielają ludowi. Sprawiedliwy cierpi prześladowanie, a udziałem dobrego są łzy. Tym sposobem świat jest nieprzyjacielem Boga i jego świętych[337]; ale Bóg ocknie się i pomści swoich świętych; przebrała się miara nieprawości. Teraz panować pocznie Dobro.

Ale panowanie Dobra poprzedzi wielka rewolucya. Świat z gruntu się odmieni. Świat jest zły, przewrotny, przyszłość odwróci wszystkie stosunki: pierwsi będą ostatnimi[338]. Ludzkość pocznie żyć według całkiem nowego porządku. Obecnie dobro i zło jest ze sobą pomieszane jak zboże i kąkol. Pan dopuszcza; ale kiedyś nastanie chwila, iż kąkol od zboża oddzieli[339]. Królestwo boże podobne jest do wielkiej sieci, która zagarnie ryby dobre i złe; ale dobre ryby odłoży, a złe odrzuci precz[340]. A nikt nie będzie wiedział, kiedy to nastanie. Królestwo boże będzie jako ziarnko gorczycy, które najmniejsze jest ze wszystkich nasion; ale gdy padłszy w ziemię urośnie, stanie się drzewem a pod jego liściem zamieszkają ptaki[341]; albo też będzie jako drożdże, które wziąwszy niewiasta zakrywa we trzy miary mąki, ażby wszystka skwaśniała[342]. Cały szereg ciemnych nieraz przypowieści miał wyjaśnić owe niespodziane, nieubłagane, niewątpliwe zmiany, pełne nawet pozornej niesprawiedliwości[343].

Kto będzie założycielem owego królestwa bożego? Przypomnijmy sobie, iż pierwotną, zasadniczą, z głębi duszy płynącą myślą Jezusa było to, iż czuł się Synem Bożym, zaufanym swego ojca, wyznaczonym do spełnienia jego woli. A więc na to pytanie nie mogło być dla Jezusa dwóch odpowiedzi. Całą jego istotę wypełniło przeświadczenie, iż Bóg spełnia wolę swoją przez niego. Uważał się za odnowiciela świata. Niebo, ziemia, przyrodzenie, szał, choroba, śmierć — to tylko narzędzia owego czynu. Mniema, iż heroiczna wola daje wszechmoc. Gdy świat go nie usłucha, Bóg oczyści ziemię płomieniem i tchnieniem swojem. Stworzone będą nowe niebiosa a świat zostanie zapełniony ludami bożych aniołów[344].

Olbrzymi przewrót[345], obejmujący nawet całe przyrodzenie, oto zasadnicza idea Jezusa. Nie chodzi mu o działalność polityczną; przykład Judasza Gaulonity przekonał go o bezcelowości powstań ludowych. Nigdy nie miał zamiaru powstawać przeciw Rzymianom i tetrarchom. Nie było w nim całkiem owego burzliwego, anarchistycznego pierwiastku Gaulonity. Poddawał się zupełnie istniejącej władzy świeckiej, aczkolwiek może tylko pozornie. Płacił cesarzowi podatek, aby nie czynić zgorszenia. Ani wolność, ani sprawiedliwość nie jest z tego świata; pocóż tedy oburzać się na podobne drobnostki? Gardząc doczesnością, przekonany, że istniejący świat nie wart ludzkiego zachodu, odbiegł myślą całkowicie w krainę ideału; stworzył podstawy owej wielkiej doktryny o pogardzie transcedentalnej[346], prawdziwą naukę o wolności duszy, która jedynie może dać człowiekowi spokój. Ale nie powiedział był jeszcze: królestwo moje nie jest z tego świata. Potem niejeden cień padł na jego promienne myśli. Nieraz duch jego podległ szczególnym pokusom. W puszczy judejskiej szatan ofiarował mu królestwo doczesne. Nie znając potęgi Rzymu, opierając się na entuzyazmie, który miał niebawem uzbroić tłumy do groźnego powstania, mógł był ulegać nadziei, że dzięki odwadze i liczbie zwolenników założy nowe państwo. Może nieraz nasuwało mu się pytanie: czy królestwo niebieskie ziści się przez siłę, czy przez dobroć, przez bunt, czy przez cierpliwość? Podobno pewnego razu lud prosty chciał go uprowadzić z Galilei i okrzyknąć królem[347]. Jezus uszedł w góry i ukrywał się tam czas jakiś. Własna piękna dusza jego ustrzegła go od błędu; nie został ani agitatorem, ani naczelnikiem buntu na wzór jakiegoś Teudasa lub Barkochby.

Chodziło mu ustawicznie tylko o przewrót moralny a tego przewrotu nie wyobrażał sobie jeszcze przy pomocy aniołów i przy dźwięku trąb sądu ostatecznego. Chciał działać na ludzi i przez ludzi. Wizyoner myślący jedynie o dniu ostatecznym, nie byłby się do tego stopnia poświęcił poprawie człowieka i nie byłby stworzył najpiękniejszych zasad moralnych, jakie kiedykolwiek dane były ludzkości. Myśli jego nie ułożyły się jeszcze w jeden szereg bez przerw, bez odchyleń; jeszcze głównie uczucie szlachetne jest mu bodźcem, uczucie, które go rwie do dzieła wielkiego, choć może jeszcze niejasno pomyślanego.

Stworzył tedy istotnie królestwo boże, chcę powiedzieć: królestwo ducha; a jeżeli, spoczywając na łonie ojca, widzi, jakie owoce w historyi wydała jego nauka, może powiedzieć: oto czego chciałem. Jedyną rzeczą, którą istotnie stworzył i która na wieki po nim pozostanie — choć każde dzieło ludzkie nie jest doskonałe i kiedyś rozpaść się musi — to nauka o wolności duszy. Już Grecya wysnuła na ten temat garść pięknych myśli[348]. Kilku stoików podawało sposób, jak można być wolnym nawet pod tyranami. Ale wogóle świat starożytny wyobrażał sobie wolność tylko w postaci pewnych politycznych urządzeń; ludźmi wolności byli Harmodios i Arystogejton, Brutus i Kasiusz. Chrześcianin zna wolność prawdziwszą; ziemia jest mu tylko wygnaniem; cóż go więc obchodzi tymczasowy władca owej ziemi, nie będącej jego ojczyzną? Dla niego wolność to — prawda[349]. Jezus nie znał na tyle historyi, aby wiedzieć, jak istotnie w porę zjawiła się podobna nauka; właśnie upadała wolność republikańska a drobne jednostki municypalne rozpływały się w olbrzymiem cesarstwie rzymskiem. Ale zdumiewający rozum, iście proroczy instynkt człowieka misyi, wiodły go naprzód z niesłychaną pewnością. Przez powiedzenie: »Oddaj cesarzowi, co cesarza a Bogu co Boga«, wprowadza on do dziedziny polityki obcy pierwiastek, stwarza uchronę dla duchów szlachetnych, żyjących w państwie siły brutalnej. Nie ulega kwestyi, że podobna doktryna kryła w sobie pewne niebezpieczeństwo. Poznawać prawowitą władzę po wizerunku umieszczonym na pieniążku, głosić, że człowiek doskonały płaci podatki z pogardą, nie zastanawiając się nad słusznością lub niesłusznością poboru, znaczyło to obalać starą republikę i popierać tyranię. Rozważając rzecz z tego stanowiska, przyznać trzeba, że chrześciaństwo bardzo osłabiło uczucia obywatelskie i przyczyniło się do wydania świata pod władzę absolutną, którą uważało jako fakt dokonany. Ale tworząc olbrzymi wolny związek, który przez trzysta lat trzymał się zdala od wszelkiej polityki, chrześciaństwo wynagrodziło sowicie szkodę, wyrządzoną cnotom obywatelskim. Władzę świecką zredukowano do zagadnień ziemskich; duch został wyzwolony, a przynajmniej wszechpotęgę rzymską złamano na zawsze.

Człowiek, poświęcający się głównie polityce, nie dopuści, aby zabiegi jego stronnictwa spychano na drugi plan. Zwłaszcza nie daruje, jeżeli ktoś wyniesie zagadnienia społeczne nad polityczne i względem tych ostatnich zachowuje się obojętnie. Do pewnego stopnia ma on nawet słuszność, gdyż wszelka jednostronna wybujałość szkodzi interesom całości. Ale jaki pożytek wyrasta dla poszczególnych partyi z powszechnych maksym moralnych naszego pokroju? Gdyby Jezus udał się do Rzymu zamiast zakładać pomyślane przez siebie królestwo boże, gdyby był spiskował przeciw Tyberyuszowi na rzecz Germanika — jaką korzyść byłaby z tych zabiegów odniosła ludzkość? Jako surowy republikanin, gorący patryota, nie byłby powstrzymał wielkiej fali ówczesnych wypadków; tymczasem trzymając się zdala od polityki, dał światu prawdę następującą: ojczyzna nie zaspokoi wszystkich potrzeb duchowych człowieka a obywatel powinien być przedewszystkiem — człowiekiem.

Dzisiejsza nasza wiedza pozytywna i marzenia zawarte w programie Jezusa, to rażące sprzeczności. Dzieje globu ziemskiego pod względem geologicznym są nam dostatecznie znane; przewroty kosmiczne, jakich oczekiwał Jezus, muszą być natury geologicznej lub astronomicznej, a etyka nie ma z niemi nic wspólnego. Chcąc jednak sprawiedliwie osądzić wielkich twórców, nie powinniśmy zatrzymywać się wyłącznie na przesądach, którym oni ulegali. Kolumb odkrył Amerykę, aczkolwiek wyszedł z całkiem błędnych założeń; Newtonowi zdawało się, że jego egzegeza Apokalipsy jest równie niewzruszona jak jego teorya o budowie świata. Czy bardziej będziemy cenili umysł pierwszego lepszego przeciętniaka naszych czasów, niż Franciszka z Assyżu, św. Bernarda, Joanny d’Arc, Lutra, dlatego tylko, że ten przeciętniak jest wolny od błędnych mniemań owych wielkich duchów? Czyż będziemy mierzyli wielkość człowieka prawdziwością jego wiedzy z zakresu fizyki, albo też mniejszą lub większą znajomością kosmografii? Wniknijmy głębiej w zasady Jezusa i zbadajmy, co stanowiło jego siłę! Wskutek deizmu XVIII wieku i pewnego kierunku protestantyzmu przyzwyczailiśmy się do tego, iż w założycielu wiary chrześciańskiej widzimy dziś tylko wielkiego moralistę i dobroczyńcę ludzkości. Ewangielia jest według nas zbiorem pięknych zdań; rzucamy zasłonę pozornej mądrości na ów szczególny stan ducha, który je podyktował. Nieraz słyszy się utyskiwania, że rewolucyę francuską przygotowali ideolodzy a nie ludzie rozsądku i miary. Nie usiłujmy łokciem naszych maluchnych programów mierzyć owe niesłychane ruchy, bo poprostu nie dorośliśmy do tego, aby je mierzyć! Podziwiajmy w dalszym ciągu »moralność ewangielii«; usuwajmy chimeryczność z religii, stanowiącą jej duszę; ale nie wyobrażajmy sobie, że można było poruszyć świat za pomocą maluchnych idei o szczęściu osobistem, albo o moralności indywidualnej. Idea Jezusa sięgała do duszy ludzkiej bez porównania głębiej; to była myśl najbardziej rewolucyjna, jaka kiedykolwiek wylęgła się w mózgu ludzkim; trzeba ją wziąć pod rozwagę w całości, bez owych lękliwych okrojeń; inaczej stracimy z oczu to, co było najpotężniejszym czynnikiem odrodzenia ludzkości.

Prawdę mówiąc, wszelka idea jest utopią. Jak wyobrazilibyśmy sobie Jezusa, gdyby się zjawił dziś w charakterze pocieszyciela ludzkości? Tylko takim, jakim był ten ówczesny z przed dwudziestu wieków. Warunki bytu materyalnego przedstawiają się nam zupełnie inaczej, niż są w rzeczywistości; widzimy oswobodziciela duszy ludzkiej, zdejmującego bez użycia broni kajdany z rąk Murzynów, polepszającego byt proletaryatu, uwalniającego ludy z jarzma niewoli. Nie uwzględniamy wszystkich takich warunków, jak klimat Wirginii i Kongo, krew, rasa; nie uwzględniamy, że chcąc spełnić ideał społeczny w całej rozciągłości, trzebaby nasze stosunki sprowadzić do nieprawdopodobnej prostoty a naturalne związki polityczne Europy do ruiny. Reformę wszechrzeczy[350], jak ją marzył Jezus, nie należy uważać za coś łatwiejszego. Ta nowa ziemia, to nowe niebo, ta nowa Jerozolima zesłana z nieba, ten okrzyk »oto odnowię świat cały«[351] — do tego dążą wszyscy reformatorowie. Ale wskutek sprzeczności, zachodzącej pomiędzy ideałem a smutną rzeczywistością, bunt przeciwko zimnemu rozumowi będzie miał zawsze zwolenników, bunt, który dusza przeciętna zawsze nazwie głupstwem, lecz tylko do dnia jego zwycięztwa, gdyż z nastaniem tego dnia pierwsza go uzna.

Nikt nie zaprzeczy, że zachodzi pewna sprzeczność pomiędzy wiarą w bliski koniec świata a ową etyką Jezusa na codzień, którą i dziś jeszcze wyznają ludzie prości[352]. Ale dzieło jego dzięki tej właśnie sprzeczności powiodło się. Nie dałoby się stworzyć nic trwałego ani przez samą zapowiedź tysiącletniego królestwa bożego, ani przez głoszenie tylko nowych zasad moralnych. Pierwsze było hasłem wyruszenia ku przyszłości, drugie utrwalało tę przyszłość. Dzięki temu chrześciaństwo zdobyło dwie główne a żywotne zasady: rewolucyjny punkt wyjścia i zdolność do życia. Wszystko, co chce żyć, musi opierać się na takich dwóch czynnikach; świat bowiem chce jednocześnie zmieniać się i pozostać takim, jakim jest. Gdy Jezus zapowiadał bezprzykładne przewroty w stosunkach ludzkich, głosił równocześnie zasady, które przez dwadzieścia wieków stanowiły fundament budowy społecznej.

Co istotnie odróżnia Jezusa od agitatorów zarówno ówczesnych jak i wszystkich następnych wieków, to jego bezwzględny idealizm. Jest on pod pewnym względem anarchistą, gdyż obce mu były wszelkie pojęcia społeczno-państwowe. Rząd jest według niego zwyczajnem nadużyciem. Mówi o tem w sposób tak nieścisły, jak może tylko mówić człowiek z gminu, który o polityce niema najsłabszego wyobrażenia. Każdy urzędnik wydaje mu się naturalnym wrogiem dzieci bożych; opowiada uczniom zatargi z władzą w sposób bardzo naiwny[353]. Ale nigdy nie wybiegło z ust jego życzenie, iż pragnąłby zająć stanowisko potężnych i możnych. Nie chce zagarnąć bogactwa i władzy; on chce je zniszczyć. Przepowiada swym uczniom prześladowanie i śmierć[354]; ale ani razu nie wspomina o zbrojnym oporze. Oto jego zasada główna: cierpienie i zrzeczenie czyni wszechpotężnym, czystość serca wynosi człowieka ponad wszelką przemoc. Nie jest on bynajmniej spirytualistą; niema najmniejszego pojęcia o rozdziale duszy i  ciała. Jest to idealista zupełny; materya jest dla niego jedynie widomym znakiem myśli a rzeczywistość żywym wyrazem rzeczy niewidzialnych.

Na kogo miał liczyć, na kim się oprzeć, zakładając królestwo boże? Nie miał pod tym względem nigdy najmniejszych wątpliwości. Co w pojęciu człowieka jest wielkie, tem Bóg gardzi[355]. Założycielami królestwa bożego będą prostaczkowie. Nie bogaci, nie uczeni w piśmie, nie kapłani; ale niewiasty, ludzie prości, pokorni, mali[356]. Oto poczem się pozna przyjście Mesyasza: ubogim głoszona jest dobra nowina[357]. Tu objawia się cała wyższość idylicznej, łagodnej natury Jezusa. Marzy o odwróceniu stosunków ludzkich, dostojeństwa i godności: kto był u góry, znajdzie się u dołu. Świat w niego nie uwierzy; wyda go na śmierć. Uczniowie jego nie będą ludźmi z tego świata[358]. Będzie to szczupły zastęp maluchnych i prostaczków, którzy odniosą zwycięstwo właśnie dzięki swej niepozorności. Widzimy więc, że uczucie, które stworzyło przedział pomiędzy »światem« a »chrześciaństwem«, miało źródło swe w nauce mistrza[359].



ROZDZIAŁ VIII.
Jezus w Kafarnaum.

Coraz bardziej przejęty jedną ideą Jezus kroczył dalej z fatalistyczną obojętnością po drodze, którą mu wytknął jego geniusz i niezwykłe okoliczności. Dotąd wtajemniczał w swe zasady tylko grono najbliższych osób; teraz zaczyna głosić swą naukę publicznie i bezustannie. Miał mniej więcej trzydzieści lat[360]. Szczupła garstka uczniów, która towarzyszyła mu w pielgrzymce do Jana, prawdopodobnie się powiększyła; może też niektórzy z pomiędzy dawnych uczniów Jana przyłączyli się do niego[361]. Z tym pierwszym hufcem przyszłego kościoła wraca do Galilei i poczyna śmiało głosić »dobrą nowinę o królestwie bożem«. Królestwo to bliskie jest a on zapowiedzianym przez wizyę Danielową »synem człowieczym«, czyli narzędziem ostatniego i najważniejszego objawienia.

Tu wypada przypomnieć, że według pojęć Żydów, gardzących sztuką i mitologią, zwyczajna postać ludzka miała większe znaczenie, niż figury cherubów i fantastycznych zwierząt, któremi imaginacya ludowa pod wpływem wyobrażeń assyryjskich otoczyła majestat boski. Już u Ezechiela[362] siedząca na tronie najwyższym istota, wyniesiona nad fantastyczne potwory, jest wyobrażona w postaci człowieka. W księdze Daniela, śród wizyj państw, usymbolizowanych jako zwierzęta, gdy już »sąd zasiadł a księgi otworzone były«, przychodzi postać »podobna synowi człowieczemu« do Starodawnego i otrzymuje od niego »władzę i cześć i królestwo« na wieki[363]. We wszystkich językach semickich a zwłaszcza w dyalektach aramejskich wyrażenie »syn człowieczy« znaczy poprostu tyle co »człowiek«. Mimo to ów główny ustęp u Daniela wciąż niepokoił umysły; wyrażenie »Syn człowieczy« stało się, przynajmniej według egzegezy niektórych szkół[364], tytułem Mesyasza, którego wyobrażano sobie jako sędziego świata i króla nowej epoki[365]. Z chwilą, gdy Jezus, mówiąc o sobie, zaczął się posługiwać tem wyrażeniem, nastąpiło właściwie formalne ogłoszenie się za Mesyasza i potwierdzenie, że zbliża się zapowiedziany przewrót, w którym on wystąpi jako sędzia, obdarzony władzą przez Starodawnego[366].

Skutek, jaki wywarły słowa nowego proroka, był tym razem decydujący. Gromadka mężczyzn i kobiet, ożywiona jednym duchem młodzieńczej czystości i dziecięcej niewinności, otaczała go wiernie wołając: »Tyś Mesyasz!« A ponieważ Mesyasz miał być Synem Dawidowym, przeto mu i ten tytuł nadano, gdyż był synonimem tytułu pierwszego. Jezus zgodził się na to, choć go to wprawiało w zakłopotanie, albowiem pochodził z gminu. Najmilszym dla niego tytułem, bo najskromniejszym, był »syn człowieczy«, aczkolwiek bezpośrednio łączył jego osobę z aspiracyami mesyanistycznemi. Mówiąc o sobie, stale tego określenia używał; przeto w jego przemówieniach wyrażenie »syn człowieczy« znaczy to samo, co »ja«[367]. Nikt jednak, rozmawiając z nim, nie tytułował go w ten sposób, a to prawdopodobnie z tego powodu, ponieważ tytuł ten całkowicie miał mu się należeć dopiero w dniu jego przyszłego zjawienia się.
W owym okresie Jezus ześrodkował całą swoją działalność w niewielkiem miasteczku Kafarnaum, położonem nad brzegiem jeziora Genezaret. Nazwa Kafarnaum (od słowa kafar, »wieś«) służyła prawdopodobnie do oznaczenia miejscowości starej w przeciwieństwie do nowej, czyli Tyberyady[368], zbudowanej w stylu rzymskim. O istnieniu tego miasteczka nie wszyscy nawet wiedzieli, gdyż np. Józef Flaviusz w jednem z pism swoich[369] używa tej nazwy dla określenia studni, która, jak się okazuje, była bardziej głośną, niż opodal niej leżące miasteczko. Kafarnaum, jak Nazaret, nie posiadało swojej historyi, nie brało też udziału w ruchach, popieranych przez Heroda. Jezus lubił tę miejscowość i uważał ją za swoje drugie miasto rodzinne[370]. Niebawem po przybyciu usiłował rozwinąć działalność także w Nazaret, ale bez skutku[371]. »Nie mógł tam uczynić żadnego cudu«, zaznacza naiwnie jeden z jego biografów[372]. Wszelką powagę tracił wobec faktu, że znano tam prostaczą jego rodzinę. Bo i niepodobna było uważać kogoś za syna Dawidowego, gdy spotykano codziennie jego brata, siostrę lub kuzyna. Rzecz charakterystyczna, że rodzina wystąpiła przeciw niemu z dość energiczną opozycyą i stanowczo kwestyonowała jego misyę[373]. Nazarejczycy, wystąpiwszy jeszcze gwałtowniej, chcieli go, jak niektórzy mniemają, zabić przez strącenie ze skały miejskiej[374]. Wtedy to Jezus, zauważywszy genialnie, że w tym wypadku podzielał los wszystkich wielkich ludzi, przytoczył przysłowie: »nikt nie jest prorokiem w swojej ojczyźnie«.

Zdarzenie to nie mogło go zniechęcić. Wraca do Kafarnaum[375], gdzie spotyka ludzi najlepiej dla siebie usposobionych; stąd też odbywa kilka wycieczek misyjnych do okolicznych miasteczek. Ludność tego pięknego i żyznego kraju zbierała się tylko w soboty. To też Jezus ten dzień wybrał dla swych wystąpień. Każde miasteczko miało wtedy bóżnicę albo izbę radną. Były to nieduże, czworokątne sale z portykami o greckich kolumnach. Żydzi nie posiadali własnej architektury, przeto nie zależało im na tem, aby budowlom swym nadać oryginalność. Dziś jeszcze można oglądać w Galilei ruiny niektórych synagog[376]. Wszystkie zostały zbudowane z wyborowego materyału a mimo to przedstawiały widok bardzo niepozorny z powodu mieszaniny ozdób i zakrętasów, bez których się nie obszedł żaden pomnik żydowski[377]. Wewnątrz znajdowały się ławki, mównica dla lektorów, oraz szafa dla chowania świętych zwojów[378]. W takim budynku, bynajmniej nie przypominającym świątyni, ogniskowało się całe życie mieściny żydowskiej. Tu zbierano się w sabbat na modlitwę i czytanie Zakonu oraz pism Proroków. Po za Jerozolimą Żydzi nie mieli właściwie nigdzie kapłanów; przeto w bóżnicy wstawał pierwszy lepszy, odczytywał ustęp wyznaczony na dany dzień (Parasza i Haftara), dodając do tego Midrasz albo też czysto subjektywnie pojęte wyjaśnienie, w którem starał się wyłożyć swoje rozumienie tekstu[379]. To był początek »homilii«, której wzór doskonały znajdujemy w drobnych traktatach Filona. Można było mówcy stawiać pytania i zarzuty; z tego też powodu zgromadzenie przybierało coraz bardziej charakter luźnego zebrania. Miało ono przewodniczącego[380], dwóch »starszych«[381], jednego »hazana« czyli płatnego lektora[382], posłów[383], pisarzy, załatwiających korespondencyę pomiędzy różnemi synagogami, »szamasza« czyli zakrystyana[384]. Synagogi tworzyły zatem pewien rodzaj niezawisłych republik a posiadały rozległą jurysdykcyę. Na wzór wszystkich korporacyi municypalnych nawet w czasach późniejszych cesarstwa rzymskiego, udzielały dyplomów honorowych[385], czyniły uchwały, mające dla gminy znaczenie prawa, i wymierzały kary cielesne, których wykonawcą był zazwyczaj hazan[386].

Wskutek znanej żywości Żydów instytucya podobna, pomimo swej surowości i rządów arbitralnych, musiała się stać miejscem namiętnych dysput. Dzięki synagodze judaizm przez ośmnaście wieków uniknął prześladowań. Synagogi tworzyły mały światek zamknięty w sobie, w nich duch narodowy przechował się w całej pełni a dla sporów wewnętrznych było wolne pole. Tu ścierały się zażarcie namiętności. Walka o przewodnictwo wrzała ustawicznie. Posiadać krzesło w pierwszym rzędzie było budzącą zazdrość nagrodą pobożności lub przywilejem zamożnych[387]. Z drugiej strony, ponieważ każdy mógł pismo odczytywać i wyjaśniać, wszelkie nowinki miały łatwy wstęp a propaganda nie była utrudniona. Na tem też głównie oparł się Jezus, to był środek, którym się posługiwał dla szerzenia swej nauki[388]. Zachodził do synagogi, aby odczytać publicznie pismo, hazan podawał mu księgę, on ją rozwijał, odczytywał paraszę albo haftarę na dany dzień a potem objaśniał tekst w duchu swej nauki[389]. W Galilei nie było Faryzeuszów, więc nie podnosiła się przeciw niemu opozycya tak namiętna i ostra jak w Jerozolimie zaraz po pierwszym występie. Dobroduszni Galilejczycy nie słyszeli nigdy mówcy, któryby tak jak on trafiał do ich pogodnej imaginacyi[390]. Podziwiano go, wielbiono; mniemano, że mówił doskonale i przekonywająco. Z największą łatwością rozwiązywał najtrudniejsze zagadnienia; urok jego mowy i jego osoby podbijał umysły młodzieńczej ludności, które jeszcze nie zdążyły skostnieć w karbach uczonych pedantów.

Powaga młodego mistrza rosła z każdym dniem; im bardziej w niego wierzono, tem bardziej, rzecz prosta, i on w siebie wierzył. Swoją drogą działalność jego obejmowała jeszcze szczupłe kręgi. Wpływ jego rozpościerał się wyłącznie w zagłębiu jeziora Genezaret a i tu były jeszcze okolice uprzywilejowane. Obszar jeziora wynosi około 5—6 godzin wzdłuż i 3—4 wszerz; aczkolwiek tworzy ono regularny owal, wszelako od Tyberyady do ujścia Jordanu posiada zatokę o wgięciu około trzech godzin drogi. Oto pole, na które padało ziarno sypane ręką Jezusa. Przemierzmy je krok za krokiem, uchylając posępną zasłonę pustki i smutku, którą na ten zakątek opuścił demon islamu.

Dążąc od Tyberyady spotykamy najpierw strome skały i górę, która jak gdyby waliła się do morza. Następnie skały się rozstępują; oczom pokazuje się dolina (El-Gueir) płaska jak poziom jeziora. Jest to urocze zacisze o bujnej zieloności, przecięte licznymi strumieniami; główny strumień tryska z okrągłego basenu w stylu starożytnym (Ahin-Medawara). Na wstępie spotykamy tu nędzną wiosczynę Medżel. Na drugim końcu równiny (wciąż wdłuż morza patrząc) widzimy miejsce, gdzie ongi wznosiło się starożytne miasto (Kan-Minjeh); tam znajduje się doskonała woda (Ahin-el-Tin), oraz śliczna kuta w skale dróżka, po której Jezus często kroczył a która łączy dolinę Genezaret z północnym brzegiem jeziora. O kwadrans drogi dalej przekraczamy słoną rzeczułkę (Ahin-Tabiga), na którą się składa kilka większych strumyków, płynących o parę kroków od brzegu jeziora; rzeczułka prawie ginie w gęstwinie. A dalej o jakie 40 minut drogi, przy stromej skalnej ścianie, ciągnącej się od Ahin-Tabiga do ujścia Jordanu, spotykamy kilka chat i ruiny starożytnych budowli, zwane Tell-Hum.

Pomiędzy wsią Medżel a Tell-Hum istniało za czasów Jezusa pięć miasteczek, które ludzkość będzie wiecznie wspominała, jak Rzym lub Ateny. Z tych pięciu miasteczek, zwanych Magdala, Dalmanuta, Kafarnaum, Betsajda i Chorazin[391], zaledwie położenie pierwszego da się ściśle oznaczyć. Owa niemiła wioska Medżel to prawdopodobnie co do miejsca i nazwy owe starożytne Magdala, z którego pochodziła najwierniejsza przyjaciółka Jezusa[392]. Dalmanuta leżała niezawodnie w pobliżu[393]. Chorazin znajdowało się pewnie w stronie północnej[394]. Co się tyczy Betsajdy i Kafarnaum, to uchodzą za nie dzisiejsze miejscowości Tell-Hum, Ahinel-Tin, Kan-Minje, Ahin-Medawara, na co jednak niema poważniejszych dowodów[395]. Wydaje się, jak gdyby jakaś tajemnicza siła umyślnie zatarła ślady wielkiego założyciela i to zarówno pod względem topograficznym jak i historycznym. Prawdopodobnie też nie uda się nigdy na tych pustych obszarach ustalić położenia owych miejsc, gdzie ludzkość radaby całować każdy ślad stopy swego mistrza.

Jezioro, widnokrąg, roślinność, kwiaty — oto wszystko, co nam dziś daje ten zakątek, gdzie Jezus założył podwaliny swego boskiego dzieła a który można obejść w ciągu 3—4 godzin. Drzewa wyginęły prawie doszczętnie. W tej krainie, gdzie roślinność była niegdyś tak bujna, że Józef Flaviusz ją za cud poczytywał — gdzie natura, podług słów tego historyka, upodobała sobie wypieścić obok siebie rośliny, kwiaty i owoce wszystkich stref, a drzewa przez cały rok są osypane kwieciem i obciążone owocem[396] — w tej krainie, powtarzam, pielgrzym dzisiejszy musi dzień naprzód obliczać, w której stronie uda mu się znaleść trochę cienia na czas popasu. Jezioro — to głucha pustka. Jedyna łódź, znajdująca się w stanie opłakanym, pruje dziś fale, na których niegdyś wrzało wesołe życie. Tylko wody nie straciły przejrzystości i ruchliwości[397]. Skalisty brzeg przypomina raczej brzeg morza, niż stawu, jak brzeg jeziora Huleh. Jest on czysty, bez mułu, zlewany jednostajnie przez fale. Tu i ówdzie znajdują się skaliste występy, pokryte laurowemi różami, wrześniami i ciernistemi łodygami kaparowemi; w dwóch zwłaszcza miejscach, przy ujściu Jordanu w pobliżu Tarychei i na skraju doliny Genezaret, znajdują się pyszne smugi traw, gdzie fale jeziora wbiegają jak na dywan zieleni i kwiatów. Potok Ahin-Tabiga wyrzuca na brzeg ładne muszelki. Niezliczone roje wodnego ptactwa pokrywają powierzchnię jeziora. Cały widnokrąg jest zalany światłem. Modre wody są głęboko osadzone pomiędzy oświeconemi słonecznem światłem skałami, a gdy się patrzy w dół z wysokości gór Safed, cała ta wklęsłość przypomina dno złotego kielicha. W stronie północnej odcinają się na niebie w białych zarysach ośnieżone szczyty Hermonu; na zachód faliste płaskowzgórze Gaulonitis i Perei, spalone przez żar słoneczny, pokryte gęstą, duszną atmosferą, zamienia się w zrąb gór albo lepiej powiedziawszy w taras, ciągnący się od miasta Cezarea Filippi w kierunku południowym bez końca.

Powietrze jest teraz nad brzegiem jeziora bardzo upalne. Jezioro leży o 200 metrów niżej poziomu Morza Śródziemnego[398], przeto posiada temperaturę podobną do temperatury Morza Martwego[399]. Niegdyś bujna wegetacya łagodziła nadmierny upał; gdyby było inaczej, to ów zakątek, przypominający dziś rozpalony piec, nie byłby miejscem tak żywego ruchu. Zresztą jeszcze Józef Flaviusz zastał tu klimat nader umiarkowany[400]. Niezawodnie wskutek pewnych kataklizmów dziejowych nastąpiła tu zmiana klimatu, podobnie jak w rzymskiej Kampanii. Islam a przedewszystkiem opozycya Muzułmanów przeciw pochodom krzyżowym, zniszczyła niby powiew śmierci tę ulubioną przez Jezusa okolicę. Piękna dolina Genezaret nie wiedziała, że pod skronią owego spokojnego pielgrzyma ważą się jej losy. Biada krajowi, który miał zaszczyt zaliczać Jezusa do swych mieszkańców. Kraj taki stawał się natychmiast albo przedmiotem powszechnej miłości albo też powszechnej nienawiści; wyrywały go sobie ręce dwóch fanatycznych rywalów; Galilea wskutek swej sławy musiała zmienić się w pustynię. Ale któż śmiałby twierdzić, że Jezus byłby szczęśliwszy, gdyby był pędził przez wszystkie dni swoje żywot nieznanego wieśniaka? A któż wiedziałby dziś o istnieniu niewdzięcznych Nazarejczyków, gdyby jeden z nich, nie dbając o przyszłość miasteczka, nie był w Bogu odnalazł swego ojca i nie podał się za jego syna?

A więc cztery czy pięć wiosek o pół godziny drogi jedna od drugiej odległych — oto ów mały światek Jezusa z tego okresu. W Tyberyadzie, mieście światowem, zamieszkałem głównie przez pogan, które Antypas obrał sobie za stolicę — Jezus prawdopodobnie nigdy nie był[401]. Przypuszczać jednak należy, że często opuszczał ową okolicę. Wsiadał w łódź i płynął na wschodni brzeg, wysiadając niezawodnie w Gergazie[402]. Niekiedy wybierał się na północ do Perei lub Cezarei[403], położonej u stóp Hermonu. Raz jeden udał się do Tyru i Sydonu[404], które były wtedy u szczytu swego rozkwitu. Tu otaczali go już sami poganie[405]. W Cezarei widział sławną grotę »Panium«, kryjącą wedle mniemania ludu źródła Jordanowe, przeto powstało tu wiele podań fantastycznych[406]; podziwiał niezawodnie marmurową świątynię, wystawioną przez Heroda na cześć Oktawiana Augusta[407]; zatrzymywał się też prawdopodobnie przed licznemi statuami Pana, Nimf, Echa groty; były to pobożne wota ludzi, zamieszkujących tę piękną okolicę[408]. Żyd-efemeryda, który w cudzych bogach widział tylko apoteozę ludzi lub uplastycznienie demonów, musiał na te posągi patrzeć jak na bałwany. Nie podlegał pokusom naturalizmu, które uwiodły tyle czułych ludów. Prawdopodobnie też nie wiedział, ile pierwiastków judaistycznych krył w sobie kult Melkarta w świątyni Tyru[409]. Ale nie nęcił go ani ten widok pogan, mających prawie na każdym pagórku jakąś świątynię, otoczoną świętym gajem; nie nęcił go też ani widok bogactw, ani wytwórczości i kunsztów[410]. Monoteizm odbiera wszelką możność zrozumienia religii pogańskich; Mahometanin, który przypadkiem zawita do kraju wielobóstwa, jest jak ślepy. W tej podróży Jezus na pewno nie wzbogacił swych wiadomości. Zawsze z radością wracał do ukochanych brzegów jeziora Genezaret. Tam skupiała się jego myśl; tam wierzono weń i kochano go.



ROZDZIAŁ IX.
Uczniowie Jezusa.

Z tym ziemskim rajem, którego ciszy wielkie rewolucye dziejowe prawie nigdy nie zakłócały, żyła w zupełnej harmonii ludność pracowita, zacna, usposobienia pogodnego. Jezioro Genezaret należy do najbardziej zarybionych wód całego świata[411]; rybołówstwo dawało doskonałe dochody zwłaszcza w Betsajdzie i Kafarnaum, skutkiem czego powstała tam nawet pewna zamożność. Rodziny rybaków żyły zgodnie, cechowała je pewna dobroduszność; prawie wszyscy ludzie tego zagłębia byli z sobą spokrewnieni. Życie ich nie było przeciążone pracą, więc i fantazya mogła swobodnie bujać. Idea królestwa bożego znalazła tu więcej zwolenników, niż gdziekolwiek indziej. Cywilizacya rzymska lub grecka zupełnie tu jeszcze nie dotarły. Powaga tych ludzi nie miała nic z charakteru Celtów lub Germanów; aczkolwiek owa dobroduszność była nieco powierzchowną i nie płynęła z głębi duszy, mimo to postępowanie tej ludności cechowała zgodność, posiadali pewną inteligencyę i spryt. Można ich tylko przyrównać do najdzielniejszych szczepów, zamieszkujących Liban, aczkolwiek jeden dar wynosił ich ponad wszystkie owe plemiona a mianowicie: dar wydawania z pomiędzy siebie wielkich ludzi. Tu Jezus stworzył sobie szczególną rodzinę. Osiedlił się tu jak równy śród równych; Kafarnaum stało się »jego miastem«[412]; śród tych ludzi, którzy go wielbili, zapominał o swych sceptycznych braciach, o niewdzięcznem Nazaret i jego szyderczem niedowiarstwie.

Jeden zwłaszcza dom w Kafarnaum był mu miłem schroniskiem, z niego też wyszli najwierniejsi uczniowie. Był to dom należący do dwóch braci, synów niejakiego Jonasza, który prawdopodobnie już nie żył, gdy Jezus osiedlił się nad brzegiem jeziora. Bracia ci nazywali się: Szymon, z przydomkiem Kefas czyli Piotr, oraz Andrzej. Urodzili się w Betsajdzie[413] a gdy Jezus rozpoczął swoją publiczną działalność, zastał ich osiedlonych w Kafarnaum. Piotr był żonaty i miał dwoje dzieci; świekra mieszkała przy nim[414]. Jezus polubił ten dom i zwykle w nim stawał[415]. Andrzej był prawdopodobnie przedtem uczniem Janowym, Jezus więc musiał go był poznać w czasie pobytu nad Jordanem[416]. Obaj bracia trudnili się dalej rybołówstwem, choć bardzo byli przejęci nauką mistrza[417]. Jezus, który lubił grę słów, mawiał niekiedy, iż uczyni ich »rybitwami ludzi«[418]. I zaiste okazało się potem, iż z pomiędzy wszystkich uczniów ci dwaj właśnie byli mu najbardziej oddani.

Równie życzliwie przyjęła Jezusa inna rodzina rybacka a mianowicie rodzina Zabdyi czyli Zebedeusza, zamożnego rybaka i właściciela kilku łodzi[419]. Zebedeusz miał dwóch synów, starszego imieniem Jakób i młodszego imieniem Jan, który miał potem w rozwoju chrześciaństwa odegrać rolę bardzo wybitną. Obaj byli bardzo gorliwymi uczniami. Salome, żona Zebedeuszowa, była również bardzo oddana Jezusowi i nie odstąpiła go nawet wtedy, gdy szedł na śmierć[420].

Kobiety w szczególności były mu nadzwyczaj oddane. Albowiem zachowanie jego cechowała owa szczytna powściągliwość, warunkująca piękny związek duchowy między ludźmi różnej płci. Oddzielenie mężczyzn od kobiet, które śród ludów semickich wstrzymało rozwój wszelkich subtelniejszych uczuć, było wprawdzie w wielkich miastach surowo przestrzegane, ale po wsiach mniej się tego trzymano. Trzy czy cztery niewiasty galilejskie towarzyszyły Jezusowi stale i dobijały się jak o zaszczyt, by mogły go słyszeć i kolejno obsługiwać[421]. One to wprowadziły do nowej sekty pierwiastek entuzyazmu i cudowności, co już wtedy uznane zostało za ważne. Jedna z nich, Marya z miasta Magdala, dzięki której owa licha mieścina zyskała potem taki rozgłos, była, jak się zdaje, bardzo egzaltowana. Według mniemania ówczesnych ludzi opętało ją siedmiu dyabłów[422], to znaczy, że cierpiała na jakąś chorobę nerwową, której nie umiano bliżej określić. Jezus dzięki swej czystej a łagodnej piękności uspokoił ów zaburzony organizm. Marya Magdalena towarzyszyła mu aż na Golgotę a nazajutrz po jego śmierci odegrała rolę pierwszorzędną; dzięki niej, jak się potem przekonamy, powstała wiara w zmartwychwstanie Jezusa. Joanna, żona Chuzego, urzędnika Herodowego, oraz kilka innych kobiet, których nazwisk historya nam nie przekazała, szły wciąż za nim i służyły mu[423]. Niektóre z nich były nawet majętne i umożliwiły młodemu prorokowi działalność publiczną bez konieczności uprawiania w dalszym ciągu rzemiosła ciesielskiego, co aż dotąd musiał był czynić[424].
Prócz powyższych uczniów miał Jezus jeszcze innych, którzy również za nim ciągnęli i zwali go swym mistrzem, a byli to mianowicie: Filip z Betsajdy, Natanael syn Tolomaisa czy Ptolomeusza z Kany, może uczeń z pierwszej epoki[425], Mateusz, prawdopodobnie ten, który miał zostać Ksenofontem rodzącego się chrześciaństwa. Jako celnik władał piórem niezawodnie lepiej, niż inni. Może już wtedy postanowił spisywać owe »Logie«[426], które są dziś jedynem źródłem naszych wiadomości o nauce Jezusa. Między uczniami wyliczają także Tomasza czyli Dydyma[427], którego niekiedy ogarniały wątpliwości, ale który, jak się zdaje, był człowiekiem szlachetnego serca i umysłu[428]; Lebeusza czyli Tadeusza; Szymona Zelotesa[429], może ucznia Judasza Gaulonity, należącego do partyi »Kenaim«, która się wtedy tworzyła i miała odegrać tak ważną rolę w poruszeniach narodu żydowskiego; wreszcie Judasza, syna Szymonowego, pochodzącego z miasta Keriot, który w tem wiernem kole miał stanowić wyjątek a potem zdobyć sobie tak straszną sławę. On jeden nie był Galilejczykiem. Miasto Keriot było z pomiędzy miast judzkich[430] najbardziej wysunięte na południe, o jeden dzień drogi za Hebron.

Widzieliśmy już, że rodzina była dla Jezusa bardzo nieprzychylnie usposobiona[431]. Natomiast Jakób i Juda, spokrewnieni z nim przez Maryę Kleofasową, zaliczali się odtąd do najwierniejszych uczniów; sama Marya Kleofasowa należała do garstki kobiet, które podążyły za nim aż na Golgotę[432]. Matka w tym czasie nie była przy Jezusie. Dopiero po jego śmierci zyskała wielkie poważanie[433] a uczniowie usilnie się starali, aby ją sobie zjednać[434]. Owi członkowie właściwej rodziny założyciela chrześciaństwa stanowili wpływową grupę pod nazwą »Braci Pana«, stali długo na czele kościoła jerozolimskiego a po zburzeniu stolicy[111] schronili się do Batanei[435]. Sam fakt, że byli mu bliżsi, wynosił ich już niezmiernie nad innych, zupełnie tak samo, jak to miało miejsce z żonami i córkami Mahometa, które za życia proroka były mało znane a dopiero po jego śmierci zyskały wielkie uważanie.

W tem gronie przyjaciół Jezus widocznie wyróżniał niektórych i utworzył z nich kółko ściślejsze. W pierwszej linii należeli do tego ściślejszego kółka synowie Zebedeusza Jakób i Jan. Były to dusze płomienne, namiętne. Jezus zwał ich słusznie »synami gromu» z powodu ich wielkiej żarliwości a oni byliby na pewno sięgnęli do gromu po pomoc, gdyby to było możliwe[436]. Zwłaszcza Jan, jak się zdaje, żył w bliższej zażyłości z Jezusem. A może też uczeń ów, spisując potem swoje wspomnienia, w których się zdradza, że chce osobę swoją wysuwać wciąż na pierwszy plan, przesadził w kreśleniu dobrego usposobienia mistrza dla siebie[437]? Ważniejszem jest to, że według ewangielii synoptycznych Szymon Bariona (syn Jonaszów, przyp. tł.) czyli Piotr, Jakób, syn Zebedeusza, i Jan, brat jego, tworzą rodzaj kółka zaufanych, do których Jezus zwraca się po radę, ilekroć ma wątpliwości co do wiary i inteligencyi innych[438]. Zdaje się, że ci trzej uczniowie tworzyli spółkę rybacką[439]. Jezus cenił Piotra najbardziej. Podobał mu się ten charakter prosty, otwarty, uczciwy, silny, którego prostoduszne wystąpienia wywoływały niekiedy uśmiech na usta mistrza. Piotr nie był mistykiem, wynurzał się naiwnie przed mistrzem ze swych wątpliwości, ze swych wstrętów, ze swych czysto ludzkich słabostek[440] w sposób, jak to np. czynił Joinville przed św. Ludwikiem. Jezus pouczał go po przyjacielsku, poufnie, z szacunkiem. Co się tyczy Jana, to prawdopodobnie wielki urok wywierała jego młodość[441], jego niezwykła tkliwość[442] i żywa wyobraźnia[443]. Dopiero później występują w tej nadzwyczajnej osobistości cechy, które spowodowały zwrot w młodem chrześciaństwie. I dopiero też jako stary człowiek napisał o swym mistrzu ową dziwną ewangielię[444], zawierającą tyle cennych szczegółów, w której jednak, według mego zdania, charakter Jezusa został fałszywie przedstawiony. Jan był naturą zbyt głęboką i gwałtowną, aby się mógł nagiąć do objektywnego toku opowiadania pierwszego ewangielisty. Był takim życioryśnikiem Jezusa, jak Platon Sokratesa. Z gorączkowym niepokojem człowieka egzaltowanego sięgając do wielkich wspomnień swej młodości, przetworzył duchową fizyonomię swego mistrza, a nieraz nawet budzi podejrzenie — jeżeli jakaś obca ręka nie skaziła jego dzieła — że niezawsze bezwzględna szczerość była mu zasadą i prawem przy układaniu tego dziwnego pisma.

Młoda sekta nie miała właściwie żadnej hierarchii. Wszyscy nazywali się wzajemnie »braćmi« a Jezus nie pozwalał, aby go tytułowano inaczej, jak »rabbi«, »mistrz«, »ojciec«; sam miał być tylko mistrzem, Bóg tylko ojcem. Najdostojniejszy pośród nich miał być sługą innych[445]. Tymczasem postać Symona Barjony poczęła się wybijać ponad resztę uczniów. Jezus przemieszkiwał u niego i pouczał z jego łodzi[446]; dom Piotra był głównym punktem wykładu ewangielii. Uważano go za przewodnika gromadki całej i do niego też zwracali się celnicy, ściągający podatki[447]. Szymon był pierwszym, który uznał w Jezusie Mesyasza[448]. Gdy Jezus w chwili swej niepopularności zapytał uczniów: »czy i wy mnie opuścicie?« odparł mu Szymon: «Panie, do kogóż pójdziemy? ty masz słowa żywota wiecznego!«[449]. Jezus nieraz mu powiadał, że uważa go za pierwszego w swym kościele[450]; nazywał go niekiedy z syryjska »Kefa« (skała), czem dawał do zrozumienia, że go uważa za kamień węgielny wznoszonej przez siebie budowy[451]. Razu pewnego miał mu nawet obiecać »klucze królestwa niebieskiego« i moc, że co rozwiąże na ziemi, to będzie i w niebie rozwiązane[452].

Nie ulega wątpliwości, że takie wysuwanie Piotra na plan pierwszy budzić musiało śród innych uczniów uczucie pewnej zazdrości. Zazdrość ta budziła się zwłaszcza na myśl o przyszłości, kiedy to wszyscy uczniowie, siedząc na tronach po prawej i lewej mistrza, sądzić będą dwanaście pokoleń Izraela[453]. Zapytywano, kto będzie siedział najbliżej »Syna człowieczego« w charakterze niejakiego pierwszego ministra i doradcy. O taką godność dobijali się dwaj synowie Zebedeuszowi. Przejęci tą myślą, wysunęli pewnego dnia matkę swoją Salome, która też wziąwszy Jezusa na stronę, prosiła go o honorowe miejsca dla swoich synów[454]. Jezus odparł jej wedle zwykłej swojej zasady, że ci, którzy się wywyższają, będą poniżeni i że królestwo niebieskie będzie należało do maluczkich. Fakt ten wywołał pewne wrażenie w całem otoczeniu; ujawniła się niechęć do Jakóba i Jana[455]. Ślady tej rywalizacyi są widoczne w ewangielii Jana, gdzie za »najmilszego ucznia« jest podany ten, któremu Jezus w chwili śmierci powierza pod opiekę matkę swoją. W tej ewangielii Jan stawia się na równi z Piotrem a nawet niekiedy wyżej od niego i to w momentach ważniejszych, kiedy go starsze ewangielie wcale nawet nie wymieniają[456].

Z początku wszyscy wyżej wyliczeni uczniowie, o ile znamy ich życie, trudnili się rybołówstwem. W każdym razie to wiemy na pewno, że żaden z nich nie należał do wyższych klas towarzyskich. Jeden Mateusz, czyli Lewi, syn Alfeusza[457], był celnikiem. Ale ludzie, których w Judei zwano celnikami, nie byli owymi jeneralnymi dzierżawcami dochodów, wysokimi dostojnikami, zawsze rycerzami rzymskimi, których nazywano w Rzymie: publicani[458]. Byli to raczej ich pomocnicy, niscy urzędnicy, zwyczajni strażnicy celni. Znajdowało się ich najwięcej wzdłuż wielkiego gościńca między Akrą a Damaszkiem, który to gościniec zaliczyć wypada do najstarszych arteryi ruchu w świecie, a który, przecinając Galileę, ciągnął się prawdopodobnie około jeziora[459]. Owych strażników celnych było także dość dużo w Kafarnaum, które może leżało przy tym gościńcu[460]. Lud nigdy nie poważa celników; ale Żydzi stawiali ich niemal na równi ze zbrodniarzami. Podatek, coś dla Żydów niebywałego, był symbolem poddaństwa; szkoła Judasza Gaulonity zaliczała płacenie podatku do rzędu czynów pogańskich. Fanatycy nienawidzili celników; mówiono o nich tak, jak o rabusiach, mordercach i ludziach najgorszych obyczajów[461]. Żydzi, przyjmujący miejsca celników, byli ze społeczeństwa wytrąceni, nie wolno im było przysięgać: kasy ich przeklęto a kazuiści nie pozwalali nawet zmieniać u nich pieniędzy[462]. Biedni ci ludzie, od których się wszyscy usuwali, żyli między sobą. Jezus przyjął razu pewnego zaproszenie na ucztę do Lewego, na której, wedle ówczesnego wyrażenia, było obecnych wielu »celników i grzeszników«. Wywołało to wielkie zgorszenie[463]. W domach tych, pozbawionych opinii, można się było spotkać z najgorszem towarzystwem. Niebawem zobaczymy, że Jezus, nie dbając zupełnie o sądy i przesądy prawowiernych, starał się tę klasę ludzi pogardzonych podnieść, skutkiem czego naraził się naturalnie na najżywsze napaści ze strony świętoszków.

Te liczne zdobycze zawdzięczał Jezus niewysłowionemu urokowi swej osoby i swego słowa. Jedno przejmujące do głębi odezwanie się, jedno spojrzenie skierowane do duszy prostaczej, aby ją zbudzić, zyskiwało mu żarliwych uczniów. Jezus używał niekiedy w tym celu niewinnych sposobów w rodzaju tych, którymi posługiwała się Joanna d’Arc. Postępował tak, jak gdyby znał jakąś tajemnicę serca danego człowieka, jak gdyby przypominał mu jakąś chwilę drogę jego sercu. W ten sposób zdobył Natanaela[464], Piotra[465] i Samarytankę[466]. Kryjąc prawdziwą potęgą swoją — chcę powiedzieć: swoją przewagą duchową — chciał, aby przypuszczano, zgodnie z pojęciami wieku, którym sam hołdował, że żyje w jakiejś sferze zaziemskiej, nadludzkiej. Opowiadano też sobie, że widywał się na górach z Mojżeszem i Eliaszem[467]; wierzono, że w samotności nawiedzali go aniołowie, którzy mu służyli i pomiędzy nim a niebem tajemniczo posłowali[468].



ROZDZIAŁ X.
Kazania na jeziorze.

Taka gromadka ludzi otaczała Jezusa na brzegach jeziora Genezaret. Arystokracyę reprezentował celnik i żona zarządcy. Reszta składała się z rybaków i ludzi prostych. Ciemnota ich była wielka; wierzyli w duchy i upiory[469]. Nie padł pomiędzy nich ani jeden promyk cywilizacyi heleńskiej; nawet jako Żydzi posiadali małą wiedzę; ale mieli dobre serce i dobrą wolę. Dzięki pięknemu klimatowi Galilei życie upływało tym zacnym rybakom w nieustającym zachwycie. Odczuwali już królestwo boże; prości, dobrzy, byli szczęśliwi kołysząc się na falach tego niewielkiego morza lub drzemiąc wieczorem na jego brzegu. Nie ma się istotnie wyobrażenia o urokach podobnego życia pod lazurami nieba, w ustawicznem zetknięciu z naturą, o tych marzeniach nocnych pod błękitem zasłanym mieniącemi się gwiazdami. Takiej to nocy Jakób, oparłszy głowę o kamień, widział w gwiazdach zapowiedź licznych swych potomnych pokoleń, oraz tajemniczą drabinę, po której aniołowie zstępowali lub wstępowali. Za czasów Jezusa niebo stało jeszcze dla ludzi otworem a ziemia nie ostygła w marzeniach. Jeszcze rozstępowały się chmury nad głową syna człowieczego; aniołowie schodzili na ziemię lub wstępowali do nieba[470]; wszędzie królestwo boże ukazywało się jako wizya; człowiek nosił je w sercu. Dla tych czystych, prostaczych oczu świat jaśniał barwami idealnemi. Może istotnie uchyliło zasłonę owej tajemnicy boskie uczucie tych szczęśliwych dzieci, którzy dzięki czystości serca zasłużyli doprawdy, aby jakiegoś dnia zobaczyć Boga.

Jezus spędzał z uczniami dnie przeważnie na wolnem powietrzu. Niekiedy wsiadał do łodzi, z której przemawiał do słuchaczy cisnących się tłumnie na brzegu[471]. Albo wstępował na góry otaczające jezioro, gdzie powietrze tak czyste i widnokrąg tak jasny! W ten sposób na gromady te padały z duszy mistrza najświeższe kwiaty jego natchnienia. Niekiedy jednak nasuwała się słuchaczom naiwna wątpliwość, sceptyczna uwaga; Jezus uśmierzał to jednym uśmiechem, jednem spojrzeniem. Wszędzie widziano znaki zbliżającego się królestwa bożego, w przeciągających chmurach, w kiełkującem ziarenku, w dojrzewającym kłosie; każdemu się zdawało, że już nazajutrz ujrzy Boga, że jest sam panem świata; łzy zamieniały się w radosne uniesienie; był to zaranek powszechnej szczęśliwości na ziemi.

A mistrz mówił:

»Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie!

»Błogosławieni, którzy się smęcą, albowiem będą pocieszeni!

»Błogosławieni cisi, albowiem oni odziedziczą ziemię!

»Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni nasyceni będą!

»Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią!

»Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają!

»Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami bożymi nazwani będą!

»Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem ich jest królestwo niebieskie!«[472]

Kazania jego tchnęły słodyczą, naturalnością, zapachem kwiatów polnych. Kochał kwiaty i osnuwał na nich najpiękniejsze nauki. W przypowieściach jego przesuwają się ptaki, morze, góry, igraszki dzieciątek. Mówiąc, nie budował greckich peryodów, ale posługiwał się raczej hebrajskimi parabolami, wygłaszając sentencye na wzór mędrców żydowskich — swych rówieśnych — ujęte w Pirke Abot. Przemówienia jego były krótkie, zwięzłe, jak zdania Koranu, choć z nich potem wzorem Mateusza ułożono długie mowy[473]. A w tych przemówieniach nie było żadnych przejść logicznych; owiewało je tylko jedno natchnienie i ono tworzyło całość. Zwłaszcza przypowieści jego były mistrzowskie. Pod tym względem nie miał śród Żydów żadnego wzoru[474]. On jest twórcą przypowieści. Prawda, że w księgach wedyckich spotykamy przypowieści, nastrojone na ten sam ton i posiadające tę samą formę, co przypowieści ewangeliczne[475]. Ale niepodobna przypuścić, aby te ostatnie powstały pod wpływem pierwszych. Powiedzieć tylko można, że zarówno chrześciaństwo jak i buddyzm były owiane tym samym duchem, tem samem uczuciem.

Wskutek takiego nastroju nie dbano zupełnie o zewnętrzną stronę życia i za nic miano wszystkie wygody, do których w naszym smutnym klimacie tyle wagi przywiązujemy. Klimat zimny zmusza człowieka do ustawicznej walki z światem zewnętrznym, do starań o dostatek i zabezpieczenie. Natomiast kraje małych potrzeb są krajami idealizmu i poezyi. Życie jest tak piękne, że nie potrzeba go upiększać. Nie potrzeba upiększać domu, bo w nim się mało przebywa. Ciężkie strawy surowego klimatu są tu niepotrzebne. A co do pięknych szat, jakże tu rywalizować z przepychem, którym Bóg odział niebo, ziemię, przyrodę? W takim klimacie praca jest zupełnie zbyteczna, gdyż więcej wymaga trudu niż daje zysku. Zwierz polny jest piękniej odziany od człowieka a nie pracuje. Ta pogarda pracy, która, o ile nie wypływa z lenistwa, podnosi niezmiernie ducha, natchnęła Jezusa najpiękniejszemi myślami: »Nie zbierajcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza psuje i gdzie złodzieje podkopywają i kradną; ale sobie zbierajcie skarby w niebie, gdzie ani mól ani rdza nie psuje i gdzie złodzieje nie podkopywają i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb wasz, tam jest i serce wasze[476]. Nikt nie może dwiema panom służyć, gdyż albo jednego będzie miał w nienawiści a drugiego będzie miłował, albo jednego trzymać się będzie a drugim pogardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie[477]. Dlatego powiadam wam: nie troszczcie się o żywot wasz, cobyście jedli, albo cobyście pili, ani o ciało wasze, czembyście się odziewali. Azaż żywot nie jest zacniejszy, niż pokarm, a ciało niż odzienie? Pojrzyjcie na ptaki niebieskie: nie sieją, nie żną, ani zbierają do gumien a przecież żywi je ojciec niebieski. Izaliż nie jesteście daleko zacniejsi od nich? I któż z was, troskliwie myśląc, może przydać do wzrostu swego łokieć jeden? A czemuż się troskacie o odzienie? Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną, nie pracują, ani przędą. Powiadam wam, iż ani Salomon we wszystkiej sławie swojej nie był tak przyodziany jako jedna z nich. Jeżeli tedy trawę polną, która dziś jest a jutro bywa w piec wrzucona, Bóg tak przyodziewa, ażali nie daleko więcej was, małowierni? Nie troszczcie się tedy mówiąc: cóż będziemy jeść? albo: co będziemy pić? albo: czem się będziemy przyodziewać? Tego wszystkiego Poganie szukają. Wie ojciec wasz niebieski, czego wam potrzeba. Szukajcie przedewszystkiem królestwa bożego[478] i jego sprawiedliwości a reszta będzie wam przydana. Przeto nie troszczcie się o dzień jutrzejszy; albowiem jutrzejszy dzień troskać się będzie o swoje potrzeby. Dosyć-ci ma dzień na swojem utrapieniu.«[479]

Tego rodzaju uczucia czysto galilejskie wywarły decydujący wpływ na losy młodej sekty. Zastęp ludzi szczęśliwych, zdający się całkowicie na wolę niebieskiego ojca w sprawie swych potrzeb ziemskich, głosił jako zasadę, że troska o sprawy doczesne tłumi w człowieku najpiękniejsze porywy[480]. O chleb powszedni proszono Boga codziennie[481]. Pocóż gromadzić skarby? Królestwo boże jest przecie bliskie. »Przedawajcie majętności wasze a dawajcie jałmużnę. Gotujcie sobie mieszki, które nie wiotszeją, skarb, którego nie ubywa w niebiesiech[482]. A to, coś nagotował, coś zebrał, czyje będzie?«[483] Jako przykład nieopatrzności ludzkiej przytacza Jezus chętnie wypadek, kiedy to pewien człowiek, rozszerzywszy stodoły i poczyniwszy duże zbiory, umarł, nim się nimi nacieszył[484]. Zasada ta tem bardziej trafiała do duszy, że w Galilei kwitło rozbójnictwo[485]. Biedak, na którego się żaden rozbójnik nie nasadzał, uważał się za ulubieńca bożego, tymczasem bogacz ze swym źle zabezpieczonym majątkiem był jak wyjęty z pod praw. W naszych społecznościach, urządzonych wedle surowej zasady prawa własności, niedola biednych jest straszna; dla nich doprawdy nie świeci słońce. Tylko ten, kto posiada ziemię, ma prawo do kwiatów, do trawy, do cienia. Na Wschodzie są to dary boże, należące do wszystkich. Posiadacz ma tylko pewne drobne przywileje; przyroda jest dziedzictwem wszystkich ludzi.

Pod tym względem młode chrześciaństwo wstępowało tylko w ślady Esejczyków czyli Terapeutów, oraz sekt, żyjących w pustelnictwie. Pewien pierwiastek komunistyczny zakradł się do tych wszystkich sekt; więc krzywo na nie patrzyli zarówno Faryzeusze jak i Saduceusze. Mesyanizm, rozwijający się u Żydów prawowiernych na tle wyłącznie politycznem, tu przybierał charakter społeczny. Zdawało się, że można na ziemi stworzyć drobne kościoły królestwa bożego, oparte na bycie pełnym łagodności, wyrozumiałości i swobody, zapewnionej każdemu osobnikowi ludzkiemu. Wszędzie wyłaniały się utopijne sny o życiu szczęśliwem, o powszechnem braterstwie, wszystkie niepospolite dusze marzyły o tem — bez przyszłości.

Jezus, którego stosunek do Esejczyków bardzo trudno wyśledzić (gdyż podobieństwo nie jest dla historyka dowodem pochodzenia), był jednak pod tym względem ich bratem. Nowa ta społeczność przyjęła wspólność posiadania przez czas pewien bezwarunkowo jako zasadę[486]. Skąpstwo uchodziło za grzech główny[487]; należy jednak wiedzieć, że »skąpstwo«, tak surowo potępiane przez etykę chrześciańską, tyczyło wówczas tylko lubowania się w posiadaniu. Kto chciał zostać uczniem Jezusa, ten musiał przedewszystkiem sprzedać swoją majętność i zdobyty pieniądz rozdać ubogim. To była ostateczność a kto się przed nią cofnął, nie mógł przystąpić do tej społeczności[488]. Jezus powtarzał niejednokrotnie, że królestwo boże można tylko osiągnąć za cenę zrzeczenia się dostatków ziemskich i że ten, kto tak postępuje, odnosi wielką korzyść. »Człowiek, który odnalazł skarb na roli« — powiadał — »sprzedaje wszystko co posiadał i kupuje oną rolę. Złotnik, znalazłszy piękną perłę, gromadzi pieniądz, aby ją kupić«[489]. Niestety, niebawem pokazało się, do jakiego stopnia jest to niemożliwe! Potrzebny był człowiek z mieszkiem. Uczyniono skarbnikiem Judasza z Keriot. Słusznie, czy niesłusznie, lecz podejrzywano go, że okradał wspólną kasę[490]. Jedno jest tylko pewne: człowiek ten skończył fatalnie.

Niekiedy mistrz, który znał się lepiej na sprawach niebieskich, niż na sprawach ziemskich, wykładał jeszcze dziwniejszą ekonomię społeczną. W szczególnej przypowieści chwalił zarządcę, który kosztem swego pana zdobył sobie przyjaciół pomiędzy ubogimi, aby go wwiedli do królestwa niebieskiego. Ponieważ biedni byli rozdawcami królestwa bożego, przeto mieli prawo tylko tych przyjmować, którzy coś im dali. Skąpi Faryzeusze, jak opowiada ewangielista, naśmiewali się z tego[491]. A czy słyszeli i tę co najmniej dziwną przypowieść? »Był człowiek bogaty, który się obłóczył w szkarłat i bisior i używał na każdy dzień hojnie. Był też niektóry żebrak imieniem Łazarz, ten we wrzodach leżał pod jego drzwiami. Pragnąc być nasycony z odrobin, które padały ze stołu bogaczowego; ale i psy przychodząc lizały wrzody jego. I stało się, że umarł on żebrak i odniesiony był od aniołów na łono Abrahamowe. Umarł też i bogacz i pogrzebiony jest[492]. A będąc w piekle, podniósłszy oczu swych, gdy był w mękach, ujrzał Abrahama zdaleka i Łazarza na jego łonie. Tedy bogacz zawoławszy rzekł: Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nademną a poślij Łazarza, aby obmoczył koniec palca swego w wodzie a ochłodził język mój; bo męki cierpię w tym płomieniu. Ale Abraham odpowiedział: Synu, wspomnij, żeś ty odebrał dobre rzeczy twoje za żywota twego a Łazarz także złe; a teraz on ma pociechę a ty męki cierpisz«[493]. Cóż nad to sprawiedliwszego? Później nazwano to przypowieścią o »złym bogaczu«; ale jest to poprostu przypowieść »o bogaczu«. Dostał się do piekła, ponieważ był bogaty, ponieważ majętności swoich nie rozdał pomiędzy ubogich, ponieważ jadał smaczno, podczas gdy inni przed drzwiami jego jadali źle. Nawet w chwili mniejszej egzaltacyi, gdy rozdanie majętności pomiędzy ubogich uważane jest tylko za zupełną doskonałość, Jezus wygłasza jeszcze to okropne zdanie: »Snadniej wiełbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wniść do królestwa bożego«[494].

Z tem wszystkiem przenika Jezusa i jego zastęp uczucie zdumiewającej głębi, że stworzył na wieki spokojność ducha i stał się pocieszycielem żywiących. Skoro zdjął z ludzi brzemię »troski o doczesność«, mógł był pójść za daleko, mógł był nie uwzględnić zasadniczych warunków bytu; ale stworzył fundamenty wysoko pojętego spirytualizmu, który przez długie wieki na tym padole łez napełniał dusze niebiańską radością. Ocenił sprawiedliwie, że od zagadnień moralnych i filozoficznych odrywa człowieka chmara trosk doczesnych, które cywilizacya jeszcze tak pomnożyła[495]. Więc ewangielia zdejmuje to jarzmo z człowieka, jest ona ciągłem »sursum corda«, jest ona niebiańskim sposobem uwolnienia duszy od tych zabójczych trosk, jest ona tem łagodnem napomnieniem Jezusa, z którem się zwrócił do Marty: »Marto, Marto, troskasz się o wiele rzeczy a tylko o jedno troskać się potrzeba«. Dzięki Jezusowi smutne, pełne poniżających obowiązków życie ludzkie spodziewa się otrzymać w niebie jakiś kątek. W naszych przemysłowych czasach wieść o tem, co się wówczas działo w Galilei, dolatuje jak wiosenny zapach piękniejszego świata, pada to na serca nasze jak »rosa Hermonu«[496], która sprawia, że rola boża wskutek suszy i powszedniości nie zamienia się w pustynię.



ROZDZIAŁ XI.
Królestwo boże jako panowanie ubogich.

Zasady podobne są możliwe w kraju, gdzie życie czerpie swoje soki z światła i z powietrza. Tak szlachetnie i tkliwie pojęty komunizm gromadki dziatek bożych, ufających swemu ojcu niebieskiemu, był jedynie możliwy w łonie naiwnej sekty, która była przekonana, że jej utopie się urzeczywistnią. Ale całej społeczności ludzkiej ogarnąć to nie mogło. Jezus przejrzał też niebawem, że świat oficyalny kiedyś zupełnie pominie jego królestwo boże. Dlatego wziął się teraz do dzieła z niesłychaną śmiałością. Zostawił na boku cały ten świat z jego uprzedzeniami i ciasnotą a zwrócił się wyłącznie do prostaczków. Rasę panującą zastąpi inna. Królestwo boże jest przeznaczone: 1) dla dzieci, albo dla tych, którzy są dzieciaczkom równi; 2) dla wszystkich wzgardzonych, dla ofiar dumy towarzyskiej, która odtrąca ludzi dobrych ale skromnych; 3) dla wszystkich odszczepieńców, heretyków, celników, Samarytanów, pogan z Tyru i Sydonu. To wezwanie do ludu popiera potężną przypowieścią[497]: Król pewien sprawił wesele synowi swemu i posłał sługi swe, aby wezwali zaproszonych. Ale oni przyjść nie chcieli; inni, pojmawszy nawet sługi króla, zelżyli je i obili. Tedy król postanowił: jeżeli ludzie dostojni nie przyjęli królewskiego zaproszenia, to wezwie pierwszych lepszych, każe zwołać ludzi z ulic i zaułków, ubogich, żebraków, kaleki, niech sala biesiadna będzie zapełniona. Zaprawdę, rzekł król, żaden z zaproszonych nie pokosztuje mej biesiady.

Teraz nauka Jezusa to czysty ebionizm; zbawienia doczekają się wyłącznie biedni (ebionim); królestwo ubogich bliskie jest. »Biada wam bogacze«, wołał, »bo już macie pociechę waszą. Biada wam, którzyście nasyceni, albowiem łaknąć będziecie! Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, bo się smęcić i płakać będziecie!«[498]. »Gdy sprawujesz obiad albo wieczerzę«, mówił następnie, »nie wzywaj przyjaciół, ani braci twoich, ani krewnych twoich, ani sąsiadów bogatych, żeby cię snadź i oni nie wezwali a stałaćby się nagroda. Ale gdy sprawujesz ucztę, wezwijże ubogich, ułomnych, chromych i ślepych. A będziesz błogosławiony; boć nie mają czem nagrodzić, aleć będzie nagrodzono przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych«[499]. I w tej myśli mawiał też często: »Bądźcie dobrymi szafarzami«[500], to znaczy: obierajcie sobie dobre miejsce na królestwo boże, oddając majętności wasze ubogim, wedle starego przysłowia: »Panu pożycza, kto ma litość nad ubogim«[501].

Zresztą nauka ta nie zawierała w sobie nic nowego. Najbardziej egzaltowany ruch demokratyczny, jaki ludzkość pamięta — jedynie zresztą skuteczny, albowiem nie wychodził po za granice myśli — wzburzał już oddawna lud żydowski. Idea, że Bóg jest mścicielem ubogich i słabych, że jest ich obrońcą przeciw bogaczom i mocarzom, zapełnia niemal każdą kartę Starego Zakonu. W dziejach żydowskich geniusz ludowy rządzi stale. Prorocy, istni trybuni ludu i to z wszystkich trybunów najśmielsi, grzmieli zawsze przeciw potentatom i w jednym rzędzie stawiają słowa: — bogaty, bezbożny, potężny, zły ze słowami: »ubogi, łagodny, pokorny, pobożny«[502]. Pod Seleucydami, kiedy prawie wszyscy arystokraci stali się odszczepieńcami i przyjęli hellenizm, pojęcia powyższe skojarzyły się ze sobą jeszcze bardziej. Księga Henocha zawiera daleko silniejsze wyrazy potępienia, miotane na świat, bogatych i możnych, niż ewangielia[503]. Zbytek równa się zbrodni. W tej cudownej Apokalipsie »Syn Człowieczy« obala trony królów i z najrozkoszniejszego życia strąca ich do piekieł[504]. Pewne zmodernizowanie żydów w kierunku światowości, dostatku, dobrobytu, wywołuje wściekłą reakcyę na rzecz patryarchalnej prostoty. »Biada wam, którzy gardzicie domem i dziedzictwem ojców! Biada wam, którzy znojem innych budujecie pałace wasze! Każda cegła, każdy kamień, z których się one pałace składają, jest grzechem!«[505]. Słowo »ubogi« (ebion) jest jednoznaczne z »świętym« i z „przyjacielem Boga«. Uczniowie Jezusa z Galilei chętnie się tak nazywali; tak też nazywali się przez długi czas żydowscy chrześcianie Batanei i Hauranu (Nazarejczycy, Hebrejczycy), którzy zachowali język Jezusa, trzymali się pierwotnej jego nauki i szczycili się tem, że mają pomiędzy sobą jego potomków[506]. Sekta tych zacnych ludzi, która stała po za wszelkim ruchem, zaburzającym inne kościoły, została pod koniec drugiego stulecia uznana za heretycką, a celem wyjaśnienia jej nazwy wymyślono rzekomego herezyarchę Ebiona[507].

Nietrudno pojąć, że to przesadne pożądanie ubóstwa nie mogło trwać długo. Podobne pierwiastki zawsze się przyczepiają do wielkich dzieł; ale czas załatwia się z niemi. Z chwilą, gdy chrześciaństwo znalazło się istotnie w samym rdzeniu ludzkich społeczności, poczęło bardzo chętnie przygarniać do siebie bogatych; tak samo buddyzm, który z początku opierał się wyłącznie na mnichach, gdy coraz więcej ludzi się nawracało, począł przyjmować do swego łona także jednostki świeckie. Ale ślady pierwszych rysów znamiennych pozostają na zawsze. Ebionizm, który miał niebawem zginąć i pójść w zapomnienie, pozostawił całej historyi chrześciaństwa i jego instytucyi nasionko, z którego coś ustawicznie kiełkowało. Ebionici Batanejscy zebrali Logie czyli mowy Jezusa[508]. Ubóstwo zostało wieczystym ideałem prawdziwego chrześcianina. Szczytem jest nic nie posiadać; żebractwo staje się cnotą, świętością. Pod tym znakiem wszczął się wielki ruch w Umbryi w XIII w., który z wszystkich wysiłków około założenia nowej religii najbardziej przypomina ruch galilejski. Franciszek z Assyżu, człowiek światowy, który z powodu swej dobroci, pobłażliwości i umiłowania wszystkiego, najbardziej przypominał Jezusa, był ubogim. Zakony jałmużnicze, liczne sekty komunistyczne wieków średnich (Biedni z Lyonu, Beghardy, Humiliaci, Fratres et sorores liberi spiritus etc.), zbierające się pod znakiem »wieczystej ewangielii«, chciały wstępować w ślady Jezusa i istotnie dokonały tego. Ale jeszcze dotąd najszaleńsze marzenia nowej religii były płodne. Pobożne żebractwo, które dla przemysłowych i administracyjnych urządzeń nowoczesności staje się ciężarem i zawadą, posiadało ongi pod innem niebem dużo uroku. Dla wielu subtelnych i kontemplacyjnych dusz był to jedyny stan, który ich usposobieniu odpowiadał. Zrobić z ubóstwa przedmiot miłosierdzia i pożądania, posadzić żebraka na miejscu zaszczytnem i uczcić suknię człowieka z gminu — to czyn niezwykły, który może ekonomisty społecznego nie zadowolni, ale wobec którego prawdziwy moralista nie może pozostać obojętnym. Aby podźwignąć brzemię swoje, ludzkość musi wierzyć, że nie zostaje dostatecznie wynagrodzoną. Największą usługę wyświadcza jej ten, który powtarza jej ustawicznie, że człowiek nie żyje samym chlebem.

Jezus, jak wszyscy wielcy ludzie, lubił lud i dobrze mu było śród niego. Ewangielia, zdaniem jego, jest przeznaczona dla ubogich i niesie im dobrą nowinę zbawienia[509]. Opiekuje się wszystkimi, którymi wzgardził prawowierny judaizm. Z wszystkich słów i czynów Jezusa bije myśl jedna i uczucie jedno: miłość ludu, pobłażanie dla jego ułomności, uczucie wodza demokracyi, w którym żyje dusza ludu i której on jest naturalnym tłómaczem[510].

Zastęp wybranych składał się istotnie z wielkiej mieszaniny, która musiała niezmiernie zadziwiać prawowiernych. Z tego rodzaju ludźmi szanujący się Żyd nie mógł obcować[511]. Być może, że Jezus znalazł w tem niezwykłem towarzystwie więcej zalet i szlachetnych uczuć, niż śród pedantycznego mieszczaństwa, które całą moralność traktowało bardzo formalnie a z tych pozorów etycznych było nadzwyczaj dumne. Faryzeusze doprowadzili prawowierność do tego, iż według nich plamił się każdy Żyd, stykając się z człowiekiem mniej pobożnym; w sprawie zaś pożywienia doszli niemal do dziecinnie subtelnych odróżnień kast indyjskich. Jezus, gardząc podobnem zboczeniem uczuć religijnych, siadał do jednego stołu z tymi, którzy byli ofiarami owych zboczeń[512]; przy nim siadali ludzie złej opinii, prawda, może dlatego złej opinii, że nie podlegali śmiesznostkom pobożnisiów. Faryzeusze i uczeni w piśmie podnieśli krzyk oburzenia. »Patrzajcie«, wołano, »z jakimi ludźmi on siada do stołu!« Na to posiadał Jezus bardzo trafne odpowiedzi, które obłudników drażniły niezmiernie: »Zdrowi nie potrzebują lekarza, ale chorzy«[513]; albo: »Któryż z was człowiek, gdyby miał sto owiec a straciłby jednę z nich, izali nie zostawia onych dziewiącidziesiąt i dziewiąci na puszczy a nie idzie za oną, która zginęła, ażby ją znalazł? A znalazłszy kładzie ją na ramiona swoje radując się«[514]; albo: »Przyszedł bowiem Syn człowieczy, aby zbawił to, co było zginęło«[515]; albo: »Bom nie przyszedł wzywać sprawiedliwych, ale grzesznych do pokuty«[516]; a wreszcie wspaniała przypowieść o synu marnotrawnym, wedle której jak gdyby większe przywileje posiadał ten, co zgrzeszył, niż ten, który był zawsze sprawiedliwy. Słabe i upadłe kobiety, uderzone tym urokiem, czując po raz pierwszy całą potęgę atrakcyjną cnoty, zbliżały się do niego otwarcie. Ludzi ogarniało zdumienie, że ich nie odtrącał. »Oh«, wołali prawowierni, »człowiek ten nie jest prorokiem! Inaczej bowiem wiedziałby, że kobieta, która go dotknęła, jest grzesznicą«. Jezus odpowiedział na to przypowieścią o wierzycielu, który swoim dłużnikom darował różne długi; i bez wahania pochwalił los tego, któremu został odpuszczony dług największy[517]. On wnikał w każdą duszę i sądził ją wedle stopnia miłości, do jakiej była zdolną. Niewiasty win żałujące były sercu jego bliższe, niż natury przeciętne, których nieraz jedyną zasługą bywa to, że nie zgrzeszyły. Łatwo też pojąć, że istoty czułe, dla których przystąpienie do sekty było tak prostym sposobem rehabilitacyi, musiały czuć namiętne przywiązanie do Jezusa.

Zdaje się, że nietylko nie zamierzał uśmierzyć oburzenia, jakie wywołał podrażnieniem owoczesnych pojęć, ale że był niejako z tego zadowolony. Nikt nie okazał jawniej wzgardy dla »świata«, co jest zawsze warunkiem wielkich czynów i wielkiej oryginalności. Tylko wtedy przebaczał bogatemu, gdy bogacz ten skutkiem jakiegoś przesądu popadał w niełaskę u świata[518]. Całkiem głośno stawiał on ludzi wątpliwego życia ponad najznakomitszych obywateli. »Zaprawdę powiadam wam, że was celnicy i wszetecznice uprzedzają do królestwa bożego. Albowiem przyszedł do was Jan drogą sprawiedliwości a nie uwierzyliście mu, ale celnicy i wszetecznice uwierzyły mu; a wy widząc to, przecieście się nie obaczyli, abyście mu uwierzyli[519]. Każdy pojmie, jak to musiało upokarzać ludzi, którzy z godności i surowej etyki zrobili sobie rzemiosło a teraz słyszeli, że przykład dobry oświecił bardziej kobiety lekkiego prowadzenia, niż ich.

Nie przykładał wartości do żadnych oznak zewnętrznych, nie wykazywał żadnej surowości. Nie uchodził przed radością, zjawiał się nawet chętnie na uroczystościach weselnych. Raz nawet w pewnem miasteczku dokonał cudu na weselu dla rozradowania gości. Na wschodzie wesela odbywają się wieczorem. Każdy niesie w ręku lampkę a migające światełka przedstawiają nader miły widok. Lubił to Jezus i osnuł nawet na tem kilka pięknych przypowieści[520]. Gdy porównywano pod tym względem jego zachowanie się z zachowaniem Jana, wpadano w oburzenie[521]. Razu pewnego, gdy pościli uczniowie Jana i Faryzeusze, zapytano Jezusa: »Przecz uczniowie Jana i Faryzeusze często poszczą a uczniowie twoi nie poszczą?« Jezus odparł im: »Iżali się mogą synowie łożnicy małżeńskiej smęcić, póki z nimi jest oblubieniec? Ale przyjdą dni, gdy od nich będzie oblubieniec odjęty a wtedy pościć będą«[522]. Jego pogodne usposobienie wyrażało się w zdaniach żywych a niekiedy nawet żartobliwych. Razu pewnego rzekł: »Komuż przypodobam ten naród? Podobny jest dziatkom, które siedzą na rynkach i wołają na towarzysze swoje i mówią:

Grałyśmy wam na piszczałce
A nie tańcowałyście,
Śpiewałyśmy pieśni żałobne
A nie płakałyście![523]

Albowiem przyszedł Jan ani jedząc, ani pijąc, a mówią: iż dyabelstwo ma. Przyszedł Syn człowieczy jedząc i pijąc, a mówią: Oto człowiek obżerca i pijanica wina, przyjaciel celników i grzeszników; i usprawiedliwiona jest mądrość od synów swoich«[524].

Wędrował w ten sposób po Galilei z jednej uroczystości na drugą. Posługiwał się w podróży mułem, który na wschodzie jest najlepszem zwierzęciem do jazdy wierzchem; zwierzę to łagodne, posiada duże czarne oczy, zacienione długiemi rzęsami. Uczniowie roztaczali niekiedy dokoła mistrza wieśniaczy przepych kosztem swych szat, które służyły za dywany. Albo kładli je na muła, gdy go dosiadał, albo też rozpościerali na ziemię, kędy miał przejść[525]. Dom, przed którym zsiadał, rozbrzmiewał wesołymi okrzykami i błogosławieństwy. Zatrzymywał się w miasteczkach lub na wielkich folwarkach, gdzie go przyjmowano z serdeczną gościnnością. Na Wschodzie dom, który ma gościa, zamienia się natychmiast w miejsce publiczne. Zbiega się cała wieś; cisną się dzieci; służba je rozpędza; one wracają znowu. Jezus nie mógł na to patrzeć, gdy odganiano owych naiwnych słuchaczy; pozwalał się im zbliżać i całował je[526]. Matki, ośmielone takiem przyjęciem, znosiły mu niemowlęta swoje, aby się ich bodaj dotknął[527]. Przychodziły niewiasty, aby wylać na jego głowę kosztowne olejki i namaścić jego nogi. Uczniowie uważali to za natręctwo i odsuwali je; Jezus jednak, który cenił stare obyczaje i wogóle wszystko, co pochodziło z serca, natychmiast naprawiał zło, wyrządzone przez zbyt gorliwych uczniów. Brał w opiekę tych, którzy chcieli mu okazać cześć[528]. Więc kobiety i dzieci modliły się niemal do niego. Z tego też powodu wrogowie stawiali potem jemu często zarzut, iż uwodzi umysły naiwne i odrywa je od rodzin[529].

Ta powstająca religia była tedy do pewnego stopnia ruchem kobiet i dzieci. Zwłaszcza dzieci tworzyły dokoła Jezusa rodzaj młodocianej gwardyi, przeznaczonej do proklamacyi jego niewinnego królestwa, dla wznoszenia okrzyków na jego cześć, nazywania go »Synem Dawidowym«, wołania »Hosanna«[530], powiewania palmami; to wszystko bardzo się podobało Jezusowi. Prawdopodobnie jak Savonarola używał dzieci za narzędzie do spełnienia pobożnej misyi; chętnie też widział, gdy ci młodzi apostołowie, którzy go nie kompromitowali, ciągnęli przed nim, obwołując jego tytuły, których sam nie odważyłby się przybrać. Nie wzbraniał im tego, a gdy się go pytano, czy owe okrzyki słyszy, odpowiadał wymijająco, że pochwała z ust dziatek jest Bogu najmilsza[531].

Nie pomijał też żadnej sposobności, lecz wciąż powtarzał, że maluczcy są istotami świętemi[532], że królestwo boże należy do dzieci[533], że, aby wejść do królestwa bożego[534], trzeba zostać dzieckiem, że trzeba je przyjąć w nastroju dziecięcia[535], że co ojciec niebieski zakrywa przed mędrcami, to objawia maluczkim[536]. Uczeń i dziecię ma teraz dla niego jedno znaczenie[537]. Kiedy razu pewnego powstał spór o pierwszeństwo między jego uczniami — co się bynajmniej rzadko nie zdarzało — Jezus, ująwszy dziecię, stawił je w pośrodku nich i rzekł: »Kto się uniży jako to dziecię, ten jest największym w królestwie niebieskiem«[538].

I zaiste dusza dziecięca, naiwnie boska swą radością wzięła ziemię w posiadanie. Każdy wierzył, że królestwo, wyczekiwane z takiem upragnieniem, nastąpi lada dzień. Każdy już widział się na tronie[539] u boku swego mistrza. Rozdzielono już między siebie miejsca[540]; obliczono już w przybliżeniu, kiedy nastąpi ów dzień. Wszystko to nazywało się »dobrą nowiną«; innej nazwy nauka ta nie miała. Stare słowo, »raj«, które język hebrajski, jak wogóle wszystkie wschodnie języki, wziął był od Persów, a które pierwotnie oznaczało ogrody Achemenidów, mieściło w sobie całe to marzenie: raj — ogród rozkoszny, gdzie w nieskończoność będzie się ciągnęło to piękne życie tutejsze[541]. Jak długo trwał ten sen? Nie wiemy. Śród rozkosznych marzeń nikt czasu nie mierzył, jak nikt nie mierzy trwania rozkosznego snu. Znikło poczucie czasu; wiek mógł był spłynąć jak tydzień. Czy sen ten trwał lata czy miesiące, dość, że był piękny, że ludzkość nigdy równie pięknego nie miała, że dziś jeszcze doznajemy najwznioślejszych uczuć, gdy owieje nas jego urok. Nigdy większa radość nie wypełniła piersi ludzkiej. Raz wzniósłszy się ponad ziemię, zresztą tak wysoko, jak potem już nigdy, ludzkość nie chciała opaść w szarzyznę trosk, smutku i całej owej niedoli życia. Szczęśliwy, kto mógł własnemi oczami bodaj przez dzień jeden patrzeć na ów boski rozkwit, na tę niezrównaną iluzyę! Ale bardziej szczęśliwy — rzekłby nam Jezus — kto, nie podlegając żadnym złudom, stworzy w własnej duszy taki niebiański stan i bez rojeń o tysiącletniem królestwie, bez marzeń o fantastycznym raju, bez oczekiwania znaków na niebie, tylko dzięki prostocie woli i poezyi duszy, umiałby w swem sercu stworzyć prawdziwe królestwo boże!



ROZDZIAŁ XII.
Poselstwo od uwięzionego Jana do Jezusa. — Śmierć Jana. — Stosunek szkoły Jana do szkoły Jezusa.

Kiedy wesoła Galilea święciła uroczystościami przybycie oblubieńca, ginął smutny Jan w więzieniu w Machero z oczekiwania i tęsknoty. Dotarła już do niego wieść o świetnych wystąpieniach młodego mistrza, którego przed kilku miesiącami poznał między zwolennikami swej szkoły. Mówiono, że zapowiadany przez proroków Mesyasz, mający odbudować królestwo Izraela, już przybył i przybycie swoje obwieścił w Galilei cudami. Jan chciał się przekonać, czy ta wieść jest prawdziwa; a ponieważ pomimo zamknięcia w więzieniu utrzymywał stosunki ze swymi uczniami, przeto wybrał dwóch, aby odwiedzili Jezusa w Galilei[542].

Ci dwaj uczniowie ujrzeli Jezusa u szczytu sławy. Uroczysty nastrój jego otoczenia zadziwił ich. Przyzwyczajeni do postów, do ustawicznych modłów, do życia w smętku, zdumieli, skoro się znaleźli w pośrodku ustawicznej radości[543]. Aby spełnić swą misyę, zwrócili się do Jezusa z zapytaniem: »Czy ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też mamy oczekiwać przyjścia innego?« Jezus, który już nie wątpił o swem powołaniu mesyanistycznem, wyliczył im dzieła, po których miało się poznać nastanie królestwa bożego: a więc uzdrawianie chorych, zwiastowanie dobrej nowiny ubogim. Tego dokonał. »Błogosławieni więc — dodał — »którzy nie wątpili!« Niewiadomo, czy ta odpowiedź zastała Jana przy życiu, albo też, jakie wrażenie wywarła na surowego ascetę. Czy umarł pocieszony i przekonany, że ten, którego przyjście zapowiadał, już żyje, czy też miał jakie wątpliwości co do misyi Jezusa? Na to nie posiadamy żadnych wskazówek. Ale ponieważ szkoła jego istniała jeszcze dość długo obok szkoły Jezusa, przeto możnaby przypuścić, że mimo szacunku, jaki Jan żywił dla Jezusa, nie uważał go za tego, przez którego miały się spełnić boskie zapowiedzi. Zresztą śmierć położyła kres jego wątpliwościom. Niespokojne, pełne mąk życie niepodległego pustelnika miało zostać uwieńczone jedynem, godnem go zakończeniem.

Względność, okazywana przez Antypasa Janowi, nie mogła trwać długo. W rozmowach, jakie wedle chrześciańskiej tradycyi miewał z Antypasem, uderzał wciąż na jego nieprawy stosunek z Herodyadą i żądał jej oddalenia[544]. Łatwo sobie wyobrazić, jaką nienawiścią wnuczka Heroda Wielkiego zapałała do niego za tę zuchwałą radę. Herodyada czekała tylko sposobności, aby go zgubić.

A miała z pierwszego małżeństwa córkę imieniem Salome, ambitną i rozwiozłą jak ona; ta podzielała jej zamiary. Roku tego (prawdopodobnie 30-go naszej ery) Antypas miał dzień swych urodzin spędzić w Machero. W pośrodku tej twierdzy Herod Wielki zbudował wspaniały pałac, w którym Antypas często lubił przebywać[545]. Wyprawił wielką uroczystość, podczas której Salome wykonała pewien taniec, którego w Syryi osoby pochodzące z lepszego towarzystwa nie tańczyły. Antypas był upojony a gdy zapytał tancerkę, jakieby miała pragnienia, odpowiedziała za wskazówką matki: »Chcę głowy Jana na tej oto misie!«[546] Antypas był niezadowolony: ale nie chciał odmówić jej życzeniu. Na jego rozkaz jeden z żołdaków udał się z misą do więzienia, odrąbał Janowi głowę i przyniósł biesiadnikom[547].

Ciało wydano uczniom, którzy je złożyli do grobu. Lud był bardzo wzburzony. W sześć lat później Haret obległ Antypasa, aby zdobyć Machero i pomścić hańbę córki. Antypas został pobity na głowę a głos ogólny mówił, że była to kara za zamordowanie Jana[548].

O zgonie Jana otrzymał Jezus wiadomość od jego uczniów[549]. Poselstwo Janowe do Jezusa sprawiło, iż obie szkoły pozostawały odtąd w ścisłych stosunkach. Jezus przypuszczając, że teraz wzrośnie ku niemu niechęć Antypasa, począł być ostrożnym i schronił się na puszczę[550]. Wielu podążyło tam za nim. Dzięki życiu umiarkowanemu, do którego przywykli, mogli ci pobożni ludzie i tam istnieć; wielu poczytywało to wprawdzie za cud[551]. Jezus mówi odtąd o Janie z daleko większem uniesieniem. Głosi z całą stanowczością, że Jan był więcej niż prorok, że tylko do jego wystąpienia miał wagę Zakon i starzy prorocy, że on zajął ich miejsce, ale że i jego usunie z kolei królestwo boże[552]. Koniec końców wyznaczył mu w ustroju chrześciańskiego misterium osobne miejsce, dzięki czemu Jan stał się ogniwem pomiędzy starym Zakonem a nowym.

Prorok Malachiasz, na którego zdanie w tej sprawie wciąż się powoływano[553], zapowiadał bardzo wyraźnie przyjście poprzednika Mesyasza, mającego świat przygotować do ostatecznego odrodzenia, a więc przyjście tego, który wybrańcowi bożemu utoruje drogę. Tym poprzednikiem mógł być tylko prorok Eliasz, mający wedle powszechnej wiary niebawem zestąpić z nieba — do którego został wzniesiony — aby przez pokutę przygotował ludzi do wielkich zdarzeń i aby Boga z ludem pojednał[554]. Niekiedy do boku Eliasza przydawano jeszcze patryarchę Henocha, którego od dwóch wieków uważano za męża szczególnie świętego[555], lub też Jeremiasza[556], uważanego za ducha opiekuńczego Żydów, który wciąż przed tronem Boga modlił się za lud[557]. Owa idea dwóch proroków dawniejszych, mających zmartwychwstać dla torowania drogi Mesyaszowi, jest tak uderzająco podobna do nauki Parsów, iż możnaby niemal mniemać, że od niej pochodzi[558]. Ale bądź co bądź za czasów Jezusa stanowiła ona integralną część żydowskiej teoryi o Mesyaszu. Ustalono, że pojawienie się »dwóch wiernych świadków* w szatach pokutnych będzie wstępem do wielkiego dramatu, który się rozegra ku zdumieniu świata[559].

Każdy zrozumie, że dzięki takiej idei ani Jezus ani jego uczniowie nie mieli żadnych wątpliwości co do misyi Jana Chrzciciela. Jeżeli uczeni w piśmie występowali z zarzutem, że nie może być jeszcze mowy o Mesyaszu[560], gdyż nie pojawił się był jeszcze jego poprzednik Eliasz, odpowiadano na to, że Eliasz już się pojawił, gdyż Jan był z martwych powstałym Eliaszem[561]. I doprawdy, wskutek życia, jakie pędził, wskutek stawianego oporu istniejącej władzy, Jan przypominał bardzo ową szczególną postać ze starożytnej historyi Izraela[562]. Jezus nie ustawał w głoszeniu zasług i przymiotów swego poprzednika. Mówił, iż nie było większego człowieka nad niego. Wyrzucał tedy Faryzeuszom i uczonym w piśmie, że nie przyjęli jego chrztu i jego nauki[563].

Zasadom mistrza uczniowie pozostali wierni. Cześć dla Jana przeszła jako tradycya do pierwszych pokoleń chrześcian[564]. Sądzono nawet, że Jan był krewnym Jezusa[565]. Aby oprzeć misyę Jezusa na powszechnie uznanem świadectwie, opowiadano, że Jan, ujrzawszy go po raz pierwszy, uznał w nim Mesyasza; iż uważał się wobec niego za istotę podrzędną, niegodną rozwiązać rzemyka u jego nogi; że z początku nie chciał go nawet ochrzcić mniemając, iż od niego powinien być ochrzczonym[566]. Ale w tych mniemaniach tkwiła przesada, którą dostatecznie wykazuje fakt, że Jan wysłał z więzienia uczniów do Jezusa celem dowiedzenia się, czy jest Mesyaszem[567]. Koniec końców Jan w legendzie pozostał tem, czem rzeczywiście był: pełnym surowości poprzednikiem, nakazującym pokutę przed radosnem zjawieniem się oblubieńca, prorokiem, który zapowiadał nastanie królestwa bożego i umarł, nie ujrzawszy go. Istnym olbrzymem nastającego chrześciaństwa był ów człowiek dziwny, żywiący się szarańczą i dzikim miodem, surowy sędzia niesprawiedliwości; był on piołunem, który przygotował usta do słodyczy królestwa bożego. Ścięty za namową Herodyady, poczyna szereg chrześciańskich męczenników; on pierwszy świadczy o nowej wierze. Umysły, pogrążone w doczesności, ujrzały w nim swego wroga; przeto nie dopuściły, aby żył dłużej. Okaleczone jego zwłoki, leżące na progu chrześciaństwa, znaczą krwawo drogę, po której następnie tylu innych kroczyć miało.

Szkoła Jana nie zginęła razem ze swym założycielem. Istniała jeszcze czas jakiś niezależnie od szkoły Jezusa i pozostawała z tą ostatnią w dobrych stosunkach. Jeszcze wiele lat po śmierci obydwóch mistrzów przyjmowano chrzest Jana. Byli tacy, którzy jednocześnie należeli do jednej szkoły i do drugiej, jak np. sławny Apollos, współzawodnik Pawła — około 50 r. naszej ery — a także bardzo wielu chrześcian z Efezu[568]. W roku 53 Józef Flaviusz przyłączył się do szkoły pewnego ascety imieniem Banu[569], który wykazywał wiele podobieństwa z Janem i może wyszedł nawet z jego szkoły. Żył w pustyni[570], odziewał się liśćmi, żywił się korzonkami i dzikimi owocami, dniem i nieraz nawet nocą po kilka razy biorąc chrzest zimnej wody, aby się oczyścić.

Tych samych praktyk trzymał się Jakób, zwany »Bratem Pana« (może legenda pomieszała imiona)[571]. Później, bo około 80 r., baptyści rozpoczynają spory z chrześcianami zwłaszcza w Azyi Mniejszej. Zdaje się, że Jan ewangielista toczy z nimi jakąś ukrytą walkę[572]. Zdaje się także, że jeden z poematów sybillińskich jest dziełem tej szkoły[573]. Co się tyczy sekt Hemerobaptystów, Baptystów, Elcezaitów (Sabejczycy, Mogtasila pisarzy arabskich)[574], których w drugiem stuleciu pełno było w Syryi, Palestynie, Babilonii, a których resztki dziś jeszcze odnaleść można w postaci Mendaitów, zwanych »chrześcianami świętego Jana«, to raczej przypuścić należy, iż powstały samorodnie, podobnie jak szkoła Jana, niż że wprost od niej pochodziły. Prawdziwa szkoła Chrzciciela, przez pół zlawszy się w jedno z chrześciaństwem, stała się potem drobną sektą heretycką, a wreszcie całkiem wygasła. Jan rozumiał doskonale, jaką drogą pójdzie przyszłość. Gdyby się był dał unieść małostkowemu uczuciu współzawodnictwa, byłby dziś zapomniany śród niezliczonej ilości ówczesnych sekciarzy. Przez zaparcie się siebie okryty został chwałą i zyskał całkiem wyjątkowe stanowisko w religijnym panteonie ludzkości.



ROZDZIAŁ XIII.
Pierwsze próby w Jerozolimie.

Prawie corocznie Jezus wybierał się na święta Paschy do Jerozolimy. Bliższych szczegółów, tyczących tych podróży, nie mamy, gdyż synoptycy nie wspominają o nich[575], a wiadomości, podane w ewangielii Jana, są bardzo niejasne[576]. Prawdopodobnie jednak najważniejszy pobyt Jezusa w Jerozolimie przypada na rok 31 i to na pewno już po śmierci Jana. Wielu uczniów podążyło tam za nim. Chociaż Jezus nie przykładał wielkiej wagi do tych pielgrzymek, nie chciał jednak postąpić wbrew zwyczajom żydowskim, które wtedy jeszcze zachowywał. Zresztą podróże te były dla niego ważne, gdyż czuł, że dla odegrania roli pierwszorzędnej musi judaizm zaatakować w samem środowisku, t. j. w Jerozolimie.

Ale drobna ta gromadka galilejska nie czuła się swojsko w owem mieście. Jerozolima była wtedy mniej więcej tem samem, czem jest dziś: miastem pedanteryi, zaciętości, sporów, nienawiści i małoduszności. Fanatyzm doszedł tu do rozmiarów niebywałych a co chwila powstawały jakieś zawieruchy religijne. Miastem rządzili Faryzeusze; oddawano się wyłącznie studyowaniu Zakonu, wnikając w najdrobniejsze szczegóły i uprawiając czystą kazuistykę. To wyłącznie teologiczne i kanoniczne wykształcenie bynajmniej nie uszlachetniało duszy. Przypominało to zupełnie jałową naukę muzułmańskich fakirów, która wszystkie zagadnienia widzi tylko w meczecie, jest czystą stratą czasu, czczą dyalektyką, nie przyczyniającą się nic a nic do rozwoju umysłowego. Aczkolwiek teologiczne ukształcenie współczesnego kleru naszego jest bardzo suche, mimo to nie można go z tamtem porównywać, albowiem epoka Odrodzenia wprowadziła do wszystkich nauk teologicznych, nawet najbardziej antyspołecznych, ducha literackiego i dobrą metodę, nadając scholastyce w mniejszym lub większym stopniu zabarwienie humanistyczne. Wiedza żydowskiego uczonego, sofera czyli pisarza, była barbarzyńska, była absurdem, nie miała w sobie zupełnie pierwiastku moralnego[577]. A przytem na nieszczęście doprowadzała tych, którzy jej trud swój poświęcili, do śmiesznej pychy. Uczony żydowski, nadęty tą pychą, gardził kulturą grecką, podobnie jak dziś uczony Muzułmanin gardzi kulturą europejską, jak zresztą dawniej uczony katolicki gardził wiedzą uczonych świeckich. Ale najbardziej znamienną cechą scholastyki jest to, że pod jej wpływem dusza ludzka traci wszelką subtelność, że ma tylko szacunek dla dziecinnych łamigłówek, którym całe życie poświęca i że uważa tę naukę za jedynie właściwą dla ludzi, którzy godność traktują jako rzemiosło[578].

Ten świat nienawiści musiał uciskać łagodne i miękkie dusze mieszkańców okolic północnych. Jeruzalemczycy gardzili Galilejczykami, a to powiększało jeszcze bardziej przepaść między nimi. Nawet w świątyni, do której Galilejczycy dążyli z takiem utęsknieniem, robiono im różne trudności. Ów werset z LXXXIV Psalmu[579]: »obrałem sobie raczej siedzieć na progu domu Boga mego« był napisany jak gdyby dla Galilejczyków. Niegodne kapłaństwo uśmiechało się na widok ich naiwnej pobożności, podobnie jak potem duchowieństwo włoskie, które się oswoiło z świętościami, patrzyło chłodno i niemal drwiąco na żarliwość przybyłych pielgrzymów. Galilejczycy mówili dość popsutym dyalektem; wymowa ich była wadliwa; mieszali różne dźwięki przydechowe, co wywoływało liczne nieporozumienia, które ich narażały na pośmiewisko[580]. W kwestyach religijnych uważano ich za prostaków i ludzi wykraczających przeciw ortodoksyi[581]; wyrażenie »głupi jak Galilejczyk« stało się przysłowiowem[582]. Sądzono, i to nie bez słuszności, że posiadają w krwi swojej dużo obcych przymieszek; wreszcie utarło się mniemanie, że z Galilei nie może wyjść żaden prorok[583]. Wyrzuceni w ten sposób na samą granicę judaizmu, a może nawet po za nią, biedni Galilejczycy mogli ostatnie nadzieje swoje pokładać w owym fałszywie zresztą interpretowanym ustępie ksiąg Izajasza[584]: »Ziemia Zabulonowa i ziemia Neftalimowa przy drodze morskiej za Jordanem, Galilea Poganów; lud, który siedział w ciemności, widział światłość wielką; a siedzącym w ciemnościach weszło słońce«. Rodzinne miasto Jezusa miało bardzo złą opinię. W mowie potocznej istniał zwrot popularny: »Możeż z Nazaretu być co dobrego?«[585][586]

Ubóstwo przyrody jerozolimskiej jeszcze gorzej usposabiało Jezusa. Doliny nie posiadają wód, ziemia jest sucha i kamienista. Horyzont ożywia się jedynie wskutek widoku na Morze Martwe; zresztą panuje wszędzie zupełna monotonia. Jedno wzgórze Mizpa przykuwa oczy z powodu starożytnych wspomnień dziejowych Izraela. Miasto miało za czasów Jezusa ten sam wygląd, co dziś. Nigdzie nie było pomników, bo aż do czasów Asmonejczyków Żydzi nie zajmowali się zupełnie sztukami pięknemi. Jan Hyrkan począł miasto upiększać a Herod Wielki zamienił je na jedno z najpiękniejszych miast Wschodu. Wzniesione przez Heroda budowle mogą rywalizować z najwspanialszemi budowlami starożytności pod względem ogromu, wykończenia bez zarzutu i doboru materyału[587]. Jerozolimę otaczało w owym czasie wiele wspaniałych grobowców bardzo oryginalnej struktury[588]. Wszystkie były w stylu greckim, ale przystosowanym do żydowskich zwyczajów i zasad. Wprowadzoną przez Heroda ku wielkiemu niezadowoleniu prawowiernych ornamentykę zwierzęcą wyrzucono, zastępując ją ornamentyką roślinną. Odżyło tu upodobanie starych mieszkańców Fenicyi i Palestyny do kutych w skale grobowców; przystosowano kolumny porządku greckiego do tej architektury jaskiniowców. Jezus, który dzieła sztuki uważał za marność światową, patrzył na te wszystkie budowle niechętnie[589]. Jego bezwzględny spirytualizm i wiara, że stary świat jest skazany na zagładę, sprawiły, że lubował się tylko w tem, co obchodziło bezpośrednio serce ludzkie.

Za czasów Jezusa Jerozolima posiadała świątynię zupełnie nową, na zewnątrz nie całkiem wykończoną. Herod w roku 20 lub 21 naszej ery rozpoczął rekonstrukcyę, aby przystosować ją do stylu innych budowli swoich. Nawę zbudowano w ciągu ośmnastu miesięcy; kolumnady w ciągu ośmiu lat[590]; ale budowa części bocznych postępowała bardzo powoli i została ukończona dopiero na krótko przed zdobyciem Jerozolimy[591]. Jezus widział jeszcze prawdopodobnie roboty w toku a patrzył na nie z niechęcią. Nadzieja długiej przyszłości była niejako zniewagą, rzuconą zapowiadanemu przez niego królestwu. Sięgając wzrokiem dalej, niż niedowiarki i fanatycy, przeczuwał, że te wspaniałe budowle będą istniały bardzo krótko[592].

Zresztą świątynia stanowiła cudowną, imponującą całość, o której obecny haram[593] pomimo swej piękności nie daje wyobrażenia. W dziedzińcach i pod kolumnadami zbierały się codziennie liczne tłumy, gdyż miejsce to było dla nich zarazem świątynią, rynkiem, sądem i wszechnicą. Wszystkie dyskusye religijnych szkół żydowskich, cały wykład kanoniczny, nawet procesy i spory cywilne — krótko mówiąc całe życie narodu ogniskowało się tutaj[594]. Słychać było przez cały dzień rozgwar argumentacyi, wrzały dyskusye, błyskały sofizmaty i strzelały sprytne zapytania. Świątynia przypominała zupełnie meczet. Rzymianie, względni dla religij obcych, znajdujących się na ich terytoryum, nie wkraczali do tego sanctuarium[595]; greckie i łacińskie napisy wskazywały miejsca, do których dopuszczani byli nie-żydzi[596]. Ale z wieży Antonii[597], głównej kwatery rzymskiej, panującej nad całym murem, można było widzieć wszystko, co się wewnątrz działo. Policyę w świątyni sprawowali Żydzi; przełożony świątyni czuwał nad wszystkiem, wydawał rozkazy, kiedy podwoje otwierać lub zamykać, pilnował, aby nikt do wnętrza nie wchodził z laską, z obuwiem zakurzonem, z pakunkami, albo celem skrócenia sobie drogi[598]. Szczególniej zwracano na to uwagę, aby nikt nie wchodził do kolumnady wewnętrznej, będąc nieczystym w znaczeniu rytualnem. Dla kobiet było przeznaczone zupełnie osobne miejsce.

W czasie pobytu w Jerozolimie Jezus spędzał tu całe dni. Na święta napływały do miasta tłumy ludu. Po dziesięciu lub dwudziestu stawało na jednej kwaterze żyjąc w owym rozgwarze, który się tak podoba ludziom Wschodu[599]. Jezus ginął w tłumie a skupiona dokoła niego gromadka biednych Galilejczyków nie zwracała na siebie niczyjej uwagi. Czuł niezawodnie, że znajduje się tu w wrogim dla siebie świecie, który będzie miał dla niego jedynie pogardę. Wszystko, na co patrzył, napełniało go niechęcią. Świątynia, jak wszelkie licznie odwiedzane święte przybytki, przedstawiała widok mało budujący. Wskutek charakteru kultu była zapełniona różnemi rzeczami, które działały odrażająco, wrzał tam zwłaszcza handel, rozstawiający wzdłuż muru istne kramy odpustowe. Sprzedawano tam zwierzęta przeznaczone na ofiary; stały stoliki wekslarzy; niekiedy zdawało się, że świątynia zamienia się w bazar. Niższa służba pełniła swe obowiązki prawdopodobnie w sposób równie niereligijny, jak zakrystyanie w kościołach wszystkich czasów. Tego rodzaju profanacya i roztargnienie przy spełnianiu świętych obrządków musiało obrażać religijne uczucia Jezusa, nieraz nawet przesadnie skrupulatne[600]. Odzywał się, że dom modlitwy zamieniono na istną jaskinię zbójców. Pewnego dnia — jak mniemają — miał się nawet unieść gniewem, uderzyć na szachrajów i poprzewracać ich stoliki[601]. Wogóle nie bardzo lubił świątynię. Kult, jaki sobie umyślił dla swego Ojca, nie miał nic wspólnego z temi rzeziami. Czuł wstręt do wszystkich tych starych zwyczajów i trzeba go było zmuszać, aby się im poddał. Zresztą świątynia, czyli miejsce po niej, budziła uczucia religijne tylko śród tych chrześcian, którzy byli Żydami. Prawdziwi nowatorzy uczuwali tam zawsze wstręt. Konstantyn i pierwsi chrześciańscy cesarze nie tknęli dźwigniętych na tem miejscu pogańskich budowli Hadryana[602]. Natomiast nieprzyjaciele chrześcian, jak np. Julian, zwrócili na nie uwagę[603]. Gdy Omar wjechał do Jerozolimy, z nienawiści ku Żydom umyślnie zanieczyszczono miejsce, na którem stała świątynia[604]. Dopiero Islam — rodzaj wskrzeszonego judaizmu w formie semickiej — przywrócił świątyni dawną cześć. Miejsce to było zawsze niechrześciańskie.

Pycha Żydów napełniała Jezusa niechęcią i obrzydziła mu pobyt w Jerozolimie. W miarę, jak rosły wielkie idee w Izraelu, kapłaństwo upadało. Dzięki synagodze wykładacze pisma i uczeni wzięli górę nad kapłanami. Ci ostatni znajdowali się tylko w Jerozolimie a i tu ograniczono ich działalność wyłącznie do spełniania rytualnych obrządków, podobnie jak w niektórych krajach, gdzie proboszczowie katoliccy nie mają prawa wygłaszać kazań; przewyższał ich znaczeniem mówca synagogi, kazuista, sofer, czyli uczony w piśmie, choć ten ostatni był na wskroś świeckim człowiekiem. Ludzie biegli w Talmudzie nie byli kapłanami, ale owoczesnymi uczonymi. Wyższe duchowieństwo posiadało prawdopodobnie u ludu duże znaczenie, ale bynajmniej nie zajmowało stanowiska przodującego w ruchu religijnym. Arcykapłan, którego godność już Herod ograniczył[605], stawał się coraz bardziej urzędnikiem rzymskim[606], którego usuwano, aby inni mogli także korzystać z tego zyskownego miejsca. Jako przeciwnicy Faryzeuszów, owych świeckich gorliwców, prawie wszyscy kapłani byli Saduceuszami, to znaczy członkami owej sceptycznej arystokracyi, która utworzyła się przy świątyni, żyła z ołtarza, ale go nie szanowała[607]. Kasta kapłańska do tego stopnia odbiegła od poczucia narodowości i wielkich dążeń religijnych ludu, że nazwa Saduceusz (sadoki), oznaczająca pierwotnie członka rodziny kapłańskiej Sadok, stała się teraz równoznaczną z określeniem »materyalista« lub »epikurejczyk«.

Od czasów panowania Heroda Wielkiego począł jeszcze gorszy czynnik wpływać na korupcyę wyższego duchowieństwa. Herod zakochał się w Maryannie, córce niejakiego Szymona, syna Boetusa z Aleksandryi; chcąc się z nią ożenić — około roku 28 przed naszą erą — musiał teścia nobilitować i wynieść na jakąś odpowiednią godność, więc go uczynił arcykapłanem. Ta intrygancka rodzina nie wypuszczała ze swych rąk arcykapłaństwa przez trzydzieści pięć lat[608]. Złączona z rodziną panującą ścisłymi węzłami pokrewieństwa, straciła ów przywilej dopiero po usunięciu od rządów Archelausa, lecz już w r. 42 naszej ery odzyskała go znowu, gdy Herod Agrypa na pewien czas odbudował dzieło Heroda Wielkiego. Wtedy pod nazwą Boëthusim utworzyła się nowa arystokracya kapłańska[609], bardzo światowo usposobiona, mało pobożna, zmieszana ostatecznie w jedno z Sadokitami. Talmud i pisma rabinistyczne nazywają Boëthusim niedowiarkami i łączą ich z Saduceuszami[610]. Tym sposobem utworzył się przy świątyni rodzaj »rzymskiej kuryi«, żyjącej z polityki, mało się chylącej do religijnych ekscesów, obawiającej się ich nawet, nie chcącej nic wiedzieć o różnych świętych osobistościach i nowatorach, gdyż z istniejącego stanu rzeczy ciągnęła korzyść. Ci epikurejscy kapłani nie odznaczali się gwałtownością Faryzeuszów; pragnęli tylko żyć w spokoju; ich chłodna obojętność i niereligijność oburzała Jezusa. Te różnice dzieliły Faryzeuszów i kapłanów na dwie partye; natomiast łączyła ich niechęć do Jezusa. Jezus był tu jednak obcy, nie posiadał znaczenia, musiał więc przez długi czas kryć się ze swem niezadowoleniem i mógł najwyżej zwierzać się ze swych uczuć zaufanej gromadce, która tu za nim przybyła.

Przed ostatnim a najdłuższym pobytem w Jerozolimie, który się zakończył jego śmiercią, Jezus usiłował zdobyć sobie słuchaczy. Więc przemawiał; stał się głośnym; zastanawiano się nad niektóremi zdarzeniami, które uchodziły za cuda. Ale to wszystko nie doprowadziło do założenia w Jerozolimie jakiegoś kościoła, ani mu tam nie zjednało uczniów. Dobrotliwy nauczyciel, przebaczający wszystkim, którzy go pokochali, nie mógł znaleść odgłosu w tem sanktuaryum czczych kłótni i przestarzałych ofiar rytualnych. Nawiązał tylko stosunki z pewnemi osobistościami, które mu się później przydały. Prawdopodobnie wtedy poznał się z ową rodziną w Betanii, która w czasie prób, przez jakie przechodził w ostatnich miesiącach swego życia, tyle mu dodawała pociechy. Dość jednak wcześnie zwrócił na siebie uwagę niejakiego Nikodema, zamożnego Faryzeusza, członka Synhedryonu, człowieka bardzo poważanego w Jerozolimie[612]. Ten, jak się zdaje, był człowiekiem uczciwym i szczerym; młody Galilejczyk pociągał go. Ale nie chcąc się kompromitować, odwiedzał go nocami; miał nawet z nim raz długą rozmowę[613]. Jezus wywarł na nim niezawodnie wrażenie korzystne; bronił, go potem w kole Faryzeuszów[614], a po śmierci zajął się żywo losem zwłok[615]. Nikodem nie został chrześcianinem; zajmując stanowisko wybitne, nie chciał się przyłączyć do ruchu rewolucyjnego, nie posiadającego znakomitych zwolenników. Dla Jezusa żywił bezwarunkowo szczerą przyjaźń i wyświadczył mu wiele usług, choć nie zdołał uchronić go od śmierci, której wyrok w epoce, do której obecnie dotarliśmy, był już niemal napisany.

Ze sławnymi uczonymi owych czasów Jezus, jak się zdaje, żadnych nie utrzymywał stosunków. Hillel i Szamaj już nie żyli; do największych powag zaliczano Gamaliela, wnuka Hillela. Był to człowiek wolnomyślny, światowiec, lubił nowoczesne nauki, a stosunki, w jakich się obracał, usposabiały go tolerancyjnie[616]. W przeciwstawieństwie do pełnych pruderyi Faryzeuszów, którzy chadzali z zakrytemi twarzami, albo z zamkniętemi oczami, spoglądał na kobiety chętnie, nawet na poganki[617]. Ponieważ stał blisko dworu, więc tradycya mu to darowała, jak również i znajomość greczyzny[618]. Po śmierci Jezusa wygłaszał bardzo umiarkowane sądy o nowej sekcie[619]. Święty Paweł wyszedł z jego szkoły[620]. Prawdopodobnie jednak sam do niej nigdy się nie przyłączył.

Po powrocie z Jerozolimy prześladuje Jezusa wyłącznie jedna myśl: ze starym żydowskim kultem zgody być nie może. Przeciwnie, koniecznie teraz trzeba położyć koniec owym wstrętnym ofiarom, poskromić bezbożnych a pysznych kapłanów i wogóle znieść Zakon. Odtąd Jezus występuje względem judaizmu nie jako reformator, lecz jako wywrotowiec. Niektórzy zwolennicy idei mesyanistycznej wygłosili już zresztą zdanie, że Mesyasz stworzy nowy Zakon, który będzie obowiązywał na ziemi[621]. Esejczycy, których trudno nawet uważać za Żydów, ochłodli również dla żydowskiej świątyni i żydowskich obyczajów. Ale były to bądź co bądź jednostki; jawnie nikt nie miał odwagi wystąpić. Jezus pierwszy to uczynił mówiąc, że od niego a raczej od Jana Zakon przestał obowiązywać[622]. Jeżeli niekiedy używa wyrażeń łagodniejszych[623], to tylko dlatego, aby z przesądami nie walczyć zbyt gwałtownie. Doprowadzony do ostateczności jawnie oświadczył, iż nie uznaje więcej Zakonu. Wyraża przytem myśl swoją w dosadnych obrazach: »Żaden nie wprawuje łaty sukna nowego w szatę wiotchą. Nikt nie leje wina młodego w stare statki«[624]. To jego czyn jako nauczyciela i twórcy. Wzgardliwe inskrypcye głosiły, że świątynia jest zamknięta dla nie-żydów; Jezus o takim przepisie nie chce nic wiedzieć. Małoduszne, twarde, nielitośne prawo miało być wydane wyłącznie dla synów Abrahama. Jezus twierdzi, że każdy człowiek o zamiarach uczciwych, każdy, kto go pokocha i przygarnie, jest synem Abrahama[625]. Pycha krwi, jak się zdaje, jest odtąd jego największym wrogiem, którego chce koniecznie poskromić. Krótko mówiąc, Jezus już nie jest Żydem. On już jest rewolucyonistą w stopniu najwyższym; wzywa wszystkich ludzi do jednego kultu, opartego na idei, że wszyscy są dziećmi Boga. Głosi prawa ludzkości a nie prawa Żydów, religię ludzkości a nie religię Żydów, odrodzenie i wolność ludzkości, a nie Żydów[626]. Jakże daleko odbiegliśmy od takiego Judasza Gaulonity albo Mateusza Margalota, podburzających do rewolucyi w imię Zakonu! Religia człowieczeństwa została oparta nie na krwi, ale na sercu. Mojżesz został zwyciężony; świątynia nie ma prawa istnieć dłużej, skazana jest nieodwołalnie na zagładę.



ROZDZIAŁ XIV.
Stosunek Jezusa do Pogan i Samarytanów.

Dzięki takim zasadom potępiał wszystko, co nie było religią serca. Stał się śmiertelnym wrogiem bezdusznych formułek świętoszków[627], surowych praktyk i chęci zbawienia duszy przez hypokryzyę i udawanie. Nie zachowywał postów[628]. Nad składanie ofiar stawiał wyżej przebaczania win bliźniemu[629]. Cały jego Zakon to — ukochanie Boga, miłosierdzie względem ludzi, darowanie win winowajcom[630]. To zupełnie nie jest w duchu kapłańskim. Kapłan żąda zawsze ofiar publicznych, gdyż niemi urzędowo kieruje, potępia tedy modlitwę prywatną, gdyż prowadzi do obycia się bez niego. Próżno szukalibyśmy w ewangielii jakichś ceremonii zaleconych przez Jezusa. Nawet chrzest ma dla niego znaczenie drugorzędne[631]. A gdy chodzi o modlitwę, to powiada tylko, iż powinna płynąć z serca. Niektórzy mniemali, co się tak często zdarza, że gdy brak słabym duszom prawdziwej miłości dobra, to mogą ją zastąpić dobrą wolą; sądzili, iż osiągną królestwo niebieskie, jeżeli będą wołali: »rabbi, rabbi!« Skarcił ich Jezus, mówiąc, że religia jego polega na dobrych uczynkach[632]. Często przytaczał z Izajasza: »Lud czci mnie wargami, ale serce jego daleko jest odemnie«[633].

Cały gmach Faryzeuszowskiej skrupulatności i pomysłowości opierał się głównie na sabacie. Ta stara i znakomita instytucya dawała powód do niecnych kazuistycznych sporów, sama zaś stała się źródłem przesądów[634]. Mniemano, że nawet przyroda święci szabas; źródła, bijące peryodycznie, uznano za »sabatyczne«[635]. Na tym punkcie Jezus najsilniej zaatakował swoich przeciwników[636]. Publicznie naruszał przepisy tyczące święcenia sabatu a na zarzuty odpowiadał z subtelną ironią. Ale jeszcze słuszniej potępiał cały szereg nowych praktyk, które tradycya dodała do praktyk przepisanych przez Zakon, czem się najbardziej pysznili dewoci. Karcił bez litości ablucye i mędrkowania o rzeczach czystych lub nieczystych. Wołał do obrońców tych ablucyi: »Czy możecie zmyć wasze dusze? Nie to, co człowiek spożywa, czyni go nieczystym, ale to, co pochodzi z jego serca«. Faryzeusze, szerzący podobne nauki, stali się też celem jego pocisków. Oskarżał ich, że popsuli Zakon dodatkami, że wymyślili różne przepisy, aby wodzić ludzi do grzechu: »Ślepi wodzowie, strzeżcie się, abyście nie popadli w doły nagotowane. Rodzie jaszczurczy«, dodawał, »jakoż możecie mówić rzeczy dobre będąc złymi? Zadajcie kłam przysłowiu: »z obfitości serca mówią usta«[637].

Nie znał dostatecznie pogan, aby się spodziewał, że nawracając ich zbuduje coś trwałego. W Galilei żyło ich wielu, ale, jak się zdaje, kultu oficyalnego i zorganizowanego ku czci fałszywych bogów nie mieli[638]. Kult ten w całej świetności swojej mógł był Jezus oglądać w krajach Tyru i Sydonu, w Cezarea Filippi i Dekapolis[639]. Ale nie zwracał na to uwagi. Nigdy też nie postrzegamy w nim tej udręczającej pedanteryi Żydów owoczesnych, tych deklamacyi przeciw bałwochwalstwu, stanowiących wysoce znamienny rys jego współwyznawców od czasów Aleksandra, co wypełnia całą np. »Księgę Mądrości«[640]. U pogan raziło go nie bałwochwalstwo, ale ich charakter niewolniczy[641]. Młody żydowski demokrata, a pod tym względem brat Judasza Gaulonity, on, który nie znosił innego pana nad Boga, czuł się bardzo zgorszonym na widok czci, jaką otaczano władcę, słysząc kłamliwe tytuły, jakiemi go obdarzano. Z wyjątkiem tego jednego był on zresztą w zetknięciu się z poganami zawsze dla nich pełen względności. Niekiedy tak się odzywał, iż można było mniemać, że bardziej opiera swoje nadzieje na nich, niż na Żydach[642]. Królestwo Boże ma zostać ich udziałem. »Gdy pan winnicy niezadowolony jest z winiarzy, co czyni wtedy? Winnice najmie innym winiarzom, którzy mu oddawać będą pożytki«[643]. Jezus musiał tem bardziej iść za tą myślą, gdyż wedle wyobrażeń żydowskich nawrócenie pogan było jedną z najpewniejszych wskazówek przyjścia Mesyasza[644]. Według jego nauki w królestwie niebieskiem usiądzie za stołem z Abrahamem, Izaakiem i Jakóbem, wielu, przybyłych z czterech stron świata, gdy tymczasem prawowici dziedzice królestwa będą odrzuceni[645]. Wprawdzie możnaby nieraz mniemać, iż udzielał uczniom swoim wręcz przeciwnych wskazówek, że polecał im głosić zbawienie tylko prawowiernym żydom[646]. Odzywa się o poganach w sposób, który odpowiadał uprzedzeniom Żydów[647]. Ale też i nie wolno nam zapominać, że jego uczniowie, którzy z powodu małoduszności przywiązywali jeszcze pewne znaczenie do pochodzenia, więc i do nazwy »synowie Abrahama«, słowa mistrza wykładali i wyjaśniali na swój sposób. A i to jest możliwe, że Jezus w tej materyi wygłaszał różne zdania, podobnie jak Mahomet w Koranie raz mówi o Żydach z wielkim szacunkiem, innym razem znowu odzywa się o nich bardzo surowo, co zależało od mniejszej lub większej nadziei pozyskania ich. W istocie tradycya przekazała nam dwie wręcz przeciwne sobie zasady, których miał się trzymać Jezus przy nawracaniu: »Kto nie jest przeciwko nam, za nami jest« — »Kto nie jest zemną, przeciwko mnie jest«[648]. Tam, gdzie wre walka namiętna, sprzeczności podobne są nieuniknione.

To jest wszelako pewne, że pomiędzy jego uczniami znajdowali się tacy, których Żydzi nazywali »Hellenami«[649]. Słowo to miało w Palestynie różne znaczenia. Oznaczało Pogan, także Żydów mówiących po grecku i żyjących śród pogan[650], wreszcie pogan z pochodzenia, ale nawróconych na judaizm[651]. Prawdopodobnie ten ostatni rodzaj sympatyzował z Jezusem[652]. Przejście na judaizm miało wiele stopni; wszelako nawróceni zawsze byli uważani za coś niższego od Żydów z urodzenia. Ci, o których tu jest mowa, nazywali się » prozelici bramy« albo »ludzie bogobojni«, przyjęli prawo Noego a nie Mojżesza[653]. Prawdopodobnie też wskutek tego, że Żydzi ich poniżali, Jezus zbliżył się do nich i przygarnął ich do siebie.

Tak samo rzeczy stały z Samarytanami. Niby wysepka, otoczona przez dwie największe żydowskie prowincye (Judeę i Galileę), Samarya tworzyła w Palestynie rodzaj państwa w państwie, gdzie istniał prastary kult Garyzymski, współzawodnik Jerozolimskiego. Ta biedna sekta, nieposiadająca ani geniuszu, ani organizacyi uczonych, jak właściwy judaizm, doznawała ze strony Jeruzalemczyków bardzo surowego obejścia[654]. Traktowano ich jak Pogan, tylko z większą jeszcze nienawiścią[655]. Przez samą opozycyę Jezus był im przychylny. Nieraz wolał Samarytanów, niż prawowiernych Żydów. A jeżeli innym razem, jakgdyby zakazywał uczniom pouczać ich, gdyż przeznaczył swoją ewangielię dla prawdziwych[656] Żydów, to prawdopodobnie jest to znowu jakieś odezwanie się okolicznościowe, któremu apostołowie nadali znaczenie ogólniejsze. Niekiedy Samarytanie występowali istotnie przeciwko niemu nieprzyjaźnie, podejrzywając go, iż jest dla nich równie źle usposobiony, jak jego współwyznawcy[657]; tak samo dzisiejsi Mahometanie traktują wolnomyślnych Europejczyków, posądzając ich, że są fanatycznymi chrześcianami. Jezus nie dał się uwikłać w sieć tych nieporozumień[658]. Miał kilku uczniów w Sychem i spędził tu przynajmniej dwa dni[659]. Razu pewnego wdzięczność i miłosierdzie okazali mu tylko Samarytanie[660]. Do najpiękniejszych jego przypowieści należy ta, o rannym pielgrzymie, leżącym na drodze do Jerycho. »Przechodził kapłan, spojrzał na rannego i poszedł dalej. Także i Lewita, dostawszy się na ono miejsce, a przyszedłszy i ujrzawszy, pominął go. Dopiero Samarytanin uczuł litość, zbliżył się, i nalał oliwy i wina na jego rany, a owiązał je«[661]. Z tego wysnuwa Jezus, że w węzeł prawdziwego braterstwa łączy ludzi miłosierdzie a nie religia. Dla Żydów »bliźnim« był tylko współwyznawca; ale wedle Jezusa jest nim ten, który bez względu na sektę czyni miłosierdzie równemu sobie. Przeto nauka jego zawierała istotnie najszczytniejsze pojęcia o braterstwie wszystkich ludzi.

Myśli, do których Jezus doszedł, opuszczając Jerozolimę, znalazły najżywszy wyraz w anekdocie, opisującej jego powrót. Droga z Jerozolimy do Galilei ciągnie się o pół godziny od Sychem[662] naprzeciw kotliny, otoczonej przez góry Ebal i Garyzym. Żydowscy pielgrzymi omijali zazwyczaj tę drogę i ciągnęli na Pereę, aby nie narażać się na obelgi ze strony Samarytanów a także niczego od nich nie żądać. Nie wolno było z nimi jeść i pić[663]; niektórzy kazuiści głosili nawet następującą zasadę: »Kawałek chleba Samarytanina równy jest wieprzowinie«[664]. Jeżeli komuś wypadło iść tą drogą, zaopatrywał się w żywność, inaczej przychodziło do sporów i obelg[665]. Jezus ani się tem nie krępował, ani też nie miał żadnych obaw. Przybywszy do miejsca, gdzie, na lewo od Sychem otwiera się kotlina, uczuł zmęczenie i zatrzymał się w pobliżu studni. Samarytanie lubili wówczas, jak i zresztą dziś, wszystkim miejscowościom swej doliny nadawać nazwy z epoki patryarchów. Mniemali, że owa studnia jest tą samą, którą Jakób kiedyś dał Józefowi; była to prawdopodobnie dzisiejsza studnia »Bir-Jakób«. Uczniowie wkroczyli w dolinę i udali się do miasta po zakup żywności; Jezus zaś siadł na brzegu studni, mając przed sobą Garyzym.

Było to około południa. Z Sychem przybyła jakaś niewiasta po wodę. Jezus prosił, aby mu dała pić, co w onej kobiecie wywołało wielkie zdumienie, gdyż Żydzi zazwyczaj nie wchodzili w żadne stosunki z Samarytanami. Ujęta jego słowami, odgadła w nim proroka, a mniemając, iż będzie jej czynił wyrzuty z powodu jej kultu, chciała go ubiedz i rzekła: »Nasi ojcowie oddawali cześć Bogu na tej górze, tymczasem wy Żydzi mniemacie, że do Boga można się modlić tylko w Jerozolimie«. Jezus odparł jej na to: »Niewiasto wierzaj mi, iż idzie godzina, gdy ani na tej górze, ani w Jeruzalemie nie będziecie chwalili ojca, gdy prawdziwi chwalcy będą chwalić ojca w duchu i w prawdzie«[666].

W dniu, w którym wyrzekł słowa powyższe, był istotnie synem bożym. Wypowiedział po raz pierwszy myśl, na której jak na kamieniu węgielnym miała się oprzeć budowa religii wieczystej. Utwierdził kult czysty, bez czasu, bez ojczyzny, który aż do końca świata będzie uprawiany przez wszystkie podniosłe dusze. Dnia tego stworzył nietylko religię ludzkości, ale religię absolutną; a jeżeli na innych planetach żyją istoty obdarzone rozumem i poczuciem etycznem, to ich religia nie może się różnić od tej, którą Jezus zapowiedział przy studni Jakóbowej. Człowiek nie mógł trzymać się jej trwale; ideał zdobywa się na przelotną chwilę. Słowa Jezusa były jako błyskawica śród ciemnej nocy; trzeba było ośmnastu wieków, zanim przyzwyczaiły się do niej oczy ludzkości (co mówię! maleńkiej cząstki ludzkości). Ale ta nocna błyskawica zamieni się w jasny dzień, a ludzkość po wszystkich swych błędach i zboczeniach wróci do tego słowa, jako do nieśmiertelnego wyrazu swej wiary i swej nadziei.


ROZDZIAŁ XV.
Początek legendy Jezusowej — Jego własne wyobrażenia o swej roli nadnaturalnej.

Jezus powrócił do Galilei, przestawszy zupełnie wierzyć w judaizm, przejęty już całkiem duchem rewolucyjnym. Myśli jego są teraz bardzo wyraźne. Niewinne aforyzmy pierwszych lat działalności proroczej, wzięte przeważnie od dawniejszych rabinów, piękne kazania na temat moralności z drugiego okresu, wszystko to zamienia się teraz na politykę zdecydowaną. Zakon ma być zniesiony; on sam go zniesie[667]. Przyjdzie Mesyasz; on nim jest. Nastanie królestwo boże; przez niego nastanie. Wie, że padnie ofiarą swej odwagi; ale królestwo boże nie może być osiągnięte bez przecierpienia gwałtu; prowadzą do niego zamieszki i kataklizmy[668]. Syn człowieczy wróci po śmierci w chwale, otoczony legionami aniołów; ci zaś, którzy go odtrącili, będą wytępieni.

Śmiałość podobnej koncepcyi nie powinna nas dziwić. Jezus oddawna uważał swój stosunek do Boga za stosunek synowski. U kogo innego byłaby to niesłychana zarozumiałość; ale on bynajmniej nie przeceniał siebie.

Najpierw przyjął tytuł »Syna Dawidowego«, choć prawdopodobnie nie wziął udziału w niewinnem oszustwie, które trzeba było popełnić dla nadania mu trwałości. Ród Dawidowy, jak się zdaje, wygasł już był oddawna[669]; Asmonejczycy, którzy stanowili ród kapłański, nie mogli się starać o podobny wywód dla siebie; ani Herod, ani Rzymianie nie przypuszczali na chwilę, aby gdzieś w pobliżu żył jakiś potomek owej starożytnej dynastyi. Ale od wygaśnięcia Asmonejczyków wszystkie umysły wierzą w przyjście nieznanego potomka królewskiego, który za lud swój pomści się na wrogach. Wierzono powszechnie, że Mesyasz będzie synem Dawidowym i że jak on urodzi się w Betleem[670]. Pierwotnie myśl Jezusa nie chyliła się bynajmniej ku temu powszechnemu mniemaniu. Wiara ogółu każe Dawidowi zajmować się sprawami całego narodu żydowskiego; królestwo boże Jezusa nie ma z tem nic wspólnego. Jezus uważał się za syna bożego, a nie za syna Dawidowego. Królestwo i wyzwolenie, które głosił, było zupełnie innej natury. Głos powszechny wywarł na nim jednak pewien gwałt. Bezpośrednią konsekwencyą mniemania »Jezus jest Mesyaszem«, było »Jezus jest synem Dawidowym«. Pozwolił tedy nadać sobie tytuł, bez którego nie mógł się spodziewać żadnych rezultatów po swej misyi. Zresztą, jak się zdaje, przyjął go dość chętnie, gdyż ktokolwiek go tym tytułem błagał o cud, czynił go natychmiast[671]. Tu, jak i w niektórych innych okolicznościach życia, Jezus przystosował się do wyobrażeń swego wieku, choć wyobrażenia te nie były jego wyobrażeniami. Ze swym dogmatem o »królestwie bożem« połączył wszystko, co rozpalało serca i wyobraźnię. W ten sam sposób przyjął chrzest Jana, choć nie był mu potrzebny.

Ale zaszła poważna trudność: było nią znane powszechnie narodzenie się Jezusa w Nazaret. Niewiadomo, czy Jezus walczył z tym zarzutem. Może mniej szermowano tym zarzutem w Galilei, gdzie twierdzenie, że syn Dawidowy musi być Betleemczykiem, nie było tak rozpowszechnione. Zresztą dla idealistów galilejskich tytuł »Syna Dawidowego« był już zupełnie usprawiedliwiony, skoro ten, któremu go nadano, miał opromienić chwałą lud i wskrzesić piękne dni Izraela. Może milczenie Jezusa upoważniło jego stronników do tworzenia owych fałszywych genealogii, które miały, wedle ich mniemania, wywieść go z królewskiego rodu?[672]. Czy wiedział coś o tych skomponowanych legendach, które kazały mu narodzić się w Betleem, szczególniej zaś o tej legendzie, która połączyła narodziny jego z popisem ludności przez legata cesarskiego Quirinusa?[673]. Tego nie wiemy. Nieścisłości i sprzeczności w genealogiach[674] upoważniałyby do mniemania, iż genealogie te tworzyła dusza ludu w różnych miejscach bez wiedzy Jezusa[675]. On sam własnemi ustami nigdy siebie nie nazwał Synem Dawidowym. Uczniowie, bezwarunkowo mniej od niego oświeceni, podawali o nim wiele przesadnych wiadomości; on zaś w większej części wypadków nic o tem nie wiedział. Weźmy wreszcie pod uwagę, że w ciągu pierwszych trzech stuleci istniały bardzo poważne frakcye chrześciańskie[676], które kwestyonowały królewskie pochodzenie Jezusa i autentyczność tych genealogii.

Legenda była tym sposobem owocem wielkiej konspiracyi, całkiem spontanicznej, a tworzyła się dokoła jego osoby jeszcze za życia. Każdy wielki wypadek w dziejach wywołał całe cykle podań a Jezus mimo najlepszej woli nie mógłby powstrzymać tej twórczości ludowej. Baczne oko byłoby już może wtedy spostrzegło zawiązek tych opowiadań, które chciały mu przypisać nadnaturalne pochodzenie, czy to wskutek odziedziczonych idei starożytnych, że człowiek niezwykły nie może być owocem połączenia się dwóch płci, czy też wskutek złego zrozumienia jednego rozdziału Izajasza[677], gdzie się doczytywano, że Mesyasz miał się narodzić z dziewicy; czy też wskutek pewnych wyobrażeń o »Tchnieniu bożem«, które sobie przedstawiano jako boską osobę a zarazem jako pierwiastek płodności[678]. Może już o dzieciństwie jego krążyły legendy, które w biografii służyć miały za dowód, że się w nim spełnił ideał mesyanistyczny[679], albo powiedzmy lepiej, że spełniły się przepowiednie, które wedle ówczesnej egzegezy alegorycznej miały się odnosić do przyjścia Mesyasza? Innym razem głoszono, że już od kolebki łączyły go stosunki z wielkimi ludźmi owych czasów, z Janem Chrzcicielem, z Herodem Wielkim, z chaldejskimi astrologami, którzy, jak powiadano, udali się wtedy w podróż do Jerozolimy[680], aby odwiedzić pewnego starca Symeona i staruszkę Annę, których świątobliwość długo żyła w pamięci ludu[681]. Bardzo nieścisła chronologia stanowi kanwę tych przeistoczonych wypadków[682]. Wszelako duch szczególnej dobroci i łagodności przenika te podania, które też dzięki temu stały się uzupełnieniem mów Jezusowych[683]. Szczególnie po śmierci Jezusa podania te poczęły się silnie rozwijać; zdaje się wszakże że już krążyły za jego życia i że powtarzano je z pobożną łatwowiernością i z naiwnym podziwem.

Że Jezus nigdy nie uważał siebie za wcielonego Boga, to żadnej a żadnej nie ulega wątpliwości. Idea podobna nie zgadzała się wprost z duchem żydowskim; a zresztą co do tego niema najmniejszego śladu w ewangeliach synoptycznych[684]; znajdujemy tylko napomknienia w niektórych ustępach ewangielii Jana, ale to nie może być uważane za echo myśli Jezusa. Niekiedy zdaje się, jakgdyby Jezus starał się o zapobieganie podobnej nauce[685]. Oskarżenie, że ogłaszał się Bogiem lub za równego Bogu, uważa nawet Jan w swej ewangielii za oszczerstwo Żydów[686]. W tej to właśnie ewangielii Jezus powiada o sobie, iż jest mniejszym od swego Ojca[687]. W innem miejscu wyznaje znowu, że Ojciec nie objawił mu wszystkiego[688]. Uważa się za coś więcej, niż za zwyczajnego człowieka; ale oddziela go od Boga dal nieskończona. On jest synem Boga; ale wszyscy ludzie są lub mogą się stać tem samem w różnym stopniu[689]. Wszyscy powinni codziennie wyznawać, że Bóg jest ich Ojcem; wszyscy po zmartwychwstaniu zostaną synami Boga[690]. W starym Testamencie zwano dziećmi bożymi istoty, które żadną miarą nie mogły uchodzić za równe Bogu[691]. Słowo »syn« posiada w językach semickich i w języku Nowego Testamentu bardzo rozległe znaczenie[692]. Zresztą pojęcie, jakie Jezus sobie wyrobił o »człowieku«, nie zawierało nic poniżającego, jak pojęcie chłodnych deistów. Według jego poetycznego poglądu na naturę jedno jedyne tchnienie przenika wszechświat: tchnienie człowieka jest tchnieniem Boga: Bóg mieszka w człowieku, żyje przez człowieka, i tak samo człowiek mieszka w Bogu, żyje przez Boga[693]. Wskutek swego transcedentalnego idealizmu Jezus nie wyrobił sobie nigdy jasnego pojęcia o swej własnej osobie. On jest Ojcem, Ojciec jest nim. Żyje w swych uczniach; gdziekolwiek jest, jest przy nich[694]; uczniowie jego stanowią jedność, jak on z Ojcem jedność stanowi[695]. Idea jest dla niego wszystkiem; ciało, warunkujące różność osobników, niczem.

Tytuł »Syn Boży« albo prościej »Syn«[696], stał się tym sposobem dla Jezusa równoznacznym z tytułem »Syn człowieczy« i jak ten ostatni synonimem »Mesyasza«, z tą jedynie różnicą, że Jezus zwał siebie »Synem człowieczym« a jak się zdaje nie nazywał siebie nigdy »Synem Bożym«[697]. Tytuł syn człowieczy wyrażał jego urząd jako sędziego; tytuł zaś Syn Boży jego współudział w boskich celach i jego władzę. Władza ta jest nieograniczoną. Ojciec dał mu wszechmoc. Ma prawo nawet znieść sabat[698]. Bóg zna wszystkich tylko przez niego[699]. Jemu jednemu dał Ojciec władzę sądzenia[700]. Natura jest mu posłuszna; ale ona jest posłuszna każdemu, kto wierzy i modli się; wiara może wszystko[701]. Pamiętajmy, że żadne prawo natury w pojęciu jego i jego słuchaczy nie rozgraniczało możliwości od niemożliwości. Świadkowie jego cudów dziękują Bogu, »że dał ludziom taką władzę«[702]. On odpuszcza grzechy[703]; on jest większy niż Dawid, niż Abraham, niż Salomon, niż prorocy[704]. Nie znamy formy ni miary tych twierdzeń. Nie możemy sądzić Jezusa według regułek naszych konwenansów. Podziw uczniów działał na niego porywająco. Z pewnością nie wystarczał mu obecnie tytuł »rabboniego«, którego używał z początku; nawet tytuł proroka lub wysłańca bożego nie odpowiadał już jego myślom. Teraz uważa się za istotę nadnaturalną i chce, aby mniemano, iż stoi do Boga w stosunku bliższym, niż reszta ludzi. Należy jednak i to uwzględnić, że wyrażenia takie, jak »nadludzki« lub »nadnaturalny«, wzięte z naszej małostkowej teologii, w podniosłem uświadomieniu religijnem Jezusa nie miało żadnego sensu. Dla niego przyroda i rozwój ludzkości nie były obszarami, leżącemi gdzieś po za Bogiem, opłakanemi rzeczywistościami, poddanemi pod ścisłe prawa empiryzmu. Dla niego nie było nic nadnaturalnem, gdyż nie istniała dla niego sama natura. Upojony bezbrzeżną miłością zapomniał o więzach, krępujących ducha ludzkiego; jednym skokiem przesadzał przepaść nieprzebytą dla innych, którą przeciętność ludzkich uzdolnień stwarza pomiędzy człowiekiem a Bogiem.

Niepodobna zaprzeczyć, że w tych twierdzeniach Jezusa tkwił zarodek, z którego później wyróść miała jego boskość[705] identyfikując go ze Słowem[706], czyli »drugim Bogiem«, czyli najstarszym synem Boga[707], lub aniołem Metatronowym[708], stworzonym przez teologię żydowską[709]. Powstała ona w celu złagodzenia zbytniej surowości starego monoteizmu; dodano Bogu niejako asesora, któremu — jak mniemano — Przedwieczny Ojciec powierzył rząd świata. Wierzono także, iż niektóre osoby są wcieleniem przymiotów i »sił« boskich; w tym czasie Samarytanie posiadali cudotwórcę imieniem Szymon, którego identyfikowano z »wielką siłą bożą«[710]. Prawie już od dwóch wieków spekulujące umysły Żydów chciały stworzyć personifikacye przymiotów boskich, lub pewne wyrażenia boskość malujące. Tym sposobem wspominane często w Starym Testamencie — »tchnienie boże« zaczyna być uważane za osobną istotę, za »Świętego Ducha«. Tak samo »Mądrość Boża« lub »Słowo Boże« stają się istotami odrębnemi. Był to zarodek procesu myślowego, który stworzył Sefirotów Kabały, Eonów Gnostycyzmu, Osoby chrześciaństwa, jednem słowem całą tę suchą mitologię istot oderwanych, do których musi się zwracać monoteizm, gdy chce do pojęcia »Bóg« wprowadzić wielość.

Zdaje się, że dla Jezusa pozostała obcą tego rodzaju teologia mędrkująca, która miała niebawem napełnić świat bezpłodnymi sporami. Metafizycznej teoryi o »Słowie«, jak ją mamy przedstawioną w dziełach Filona, współczesnego Jezusowi, albo w Targumach chaldejskich, albo już w »Księdze Mądrości«[711], nie spotykamy ani w Logiach Mateusza, ani wogóle u Synoptyków, którzy są przecież tak autentycznymi tłómaczami słów Jezusa. Doktryna o »Słowie« nie miała w rzeczywistości nic wspólnego z Mesyanizmem. To ewangielista Jan, lub jego szkoła, starali się później udowodnić, że Jezus był »Słowem«, dzięki czemu stworzyli całkiem nową teologię, bardzo różną od nauki o królestwie bożem[712]. Rola »Słowa« jest rolą Stwórcy, Opatrzności; ale Jezus nigdy nie twierdził, że stworzył świat i że nim rządzi. On ma tylko świat sądzić, odnowić. Uważał przedewszystkiem, iż będzie przewodniczył na sądzie ostatecznym i to mu przyznawali wszyscy chrześcianie pierwszych czasów[713]. Aż do tego dnia będzie siedział jako Metatronos po prawicy Boga, jako jego pierwszy minister a późniejszy mściciel[714]. Chrystus nadludzki z obrazów bizantyjskich, jako sędzia świata, siedzący w pośrodku Apostołów, którzy są mu równi i którzy stoją ponad Aniołami, gdyż aniołowie są tylko dla pomocy i usługi — oto dokładny wizerunek owych pojęć o »Synu człowieczym«, których bardzo wyraźne zarodki znajdujemy już w księdze Daniela.

W każdym razie młode chrześciaństwo nie miało na swe usługi ścisłej a przemyślanej scholastyki. Wszystkie idee powyższe, wzięte razem, nie ugrupowały się w duszy uczniów w jakiś jeden określony system, skutkiem czego w ich relacyach Syn Boży, coś w rodzaju zdwojenia bożego, działa zupełnie po ludzku. Przychodzi na niego pokusa; nie wie wielu rzeczy; poprawia sam siebie[715]; bywa zgnębionym, zniechęconym; błaga Ojca, aby mu oszczędził prób; jest poddany Bogu jak syn[716]. On, który ma świat sądzić, nie wie, kiedy ten sąd się odbędzie[717]. Szuka środków dla zabezpieczenia swej osoby[718]. Wnet po narodzeniu trzeba go ukrywać przed ludźmi potężnymi, którzy chcą go zabić[719]. Gdy wygania z opętanych dyabła, ten szydzi z niego i nie ustępuje odrazu[720]. Gdy czyni cuda, wysila się, jest wycieńczony, jak gdyby jakaś siła opuszczała go[721]. Są to wszystko cechy wysłańca bożego, człowieka, którego Bóg strzeże i popiera[722]. Nie można w tem żądać ani logiki, ani konsekwencyi. Chęć Jezusa, aby go uznano, oraz zapał uczniów, zwiększają tylko pełne sprzeczności wyobrażenia. Dla zwolenników mesyanizmu, dla żarliwych czytelników ksiąg Daniela i Henocha był on »Synem Człowieczym«; dla przeciętnych Żydów, dla czytelników Izajasza i Miszny, był on Synem Dawida; dla towarzyszów był on Synem Bożym, lub poprostu Synem. Inni go uważali, a uczniowie nie bronili, za zmartwychpowstałego Jana Chrzciciela, Eliasza, Jeremiasza, według wiary ludu, że starożytni prorocy zmartwychwstaną, aby przygotować czasy Mesyaszowe[723].

Śmiałość tych twierdzeń opierała się na głębokiem przeświadczeniu, albo, powiedzmy lepiej, na nieznającym wątpliwości entuzyazmie. My, zbyt chłodni i powściągliwi, nie pojmujemy, jak można przejąć się w podobny sposób jakąś myślą i stać się jej apostołem. Dla nas, ludów nawskróś surowych, przeświadczenie opiera się na szczerości ze sobą samym. Ale to niema wielkiego znaczenia u ludów wschodnich, nie przywykłych do subtelności krytycznego ducha. Szczerość i kłamstwo to są dla nas pojęcia biegunowe, które się wzajemnie wyłączają. Na Wschodzie istnieje tysiąc przejść i połączeń. Twórcy ksiąg apokryficznych (np. Daniela i Henocha), ludzie nadzwyczajnej egzaltacyi, popełniali dla swoich celów i to bez najmniejszych skrupułów to, co nazwalibyśmy oszustwem. Dla człowieka Wschodu prawda materyalna niema żadnego znaczenia; on patrzy na wszystko ze stanowiska swych myśli, swych interesów, swych namiętności.

Historya byłaby niemożliwą, gdybyśmy się nie zgodzili na to, że szczerość należy pojmować rozmaicie. Wszystkie wielkie rzeczy robi lud; ale ludem nie można kierować bez zgody na jego idee. Czcić należy filozofa, który, wiedząc o tem, staje za szańcem swej wyższości w zupełnem osamotnieniu. Ale nie możemy ganić tego, który, poznawszy iluzye ludu, chce za pomocą nich na lud ów wpływać. Cezar wiedział o tem doskonałe, że nie był synem Wenery; Francya nie byłaby tem, czem jest dziś, gdyby przez tysiąc lat nie wierzono w buteleczkę świętej oliwy z Reims. Nam, ludziom bezsilnym, łatwo dziś zwać to kłamstwem i pysznić się z naszej trwożliwej uczciwości, patrząc z pogardą na tych, którzy w innych zupełnie warunkach umieli podjąć bój na życie i śmierć. Gdybyśmy zdołali tyle zrobić za pomocą naszej skrupulatności, ile oni za pomocą swego kłamstwa, mielibyśmy prawo sądzić ich surowo. Przedewszystkiem zaś należy silnie odróżnić czasy naszej społeczności, gdzie wszystko się dzieje w świetle refleksyi, od czasów owych naiwnie łatwowiernych społeczności, wyłaniających z siebie wiary, które panowały jednak całe wieki. Jeszcze nie powstało nic wielkiego, co nie opierałoby się na legendzie. Jedyną winowajczynią jest tu chyba tylko ludzkość, która chce być oszukiwaną.



ROZDZIAŁ XVI.
Cuda.

Za czasów Jezusa wierzono, że dwie rzeczy dowodzą nadnaturalnej misyi: spełnianie się proroctw i cuda. Jezus a zwłaszcza jego uczniowie posługiwali się takiem dowodzeniem w jak najlepszej wierze. Już od dość dawna Jezus był przekonany, że prorocy pisali, mając tylko na myśli jego. Siebie odnajdywał w ich świętych wyroczniach; uważał się za zwierciadło, w którem proroczy duch Izraela czytał przyszłość. Szkoła chrześcijańska może jeszcze za życia swego założyciela starała się dowieść, że Jezus w zupełności odpowiadał temu, co prorocy wieścili o Mesyaszu[724]. W wielu wypadkach zestawienie było czysto zewnętrzne i z trudnością możemy je dziś zrozumieć. Przeważnie chodziło o przypadkowe a mało ważne szczegóły z życia mistrza, które uczniom przypominały pewne ustępy z Psalmów lub Proroków; miejsca te stosowali do niego tendencyjnie[725]. Egzegeza w owych czasach polegała prawie wyłącznie na grze słów, na cytatach, bardzo dowolnych, bardzo sztucznych. Synagoga nie posiadała ściśle określonego spisu cytat, odnoszących się do królestwa bożego. Egzegeza mesyanizmu była dowolna, polegała więcej na dyalektyce, niż na poważnej argumentacyi.

Cuda wszelako uchodziły w owej epoce za niezawodne znamię boskości i misyi proroczej. Przepełnione są niemi legendy o Eliaszu i Elizeuszu. Mniemano, że i Mesyasz dokona wielu cudów[726]. W Samaryi, oddalonej zaledwie o kilka godzin od miejsca pobytu Jezusa, czarownik imieniem Szymon zjednał sobie cudami niemal znaczenie boskie[727]. Gdy później chciano rozsławić Apoloniusza z Tyany i dowieść, że życie jego było pielgrzymką Boga na ziemi, stworzono w tym celu całe cykle cudów[728]. Nawet filozofowie aleksandryjscy, np. Plotyn i inni, mieli czynić cuda[729]. Jezus musiał tedy wybrać jedno z dwojga: albo zrzec się swej misyi, albo też zostać cudotwórcą. Należy uwzględnić, że w całej starożytności, z wyjątkiem wielkich szkół filozoficznych Grecyi i ich rzymskich zwolenników, wierzono w cuda; że wreszcie Jezus nie tylko wiarę tę podzielał, ale najmniejszego nie miał pojęcia o jakimś ładzie w przyrodzie, opartym na prawach. Pod tym względem stał całkowicie na jednym poziomie wiedzy ze swymi rówieśnymi. Co więcej, wierzył niewzruszenie, że człowiek wskutek wiary i modlitwy może posiadać nad naturą zupełną władzę[730]. Dar czynienia cudów uważano za zupełnie naturalny, udzielony od Boga; nie dziwił on też nikogo[731].

To, na czem się opierała cała potęga wielkiego założyciela, wskutek różnicy epok ma w sobie dla nas coś odstręczającego, a jeżeli kiedykolwiek ludzkość nieco zobojętnieje dla Jezusa, to jedynie ze względu na to, co mu właśnie wtedy zjednało wyznawców. Z tego rodzaju historycznemi zjawiskami krytyka nie robi sobie kłopotu. Dla nas jest dziś wstrętny typ cudotwórcy, zwłaszcza naiwnego do ostateczności, jak to miało miejsce w Niemczech z niektórymi osobnikami o krwawych stygmatach, gdy cuda te, działane bez wiary, są owocem zwykłej szarlataneryi. Ale weźmy pod uwagę takiego Franciszka z Assyżu a rzecz przedstawi się nam w zupełnie innem świetle; liczne cuda, któremi opromieniono powstanie zakonu św. Franciszka, nietylko nas nie rażą, ale działają na nas bardzo ujmująco. Założyciele chrześciaństwa byli pogrążeni co najmniej w takiej samej poetycznej nieświadomości, jak święta Klara i »tres socii«. Uważali za rzecz całkiem prostą, że mistrz ich miewał rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem, że wydawał rozkazy żywiołom i uzdrawiał chorych. A i tego nie należy zapominać, że każda myśl traci coś ze swej czystości, skoro dąży do realizacyi. Dusza nie osiąga zwycięztwa bez ran. Ludzka dusza jest tak ułomna, że zazwyczaj walczy o rzeczy dobre za pomocą złych środków. Dowodzenia pierwszych apologistów chrześciaństwa opierają się na nader nieszczególnych argumentach. Mojżesz, Mahomet, Kolumb, zwalczyli tylko dlatego wszystkie przeszkody, że zawsze brali pod uwagę słabość natury ludzkiej i że często bronili prawdy nieprawdą. Na otoczenie Jezusa działały niezawodnie jego cuda silniej, niż jego podniosłe mowy. Przypuśćmy w dodatku, że głos ludu przed śmiercią i po śmierci Jezusa we wszystkiem, co się tych spraw tyczy, znacznie przesadził. Typy cudów, o których mowa w ewangieliach, nie posiadają istotnie wielkiej rozmaitości; wciąż się powtarzają i zdaje się, że je stylizowano według kilku wzorów, które lud sobie szczególnie upodobał.

Śród wszystkich cudów, zamęczających czytelnika przy czytaniu ewangielii, niepodobna odróżnić tych, które opinia publiczna tylko przypisywała Jezusowi, od tych, przy których spełnieniu on istotnie był czynny. Trudno zwłaszcza dociec, czy różne rażące nas szczegóły, jak dreszcze i tym podobne objawy, trącące żonglerstwem, są historyczne[732], czy też powinny pójść na karb opowiadaczy, którzy się bardzo zajmowali wizyonerstwem i żyli w atmosferze, przypominającej silnie historye naszych pukających stolików[733]. Prawie wszystkie cuda, których dokonanie Jezus sobie przypisywał, polegają na uzdrowieniach. Lecznictwo ówczesne w Judei nie różniło się od tego, które dziś spotykamy na Wschodzie; nie opiera się ono na wiedzy, ale na subjektywnej inspiracyi. Lecznictwo, traktowane przez Greków już od pięciu wieków naukowo, było za czasów Jezusa zupełnie nieznane w Palestynie. W takich warunkach obecność znakomitego człowieka, który do chorego zwraca się z miłością i przez jakieś widome znaki zapewnia go o uzdrowieniu, jest już środkiem skutecznym. Któż śmiałby zaprzeczyć, iż niekiedy, z wyjątkiem naturalnie całkiem charakterystycznych uszkodzeń, samo dotknięcie przez znakomitą osobistość równa się zastosowaniu środków leczniczych? Sam widok ich uzdrawia. Radość daje choremu to, co dać może: uśmiech, nadzieję — a to nie są czcze rzeczy.

O racyonalnej wiedzy leczniczej Jezus miał takie pojęcie, jak jego otoczenie; wierzył razem z innymi, że można ozdrowieć przez pewne religijne praktyki, a wiara taka była konsekwentna. Skoro mniemano, że choroba jest karą za popełnione grzechy[734], że pochodzi od demonów[735] a nie jest wynikiem przyczyn fizycznych, najlepszym lekarzem mógł być tylko święty, który miał władzę rozkazywania żywiołom. Leczenie było darem duszy; Jezus, który znał potęgę swego ducha, musiał się uważać za szczególnie uzdolnionego w tym kierunku. Skoro był przekonany, że chorym sprawia ulgę, gdy się dotkną jego szat[736] albo gdy on dotknie ich swemi rękami[737], byłby zaiste bezlitosny, gdyby im odmówił tego, co było w jego mocy. Uzdrawianie chorych uważano za znak królestwa bożego i łączono to zawsze z wyzwoleniem ubogich[738]. Jedno i drugie zaś było znamieniem wielkich przewrotów, które miały kres położyć wszelkiemu złu.

Jednym z najpospolitszych cudów Jezusa był egzorcyzm, czyli wypędzanie dyabłów. Za onych czasów ludzie byli niesłychanie skłonni do wiary w złe duchy. Mniemano powszechnie i to nietylko w Judei, ale poprostu wszędzie, że demony mogą opętać pewne osoby i zniewalać ich do różnych czynów, którychby w innym wypadku nie popełnili. Wspominany kilkakrotnie w »Aveście«[739] perski »div«, Aeszma daëva, »div złych żądz«, przyjęty przez Żydów pod nazwą Asmodeusza[740], uchodził za sprawcę wszystkich histerycznych zakłóceń u kobiet[741]. W ten sposób objaśniano wszystkie[742] choroby jak np. epilepsyę, cierpienia umysłowe i nerwowe, w których choremu się zdaje, że nie należy do siebie, przypadłości niewiadomego pochodzenia jak głuchotę i niemotę[743]. Godny podziwu traktat Hipokratesa o »świętej chorobie«, który na cztery i pół wieków przed Jezusem wyłożył zasady odnośnego lecznictwa, nie usunął tego przesądu. Mniemano, iż za pomocą mniej lub więcej skutecznych praktyk można złe duchy wypędzać; egzorcysta był człowiekiem tak samo uznanej profesyi, jak dziś lekarz[744]. Nie ulega wątpliwości, że o Jezusie jeszcze za jego życia głoszono, iż posiadł tajniki tej sztuki[745]. Było wtedy w Judei wielu umysłowo chorych prawdopodobnie wskutek wielkiego podniecenia umysłów. Pozostawiano ich na zupełnej wolności, jak to się i dziś tam dzieje; mieszkali w opuszczonych grobach, zwykłem schronisku różnych włóczęgów. Jezus wywierał wielki wpływ na tych nieszczęśliwców[746]. O jego cudownych uzdrowieniach opowiadano sobie najdziwaczniejsze historye, w których ówczesna łatwowierność puszczała cugle swej fantazyi. Ale tu nie należy spiętrzać trudności. Ci, którzy uchodzili za opętanych, byli właściwie ludźmi tylko lekko nienormalnymi. Dziś jeszcze uchodzą w Syryi za umysłowo chorych lub opętanych (te dwa pojęcia łączą się w jedno »Medżnun«[747] zwyczajni dziwacy. Nieraz wystarczało jakieś łagodne słowo, aby z nich wygnać dyabła. I tego to środka używał niezawodnie Jezus. Kto wie, czy wogóle sława jego jako egzorcysty nie rozeszła się wbrew jego woli? Ludzie żyjący na Wschodzie dowiadują się nieraz po jakimś czasie, że mają sławę lekarzy, czarowników, wynajdywaczy skarbów ukrytych, a nie mają pojęcia, co stało się powodem tak szczególnych o nich wyobrażeń.

Wiele okoliczności skłania nas do twierdzenia, że Jezus został cudotwórcą dopiero późno i to z niechęcią. Niektóre cuda czynił dopiero wskutek długich próśb, z niesmakiem i po wyłożeniu błagającym ich prostactwa[748]. Pozornie niewytłómaczonem dziwactwem wydaje się fakt, że cudów dokonywał skrycie, a uzdrowionym zalecał, aby o tem nikomu nie mówili[749]. Gdy demony chciały go okrzyknąć Synem Bożym, nie pozwolił im odemknąć ust; uznają go za takiego wbrew jego woli[750]. Te rysy charakterystyczne znajdujemy głównie u Marka, który też jest przeważnie ewangielistą cudów i egzorcyzmów. Zdaje się, że ów uczeń, który dostarczył do tej ewangielii pierwotnej relacyi, z powodu podziwiania cudów stał się Jezusowi uciążliwym, i że mistrz, niezadowolony z przykrego rozgłosu, często napominał go: »Nie mów o tem«. Raz nawet niezadowolenie to przybrało ostrzejszą formę[751], z czego widać, ile przykrości sprawiało Jezusowi ustawiczne żądanie cudu ze strony tych ludzi małodusznych. Niekiedy możnaby przypuścić, iż ma już dość tych cudów, które mu niejako z pod stóp wyrastają, i że pragnąłby, aby o nich jak najmniej mówiono. Gdy żądali od niego cudu jego nieprzyjaciele, zwłaszcza cudu zjawiskowego, odmawiał stanowczo[752]. Można tedy przypuścić, że tytuł taumaturga został mu narzucony, że wprawdzie nie bardzo się temu opierał, ale też i o utrzymanie go nie dbał, że w każdym razie czuł całą płytkość podobnej wiary, zakorzenionej w społeczności.

Postąpilibyśmy przeciw racyonalnej metodzie historycznej, gdybyśmy tu chcieli, dając folgę naszym wstrętom i chcąc zasłonić Jezusa przed różnemi zarzutami, przemilczeć pewne fakty, które w oczach jego rówieśnych stały właśnie na pierwszym planie[753]. Byłoby to rzeczą bardzo wygodną głosić, że są to dodatki jego uczniów, którzy stali o wiele niżej od swego mistrza a którzy, nie mogąc się poznać na jego właściwej wielkości, starali się go wywyższyć za pomocą sztuczek, niegodnych jego charakteru. Ale pod tym względem wszyscy czterej jego życioryśnicy są ze sobą całkiem zgodni; wielbią bowiem jego cuda; jeden z nich, Marek, tłómacz apostoła Piotra[754], taką do tego przywiązuje wagę, że gdybyśmy się w charakterystyce Jezusa chcieli oprzeć wyłącznie na jego relacyach, to musielibyśmy go sobie wyobrazić jako niesłychanie pociągającego zaklinacza dyabłów, jako potężnego czarownika, budzącego strach, od którego należałoby się trzymać możliwie zdaleka[755]. Więc bez wszystkiego przyznamy, że postępki, które dziś uchodziłyby za szaleństwo lub oszukaństwo, w życiu Jezusa stanowiły bardzo potężne czynniki. Ale czy te bądź co bądź nieprzyjemne fakty mają nam rzucać cień na jego podniosłą duszę? Strzeżmy się czegoś podobnego! Zwyczajny czarownik w rodzaju Symona nie byłby nigdy dokonał takiego przewrotu, jakiego dokonał Jezus. Gdyby czarownik wyparł z Jezusa moralistę i nowatora religijnego, to zostałby on twórcą szkoły wizyonerów a nie założycielem chrześciaństwa.

Zresztą jest to problemat, tyczący wszystkich świętych i wszystkich twórców religii. Co uchodzi obecnie za chorobę, np. epilepsya, wizyonerstwo, to było dawniej cenione jako pierwiastek siły i wielkości. Medycyna zna chorobę, która dała Mahometowi szczęście[756]. Niemal do dni naszych wszyscy ludzie zasłużeni ludzkości (nie wyłączając bynajmniej znakomitego Wincentego a Paulo!) byli cudotwórcami, czy chcieli, czy nie chcieli. Ale krytyka zawsze chybi, jeżeli wyjdzie z założenia, że wszelka osobistość historyczna, której przypisują czyny, jakie wiek nasz nazwałby bezrozumnymi lub oszukańczymi, była tem samem bezrozumna i szalbiercza. Szkoła aleksandryjska była szkołą szlachetną, a jednak uprawiała wizyonerstwo posunięte do ostateczności. Sokrates i Pascal miewali halucynacye. Fakty należy wyjaśniać za pomocą odpowiednich przyczyn. Ułomność ducha ludzkiego rodzi znowu ułomność. Dla rzeczy wielkich musimy szukać w naturze człowieka także wielkich przyczyn, choćby się one zjawiały w towarzystwie małostek i choćby te małostki zaciemniały umysłom powierzchownym ich wielkość.

Możemy przeto wygłosić jako zasadę ogólną, że Jezus został cudotwórcą i egzorcystą wbrew swej woli. Cud jest zwykle raczej dziełem widzów, niż dziełem samego cudotwórcy. Przypuśćmy, że Jezus nie chciałby robić cudów; wtedy tłum byłby je stworzył za Jezusa; a największym cudem byłoby to, gdyby nie był uczynił ani jednego cudu; zostałyby wtedy naruszone prawa historyi i psychologii ludów. Cuda były gwałtem, którego na Jezusie dokonała ówczesność, były koncesyą, do której go zmusiła losowa konieczność. Zresztą upadł zaklinacz duchów i cudotwórca; ale wiecznie żyć będzie odnowiciel religii.

Czyny te wywierały wrażenie nawet na tych, którzy w niego nie wierzyli, gdyż starali się być świadkami cudów[757]. Poganie i ludzie mniej wtajemniczeni uczuwali lęk i starali się go usunąć ze swej okolicy[758]. Jest także możliwe, iż niektórzy chcieli nadużyć jego imienia dla celów rewolucyjnych[759]. Lecz nawskróś etyczny a nie polityczny kierunek charakteru Jezusa uchronił go od tej pokusy. Królestwo jego było w pośrodku dziatek, które skupiła dokoła niego ta sama dziecięca imaginacya i ten sam przedsmak nieba.



ROZDZIAŁ XVII.
Ostateczne ukształtowanie się idei Jezusa o królestwie bożem.

Przypuszczamy, że ten ostatni okres działalności Jezusa trwał mniej więcej ośmnaście miesięcy, t. j. od powrotu jego z pielgrzymki na święta Paschy w 31 roku do pielgrzymki na święto namiotów w 32 roku[760]. Zdaje się, że w tym okresie myśli Jezusa nie wzbogacił żaden nowy pierwiastek; ale natomiast wszystko, co już w nim było, rozwinęło się i znalazło wyraz potężny a śmiały.

Ideą podstawową Jezusa było od samego początku założenie królestwa bożego. Wszelako zdaje się, jak już powiedzieliśmy, że Jezus w różny sposób pojmował to królestwo boże. Raz możnaby go wziąć za przewódcę demokracyi, który chce poprostu władzy dla biednych i wydziedziczonych. Innym znowu razem królestwo boże ma być dosłownem spełnieniem się wizyi Daniela i Henocha. Wreszcie często królestwo boże przedstawia się jako państwo dusz, a zbliżające się wyzwolenie ma być wyzwoleniem przez ducha. Rewolucya, do której dążył Jezus, odpowiada istotnie tej, która potem miała miejsce a która ustanowiła kult, czystszy od kultu Mojżeszowego. — Zdaje się, że wszystkie te myśli istniały równocześnie w umyśle Jezusa. Myśl pierwsza, myśl o rewolucyi czasowej, nie zajmowała go, jak się zdaje, zbyt długo. Na ziemskość, na możnych, na potęgę materyalną, zapatrywał się zawsze jak na coś takiego, czem się długo zajmować niewarto. Zewnętrzność nie pociągała go, nie miał w tym kierunku żadnych ambicyi. Niekiedy, z bardzo naturalnych powodów, religijne jego zagadnienia stawały na granicy zagadnień społecznych. Przybywali do niego ludzie z prośbą, aby zechciał być ich sędzią i rozjemcą w różnych sprawach. Jezus odrzucał podobne propozycye z dumą, niekiedy nawet tak, jak gdyby się czuł obrażonym[761]. Przejęty ideałem niebiańskim, nie wzniósł się nigdy ponad wzgardzone ubóstwo. Co się tyczy dwóch innych wyobrażeń Jezusa o królestwie bożem, to zdaje się, że żywił je w umyśle swoim równocześnie. Gdyby był tylko entuzyastą, uwiedzionym przez apokalipsy, któremi żywiła się fantazya ludu, zostałby nieznanym sekciarzem, stojącym niżej od tych, których poglądy zwalczał. Gdyby był tylko jakimś purytaninem, jakimś Channingiem albo »Vicaire Savoyard«, byłby z pewnością nic nie zrobił. Obie części jego systematu, albo, powiedzmy dokładniej, dwoistość jego wyobrażeń o królestwie bożem, co się wzajemnie wspierało i uzupełniało, dało wyniki niezrównane. Pierwsi chrześcianie byli wizyonerami, żyli myślą swą tylko w krainie marzeń, jakbyśmy to dziś nazwali; ale równocześnie byli oni bohaterami boju społecznego, prowadzącego do wyzwolin ducha i do stworzenia religii, z której wyszedł ostatecznie czysty kult, zapowiedziany przez założyciela.

Idee apokaliptyczne Jezusa w ich kształcie ostatecznym da się wyrazić w ten sposób:

Ład, na którym się ludzkość opiera, dobiega dni swoich. Nastąpi potężny przewrót, »lęk«, jaki ogarnia rodzącą, palingeneza czyli »odrodzenie« (według własnych słów Jezusa)[762], poprzedzone przez okropne klęski i zapowiedziane przez dziwne zjawiska[763]. W biały dzień zajaśnieje na niebie znak Syna Człowieczego; będzie to zjawisko pełne światła i grzmotu, jak na górze Synaj, potężny orkan, rozdzierający obłoki, przecinający w mgnieniu oka niebo od wschodu do zachodu. W chmurach ukaże się Mesyasz, ukaże się przy dźwięku trąb, w chwale i majestacie, otoczony zastępami aniołów. Na tronach obok niego będą siedzieli jego uczniowie. Wtedy umarli ożyją a Mesyasz rozpocznie sąd[764].

Na tym sądzie ludzie zostaną podzieleni na dwie kategorye wedle swoich postępków[765]. Aniołowie będą wykonawcami wyroku[766]. Wybrani znajdą się w miejscu wspaniałem, zgotowanem dla nich od początku świata[767]; tam, przybrani w szaty świetliste, siądą do uczty, na której pierwsze miejsca przypadną Abrahamowi[768], patryarchom i prorokom. Liczba zbawionych nie będzie duża[769]. Inni pójdą do piekieł (Gehenny). Gehenna była doliną, leżącą na zachód od Jerozolimy. W różnych epokach uprawiano tu kult ognia; potem dolina ta stała się miejscem wszelakich nieczystości. Gehenna była zatem w wyobrażeniu Jezusa doliną ognia i brudu. Odtrąceni od królestwa bożego będą tu pod strażą szatana i zbuntowanych aniołów paleni i toczeni przez robactwo[770]. Będzie tam płacz i zgrzytanie zębów[771]. Wśród świata ciemności i męki[772] królestwo boże będzie jako zamknięta sala, zalana światłością.
Ten nowy ład ma trwać wiecznie. Ani raj, ani piekło nie będzie miało końca. Dzieli je przepaść nieprzebyta[773]. Syn Człowieczy, siedzący po prawicy Boga, będzie sprawował rządy w tym ostatecznym stanie rzeczy[774].

Że w to wszystko wierzyli dosłownie uczniowie a niekiedy sam mistrz, bije wyraźnie z pism owoczesnych. Jeżeli pierwsze pokolenie chrześcian posiadało wiarę głęboką i silną, to dlatego, że oczekiwało bliskiego końca świata[775] i wypełnienia wielkiego »objawienia« Chrystusowego[776]. Okrzyk »czas jest bliski«[777], od którego Apokalipsa się zaczyna i na którym się kończy, te wciąż powtarzane słowa »kto ma uszy, niech słucha«[778], były słowami nadziei, były hasłami całego okresu apostolskiego. I hasłem stało się też wyrażenie syryjskie Maran atha »Nasz Pan przychodzi«[779], hasłem, które podawano sobie z ust do ust dla umocnienia się w wierze i nadziei. Apokalipsa, napisana w 68 r. naszej ery[780] zapowiada tę chwilę za trzy i pół lat[781]. Autor »Wniebowzięcia Izajasza«[782] oblicza ją bardzo podobnie.

Jezus nie posunął się nigdy do tej ścisłości. Zapytywany, kiedy się powtórnie zjawi, nie dawał odpowiedzi; raz nawet oświadczył, iż wielki ten dzień jest tylko wiadomy Ojcu, który go nie podał ani aniołom, ani Synowi[783]. Mniemał, że chwila, w której ludzie będą z niepokojem wyczekiwali przyjścia królestwa bożego, zawiedzie[784]. Powtarzał ustawicznie, że przyjdzie niespodzianie, jak za czasów Noego i Lota; trzeba czuwać i być ciągle na nią przygotowanym; niechaj każdy czeka z zapaloną lampką jak na przyjście oblubieńca, który się zjawi nieprzewidziany[785]; Syn Człowieczy przybędzie jak złodziej w godzinie nieoczekiwanej[786]; zjawi się jak piorun, przecinający horyzont z końca do końca[787]. Lecz objaśnienia jego co do bliskości owej katastrofy są zupełnie niedwuznaczne[788]. »Pokolenie obecne«, mówił, »nie przeminie, kiedy się to wszystko spełni. Są niektórzy z tych, co tu stoją, którzy nie ukuszą śmierci, ażby ujrzeli Syna Człowieczego, idącego w królestwie swojem«[789]. Wyrzuca tym, którzy w niego nie uwierzyli, iż nie widzą znaków zbliżającego się królestwa. »Gdy bywa wieczór, mówicie: pogoda będzie, bo niebo się czerwieni. A rano: dziś będzie niepogoda, albowiem się niebo pochmurne czerwieni. Obłudnicy! postawę nieba rozsądzić umiecie a znamion tych czasów nie możecie«[790]. Wskutek złudy, jakiej podlegali wszyscy wielcy reformatorowie, wyobrażał sobie ów kres znacznie bliżej, niż było w istocie; nie wziął pod uwagę, że wszelki ruch ludzkości odbywa się bardzo powoli; zdawało mu się, że dokona tego w ciągu jednego dnia, co się ostatecznie nie dokonało nawet w ciągu dwudziestu wieków.

Tak sformułowane zapowiedzi zajmowały chrześciańską społeczność prawie przez siedmdziesiąt lat. Uchodziło za pewnik, iż niektórzy uczniowie ujrzą przed śmiercią zapowiedziany przez objawienie dzień. W szczególności Jan miał należeć do tych nielicznych[791]. Niektórzy wierzyli, że nigdy nie umrą. Ale było to może mniemanie późniejsze, które się wyłoniło dopiero pod koniec pierwszego stulecia wskutek podeszłej starości Jana, co nasunęło myśl, że Bóg chce go zachować na ów wielki dzień celem dowiedzenia prawdziwości zapowiedzi Jezusowej. Jakkolwiek rzeczy się miały, śmierć jego zachwiała wiarę wielu a uczniowie Janowi próbowali przepowiedni Jezusa dać potem znaczenie bardziej zmodyfikowane[792].

Skoro Jezus przyjął apokaliptyczną wiarę w całości, jak ją znamy wedle żydowskich ksiąg apokryficznych, musiał też uznać dogmat, będący jej uzupełnieniem a raczej podstawą, wiarę w zmartwychwstanie umarłych. Nauka ta, jak już powiedzieliśmy[793], była dla Izraela dość nowa; wielu jej nie znało, albo też jej nie przyjmowało[794]. Dla Faryzeuszów i żarliwych wyznawców mesyanizmu była ona kamieniem węgielnym wiary[795]. Jezus przyjął ją bez zastrzeżeń, ale tylko w sensie najbardziej idealnym. Wielu mniemało, że po zmartwychwstaniu będą jedli, pili, żenili się. Jezus wprawdzie głosi, że w jego królestwie będzie nowa Pascha, nowy stół i nowe wino[796]; wszelako małżeństwo wyklucza wyraźnie. Saduceusze mieli pod tym względem argument wprawdzie pozornie niezręczny, ale bądź co bądź dość zgodny ze starą teologią. Należy pamiętać, że wedle nauki dawnych mędrców człowiek żyje dalej tylko w swych dzieciach. Tę naukę patryarchów Zakon Mojżeszowy uświęcił przez szczególną instytucyę, przez Lewirat. Z niego też wysnuli Saduceusze sprytne dowody przeciw zmartwychwstaniu. Jezus starał się uniknąć tych zarzutów, głosząc, że w »życiu wiecznem« nie będzie różnicy płci, lecz że ludzie będą podobni do aniołów[797]. Niekiedy wydaje się, jak gdyby zmartwychwstanie zapowiadał tylko sprawiedliwym[798]; bezbożnych zaś dotknie kara zupełnej śmierci, zagłady, pogrążenia w nicość[799]. Niekiedy znowu zapowiada zmartwychwstanie także złym, aby wieczne potępienie było ich udziałem[800].

We wszystkich jego teoryach, jak się okazuje, nie było nic nowego. Ewangielie i pisma Apostołów głoszą o naukach apokaliptycznych tylko to, co było zawarte już u »Daniela«[801], »Henocha«[802], w »proroctwach sybillińskich«[803] pochodzenia judaistycznego. Idee te, bardzo wtedy rozpowszechnione, Jezus uznał za swoje. Oparł się na nich w swej działalności, albo powiedziawszy lepiej, na nich także się oparł, gdyż zbyt głęboko pojmował swe dzieło, aby zaufać tak kruchej podstawie, którą bliskie zdarzenia mogły w niwecz obrócić.

Zresztą jest to proste, że podobna nauka, brana dosłownie, nie miała żadnej przyszłości. Wykazał jej nicość świat, który w dalszym ciągu uparcie istniał. Jedno pokolenie ludzkie mogło w to wierzyć. Wiara pierwszego pokolenia chrześcian da się usprawiedliwić, ale już nie pokolenia drugiego. Po śmierci Jana, czy też po śmierci tego, który jeszcze własnymi oczami patrzył na mistrza, słowa jego okazały się nieprawdziwemi[804]. Więc gdyby nauka Jezusa polegała tylko na wierze w bliski koniec świata, byłaby już na pewno dawno zapomniana. Cóż ją tedy uratowało? Szerokość niezwykła pojęć ewangielicznych, skutkiem czego z jednego i tego samego symbolu wysnuwali sobie nauki ludzie bardzo różnych umysłów. Świat nie doczekał się takiego końca, jak przepowiadał Jezus, jak wierzyli jego uczniowie. Ale odrodził się i to odrodził do pewnego stopnia w myśl Jezusa. Ponieważ ideę jego można pojmować w dwojaki sposób, przeto była ona płodną. Chimera jego nie uległa losowi tylu innych, wylęgłych w umyśle ludzkim, ponieważ zawierała w sobie zarodek życia, który, dzięki obsłonce bajecznej, wprowadzony do łona ludzkości, wiecznie rodzi owoce.

I niechaj nikt nie mówi, że jest to interpretacya dowolna dla uratowania honoru mistrza, że rzeczywistość w okrutny sposób zadała kłam jego marzeniom. Nie, nigdy! Prawdziwe królestwo boże, królestwo ducha, gdzie każdy staje się królem i kapłanem, to królestwo, które, wyrosłe z ziarnka gorczycy zamienia się w potężne drzewo ocieniające świat i dające w swych gałęziach przytułek ptakom niebieskim — to królestwo Jezus pojął, on go chciał, on je założył. Obok fałszywej, zimnej, niemożliwej idei królestwa doczesnego, zbudował w swych myślach prawdziwe miasto boże, prawdziwą palingenezę, kazanie na górze, apoteozę słabych, podniesienie maluczkich, uczczenie wszelkiej prawdy, wszelkiej prostoty. Dokonał tego wywyższenia po mistrzowsku, nadał temu wyraz, który będzie trwał wiecznie. Wszystko, co jest w nas najlepszego, zawdzięczamy jemu. Nie pamiętajmy mu jego wiary w fantastyczne objawienia, wiary w powrót na obłokach śród wielkiego tryumfu. Może wiara ta była raczej błędem innych, niż jego? Gdyby nawet wierzył w coś podobnego, to cóż z tego wynika? Marzenia podobne dały mu siłę do pójścia na śmierć, podtrzymywały go w walce, śród której mógł był nie wytrwać.

Należy tedy przyjąć, że królestwo boże Jezusa ma różne znaczenia. Gdyby Jezus był przejęty wyłącznie jedną myślą, że zbliża się koniec świata i że się na to ludzkość powinna przygotować, nie byłby przewyższył Jana Chrzciciela. I wtedy ostatniem słowem nauki jego byłoby: nie dbać o świat, który ma niebawem zginąć, wyrwać się z więzów doczesności, dążyć do przyszłego królestwa. Ale nauka Jezusa miała znaczenie rozleglejsze. On chciał stworzyć ludzkości nowy świat a nietylko przygotować ją na koniec świata starego. Gdyby Eliasz lub Jeremiasz wstali z grobów celem przygotowania ludzkości do rzeczy ostatecznych, nie byliby mówili tego, co on mówił. Jest to do tego stopnia prawdą, że nawet owa doktryna rzekomego końca świata przetrwała wieki i wpłynęła zbawczo na ludzkość. W wielu wypadkach mowy Jezusa nie są zgodne z teoryą objawienia. Nieraz głosi, że królestwo boże już nastało, że każdy nosi je w sobie, o ile jest tego godny, że można je w sobie stworzyć przez prawdziwe nawrócenie się serca[805]. Więc w tym wypadku królestwem bożem byłoby dobro[806], jakiś lepszy ład na świecie, panowanie sprawiedliwości, do czego każdy wierzący może się przyczynić w miarę możności; albo też znaczy to wolność duszy, coś analogicznego do budaistycznego »wyzwolenia«. Prawdy takie, będące dla nas czystemi abstrakcyami, przedstawiały się Jezusowi jako żywa rzeczywistość. W umyśle jego wszystko staje się konkretnem, żywotnem: Jezus był człowiekiem, który wierzył silnie w możność urzeczywistnienia ideału.

Przyjmując utopie swego czasu i swego plemienia, Jezus umiał dzięki płodnym w skutki nieporozumieniom oprzeć na nich szczytne prawdy. Zapowiadanem przez niego królestwem było niezawodnie objawienie, które miało się niebawem urzeczywistnić w niebie. Ale prócz tego i prawdopodobnie nadewszystko było to królestwo ducha, dzieło wolności i dziecięcego oddania, które każdy cnotliwy człowiek odczuwa na łonie swego Ojca. Była to religia czysta, bez żadnych praktyk, bez świątyń, bez kapłanów; był to sąd sumień sprawiedliwych, sąd spoczywający w rękach ludu. Oto, co miało być stworzonem, aby żyło, oto, co żyło! Gdy po upływie stulecia daremnego oczekiwania nadzieja materyalistyczna w bliski koniec świata zawiodła, ukazało się dopiero w całej pełni królestwo boże. Uprzejmi wyjaśniacze opuszczają zasłonę na realne królestwo, które się nie ziściło. Ponieważ Objawienie Jana, pierwsza księga kanoniczna Nowego Testamentu[807], zbyt wielki nacisk kładzie na bliski przewrót, przeto usuwa się ją w cień, nazywa niezrozumiałą, tłómaczy w tysiączny sposób a czasem nawet odrzuca. Spełnienie jej zapowiedzi odkłada się co najmniej gdzieś w daleką nieokreśloną przyszłość. Kilku pobożnych maruderów, którzy zachowali jeszcze nadzieje pierwszych uczniów, zostaje heretykami (Ebionici, Millenaryusze), gubiąc się w toni chrześciaństwa. Ludzkość poszła do innego królestwa bożego. Część prawdy, zawarta w myślach Jezusa, odniosła zwycięztwo nad ćmiącą ją chimerą.

Ale nie pogardzajmy tą chimerą, będącą szorstką skorupą świętego jądra, które nas żywi. To fantastyczne królestwo niebieskie, ta ciągła tęsknota za królestwem bożem, która wciąż zajmowała chrześciaństwo śród długiego pochodu, to wielki instynkt, zwracający się ku przyszłości a ożywiający wszystkich reformatorów, żarliwych uczniów Objawienia, od Joachima Florusa aż do sekt protestanckich doby obecnej. Te bezsilne zabiegi około stworzenia doskonałej społeczności były źródłem niesłychanych wysileń, które z prawdziwych chrześcian czyniły zawsze mocarzy, zwalczających teraźniejszość. Idea »królestwa bożego« i Objawienie, jako jego zwierciadło, były tedy w pewnym sensie najbardziej szczytnym i poetycznym wyrazem ludzkiego postępu. Nie ulega kwestyi, że wiodło to nieraz do różnych zboczeń. Wskutek takiej groźby, wiszącej ustawicznie nad ludzkością, wskutek wracającego peryodycznie strachu, że nastąpi niebawem koniec świata, co trwało całe wieki, postęp spraw ziemskich znacznie ucierpiał. Społeczność ludzka, niepewna swego bytu, przerażona, zbrutalizowała się; oto powód, dlaczego wieki średnie o tyle niżej stanęły od starożytności i wieków nowych[808]. Zresztą wyobrażenia o zjawieniu się Chrystusa ulegały znacznym zmianom. Gdy po raz pierwszy powiedziano ludzkości, że ich planeta zginie, przyjęła ona tę wiadomość z żywą radością. Ale skoro się ludzkość postarzała, poczęła znowu lgnąć do życia. Dzień łaski, wyczekiwany tak długo przez czyste dusze galilejskie, stał się dla tych żelaznych wieków dniem gniewu: Dies irae, dies illa! Ale nawet i w łonie barbarzyństwa idea królestwa bożego pozostaje płodną. Pomimo feudalnego kościoła protestowały wciąż imieniem ewangielii przeciw niesprawiedliwości świata sekty, zakony, święci. Nawet śród naszych czasów, śród owych czasów posępnych, kiedy jedynymi właściwie uprawnionymi następcami Jezusa byliby ci, którzy go właśnie nie uznają, są owe sny o idealnym ustroju społecznym, tak podobne do wysileń pierwszych sekt chrześcijańskich, do pewnego stopnia odroślami tej samej idei, gałęziami olbrzymiego drzewa, z którego strzela wszelki pęd ideowy przyszłości, którego pniem i korzeniem będzie po wieki wieków »królestwo boże«. Z szczepu tego wyjdą wszystkie socyalne rewolucye ludzkości. Ale ponieważ »socyalistyczne« próby naszych czasów związane są z grubym materyalizmem i dążą do niemożebności, chcąc powszechne szczęście oprzeć na politycznych i gospodarczych podstawach, przeto pozostaną bezpłodne, dopóki nie przejmą się prawdziwym duchem Jezusa t. j. bezwzględnym idealizmem, zasadą, że kto chce świat zdobyć, musi się go zrzec.

Z drugiej strony idea »królestwa bożego« to nader szczęśliwy wyraz owej potrzeby, odczuwanej przez każdą duszę, która szuka kompensaty za los, za obecne życie. Nawet ci, którzy nie sądzą, iż człowiek składa się z dwóch substancyi, dla których deistyczny dogmat o nieśmiertelności duszy stoi w sprzeczności z psychologią, nawet i tacy śnią o jakiejś ostatecznej doskonałości, która pod nieznaną formą zaspokoi potrzeby ludzkiego serca. Kto wie, czy ostatecznym kresem postępu po bardzo długim szeregu wieków nie będzie bezwzględna świadomość świata a z tą świadomością zbudzenie się wszystkiego, co żyło? Sen wielowiekowy nie jest dłuższy od snu godzinnego. Z tego stanowiska wychodząc, mógłby i dziś święty Paweł słusznie powiedzieć: »In ictu oculi!«[809]. Pewnem jest, że moralna i cnotliwa ludzkość otrzyma zadośćuczynienie, że pewnego dnia uczucie uczciwego biednego człowieka osądzi świat i że dnia tego idealna zjawa Jezusa wytępi człowieka nieetycznego, nie wierzącego w cnotę, egoistę, który się do niej wzbić nie umiał. Ulubione wyrażenie Jezusa zachowa tedy wieczystą piękność. I zaiste było, że się tak wyrazimy, coś szczytnie boskiego w tej nieokreśloności, obejmującej równocześnie wszystkie przejawy prawdy.



ROZDZIAŁ XVIII.
Instytucye Jezusa.

Najlepszą miarą tego, że Jezus nie utonął całkiem w ideach apokaliptycznych, jest fakt, że właśnie wtedy, kiedy się niemi najbardziej zajmował, z szczególną pewnością siebie zakłada podwaliny trwałego kościoła. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że sam z pomiędzy uczniów wybrał tych, których później nazywano przeważnie »apostołami«, albo »dwunastoma«; następnego dnia po jego śmierci stanowili oni zwartą korporacyę, która drogą wyboru uzupełniała liczbę brakujących[810]. Byli to dwaj synowie Jonasza, dwaj synowie Zebedeusza, Jakób syn Kleofasa, Filip, Natanael bar-Tolmeusz, Tomasz, Lewi syn Alfeusza albo Mateusz, Szymon Zelotes, Tadeusz albo Lebeusz i Judasz z Keriot[811]. Prawdopodobnie z liczbą tą wiąże się wspomnienie dwunastu pokoleń Izraela[812]. Owych »dwunastu« tworzy grupę wybranych uczniów, śród których pierwsze miejsce zajmuje po bratersku[813] Piotr; Jezus zdał mu pieczę nad dalszym rozwojem swego dzieła. Nic tu nie przypomina jakiegoś prawidłowo zorganizowanego duchownego kolegium; listy owych »dwunastu«, o ile nas doszły, są niedokładne i ze sobą sprzeczne; dwóch lub trzech, wymienionych w tych listach, nie odznaczyło się niczem. Co najmniej dwóch, Piotr i Filip[814], było żonatych i miało dzieci.

Jezus obwieścił owym dwunastu niezawodnie tajemnice, których rozpowiadać nie dozwolił[815]. Niekiedy wydaje się, jak gdyby umyślnie chciał osobę swoją otoczyć tajemniczością, najkardynalniejsze dowody dać po śmierci, objawić się w zupełności tylko uczniom, aby oni go potem światu wyjaśnili[816]. »Co wam w ciemności mówię, powiadajcie na świetle; a co w ucho słyszycie, obwołujcie na dachach«. To go chroniło od konieczności dawania zbyt wyraźnych objaśnień a zarazem stworzył niejako pośredników pomiędzy nim a opinią publiczną. A i to jest całkiem pewne, że udzielał apostołom wskazówek i tłómaczył im sens niektórych przypowieści, pozostawiając w niepewności lud co do ich znaczenia[817]. U uczonych owoczesnych pewna zagadkowość i dziwaczne łączenie pojęć było rzeczą zwykłą, czego dowodzą sentencye zawarte w Pirke Aboth. W kole zaufanych Jezus wyjaśniał, co w jego mowach i przypowieściach było ciemnem; a wtedy unikał wielu porównań, mącących myśl przewodnią[818]. Zdaje się, że wiele podobnych objaśnień starannie zachowano[819].

Jeszcze za życia Jezusa apostołowie wygłaszali kazania[820] nie oddalając się jednak zbytnio od niego. W tych kazaniach ograniczali się prawie zupełnie do zapowiadania zbliżającego się królestwa bożego[821]. Szli z miasta do miasta, podejmowani gościnnie, lub też, wyrażając się ściślej, stosownie do zwyczaju sami jako goście wstępowali do domów. Na wschodzie gość cieszy się wielkiem poważaniem; zajmuje on wyższe stanowisko, niż pan domu; gospodarz obdarza go największem zaufaniem. Tego rodzaju apostołowanie najbardziej sprzyja rozszerzaniu się nowych nauk. Daje się coś z ukrytego skarbu; spłaca się w ten sposób to, co się otrzymało; uprzejmość i dobre obejście dokona reszty, wszyscy są wzruszeni, cały dom nawrócony. Bez tej wschodniej gościnności niepodobna byłoby sobie wytłómaczyć owego rozszerzenia się chrześciaństwa. Jezus, który dużo wagi przywiązywał do starych zwyczajów, polecał uczniom, aby korzystali z tego bez wszelkich skrupułów, nawet w większych miejscowościach, mających gospody i gdzie zachodzenie w gościnę nie było już prawdopodobnie we zwyczaju[822]. »Praca jest warta nagrody« mawiał Jezus. Przyjąwszy gdzieś gościnę, mieli tam pozostawać, jeść, pić, co im podano, dopóki trwała ich misya.

Jezus życzył sobie, aby wysłańcy Ewangielii wygłaszali kazania, jak on, dobrotliwie i po przyjacielsku. Chciał, aby ich na każdym progu witano pozdrowieniem »Selam« i życzliwem słowem. Niektórzy uczniowie wahali się jednak, gdyż wówczas, jak i dziś, »Selam« na Wschodzie było oznaką wspólności religijnej i nie ważono się pozdrawiać w ten sposób osoby wątpliwej wiary. »Nie obawiajcie się« mówił Jezus; »jeśliby on dom tego był godny, niech nań przyjdzie pokój (Selam) wasz; a jeśliby nie był godny, pokój (Selam) wasz niech się wróci do was«[823]. Niekiedy istotnie przyjmowano apostołów źle a wtedy skarżyli się Jezusowi, który ich uspakajał. Ci, którzy wierzyli w wszechmoc swego mistrza, byli tą powolnością urażeni. Synowie Zebedeusza żądali, aby zesłał ogień niebieski na miasta niegościnne[824]. Jezus patrzył na ich zgorszenie z ironią i ułagodził ich słowami: »Nie przyszedłem dusz wytracać, ale zbawiać«.

Wszelkimi sposobami dążył do urzeczywistnienia zasady, że apostołowie — to on[825]. Sądzono też, iż objawił im moc czynienia cudów. Wypędzali demonów, prorokowali, tworzyli szkołę sławnych egzorcystów[826], choć niejeden takt przerastał ich siły[827]. Uzdrawiali także albo przez wkładanie rąk, albo przez pomazywanie olejem, co stanowi główny środek lecznictwa wschodniego[828]. Wreszcie umieli jak sztukmistrze obchodzić się z wężami i pić bez szkody trucizny.[829] Im bardziej oddalamy się od Jezusa, tem owa teurgia staje się wstrętniejszą. Kościół pierwotny uznawał ją w całej pełni, współcześni przykładają do niej wielką wagę[830]. Szarlatani wyzyskiwali łatwowierność tłumu; to bywa zawsze. Jeszcze za życia Jezusa wielu wypędzało dyabłów jego imieniem, choć nie należeli do jego uczniów. Prawdziwi uczniowie oburzali się na to i starali się temu przeszkodzić. Ale Jezus widział w tem dowód uznania dla siebie i postępował w tych wypadkach z całą łagodnością[831]. Należy zresztą wziąć pod uwagę, że podobne praktyki były właściwie rodzajem rzemiosła. Doprowadzając logikę do absurdu, niektórzy wypędzali dyabła za pomocą Belzebuba[832], księcia wszystkich demonów. Mniemali bowiem, że on jako dowódca legionów piekielnych ma istotnie nad nimi władzę, więc może zmusić do ustąpienia najzaciętszego demona[833]. Starano się nawet o to, aby od uczniów Jezusa kupić tajemnicę robienia cudów, która im została objawiona[834].

Już wtedy istniał zawiązek kościoła. Płodna idea potęgi złączonych ludzi (ecclesia) pochodziła, jak się zdaje, od Jezusa. Przejęty myślą idealną, że to, co stanowi obecność dusz, jest połączeniem się w miłości, oświadczył, że ilekroć kilku ludzi zbierze się w jego imieniu, tam i on będzie pomiędzy nimi. Dał kościołowi moc wiązania i rozwiązywania (to znaczy pozwalania na coś i niepozwalania), odpuszczania grzechów, napominania, modlenia się z wiedzą, że się będzie wysłuchanym[835]. Może wiele podobnych zleceń przypisano tylko mistrzowi dla uzasadnienia autorytetu kolektywnego, który miał zastąpić jego powagę. W każdym razie dopiero po jego śmierci potworzyły się osobne kościoły a pierwsze tego rodzaju instytucye wzorowały się na synagodze. Kilka osób, które Jezusa szczególnie umiłowały i które wielkie nadzieje w nim pokładały, jak Józef z Arymatei, Łazarz, Marya Magdalena, Nikodem, nie przyłączyło się prawdopodobnie do tych kościołów; wystarczało im owiane czcią i miłością wspomnienie, jakie po nim zachowali.

Zresztą w nauce Jezusa nie znajdujemy nawet śladu jakiejś etyki stosowanej, albo prawa kanonicznego, choćby najmniej określonego. Raz jeden wypowiada się tylko wyraźnie co do małżeństwa; nie dozwala na rozwód[836]. Niema żadnej teologii, żadnego symbolu. Spotykamy zaledwie kilka wzmianek o Ojcu, Synu i Duchu[837], z czego wysnuto potem Trójcę i Wcielenie; ale były to obrazy bardzo nieokreślone. Ostatnie księgi żydowskiego kanonu wspominają już Ducha Świętego, kiś rodzaj boskiego wcielenia, niekiedy uważane za jedno z Mądrością lub Słowem[838]. Jezus przykładał do tego wagę[839] i zapowiadał uczniom chrzest ognia i ducha[840], skuteczniejszy od Janowego; uczniowie też mniemali, że pewnego dnia po jego śmierci otrzymali go w postaci burzy i ognistych płomyków[841]. Zesłany od Ojca w podobny sposób Duch Święty objawi im wszelaką prawdę i zaświadczy ją wedle objawienia Jezusowego[842]. Dla określenia tego Ducha Jezus używał słowa »Peraklit«, które język syryjsko-chaldejski przejął z greckiego (παράκλητος): słowo to oznacza mniej więcej »rządcę«[843], »doradcę«[844], niekiedy »tłómacza prawd boskich«, »nauczyciela, mającego objawić ludziom zakryte jeszcze dla nich prawdy«[845]. On sam w stosunku do uczniów swoich uważał się za »Peraklita«[846] a Duch, którego przyjście po swej śmierci zapowiadał, miał go jedynie zastąpić. Było to tylko praktyczne zastosowanie idei, za którą dążyła przez stulecia żydowska i chrześciańska teologia, wytwarzając cały szereg ławników niebieskich jak Metatronos, Synadelfos lub Sandalfon i wszystkie personifikacye Kabały. Ale u Żydów były te kreacye czysto subjektywnemi spekulacyami, gdy tymczasem śród Chrześcian, począwszy od czwartego wieku, stają się one podstawą ortodoksyi i dogmatem.

Niepotrzeba zupełnie kłaść na to nacisku, jak dalekim był Jezus od stworzenia księgi religii, zawierającej kodeks i artykuły wiary. Nietylko sam nic nie napisał, ale wogóle pisanie ksiąg świętych nie było w duchu młodej sekty. Każdy mniemał, iż znajduje się w przededniu ostatecznego przewrotu. Przyjdzie Mesyasz, by zniszczyć Zakon i pisma proroków, a nie po to, by tworzyć nowe. Z wyjątkiem Apokalipsy Jana, jedynej, która uchodzić może za objawioną księgę młodego chrześciaństwa, wszystkie pisma apostolskie są pracami okolicznościowemi i nie mają pretensyi do stanowienia całości dogmatycznej. Ewangielie miały także z początku charakter czysto prywatny a znaczenie bez porównania mniejsze, niż tradycya[847].

Czyż sekta nie miała tedy jakich sakramentów, jakiego rytuału, jakich umówionych znaków? Miała jeden, który tradycya wyprowadza wprost od Jezusa. Mistrz lubował się w myśli, że jest chlebem nowym, lepszym od manny, chlebem, z którego ludzkość ma żyć. Idea ta, zalążek Eucharystyi, przybierała niekiedy w jego ustach szczególnie konkretną formę. Raz zwłaszcza, w synagodze w Kafarnaum, w chwili stanowczej posunął się do orzeczenia, które kosztowało go utratę kilku uczniów: »Zaprawdę mówię wam, nie Mojżesz wam dał chleb z nieba, ale mój Ojciec«[848]. I dodał: »Jam jest chleb żywota; kto do mnie przychodzi, łaknąć nie będzie, a kto wierzy w mię, nigdy pragnąć nie będzie«[849]. Słowa te wywołały głośne szemrania: »Cóż chce on powiedzieć przez słowa: Jam jest chleb żywota? Izaż ten nie jest Jezus, syn Józefa, którego my ojca i matkę znamy? Jakoż tedy ten powiada: iżem z nieba zstąpił?«. Ale Jezus odparł jeszcze silniej: »Jam jest chleb żywota; ojcowie wasi jedli mannę na puszczy a pomarli. Ten jest chleb z nieba zstępujący, aby, jeśliby go kto pożywał, nie umarł. Jam jest chleb żywy; jeśliby kto pożywał z tego chleba, żyć będzie na wieki; a chleb, który ja dam, jest moje ciało za żywot świata«[850]. Wtedy rozdrażnienie doszło do szczytu: »Jakoż nam ten może dać ciało swe ku jedzeniu?* Ale Jezus poszedł jeszcze dalej: »Zaprawdę wam powiadam, jeślibyście nie jedli ciała Syna Człowieczego i nie pili krwie jego, nie będziecie mieli żywota w sobie. Kto pożywa ciała mego i pije moję krew, ma żywot wieczny i ja go wskrzeszę w ostatni dzień. Albowiem ciało moje prawdziwie jest pokarm a krew moja prawdziwie jest napój. Kto pożywa mego ciała a pije moję krew, we mnie mieszka a ja w nim. Ten jest chleb, który z nieba zstąpił. Nie jako ojcowie wasi jedli mannę i pomarli. Kto pożywa tego chleba, żyć będzie na wieki«. Taka zaciętość paradoksalna zgorszyła wielu uczniów, więc stronili od niego. Jezus nie cofnął słów swoich, tylko dodał: »Duch ożywia. Ciało jest mdłe. Słowa, które wam mówię, to duch i życie«. Owych dwunastu pozostało mu wiernych pomimo tak dziwacznych mów. Dało to sposobność zwłaszcza Kefasowi do wykazania swej bezwzględnej uległości i do zawołania raz jeszcze: »Tyś Chrystus, Syn Boży!«.

Prawdopodobnie już wtedy istniał śród sekty jakiś zwyczaj, do którego słowa powyższe, tak źle przyjęte przez mieszkańców Kafarnaum, były aluzyą. Ale tradycye apostolskie bardzo się tu właśnie różnią między sobą i są może tendencyjnie niedokładne. Ewangielie synoptyczne podają tylko jeden akt uroczysty, który się stał podstawą mysteryjnego rytuału a który według nich zdarzył się w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jan, który opowiedział zdarzenie w synagodze Kafarnaum, o tym akcie nie wspomina ani słowa, chociaż ostatnią wieczerzę opisuje bardzo szczegółowo. Widzimy, że Jezusa poznają po łamaniu chleba[851], jak gdyby to był charakterystyczny znak dla tych, którzy z nim bliżej obcowali. Po jego śmierci stało się to pietystyczną formą wspominania go przez uczniów; przewodniczący na mistycznej uczcie łamał chleb, błogosławił i dzielił się nim z obecnymi[852]. Możnaby przypuścić, że była to poprostu jego osobista maniera, gdy w chwilach podobnych stawał się niezwykle łagodnym i czułym. Niezbędnym warunkiem była obecność ryb na stole (co w uderzający sposób dowodzi, że rytuał ten powstał na brzegach morza Tyberyadzkiego[853]); bez ryb nie wyobrażano sobie później owej jerozolimskiej Wieczerzy Pańskiej[854].

Wspólne uczty dawały młodej społeczności najprzyjemniejsze chwile. Tam się wszyscy ze sobą spotykali; mistrz rozmawiał z każdym z osobna, wesoło i swobodnie. Jezus lubił tę chwilę i chętnie gromadził swą duchową familię w ten sposób dokoła siebie[855]. Łamanie się jednym kawałkiem chleba było symbolem wzajemnej łączności. Wtedy mistrz używał bardzo silnych wyrażeń, które potem zbyt dosłownie rozumiano. Jezus pojmował wszystko bardzo idealnie, ale wyrażał się w sposób nader zmysłowy. Chcąc wygłosić myśl, że człowiek wierzący będzie żył tylko z niego, że dla człowieka prawdziwej wiary jest on poprostu życiem (ciałem, krwią, duszą), mówił do uczniów swoich: »Jam jest waszym pokarmem«, co wyrażone figurycznie brzmiało: »Ciało moje jest waszym chlebem, krew moja napojem«. A potem, wyrażając się jeszcze bardziej obrazowo, dodawał, wskazując na stół: »Otom jest«, biorąc chleb do ręki: »to moje ciało«, wskazując zaś na wino: »oto moja krew«; wszystkie te zwroty są parafrazą zdania: »Jam jest wasz pokarm«.

Ten obrządek tajemniczy nabrał ważnego znaczenia jeszcze za życia Jezusa. Prawdopodobnie istniał już na jakiś czas przed ostatnią pielgrzymką Jezusa do Jerozolimy i był raczej wynikiem jakiejś ogólnej zasady, niż zwyczaju. Po śmierci Jezusa stał się wielkim symbolem społeczności chrześciańskiej[856], a głoszono, że został ustanowiony w najważniejszej chwili życia Zbawiciela. W konsekracyi wina i chleba chciano widzieć przedśmiertelną pożegnalną pamiątkę Jezusa przy rozstaniu z uczniami[857]. W sakramencie tym odnaleziono samego Jezusa. Ułatwiła to czysto duchowa myśl o obecności dusz, z czem się mistrz najczęściej słyszeć dawał, gdy np. mówił, że zjawi się osobiście śród uczniów[858] zebranych w jego imieniu. Jak to już powiedzieliśmy wyżej[859], Jezus nie miał nigdy jasnego wyobrażenia o tem, co to jest indywidualność. Doszedł do tego stopnia egzaltacyi, w którym idea wyraża wszystko a ciała się nie bierze wcale w rachubę. Gdy się kogoś kocha, gdy się dla kogoś żyje, stanowi się z nim jedną całość; żali on i uczniowie nie stanowili całości?[860]. Uczniowie przejęli się jego wyrażeniami. Ci, którzy przez długie lata żyli nim, widzieli go wciąż z chlebem w ręku, z kielichem »w świętych, czcigodnych rękach«[861], ofiarującego im samego siebie. On to był, którego spożywali, którym się poili; on to był prawdziwym barankiem Paschy, skoro dawny baranek został zastąpiony jego krwią. W naszych językach, gdzie każdy żąda bezwarunkowo odróżnienia wyrażenia ścisłego od przenośni, niepodobna uwydatnić tych wszystkich charakterystycznych właściwości stylu, w którym przenośnia, albo powiedzmy lepiej, idea, przybierała kształty zupełnie realne.



ROZDZIAŁ XIX.
Wzrost zapału i egzaltacyi.

Rzecz prosta, że religijne stowarzyszenie, oparte wyłącznie na oczekiwaniu królestwa bożego, musiało być samo dla siebie czemś niedokształconem. Pierwsze pokolenie Chrześcian żyło tylko słowami i marzeniami. Czując się w przededniu końca świata, uważano wszystko za bezcelowe, co tyczyło świeckiego jutra. Nie wolno było nic posiadać[862]. Należało unikać wszystkiego, co wiązało człowieka z ziemią a odwracało od nieba. Niektórzy uczniowie byli wprawdzie żonaci; ale, jak się zdaje, po przyłączeniu się do sekty nikt nie zawierał związków małżeńskich[863]. Zalecano otwarcie celibat; zalecano nawet w małżeństwie wstrzemięźliwość[864]. Razu pewnego mistrz odezwał się, jak gdyby nawet z uznaniem dla tych, którzy się trzebili dla osiągnięcia królestwa bożego[865]. W tym wypadku wierny był następującej zasadzie swojej: »A jeśli ręka twoja, albo noga twoja gorszy cię, odetnij ją i zarzuć od siebie. Lepiej tobie ułomnym albo chromym wejść do żywota, niźli mając dwie ręce albo dwie nodze być wrzuconym w ogień wieczny«[866]. Wymieranie pokoleń uważano jako znak i warunek królestwa bożego[867].

Jak to widać, nigdy ów pierwotny kościół nie byłby stworzył instytucyi trwałej, gdyby nie wielka różnorodność sił nasiennych, zawarta w nauce Jezusa. Trzeba było przeszło stulecia na to, by z owej drobnej sekty, z owych »świętych dnia ostatecznego«, powstał prawdziwy kościół chrześciański, który nawrócił świat. Tak samo rzecz się ma z buddaizmem, który początkowo założony został tylko dla mnichów. I nie inny los spotkałby zakon św. Franciszka, gdyby mu się było udało stosownie do swych intencyi objąć w ramy swej organizacyi cały świat. Te wielkie instytucye, urodzone z utopii, zawdzięczające istnienie swe zrazu tylko egzageracyi, pod tym jedynie warunkiem objęły świat w posiadanie, że same się całkowicie przekształciły i owe egzageracye odrzuciły. Po za ten pierwszy okres zakonny Jezus nie wyszedł, po za ten okres, w którym się mniema, że można bezkarnie chcieć tworzyć coś niemożliwego. Dla konieczności nie zrobił on żadnych ustępstw. Wzywał śmiało do walki z naturą, do całkowitego stargania węzłów krwi. »Zaprawdę powiadam wam; iż niemasz żadnego, który opuścił dom, albo rodzice, albo bracią, albo żonę, albo dzieci dla królestwa bożego a nie miałby wziąć daleko więcej w tym czasie a w przyszłym wieku żywot wieczny«[868].

Wskazówki rzekome Jezusa, udzielane uczniom, tchną tą samą egzaltacyą[869]. On, tak pobłażliwy dla obcych, zadawalniający się niekiedy bardzo drobnymi objawami uznania[870], staje się niezmiernie surowym dla swoich. Stawia żądania bezwzględne. Niekiedy możnaby mniemać, że ma się przed sobą »zakon« oparty na najsurowszej regule. Wierny zasadzie, że troski życiowe uwodzą człowieka i obniżają, żądał od uczniów całkowitego zerwania z światem i bezwzględnego oddania się jego dziełu. Nie wolno mieć ani pieniędzy, ani żywności, ani tajstry podróżnej, ani nawet sukni na zmianę. Trzeba być zupełnie ubogim a żyć z jałmużny i gościnności. »Darmoście wzięli, darmo dawajcie«[871] zwykł był wyrażać się swym pięknym stylem. Pojmani, stawieni przed sędziów, nie mieli się nigdy przygotowywać do jakiejś obrony; ich rzecznik niebieski, Peraklit, natchnie ich, co mają mówić. Ojciec ześle im z nieba swego Ducha, który stanie się kierownikiem ich postępków, ich myśli, przewodnikiem ich przez świat[872]. Wypędzeni z jednego miasta, niechaj otrząsną pył ze swoich sandałów, zapowiedziawszy jednak mieszkańcom przyjście królestwa bożego, aby nie mogli się usprawiedliwić, że nie wiedzieli. I dodawał: »Zanim obejdziecie wszystkie miasta Izraela, przyjdzie Syn Człowieczy«.

Szczególnym tchnęły te jego słowa zapałem, który może wynikał po części z entuzyazmu jego uczniów[873]; ale zbudzić podobny entuzyazm to także jego dzieło. Przepowiada tym, którzy pójdą jego śladem, wielkie prześladowania i nienawiść rodu ludzkiego. Będziecie jako jagnięta w pośrodku wilków. Będziecie w synagogach biczowani, rzucani do więzienia. Brat wyda brata, syn ojca. Prześladowani w jednym kraju wchodźcie do drugiego. Mawiał: »Nie jest uczeń nad mistrza ani sługa nad pana swego. Dosyć uczniowi, aby był jako mistrz jego, a słudze jako pan jego. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało a dusze zabić nie mogą. Iżali dwu wróblów za pieniądz nie przedają, a jeden z nich nie upadnie na ziemię bez woli Ojca waszego. A wasze włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się tedy; lepsiście wy, niż wiele wróblów[874]. — I mówił dalej: »Wszelki, który mię wyzna przed ludźmi, wyznam go ja też przed Ojcem moim; a ktoby się wstydał mnie i słów moich między narodem, zawstyda się go i Syn Człowieczy, gdy przyjdzie w chwale Ojca swego z Anioły świętymi«[875].

W tej surowości posunął się tak daleko, iż odmówił wszelkich praw ciału. Wymagania jego nie miały już granic. Wzgardziwszy wszelkiemi ramami, w które ujęta jest natura ludzka, żądał, aby się tylko dla niego żyło, aby się tylko jego kochało. Mawiał: »A jeśli kto idzie do mnie a niema w nienawiści ojca swego i matki i żony i dzieci i braciej i sióstr, jeszcze też i duszy swojej, nie może być uczniem moim«[876] — »Tak tedy każdy z was, który nie odstępuje wszystkiego, co ma, nie może być moim uczniem«[877]. W słowach jego pojawiło się coś dziwnego, coś nadludzkiego; był to niby ogień, pożerający życie u samego korzenia i zamieniający wszystko w okropną pustynię. Uczucie dzikiego wstrętu do świata i przesadne zaparcie się siebie, owa oznaka chrześciańskiej doskonałości, to już nie ów pogodny moralista pierwszych dni, ale posępny olbrzym, którego coraz bardziej z pośrodka ludzkości wytrącały jakieś wielkie przeczucia. Możnaby mniemać, że w tych chwilach walki z uprawnionemi potrzebami serca zapomniał o rozkoszy życia, kochania, patrzenia, odczuwania. Nie uznając już żadnej miary odważył się mówić: »Kto chce zostać moim uczniem, niechaj się zaprze siebie a idzie za mną! Kto kocha więcej ojca swego i matkę swoją, nie jest mnie godzien; kto kocha więcej syna swego i córkę swoją, nie jest mnie godzien. Bo co pomoże człowiekowi, jeśliby wszystek świat zyskał a na duszy swej szkodę podjął? Kto poświęca życie swoje dla mnie i dla Ewangielii, ten będzie zbawiony«[878]. To wyzywanie natury znamionują dwie anegdoty, których wprawdzie nie można uznać za historyczne, ale które dają bądź co bądź trafną charakterystykę duchowej fizyonomii Jezusa owej doby. Rzekł do niejakiego człowieka: »Pójdź za mną!« Ten odparł: »Panie, pozwól, abym pierwej pogrzebał ojca mojego«. Jezus rzekł mu na to: »Niechaj umarli grzebią swoje umarłe, ty zaś idź i zapowiadaj królestwo boże«. Inny człowiek rzekł do niego: »Panie, pójdę za tobą, ale pierwej mi dopuść rozprawić te rzeczy, które są doma«. Lecz Jezus odparł: »Żaden, który rękę swą przyłożył do pługa a ogląda się nazad, nie jest sposobny do królestwa bożego«[879]. Po wylewach takiej surowości następowało szczególne uspokojenie i dziwna łagodność, nadająca myślom naszym zupełnie inny bieg: »Pójdźcie do mnie wszyscy«, wołał, »którzy pracujecie i jesteście obciążeni a ja was ochłodzę. Weźmijcie jarzmo moje na się; uczcie się odemnie, żem jest cichy i pokornego serca, a najdziecie odpoczynek duszom waszym; albowiem jarzmo moje wdzięczne jest a brzemię moje lekkie«[880].

Wielkie niebezpieczeństwo wyrosło dla przyszłości z tej moralności pełnej egzaltacyi, wyrażonej językiem hyperbolicznym i z potężną energią. Kto odrywa człowieka od ziemi, burzy jego życie. Chrześcianin otrzymuje pochwałę za to, że jest złym synem, złym patryotą, jeżeli dla Chrystusa wypiera się ojca i występuje przeciw ojczyźnie swojej. Królestwo boże zwraca się wrogo przeciw starożytnemu państwu, przeciw republice, matce wszystkich, przeciwko prawu. Powstaje w świecie zarodek złowrogiej teokracyi.

Ale wynikły stąd jeszcze inne skutki. Owa moralność, stworzona dla kościoła na pewną chwilę, musiała w czasach spokojniejszych i śród społeczności nie troszczącej się o przyszłość, wydać się niemożliwą. Tym sposobem chrześciaństwo stało się dla chrześcian utopią, o której urzeczywistnienie mało kto dbał. Ludzkość miała zupełnie zapomnieć o tych srogich regułach, do czego samo duchowieństwo nawet bardzo zachęcało; człowiek ewangieliczny staje się człowiekiem niebezpiecznym. Ludzie przesiąknięci największym egoizmem, dumni, twardzi i do życia przywiązani, jak np. Ludwik XIV, mieli znaleść księży, którzy im zaświadczali wbrew wszelkim podstawom ewangielii, że byli chrześcianami. Miało się wszelako ukazać dość świętych, którzy wzniosłe paradoksy Jezusa brali dosłownie. Ponieważ doskonałość leżała po za obrębem zwykłego życia towarzyskiego, ponieważ ideał życia ewangielicznego mógł być tylko urzeczywistnionym zdala od rozgwaru ziemskiego, przeto wytworzyła się podstawa dla ascezy i pustelnictwa zakonnego. Odtąd chrześciańska społeczność posiada dwojaką moralność, jedną dla natur średnio heroicznych, dla ludzi zwykłych, drugą dla natur bezgranicznie egzaltowanych, dla ludzi doskonałych; człowiekiem doskonałym jest zakonnik, poddający się regułom, które pozwalały urzeczywistnić ideał ewangieliczny. Rozumie się, że ideał ten nie mógł być przystępnym dla wszystkich, choćby ze względu na ślub ubóstwa i bezżeństwa. Pod niejakim tedy względem jedynie zakonnik jest prawdziwym chrześcianinem. Zwyczajny rozum ludzki burzy się przeciwko podobnej przesadzie; sądzi, że dążenie do niemożliwości jest oznaką słabości zasady, że jest conajmniej jej zboczeniem. Ale ów zwyczajny rozum ludzki jest złym sędzią w rzeczach wielkich. Aby od ludzkości coś otrzymać, trzeba żądać bardzo wiele. Niesłychany postęp moralny, spowodowany przez Ewangielię, został dokonany właśnie dzięki podobnej przesadzie. Właśnie dlatego — jak stoicyzm, ale w znacznie większym stopniu — jest ona żywym dowodem boskich sił, znajdujących się w człowieku, pomnikiem wystawionym mu przez potęgę woli.

Łatwo zrozumieć, że dla Jezusa w tym czasie nic nie istniało, co nie stało w ścisłym związku z królestwem bożem. Uszedł, że się tak wyrazimy, zupełnie po za granice natury: rodzina, przyjaźń, ojczyzna, wszystko to straciło dla niego wartość. Przyznać jednak trzeba, że stanowisko swoje przypieczętował życiem. Rodzi się nawet przypuszczenie, że sam mniemał, jakoby śmierć jego była najlepszym sposobem do założenia fundamentów królestwa owego, że powziął zamiar dać się zabić[881]. Innym znowu razem — chociaż myśl ta została dopiero znacznie później ujęta w dogmat — śmierć wydaje mu się ofiarą w celu przebłagania Ojca i zbawienia ludzi[882]. Pragnie poprostu być prześladowanym i cierpieć[883]. Zdaje mu się, że krew jego jest wodą drugiego chrztu, którym powinien być ochrzczony; ogarnia go niespokojna żądza postarania się o ten chrzest; on go jedynie ukoi[884].

W spojrzeniu, jakie zapuszczał w przyszłość, jest zdumiewająca wielkość. Zdawał sobie jasno sprawę z tego, że wywoła potężne burze w świecie. Mawiał śmiało i pięknie: »Nie mniemajcie, żebym przyszedł puszczać pokój na ziemię, nie przyszedłem puszczać pokoju, ale miecz. Albowiem odtąd będzie ich pięć w jednym domu rozłączonych; trzej przeciwko dwiema, a dwaj przeciwko trzem. Bom przyszedł rozłączyć człowieka przeciw ojcowi jego, i córkę przeciw matce jej, i niewiastę przeciw świekrze jej. I będą nieprzyjaciółmi człowieka domownicy jego«[885]. — »Przyszedłem puścić ogień na ziemię; a czegóż chcę jedno, aby był zapalon?«[886]. — »Wyłączą was z bóżnic; idzie godzina, że wszelki, który was zabija, mniemać będzie, że czyni posługę Bogu[887]. Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, iż mnie pierwej niż was znienawidził. Wspomnijcie mowę moję: nie jest sługa większy od pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą«[888].

Porwany tą straszną a stale rosnącą egzaltacyą, która wyrażała się w jego mowach, która zawisła nad nim jak konieczność, nie był już teraz wolnym; należał teraz do swego dzieła a w pewnym sensie do ludzkości. Niekiedy zdawaćby się mogło, że umysł jego doznał pewnego zaćmienia. Bywał jakby zatrwożony, wzburzony[889]. Olśniła go wielka wizya królestwa bożego, którą miał wciąż przed oczami. Niekiedy uczniowie mniemali, iż oszalał[890]. Nieprzyjaciele mówili, iż jest opętany[891]. Niezwykle namiętny temperament unosił go co chwila po za granice natury ludzkiej. Dzieło jego nie było dziełem rozumu; a ponieważ nie uznawał żadnego podziału umysłu ludzkiego, przeto żądał w sposób rozkazujący tylko jednego, «wiary«[892]. Słowo to pojawiało się na jego ustach w czasie wieczerzy wciąż. Jest to słowo wszystkich ruchów ludowych. Wiara taka byłaby niemożliwa, gdyby ten, który ją chciał wzbudzić, nie był umiał każdego swego ucznia zosobna przekonać w sposób logiczny i wystarczający. Namysł rodzi tylko wątpliwości; gdyby więc np. twórcy rewolucyi francuskiej mieli przekonywać za pomocą długich wywodów, byliby się postarzeli nie zrobiwszy nic. Tak samo Jezus dokonał więcej za pomocą zapału niż przekonywania. Naglił, rozkazywał: nie znosił żadnej opozycyi: trzeba się nawrócić, żąda tego. Opuszcza go niekiedy jego wrodzona łagodność; staje się szorstkim, kapryśnym[893]. Niekiedy uczniowie przestawali go rozumieć i bali się go[894]. Czasem najmniejszy opór wprawiał go poprostu w gniew i unosił do czynów niepojętych, albo wprost bezrozumnych[895].

Cnoty jego bynajmniej się nie zmniejszyły; tylko bój z rzeczywistością o ideał nie znał już miary. Burzyło się w nim wszystko, ilekroć musiał się zetknąć z ziemią. Drażniły go przeszkody. Wyobrażenie o Synu Bożym mąciło mu myśl i unosiło go. Nieubłagane prawo, prowadzące do rozbicia myśli, które chcą świat nawrócić, i jego dosięgło. Ludzie, stykając się z nim, ściągali go do swego poziomu. Stan duszy, w jaki wpadł, mógł trwać najwyżej jeszcze jakieś kilka miesięcy; i zaiste był czas już, aby śmierć położyła kres sytuacyi bez wyjścia, aby go uwolniła od prób trwających zbyt długo, i czystego, jakim był, uniosła w sferę niebiańskiej pogody.



ROZDZIAŁ XX.
Opozycya przeciw Jezusowi.

W pierwszym okresie działalności Jezus, jak się zdaje, nie spotkał się z opozycyą poważną. Dzięki dużej swobodzie, jaka była w Galilei, wreszcie dzięki znacznej liczbie nauczycieli, którzy się wszędzie pojawiali, mowy jego zwróciły uwagę zaledwie szczupłego grona ludzi. Ale skoro podążył świetnym szlakiem cudów i spotkał się z publicznem uznaniem, rozpoczęły się głosy burzy przeciw niemu. Kilkakrotnie musiał uciekać i ukrywać się[896]. Antypas nigdy mu nie zagrażał, choć Jezus nieraz wyrażał się o nim bardzo surowo[897]. Ze stałej rezydencyi tetrarchy, z Tyberyady, było zaledwie dwie godziny drogi do miejscowości, którą Jezus obrał sobie za punkt środkowy swej działalności; tetrarcha słyszał z opowiadań o jego cudach, które brał niezawodnie za zręczne kuglarstwo; pragnął je nawet oglądać[898]. Ludzie niewierzący owych czasów byli wogóle bardzo ciekawi podobnych cudownych sztuczek[899]. Ale Jezus, kierowany zwykłem swojem poczuciem taktu, odmówił. Strzegł się zabłąkania w świat nie religijny, który byłby go traktował ze stanowiska rozrywki; Jezus starał się tylko pozyskać sobie lud; zachował dla prostaczków środki, które były dobre tylko dla nich.

Razu pewnego rozeszła się wieść, że Jezus jest zmartwychwstałym Janem Chrzcicielem. Zaniepokoiło to Antypasa[900]; starał się usunąć go za pomocą podstępu ze swych ziem. Faryzeusze, zachowując pozory przychylności względem Jezusa, przyszli mu powiedzieć, że Antypas chce go zabić. Ale Jezus pomimo wielkiej swej prostoty poznał się na tem i nie wywędrował[901]. Jego pokojowa działalność, wstrzymywanie się od wszelkiej agitacyi między ludem, uspokoiły tetrarchę i zażegnały niebezpieczeństwo.

Dużo jeszcze brakowało do tego, aby nowa nauka doczekała się dobrego przyjęcia w całej Galilei. Nietylko niedowiarczy Nazaret opierał się w dalszym ciągu temu, który miał go rozsławić; nietylko bracia nie chcieli w niego uwierzyć[902]; ale nawet z pomiędzy owych miasteczek, okalających jezioro, które na ogół tak mu były przychylne, nie wszystkie się jeszcze nawróciły. Jezus narzeka często na niedowiarstwo i zatwardziałość serc; a chociaż w tych narzekaniach musiało być dużo przesady i nieco naśladownictwa Chrzciciela[903], zgodzić się jednak trzeba, że owa kraina daleką jeszcze była od tego, aby się zamieniła w całości na królestwo boże. »Biada tobie, Chorazin! Biada tobie Betsaido!«, wołał Jezus. »Bo gdyby się w Tyrze i Sydonie cuda stały, które się stały w was, dawnoby były w włosiennicy i w popiele pokutę czyniły. Wszakże powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądny, niż wam. A ty Kafarnaum? Iżali się aż do nieba wyniesiesz? aż do piekła zstąpisz; bo gdyby się w Sodomie cuda stały, które się stały w tobie, snadźby były zostały aż do dnia tego. Wszakże powiadam wam, iż znośniej będzie ziemi Sodomitów w dzień sądny, niż tobie«[904]. — »Królowa z południa«, dodawał, »powstanie na sądzie z tym narodem i potępi go, iż przyjechała z krajów ziemie słuchać mądrości Salomonowej; a oto tu więcej niż Salomon. Mężowie Niniwitowie powstaną na sądzie z tym narodem i potępią je, iż pokutę czynili na kazanie Jonasowe; a oto tu więcej niźli Jonas«[905]. Jego wędrowny sposób życia, mający z początku tyle uroku, począł mu teraz ciężyć. Mawiał więc: »Liszki mają jamy i ptacy niebiescy gniazda; a Syn człowieczy niema, gdzieby głowę skłonił«[906]. Coraz więcej goryczy i gniewu odzywało się w nim. Oskarżał niewierzących, że się nie dawali przekonać, mówił, że gdy syn człowieczy powróci w chwale niebieskiej, jeszcze i wtedy znajdą się ludzie, którzy będą wątpili[907].

Jezus nie mógł w istocie patrzeć na opozycyę z chłodnym spokojem filozofa, który, wiedząc doskonale, skąd pochodzi różnica zdań, uważa za rzecz całkiem naturalną, że nie każdy podziela jego przekonania. Najgłówniejszą przywarą rasy żydowskiej jest we wszelkich sporach szorstkość i obraźliwy ton, który prawie zawsze uczuć się daje. Żaden kraj nie był tak przepełniony niesnaskami, jak żydowski. Kto ma zmysł do pojmowania odcieni, ten jest uprzejmy i umiarkowany. Brak właśnie tego zmysłu jest najbardziej znamiennym rysem ducha semickiego. Wykwintne ukształcenie, bijące np. z dyalogów Platona, było śród tych ludów czemś zupełnie nieznanem. Jezus, który prawie całkiem był wolny od różnych przywar swej rasy i który się przedewszystkiem odznaczał niezmierną łagodnością, w uniesieniu posługiwał się mimowolnie stylem zwykłym w polemice owej rasy[908]. Jak Jan Chrzciciel[909] używał względem swych przeciwników wyrażeń bardzo surowych. Nieskończenie łagodny dla prostaczków, burzył się na niewiarę choćby najmniej zaczepną[910]. Nie był to już ów łagodny mistrz, wygłaszający »kazanie na górze«, który jeszcze się nie był zetknął z oporem i różnemi trudnościami. Namiętność, będąca podstawą jego charakteru, posuwała go do miotania największych obelg. Taki nastrój nie powinien nas dziwić. Wszak Lamennais, człowiek dzisiejszy, był pełen tych samych kontrastów. W pięknej jego książce »Słowa człowieka wierzącego« wyrażenia bezgranicznego gniewu i niesłychanej łagodności następują szybko po sobie jak miraże. On, który odznaczał się w życiu codziennem nadzwyczajną dobrocią, popadał wobec ludzi innego niż on zdania w gniew posunięty aż do wściekłości. Nie bez słuszności tedy Jezus stosował pewien ustęp z Izajasza do siebie[911]: »Nie będzie się wadził, ani będzie wolał, i nikt nie usłyszy po ulicach głosu jego; trzciny zgniecionej nie złamie, a lnu kurzącego się nie zgasi, aż wystawi sąd ku zwycięztwu«[912]. A jednak niektóre jego przepisy, udzielane uczniom, zawierały ziarna prawdziwego fanatyzmu[913], który wieki średnie miały w okrutny sposób rozwinąć. Czy należy mu z tego uczynić zarzut? Nie było rewolucyi bez pierwiastku bezwzględności. Gdyby był Luter i twórcy rewolucyi francuskiej zachowywali formy grzeczności, nie byłoby ani reformacyi, ani rewolucyi. Cieszmy się, że nie istniało żadne prawo, karzące za obrazę pewnej grupy obywateli. Faryzeusze byliby wtedy nietykalni. Wszystkie wielkie dzieła ludzkości zostały dokonane w imię zasad bezwzględnych. Filozof o umyśle krytycznym byłby niezawodnie powiedział swoim uczniom: szanujcie zdanie innych i pamiętajcie, że nikt niema do tego stopnia racyi, aby jego przeciwnik musiał koniecznie nie mieć racyi. Ale działalność Jezusa nie miała nic wspólnego z objektywnością filozofa. Myśl, że się już prawie dosięgnęło ideału i że stanęła temu na przeszkodzie tylko czyjaś zła wola, jest czemś bardzo ciężkiem dla duszy płomiennej. A czemże to musiało być dla założyciela nowego świata?

Największą przeszkodę przy szczepieniu idei Jezusowej stanowiło prawowierne żydostwo, reprezentowane przez Faryzeuszów. Jezus oddalał się coraz bardziej od starego Zakonu. Faryzeusze byli prawdziwymi Żydami, siłą i nerwem judaizmu. Chociaż główną siedzibą tej partyi była Jerozolima, mieli jednak zwolenników, którzy albo w Galilei mieszkali, albo też często tam zachodzili[914]. Byli to na ogół ludzie ograniczeni, dbający bardzo o zewnętrzność, pełni dumnej, oficyalnej, zadowolonej z siebie pobożności[915]. Posiadali maniery bardzo śmieszne nawet dla oka tych, którzy ich szanowali. Dowodzą tego karykaturalne przezwiska, jakie im lud nadawał. Był więc »Faryzeusz krzywonogi« (Nikfit), który idąc ulicą powłóczył nogami i potrącał każdy kamień; »Faryzeusz z krwawem czołem« (Kizai), który chadzał z zamkniętemi oczami, aby nie spojrzał przypadkiem na jaką kobietę, i który rozbijał czoło o mur aż do krwi; »Faryzeusz tłuczek« (Medukia), który chodził przez pół zgięty; »Faryzeusz o silnych barkach« (Szikmi), który chodził z wygiętemi w pałąk plecami, jak gdyby dźwigał całe brzemię Zakonu; »Faryzeusz Co jest do zrobienia? Ja to zrobię«, wietrzący wciąż jakiś przepis, którego się trzeba było trzymać; wreszcie »Faryzeusz farbowany«, który obracając całą swoją pobożność na zewnątrz, był poprostu pomalowany hypokryzyą[916]. Ta surowość była w istocie przeważnie tylko pozorem, pod którym kryła się zgnilizna moralna[917]. Pomimo to lud dał się oszukiwać. Bo lud, który posiada zawsze dobry instynkt, choć może się nieraz bardzo mylić co do danej osobistości, daje się często uwieść fałszywej pobożności. Co lud w takim człowieku kocha, jest dobre i warte kochania; tylko nie posiada dość bystrości, aby odróżnić pozór od istoty rzeczy.

Łatwo zrozumieć antypatyę, która natychmiast musiała powstać między Jezusem a ludźmi o podobnych charakterach. Jezus żądał tylko religii serca; tymczasem religia Faryzeuszów polegała wyłącznie na spełnianiu praktyk. Jezus zwracał się wszędzie do maluczkich i wzgardzonych; Faryzeusze widzieli w tem obrazę religii i porządnych ludzi. Faryzeusz był człowiekiem, który się nigdy nie mylił, nigdy nie popełnił grzechu, pedant, przekonany, że ma zawsze racyę, który w bóżnicy zajmował pierwsze miejsce, modlił się na ulicy, jawnie dawał jałmużnę i ciągle uważał, czy mu się kłaniano. Jezus twierdził, że każdy powinien oczekiwać sądu Boga z trwogą i pokorą. Ale ów kierunek zły, reprezentowany przez Faryzeuszów, nie panował bezkarnie. Wielu przed Jezusem, a nawet już za jego czasów — jak Jezus, syn Syracha, jeden z prawdziwych poprzedników Jezusa Nazareńskiego, Gamaliel, Antygon z Soco, a zwłaszcza łagodny i szlachetny Hillel — głosiło zasady szczytne, wzniosłe, niemal ewangieliczne. Dobry ów posiew zniszczono. Piękne maksymy Hillela, redukujące cały zakon do sprawiedliwości[918], maksymy Jezusa, syna Syracha, który za cały kult podawał czynienie dobrych uczynków[919], były zapomniane lub wyklęte[920]. Zwyciężył Szamaj i duch jego ciasnego ekskluzywizmu. Rozrosła do olbrzymich rozmiarów »tradycya« zdusiła Zakon pod pozorem, że go będzie strzegła i wykładała. Te konserwatywne środki miały niezawodnie także swoją dobrą stronę; jest to pięknie ze strony Żydów, że kochali Zakon swój aż do szaleństwa, gdyż tylko ta bezgraniczna miłość uratowała mozaizm pod Antyochem, Epifanesem i pod Herodem, przechowując go niby drożdże, na których wyrość miało chrześciaństwo. Ale te przestarzałe reguły, wzięte jako takie, były czemś całkiem dziecinnem. Synagoga, która je przechowywała, stała się tylko macierzą błędów. Panowanie jej skończyło się; żądać wszelako od niej abdykacyi dobrowolnej, to znaczyło żądać czegoś niemożliwego, czego żadna istniejąca potęga nie uczyni i uczynić nie może.

Walki Jezusa z urzędową hypokryzyą trwały w dalszym ciągu. Zwyczajną taktyką reformatorów religii, znajdującej się w takim stanie, w jakim ją przedstawiliśmy, a który możnaby nazwać tradycyjnym formalizmem, polega na przeciwstawianiu tekstu ksiąg świętych — »tradycyi«. Żarliwość religijna ma zawsze charakter nowatorski, nawet wtedy, gdy chce być nawskróś konserwatywną. Tak samo jak dziś neokatolicy oddalają się wciąż od Ewangielii, tak wówczas oddalali się od Biblii krok za krokiem Faryzeusze. Dlatego purytański reformator jest zazwyczaj głównie »biblijnym«; wychodzi bowiem od niedającego się zmienić tekstu, aby krytykować bieżącą teologię, która od pokolenia do pokolenia idzie naprzód. Tak czynili potem Karaici, tak protestanci. Jezus daleko energiczniej przyłożył siekierę do korzenia. Nieraz wprawdzie powołuje się na tekst przeciw fałszywym Masores lub przeciw tradycyom Faryzeuszów[921]. Ale na ogół mało zajmował się egzegezą; powoływał się na swoje sumienie. Jednem uderzeniem obala tekst i komentarze. Dowiódł wprawdzie Faryzeuszom, że zapomocą swych tradycyi ogromnie zmienili mozaizm; ale sam bynajmniej nie chce wrócić do Mojżesza. Cel leżał przed nim, nie za nim. Był on czemś więcej niż reformatorem przestarzałej religii; był twórcą wiecznej religii ludzkości.

Spory powstały głównie o cały szereg zewnętrznych praktyk tradycyjnych, których nie zachowywał ani Jezus, ani jego uczniowie[922]. Z tego powodu Faryzeusze robili mu wciąż wyrzuty. Ilekroć siadał u nich do stołu, gorszył ich tem, że nie zachowywał zwyczajowych ablucyi. »Dawajcie jałmużnę«, mawiał, »a wszystkie rzeczy będą wam czyste«[923]. Najbardziej raziło jego subtelną duszę zachowywanie się Faryzeuszów śród praktyk religijnych, ich pewność siebie, ich śmieszna pobożność, która była tylko pokrywką; chodziło im bowiem jedynie o zdobycie sobie znaczenia a nie o poprawę serca. Myśl swoją Jezus wyraził zapomocą przecudnej przypowieści, pełnej prawdy i piękna. »Pewnego dnia«, mówił, »dwaj ludzie poszli do świątyni na modlitwę. Jeden był Faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stojąc tak się sam u siebie modlił: »Boże dziękuję tobie, żem nie jest jako inni ludzie, drapieżni, niesprawiedliwi, cudzołożni jako i ten celnik. Poszczę dwakroć w tydzień; dawam dziesięciny ze wszystkiego, co mam«. A celnik stojąc zdaleka, nie chciał ani podnieść oczu w niebo; ale bił się w piersi swoje mówiąc: »Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!« Powiadam wam, zstąpił ten usprawiedliwionym do domu swego, nie tamten«[924].

Skutkiem tych walk wyrodziła się do niego nienawiść, którą tylko śmierć mogła nasycić. Już Jan Chrzciciel wywołał podobną niechęć[925]. Ale chociaż arystokraci jerozolimscy, nienawidzili Jana, kazali jednak prostactwu uważać go za proroka[926]. Tym razem zawrzała walka na śmierć i życie. Powiał nowy duch przez świat, który chciał wszystko zniszczyć, co przed nim było. Jan Chrzciciel był nawskróś Żydem; Jezus prawie nie był nim wcale. Jezus apelował zawsze do subtelnych uczuć moralnych. Dysputuje tylko, gdy zwraca się przeciwko Faryzeuszom a wtedy, jak się to zwykle dzieje, zmusza ich do przybrania jego tonu[927]. Jego wspaniałe szyderstwo, jak zapalone strzały wpijały się w ciała obłudników i dewotów, słowa niezrównane, godne zaiste Syna Bożego. Tak, tylko Bóg może w ten sposób karać. Sokrates i Molier podrapali zaledwie ludziom skórę. On sięgnął płomienną bronią swoją aż do szpiku kości.

Było to jednak słuszne, że mistrz ironii tryumf swój opłacił życiem. Już w Galilei Faryzeusze chcieli go zgubić, używając podstępu, który im się potem udał w Jerozolimie. Starali się pozyskać dla swych zamiarów zwolenników nowego ładu politycznego[928]. Łatwość, z jaką Jezus mógł w Galilei ujść, następnie słabość rządu Antypasa, zawiodła ich rachuby. Ale on sam szedł naprzeciw niebezpieczeństwa. Wiedział, że w samej Galilei nie zrobi nic szczególnego. Judea pociągała go magicznie; pragnął uczynić ostatni wysiłek dla zdobycia opornego miasta, jak gdyby chciał potwierdzić przysłowie, że prorok nie może gdzieindziej zginąć okrom w Jeruzalem[929].



ROZDZIAŁ XXI.
Ostatnia pielgrzymka Jezusa do Jerozolimy.

Już oddawna Jezus czuł otaczające go niebezpieczeństwo[930]. Przez blisko ośmnaście miesięcy nie wybierał się umyślnie do Jerozolimy[931]. Na święto Namiotów 32 roku (według przyjętej przez nas hypotezy) krewni, wciąż jeszcze nieprzychylni mu i nie wierzący w niego[932], prosili, aby się tam udał. Ewangielista Jan pisze tak, jak gdyby podejrzywał, iż w tem zaproszeniu tkwił plan zgubienia go. »Pokaż się światu« mówili do niego, »takich rzeczy nie robi się potajemnie. Idź do Judei, aby widziano, co umiesz zdziałać«. Jezus podejrzywa zdradę i zrazu nie chce iść; ale gdy już karawana wyruszyła, udaje się w drogę bez wiadomości innych i prawie sam[933]. Było to ostatnie pożegnanie z Galileą. Święto namiotów przypadało na jesienne porównanie dnia z nocą. Więc sześć miesięcy miało jeszcze upłynąć do fatalnego zakończenia. Ale w ciągu sześciu miesięcy Jezus już nie oglądał swej ukochanej północnej prowincyi. Czasy pogody minęły; teraz musi krok za krokiem przejść drogę boleści, która się skończyła śmiertelną męką.

Uczniowie i pobożne niewiasty, które go obsługiwały, odnalazły go w Judei[934]. Ale jak się tu wszystko dla niego zmieniło! Jezus był w Jerozolimie jak w obcem mieście. Czuł, że dźwignął się tu mur oporu, którego nie przebije. Wszędzie zastawione były sidła, wszędzie protest, wszędzie prześladowała go zła wola Faryzeuszów[935]. Zamiast owej nieograniczonej wiary, tego pięknego daru natur młodzieńczych, z czem się wciąż spotykał w Galilei, zamiast ludności dobrotliwej, łagodnej, nie wiedzącej, co to jest przeczenie (ten owoc niechęci i niesforności), spotykał się tu na każdym kroku z upartem niedowierzaniem, na które środki, jakich używał na północy, zupełnie zawodziły. Uczniowie jego byli jako Galilejczycy pogardzani. Nikodem, który w czasie jednej z poprzednich pielgrzymek Jezusa do Jerozolimy miał z nim raz nocą rozmowę, gdy go w Sanhedryonie broni, kompromituje się. »Boś i ty Galilejczyk?« rzekli do niego Faryzeusze. »Rozbieraj Pismo a obacz, że z Galilei prorok nie powstaje«[936].

Miasto, jak już powiedzieliśmy, nie podobało się Jezusowi. Dotąd unikał zawsze wielkich środowisk ludzkich, obierając dla swej działalności wieś i małe miasteczka. Niektóre przepisy, udzielone uczniom, mogły mieć tylko zastosowanie śród ludzi z pospólstwa[937]. Nie znając zupełnie świata, przyzwyczajony do błogiego komunizmu Galilei, odzywał się nieraz z taką naiwnością, że musiało się to wydać dziwnem w Jerozolimie[938]. Śród tych murów imaginacya jego była skrępowana, cierpiała ucisk jego dusza rozmiłowana w naturze. Prawdziwa religia nie miała wyjść z rozgwaru miejskiego, ale z pogodnej ciszy wsi.

Arogancya kapłanów obrzydzała mu przebywanie w przedsionku świątyni. Uczniowie, którzy znali Jerozolimę lepiej niż on, chcieli mu pewnego razu zwrócić uwagę na piękną architekturę świątyni, na wyborowy materyał, z którego ją zbudowano, na bogate vota, ozdabiające ściany. »Widzicie to wszystko? odparł im Jezus. »Zaprawdę powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu!«[939] I nie podziwiał nic, tylko jakąś ubogą wdowę, która w tej właśnie chwili przechodząc, wrzuciła pieniążek do skarbonki. »Zaprawdę powiadam wam« rzekł, »iż ta uboga wdowa więcej włożyła, niżli wszyscy, którzy kładli do skarbu. Albowiem wszyscy rzucali z tego, co im zbywało, a ta z niedostatku swego wszystko, co miała, wrzuciła, wszystkę żywność swoję[940]. Ten sposób krytykowania wszystkiego, co się w Jerozolimie działo, wynoszenie ubogiego, który dał mało, ganienie natomiast bogatego, który dawał dużo[941], gromienie zamożnego duchowieństwa, które dla ludu nic nie robiło, musiało obruszyć kastę kapłańską. Siedliskiem konserwatywnej arystokracyi była świątynia, jak Haram Muzułmanów, który potem jej miejsce zajął, ostatni zakątek na świecie, gdzie rewolucya mogła była jeszcze liczyć na powodzenie. Wyobraźmy sobie reformatora, który przed meczetem Omara głosi obalenie islamu! A tu przecież było środowisko życia żydowskiego; tu musiał on albo wygrać, albo zginąć. Na tej kalwaryi Jezus cierpiał więcej, niż na Golgocie; dni mu płynęły na sporach i gniewie, na nudnych utarczkach o prawo kanoniczne i egzegezę, do której jego wzniosła natura tak mało się nadawała, co mówię? która go do pewnego stopnia poniżała.

Śród wiru takiego życia dobre, uczuciowe serce Jezusa znalazło sobie cichy zakątek, gdzie czas spływał mu niesłychanie przyjemnie. Skoro Jezus spędził dzień na dysputach w świątyni, schodził wieczorem w dolinę Cedronu, odpoczywał nieco w ogrodzie folwarcznym (prawdopodobnie wytłaczano tam oliwę), zwanym Getsemane[942], gdzie ludność udawała się na odpoczynek; noc zaś spędzał na górze Oliwnej, która za miastem od strony wschodniej zasłania widnokrąg[943]. Jestto jedyne miejsce w całej okolicy Jerozolimy, ozdobione zielenią, wesołe. Tu były liczne plantacye drzew figowych, oliwek, palm; plantacye te nadały też wsiom, osadom i zagrodom nazwy: Betfage, Getsemane, Betania[944]. Na górze Oliwnej rosły dwa wielkie cedry, o których zachowało się długo wspomnienie śród Żydów, żyjących w rozproszeniu; w gałęziach tych cedrów gnieździły się całe stada gołębi a w ich cieniu ustawiono małe kramiki[945]. Tu właściwie kwaterował Jezus ze swymi uczniami; z tego można wywnioskować, że gromadka galilejska znała tu każdy zagajnik, każde domostwo.

Zwłaszcza wioska Betania[946], położona na samej górze, ale już nieco na pochyłości w stronę Morza Martwego i Jordanu, oddalona od Jerozolimy o półtorej godziny drogi, była ulubionem miejscem Jezusa[947]. Tu poznał pewną rodzinę, złożoną z trzech osób, dwóch sióstr i brata, których przyjaźń bardzo cenił[948]. Z tych dwóch sióstr jedna, imieniem Marta, była osobą zacną, dobrą, oddaną[949]; druga znowu, imieniem Marya, podobała się Jezusowi z powodu swej natury marzycielskiej i niepospolicie rozbudzonego umysłu[950]. Siedząc nieraz u stóp Jezusa, zapominała o obowiązkach, jakie na nią nakładała rzeczywistość. Siostra, na którą tym sposobem wszystkie zajęcia domowe spadały, uskarżała się łagodnie przed Jezusem. Ale ten jej odparł: »Marto, Marto, troszczysz się i frasujesz około bardzo wiela. Ale jedno tylko jest potrzebne. Marya najlepszą cząstkę obrała, która jej odjętą nie będzie«[951]. Brata Eleazara, albo Łazarza, Jezus także bardzo kochał[952]. Prócz tego, jak się zdaje, utrzymywał z nimi stosunki jeszcze niejaki Szymon, trędowaty, właściciel domu[953]. Tu na łonie bogobojnej rodziny zapomniał Jezus o obrzydliwościach życia publicznego. W tem zaciszu pocieszał się po wszystkich trudnościach, jakie mu robili Faryzeusze i uczeni w piśmie. Siadywał często na Górze Oliwnej wprost góry Moria[954], mając przed sobą wspaniały widok na tarasy świątyni i jej błyszczące ściany. Widok ten zdumiewał przybyszów; zwłaszcza o wschodzie słońca góra święta olśniewała wzrok patrzących, niby jedna masa śniegu i złota[955]. Ale ten widok, który wszystkich żydów napełniał radością i dumą, budził w Jezusie najboleśniejsze refleksye. »Jeruzalem, Jeruzalem, które zabijasz proroki i kamienujesz te, którzy do ciebie są posłani«, zawołał w chwili goryczy. »Ilekroć chciałem zgromadzić syny twoje, jako kokosz kurczęta swoje pod skrzydła zgromadza, a nie chciałoś?«[956].

I tu ostatecznie, jak w Galilei, poruszył kilka dobrych dusz. Ale potęga ortodoksyi była tak wielka, że bardzo niewielu odważyło się wyznawać to jawnie. Lękano się zdyskredytowania w oczach Jeruzalemczyków przez należenie do szkoły człowieka z Galilei. Obawiano się wytrącenia z synagogi, co było ostatnią hańbą w społeczeństwie małostkowych bigotów[957]. Zresztą ekskomunika pociągała za sobą konfiskatę majątkową[958]. Kto przestawał być Żydem, nie stawał się jeszcze Rzymianinem; wtedy było się wprost bezbronnym wobec zakonu teokratycznego a niesłychanie surowego. Pewnego dnia niższa służba świątyni, która wysłuchała wykładu Jezusa i była nim przejęta, udała się do kapłanów i zakomunikowała im swoje wątpliwości: «iżaż który z książąt albo Faryzeuszów uwierzył weń?« odpowiedziano im: »cały ten tłum, nie znający zakonu, przeklęty jest«[959]. W ten sposób Jezus w Jerozolimie pozostał człowiekiem z prowincyi, podziwianym przez takich jak on ludzi z gminu, ale nie uznanym przez arystokracyę narodu. Zadużo było różnych sekciarzy, aby wystąpienie jeszcze jednego miało wywołać silniejsze wrażenie. Głos jego nie miał prawie znaczenia w Jerozolimie. Zbyt głęboko były tu zakorzenione przesądy rasy i sekt, żywioły bezpośrednio wrogie duchowi ewangielicznemu.

Z tego też powodu przemowy Jezusa uległy tu kardynalnej zmianie. Piękne jego kazania, których działanie było obliczone na młodzieńczą wyobraźnię i etyczne poczucie słuchaczy, padły tu na grunt kamienisty. On, który czuł się tak swobodnym nad brzegiem owego małego, pięknego jeziora, tu wobec pedantów stał się nieśmiałym, niezdecydowanym. Ustawiczne odzywanie się o sobie stało się nudne[960]. Musiał więc zostać dyalektykiem, egzegezantem, teologiem. Rozmowy jego, pełne zazwyczaj uroku, zamieniły się w kanonadę dysputacyi[961], w szereg bitew scholastycznych. Harmonijny duch jego osłabł w bezpożytecznej argumentacyi na temat Zakonu i proroków[962] a nieraz widzimy z niechęcią, że jest napastnikiem[963]. Drażni nas ta łatwość, z jaką daje się wciągnąć w szereg niebezpiecznych prób, którym go poddają nietaktowni kłótnicy[964]. Na ogół dość zręcznie wychodził z takich sytuacyi. Jego wyjaśnienia były nieraz bardzo bystre (prostota łączy się często ze sprytem; gdy dusza prostacza pocznie rozumować, staje się zawsze trochę solistyczną); pokazuje się także, iż nieraz wywoływał nieporozumienia i umyślnie długo ich nie wyjaśniał[965]; argumentacya jego, rozpatrywana ze stanowiska logiki Arystotelesa, jest bardzo słaba. Ale tryumfował zawsze, ilekroć mógł błysnąć nieporównanym urokiem swego ducha. Pewnego dnia chciano go wprowadzić w kłopot, sprowadzając cudzołożnicę i pytając go, jak należy z nią postąpić. Znana jest podziwienia godna odpowiedź Jezusa[966]. Subtelna ironia światowca, miarkowana przez niebiańską dobroć, nie mogła się w tym wypadku wyrazić zwięźlej i trafniej. Wszelako bystrości, która się łączy z wielkością moralną, głupi ludzie nigdy nie wybaczą. Jezus, wygłaszając owe słowa czyste a sprawiedliwe: »Kto śród was jest bez grzechu, niech pierwszy na nią rzuci kamieniem«, trafił hypokrytów w samo serce i podpisał na siebie wyrok śmierci.

Jest możliwe, że gdyby nie te gorzkie uwagi, nie byłby wywołał przeciw sobie takiego oburzenia, mógł był długo żyć niepostrzeżony i przepaść bez wieści w tej burzy historycznej, która miała niebawem zmieść cały naród żydowski. Duchowieństwo wyższe i Saduceusze raczej nim gardzili, niż go nienawidzili. Wielkie rody kapłańskie jak Boëtusim, jak rodzina Annasza, były tylko fanatyczne, gdy chodziło o utrzymanie spokoju. Saduceusze, podobnie jak Jezus, odrzucali »tradycye« Faryzeuszów[967]. Dziwnym trafem ci niedowiarkowie, nie uznający zmartwychwstania, tradycyi, istnienia aniołów, byli prawdziwymi żydami, albo powiedzmy lepiej, ponieważ stary prostoduszny zakon nie odpowiadał już potrzebom czasu, przeto ci, którzy się go ściśle trzymali i nie pozwalali na żadne nowatorstwa, urażani byli przez bigotów za niedowiarków, podobnie jak dziś w krajach, gdzie panuje ortodoksya, za niedowiarka uchodzi protestant. W każdym razie nie z łona tej partyi miała wyjść silna reakcya przeciw Jezusowi. Duchowieństwo oficyalne, zajęte wyłącznie polityką, z którą los jego był ściśle związany, nie rozumiało tych objawów entuzyazmu. Alarm wszczęło mieszczaństwo faryzejskie, liczni uczeni w piśmie, którzy z »tradycyi« uczynili wiedzę i z niej żyli i którzy istotnie w swych przesądach i interesach byli zagrożeni przez naukę nowego mistrza.

Najbardziej Faryzeuszom zależało na tem, aby Jezusa zepchnąć na teren polityczny i skompromitować jako członka partyi Judasza Gaulonity. Była to taktyka zręczna; gdyż tylko prostoduszność Jezusa sprawiła, że, aczkolwiek zapowiadał królestwo boże, nie wszedł w konflikt z rzymskiemi władzami. Chciano go pod tym względem zmusić do wyraźniejszego wypowiedzenia się. Pewnego dnia zbliżyła się do niego grupa Faryzeuszów i polityków, zwanych »Herodyanami« (prawdopodobnie Boëtusim), która zwróciła się do niego z udaną pobożnością: »Nauczycielu, wiemy, iżeś jest prawdziwy i drogi bożej w prawdzie nauczasz a nie dbasz na nikogo. Powiedz nam tedy, co-ć się zda: godzili się dać czynsz cesarzowi, czy nie?« Oczekiwali odpowiedzi, która by im umożliwiła wydanie go Piłatowi. Ale odpowiedź Jezusa była zdumiewająca. Kazał sobie pokazać wizerunek na pieniążku a potem rzekł: »Oddajcie cesarzowi co jest cesarskiego a Bogu, co jest Bożego«[181]. Głębokie słowa, które rozstrzygnęły przyszłość chrześciaństwa! Słowa te podyktował mu czysty spirytualizm, uderzająco prawdziwe; słowa te oddzieliły sprawy ducha od spraw świata i stały się kamieniem węgielnym prawdziwej wolności i prawdziwej cywilizacyi.

A gdy był sam z uczniami, wtedy jego geniusz łagodny a przenikliwy podszepnął mu te wspaniałe słowa: »Zaprawdę, zaprawdę, mówię wam: kto nie wchodzi przeze drzwi do owczarni owiec, ale wchodzi inędy, ten jest złodziej i zbójca. Lecz który wchodzi przeze drzwi, pasterzem jest owiec. Owce słuchają jego głosu; nazywa owce swe po imieniu i wyprowadza je; a gdy wypuści owce swe, idzie przed nimi a owce idą za nim, bowiem znają głos jego. Złodziej nie przychodzi, jeno żeby kradł a zabijał i tracił. Najemnik, który nie jest pasterzem, widzi wilka przychodzącego i opuszcza owce i ucieka. Ale jam jest pasterz dobry; znam owce swoje i one mnie znają a duszę moję kładę za owce moje«[968]. Często nawiedzają go myśli bliskiego rozwiązania zagadki ludzkości. »A od figowego drzewa uczcie się podobieństwa«, mówił. »Gdy już gałąź jego odmładza się i liście się wypuszcza, wiecie, iż blisko jest lato. Podnoście oczy wasze a przypatrzcie się krainom, żeć już białe są ku żniwu«[969].

Ilekroć szło o zwalczanie hypokryzyi, wymowa jego rosła. »Na stolicy Mojżeszowej usiedli Doktorowie i Faryzeuszowie. Wszystko tedy, cokolwiek wam rozkażą, zachowajcie i czyńcie; ale wedle uczynków ich nie czyńcie; albowiem mówią, ale nie czynią. Bo wiążą brzemiona ciężkie i nieznośne i kładą na ramiona ludzkie a palcem swym nie chcą się ich ruszyć.

»A wszystkie sprawy swe czynią, aby byli widziani od ludzi: chadzają w długich płaszczach; rozszerzają bramy[970] swe i czynią większe kraje[971]; a miłują pierwsze siedzenia na wieczerzach i pierwsze stolice w bóżnicach, i pozdrawiania na rynku i być zwanymi od ludzi »Rabbi«. Biada im!...

»Biada wam, Doktorowie i Faryzeuszowie obłudnicy! iż zamykacie królestwo boże przed ludźmi[972]. Albowiem wy nie wchodzicie, ani wchodzącym dopuszczacie wniść. Biada wam, iż wyjadacie domy wdów, długie modlitwy czyniąc! Dlatego większy sąd odniesiecie. Biada wam, iż obchodzicie morze i ląd, abyście uczynili jednego nowego Żydowina: a gdy się stanie, czynicie go synem piekła! Jesteście jako groby, których nie widać, a ludzie, którzy się po nich przechodzą, nie wiedzą[973].

»Głupi i ślepi! iż dawacie dziesięcinę z miętki i z anyżu i z kminu, a opuściliście, co ważniejszego jest w zakonie, sąd i miłosierdzie i wiarę! To trzeba było działać a owego nie opuszczać. Wodzowie ślepi, którzy przecedzacie komara a wielbłąda połykacie, biada wam!

»Biada wam, Doktorowie i Faryzeuszowie obłudnicy! iż oczyszczacie, co jest zewnątrz kubka i misy[974], a wewnątrz pełni jesteście drapiestwa i plugastwa. Faryzeuszu ślepy[975], oczyść pierwej, co jest wewnątrz kubka i misy, aby to, co zewnątrz jest, czystem się stało![976].

»Biada wam, Doktorowie i Faryzeuszowie obłudnicy! iż jesteście podobni grobom pobielanym[977], które z wierzchu zdadzą się być piękne ludziom, ale wewnątrz pełne są kości umarłych i wszelakiej nieczystości. Także i wy z wierzchu się wprawdzie zdacie ludziom sprawiedliwi; lecz wewnątrz pełni jesteście obłudności i nieprawości.

»Biada wam, Doktorowie i Faryzeuszowie obłudnicy! którzy budujecie groby proroków i zdobicie pamiątki sprawiedliwych, i powiadacie: byśmy byli za dni ojców naszych, nie bylibyśmy towarzyszami ich we krwi proroków! Ach, świadkami jesteście sami sobie, iż jesteście synowie tych, którzy proroki pobili. Wy też dopełnicie miary ojców waszych. Dlatego i mądrość[978] boża rzekła: pośle wam proroki i apostoły; wy jednych zabijecie i ukrzyżujecie, drugich wytrącicie z bóżnic, prześladować ich będziecie z miasta do miasta; aby szukano krwie wszystkich proroków, którą wylał ten naród od założenia świata: od krwie Ablowej aż do krwie Zacharyasza, syna Barachiaszowego[979], który zginął między ołtarzem a kościołem. Zaiste wam powiadam, dzisiejsze pokolenie będzie szukać od narodu tego«[980].

Jego straszny dogmat, że miejsce Żydów zajmą poganie, że królestwo boże dostanie się obcym, gdyż ci, dla których było przeznaczone, nie chcieli go[981], wraca ciągle jako krwawa groźba wymierzona przeciw arystokracyi, a tytuł Syna Bożego, którego zaczął używać jawnie w swych śmiałych przypowieściach[982], w których wrogowie jego są pokazani jako zabójcy wysłańca bożego, było wyzwaniem rzuconem oficyalnemu judaizmowi. Śmiałe odezwy, skierowane do poniżonych, były jeszcze bardziej rewolucyjne. Mówił, iż przyszedł, aby ci, którzy nie widzą, widzieli[983]. Razu pewnego zawołał w uniesieniu te nieopatrzne słowa: »Ja rozwalę kościół ten ręką uczyniony, a za trzy dni inny nie ręką uczyniony zbuduję«[984]. Nie wiemy właściwie, w jakiej myśli to wygłosił; uczniowie doszukiwali się w jego słowach zawsze alegoryi. Ale ponieważ trzeba było tylko pretekstu, przeto położono silny nacisk na te słowa. Znajdujemy je w motywach wyroku; miały się one odbić jeszcze echem w jego uszach podczas męki śmiertelnej na Golgocie. Jego płomienne przemowy kończyły się zawsze burzą. Faryzeusze obrzucali go kamieniami[985]; postępowali tylko wedle zakonu, który nakazywał, aby każdego, nawet cudotwórcę, kamienować, skoro podburza lud przeciwko staremu kultowi[986]. Innym razem nazywali go znowu szalonym, opętanym, Samarytaninem[987], albo starali się go zabić[988]. Chwytano skwapliwie jego słowa, aby zastosować względem niego nietolerancyjne prawo teokracyi, której władza rzymska jeszcze nie usunęła[989].



ROZDZIAŁ XXII.
Zabiegi przeciwników Jezusa.

Jezus spędził w Jerozolimie jesień i część zimy. Ta pora roku jest tam dość chłodna. Zazwyczaj przechadzał się pod krytą kolumnadą Salomona[990]. Kolumnada ta składa się z dwóch galeryi o trzech rzędach kolumn i drewnianego, rzeźbionego dachu[991]. Góruje ona nad Doliną Cedronu, która wówczas była niezawodnie mniej zawalona rumowiskiem, niż obecnie. Z wysokości kolumnady nie można było dojrzeć dna parowu; zdaje się, że zaraz za murem poczynała się przepaść[992]. Druga strona doliny była już przyozdobiona grobami wspaniałymi. Niektóre pomniki, dziś jeszcze tam stojące, były niezawodnie wzniesione ku czci proroków starożytnych[993]; na nie też prawdopodobnie Jezus wskazywał ręką, gdy siedząc pod kolumnadą ciskał gromy na klasy oficyalne, które pod ogromem gmachu świętego ukryły swoją obłudę i próżność[994].

Pod koniec grudnia Jezus obchodził w Jerozolimie święto, ustanowione przez Judasza Machabeusza na pamiątkę oczyszczenia świątyni po zbeszczeszczeniu jej przez Antyocha Epifanesa[995]. Zwano je »świętem świateł«, gdyż przez ośm dni trwania świąt palono po domach lampki[996]. Niebawem Jezus udał się do Perei i nad brzeg Jordanu, to jest w okolicę, którą był przed kilku laty nawiedził, gdy przyłączył się do szkoły Jana[997] i przyjął od niego chrzest. Zdaje się, że tam, a zwłaszcza w Jerycho, doznał niejakiej pociechy. W mieście tem znajdował się znaczny posterunek celny, może dlatego, że leżało ono przy głównym gościńcu, a może ze względu na plantacye pachnideł i bogato rozwinięte rolnictwo[998]. Główny celnik Zacheusz, człowiek bogaty, chciał widzieć Jezusa[999]. Ponieważ był małego wzrostu, wdrapał się na sykomora, stojącego przy drodze, którędy miał iść pochód. Takie zachowanie się osoby wybitnej ujęło Jezusa. Postanowił zakwaterować się u Zacheusza, choćby to miało wywołać zgorszenie. Szemrano też istotnie, gdy zaszczycił dom grzesznika swoją bytnością. Na odchodnem Jezus oświadczył, iż gospodarz jego jest prawym synem Abrahama; ku większemu zgorszeniu prawowiernych Zacheusz został świętym: miał podobno połowę majątku rozdać pomiędzy ubogich i podwójnie wynagrodzić zło, które kiedykolwiek wyrządził. Nie było to zresztą zdarzenie odosobnione, które tak rozradowało Jezusa. Kiedy opuszczał miasto, ucieszył go niemało żebrak Bartymeusz[1000], który go ustawicznie obwoływał »Synem Dawidowym«, choć kazano mu milczeć. Zdawało się przez chwilę, że szereg galilejskich cudów powtórzył się i w tej okolicy, która była tak podobną do prowincyi północnych. Przepiękna oaza Jerychońska, wówczas pewnie dostatecznie zawodniona, musiała należeć do najwspanialszych miejscowości Syryi. Józef Flaviusz mówi o niej z takim samym zachwytem, jak o Galilei, i nazywa ją, jak tamtą, »krainą boską«[1001].

Po powrocie z owej wycieczki, niemal pielgrzymki do miejsc pierwszych swych proroczych występów, Jezus zatrzymał się w ukochanej Betanii, gdzie miało też miejsce szczególne zdarzenie, które wywarło decydujący wpływ na resztę dni jego życia[1002]. Uczniowie niezadowoleni ze złego przyjęcia misyi królestwa bożego w stolicy, żądali od Jezusa jakiegoś wielkiego cudu, któryby wywarł silne wrażenie na niedowiarczych Jeruzalemczykach. Zdawało się, że najskuteczniej podziała wskrzeszenie jakiegoś człowieka, znanego w całem mieście. Należy baczyć, że główną podstawą krytyki jest uchwycenie różnic pomiędzy epokami i wyzbycie się czysto instynktownego strachu, jaki wpaja nam nawskróś racyonalistyczne wychowanie. Należy także przypomnieć sobie, że w tej Jerozolimie dusznej i brudnej Jezus już nie był sobą. Z winy ludzi, nie z własnej winy, utracił był pierwotną a jasną świadomość tego, czem był. Zrozpaczony, doprowadzony do ostateczności, nie był już panem siebie. Misya narzucała mu się gwałtem a on temu gwałtowi uległ. Jak to bywa zwykle z ludźmi podobnego powołania, robił on raczej cuda, których się ze wszystkich stron od niego domagano, a nie z własnego popędu. Wobec dziejowej odległości i jedynego tekstu, który o tem mówi a który ma wyraźne ślady późniejszych dodatków, niepodobna dziś stwierdzić, czy ów fakt, który się zdarzył w Betanii, jest w całości tylko wymysłem, czy też zaszło tam istotnie coś takiego, co dało wątek do podań. Wszelako należy przyznać, że relacya Jana zasadniczo się różni od opisu cudów, tego owocu fantazyi gminnej, przepełniającego ewangielie synoptyków. Dodajmy wreszcie, że Jan jest jedynym ewangielistą, który dokładnie nam przedstawia stosunek Jezusa do owej rodziny z Betanii, i że byłoby trudno pojąć, w jaki sposób mógłby wytwór fantazyi ludowej znaleść się w ramach tak czysto osobistych wspomnień. Prawdopodobnie zatem ów cud nie należy całkiem do legendy, za którą nikt nie odpowiada. Krótko mówiąc, wierzę, iż w Betanii zdarzyło się coś takiego, co wzięto za cud rzeczywisty.

Głos publiczny przypisywał Jezusowi już dwa czy trzy podobne czyny[1003]. Ową rodzinę z Betanii wciągnięto może wbrew jej wyraźnemu uświadomieniu do tego ważnego dzieła, którego się domagano. Jezusowi oddawano tu niemal cześć boską. Zdaje się, że Łazarz był chory i że Jezus na specyalne wezwanie zmartwionych sióstr opuścił Pereę[1004]. Radość z powodu jego powrotu mogła Łazarza ożywić. Ale i to jest możliwe, że ci namiętni ludzie, chcąc zamknąć usta oszczercom misyi ich przyjaciela, posunęli się zadaleko. Może też Łazarz, blady jeszcze po chorobie, kazał się niby umarły owinąć w prześcieradła i złożyć do grobu rodzinnego. Groby te kuto w skale; wnętrze ich było duże a czworokątne wejście zasuwano olbrzymim kamieniem. Marta i Marya wyszły naprzeciw Jezusa i poprowadziły go do grobu, nie dając mu wstąpić do Betanii. Ból, jakiego Jezus doznał przy grobie przyjaciela, o którym myślał, że umarł[1005], może wydał się obecnym owem drżeniem i wstrząsaniem[1006], jakie zwykle miało towarzyszyć cudom; lud bowiem wierzył, iż siła boska objawia się w człowieku w formie konwulsyi i epilepsyi. Jezus (wciąż według naszej powyższej hypotezy) chciał ukochanego przyjaciela raz jeszcze zobaczyć, a gdy kamień odsunięto, wyszedł z grobu Łazarz owinięty w prześcieradła, z chustą na głowie. Fakt ten musiał naturalnie być uznanym przez cały świat jako zmartwychwstanie. Wiara uznaje za prawo tylko to, co chce. Jeżeli cel jest dobry, gotowa używać złych środków, skoro dobre zawodzą. Jeżeli ten dowód nie wystarcza, ach są inne!... Jeżeli ten cud nie był prawdziwy, to przecież było tyle innych!... Łazarz i siostry, głęboko przekonani o tem, że Jezus był cudotwórcą, mogli mu byli dopomódz do dokonania jednego z nich, jak tylu pobożnych, którzy, przeświadczeni o prawdziwości swej religii, usuwali wątpliwości ludzi za pomocą pewnych środków, skutecznych na ich słabostki. Stan ich duszy był podobny do stanu owych stygmatyków, jasnowidzących, opętanych, którzy, pod wpływem otaczającego ich świata i własnej wiary w fakta zmyślone, porywali się do czynów podobnych. Jak potem święty Bernard i Franciszek z Assyżu, tak przedtem Jezus nie był wstanie powstrzymać żądzy cudów, ogarniającej tłumy i uczniów. Zresztą już w ciągu kilku następnych dni miała śmierć zwrócić mu boską wolność i zdjąć z niego fatalną konieczność występowania w roli, która z każdym dniem rodziła nowe wymagania i stawała się coraz trudniejszą.

Zdaje się, że wszystko zatem przemawia, iż cud dokonany w Betanii przyspieszył zgon Jezusa[1007]. Osoby, które były świadkami tego zdarzenia, rozproszyły się po mieście i dużo o tem mówiły. Uczniowie znowu ze swej strony szeroko się nad tem rozwodzili, przedstawiając rzecz ze swego stanowiska. Inne cuda Jezusa miały znaczenie przemijające, rozpowiadano je dalej w dobrej wierze, rozpowiadano przesadnie, ale niebawem o nich zapominano. Ale tym razem rzecz była oparta na zdarzeniu prawdziwem, rozprawiano o niem jawnie, chciano zapomocą niego zmusić Faryzeuszów do milczenia[1008]. Ponieważ rzecz nabrała istotnie rozgłosu, przeto przeciwnicy Jezusa byli niemało rozgoryczeni. Opowiadano, iż chcieli Łazarza zabić[1009]. Pewnem natomiast jest tylko to, że najwyższy kapłan[1010] zwołał wysoką radę, na której stawiono następujące krótkie pytanie: »Czy Jezus i judaizm mogą istnieć obok siebie?« W tem zapytaniu mieściła się już i odpowiedź, a arcykapłan, bez chęci zostania prorokiem, mógł był wygłosić tę krwawą zasadę: »Lepiej jest, żeby ten człowiek umarł za naród, niż żeby cały naród zginął«.

»Najwyższym kapłanem roku onego« mówiąc językiem czwartego ewangielisty, który bardzo trafnie kreśli poniżenie, do jakiego zeszła godność arcykapłańska, był Józef Kajafa, mianowany przez Valeriusa Gratusa a bardzo oddany Rzymianom. Odkąd Jerozolima podpadła pod zależność prokuratorów, godność arcykapłana stała się funkcyą odwołalną; prawie corocznie[1011] składano arcykapłana z urzędu. Kajafa natomiast trzymał się dłużej, niż inni. Sprawował godność już w roku 25 a utracił ją dopiero w roku 36. O jego charakterze nie wiemy nic. Zdaje się wszelako, że władza jego była tylko tytularna, za czem przemawia wiele okoliczności. Widzimy obok niego i nad nim człowieka, który w chwili stanowczej, obecnie nas zajmującej, posiadał, jak się zdaje, władzę decydującą.

Człowiekiem tym był świekier Kajafy, Hanan albo Annasz[1012] syn Seta, stary, zdegradowany arcykapłan, który w czasie licznych zmian pontyfikalnych zachował cały autorytet. Hanan otrzymał arcykapłaństwo w r. 7 naszej ery z rąk legata Quirinusa. Utracił tę godność w r. 14 po wstąpieniu na tron Tyberyusza; ale mimo to bardzo go poważano. Choć był pozbawiony godności swej, nazywano go w dalszym ciągu arcykapłanem i radzono się go we wszystkich ważnych sprawach[1013]. Przez pięćdziesiąt lat bez przerwy arcykapłaństwo piastowała wyłącznie jego rodzina; pięciu jego synów dzierżyło ten[1014] urząd po kolei, nie licząc zięcia jego Kajafy. Ot, co nazywano »rodziną kapłańską«, gdyż pontyfikat tym sposobem był niemal godnością dziedziczną[1015]. Prawie wszystkie najwybitniejsze urzędy świątyni przypadły w udziale tej rodzinie[1016]. Wprawdzie inne rodziny, a mianowicie rodzina Boëtusa[1017], dzierżyła pontyfikat naprzemian z rodziną Annasza; ale ponieważ powodzenie rodziny Boëtusim wytrysło z mniej zaszczytnych źródeł, przeto pobożne mieszczaństwo znacznie mniej ją ceniło. Hanan był więc rzeczywistą głową stronnictwa kapłańskiego. Kajafa robił wszystko przez niego; przyzwyczajano się łączyć ich nazwiska a nawet stawiano na pierwszem miejscu nazwisko Hanana[1018]. Łatwo tedy pojąć, że przy dorocznej zmianie pontyfikatu, zależnej od fantazyi prokuratora, stary arcykapłan, znający tajemnice tradycyi i wiedzący, jakie osoby wybierać, aby w rodzinie zajmowały podrzędniejsze stanowisko niż on, ważną musiał odgrywać rolę. Tak jak całe stronnictwo arystokracyi, grupującej się koło świątyni[1019], był on Saduceuszem; należał więc, jak mówi Józef Flaviusz, do »sekty, która w swych wyrokach była bardzo surowa«. Wszyscy jego synowie byli również żarliwymi prześladowcami[1020]. Jeden z nich, który jak ojciec nazywał się Hanan, kazał Jakóba, brata Pana, ukamienować śród okoliczności, przypominających bardzo śmierć Jezusa. Rodzina ta miała ducha śmiałego, pysznego, okrutnego[1021]; posiadała ten rodzaj wzgardliwej i zaciętej złości, która jest tak charakterystyczna dla polityki żydowskiej. Za wszystkie też następne wypadki spada odpowiedzialność na Hanana i jego stronnictwo. To on (lub, jeśli kto woli, jego stronnictwo) zabił Jezusa. Hanan był głównym aktorem tego okropnego dramatu, więcej niż Kajafa, więcej niż Piłat; toteż na niego miało spaść brzemię przekleństw całej ludzkości.

Ewangielista włożył w usta Kajafy słowo, decydujące o śmierci Jezusa[1022]. Przypuszczano, że arcykapłan posiada pewien dar proroczy; słowo to miało tedy dla chrześciańskiej społeczności znaczenie tajemniczej wyroczni. Ale bez względu na to, kto je wypowiedział, było ono wyrazem myśli całego duchowieństwa. Duchowieństwo było przeciwne wszystkim powstaniom ludowym; starało się zmieść wszystkich religijnych entuzyastów, mniemając nie bez słuszności, że mowy pełne egzaltacyi zgubią cały naród. Wprawdzie akcya wywołana przez Jezusa nie miała nic wspólnego z polityką bieżącą; wszelako kapłani lękali się, że ostateczną jej konsekwencyą będzie wzmożenie się jarzma rzymskiego i zburzenie świątyni, która była źródłem ich bogactw i zaszczytów[1023]. Wiadomo, że nie chrześciaństwo stało się powodem zburzenia Jerozolimy w 37 lat później. Wywołała to sama Jerozolima, a nie Galilea. W każdym razie argumenty, podawane wówczas przez duchowieństwo, nie były tylko wynikiem złej woli, lecz miały za sobą pewną racyę. Biorąc rzeczy ogólnie, Jezus, gdyby dzieło swe przeprowadził, byłby bezwarunkowo doprowadził naród żydowski do upadku. Hanan i Kajafa mogli byli tedy powiedzieć ze słusznością na zasadzie politycznej, uznanej przez całą starożytność: »Lepiej niech ginie jeden człowiek, niż cały naród«. My dziś taką zasadę potępiamy. Ale tej zasady trzymały się wszystkie stronnictwa konserwatywne, odkąd ludzkość istnieje. Stronnictwo »porządku« (a biorę to słowo w owem ciasnem pojęciu) nie było nigdy inne. Wierząc w to, że sztuka rządzenia polega na powstrzymywaniu ruchów ludowych, uważa to za czyn patryotyczny, jeżeli zapobieżono rozlewowi krwi przez morderstwo sądowe. Mało dbając o przyszłość, nie zastanawia się nad tem, że występuje przeciw myśli, która może kiedyś zwyciężyć. Śmierć Jezusa była tylko jednym z czynów tej polityki. Ruch, jaki Jezus wywołał, miał wyłącznie charakter duchowy; ale był ruchem. Ludzie porządku mniemając, że głównym celem społecznym jest powstrzymywanie wszelkiego roznamiętnienia, chcieli położyć tamę rozszerzaniu się tego ducha. Nigdy nie przekazały nam dzieje bardziej znamiennego przykładu na dowód, jak taka polityka chybia. Gdyby Jezusowi nie stawiano przeszkód, byłby się wyczerpał w walce z utopią. Bezwzględna nienawiść przeciwników zapewniła powodzenie jego dziełu i wycisnęła na niem pieczęć jego boskości.

Śmierć Jezusa została tedy postanowiona w połowie lutego lub w początkach marca[1024]. Ale Jezus uszedł jeszcze na jakiś czas. Schronił się do mało znanego miasteczka Efraim albo Efron, położonego w kierunku Betel a odległego od Jerozolimy o dzień drogi[1025]. Tu spędził z uczniami kilka dni, aby przeczekać burzę. Ale już wydane zostały rozkazy pojmania go, gdziekolwiekby go spotkano. Zbliżały się święta Paschy; mniemano, że Jezus swoim zwyczajem uda się na te święta do Jerozolimy[1026].



ROZDZIAŁ XXIII.
Ostatni tydzień Jezusa.

I rzeczywiście Jezus wybrał się ze swymi uczniami, aby raz jeszcze odwiedzić to miasto niedowiarcze. Nadzieje jego otoczenia miały coraz więcej cech egzaltacyi. Wszyscy wierzyli, że skoro pociągnie do Jerozolimy, królestwo boże zostanie objawione[1027]. Bezbożność ludzi doszła do szczytu, więc to znak bliskiego wypełnienia się rzeczy zapowiedzianych. Przekonanie podobne było tak silne, że się nawet między sobą spierano o stanowiska w przyszłem królestwie bożem[1028]. Wtedy to Salome prosiła dla obu swych synów o miejsca po lewicy i prawicy Syna Człowieczego[1029]. Mistrza natomiast przygniatały ciężkie myśli. Niekiedy przejmowała go jak gdyby chęć wywarcia zemsty na przeciwnikach; snuł przypowieść o człowieku wybitnym, który wybrał się do dalekich krajów, aby założyć królestwo; ale skoro się tam udał, współobywatele jego nie chcieli już nic o nim słyszeć. Król wrócił i kazał tych, którzy występowali przeciw jego panowaniu; skazać na śmierć[1030]. Innym razem zburzył poprostu gmach iluzyi swych uczniów. Kiedy dążyli po kamienistej drodze na północ od Jeruzalem, Jezus, krocząc w zamyśleniu, wyprzedził ich. Wszyscy poglądali za nim w milczeniu, widzieli jego frasunek, nie śmieli go jednak o nic pytać. Już kilka razy mówił im o swych przyszłych mękach, czego słuchano z wielką niechęcią[1031]. Wtedy Jezus, nie skrywając bynajmniej swych myśli, począł mówić o swej bliskiej śmierci[1032]. Wywołało to wielki smutek w całem otoczeniu. Uczniowie mniemali, że niebawem ujrzą znak w obłokach. Przecież brzmiał już w ich szeregach radosny okrzyk zapowiedzi królestwa bożego: »Błogosławiony, który przychodzi w imię Pana«[1033]. Teraz krwawa ta perspektywa przeraziła ich. Z każdym krokiem owej fatalnej drogi zbliżało się, a raczej oddalało widziadło wyśnionego przez nich królestwa bożego. On wszelako utwierdził się w myśli, że idzie na śmierć, która zbawi świat[1034]. Więc o porozumienie pomiędzy nim a uczniami było coraz trudniej.

Zwyczaj kazał, że przybywano do Jerozolimy o kilka dni wcześniej, aby porobić odpowiednie przygotowania. Jezus zjawił się nieco później, niż inni; przeto nieprzyjaciele jego mniemali już, że go nie pojmą[1035]. Na sześć dni przed świętami (w sobotę, ósmego dnia miesiąca Nizan, t. j. 28 marca[1036], przybył nareszcie do Betanii. Zatrzymał się jak zwykle u Łazarza, Maryi i Marty, w domu Szymona Trędowatego. Zgotowano mu uroczyste przyjęcie. Nastąpiła uczta u Szymona[1037], na której znalazło się wiele osób, pragnących ujrzeć Jezusa a na której znalazł się także Łazarz, tak głośny w czasach ostatnich. Skoro Łazarz siadł za stołem, wszystkie oczy obróciły się na niego. Marta usługiwała wedle swego zwyczaju[1038]. Zdaje się, iż chciano w szczególniejszy sposób podziałać na obecnych, aby wykazać, jak niepospolity gość bawi śród nich. Dla podniesienia blasku uroczystości zjawiła się Marya podczas uczty z naczyniem, zawierającem kosztowne olejki, które wylała na nogi Jezusa. Następnie zbiła naczynie wedle zwyczaju wschodniego, który każe je stłuc, skoro służyło gościowi dostojnemu[1039]. A wreszcie chcąc mu dać dowód czci, jakiego jeszcze nie odebrał, posunęła się tak daleko, że uklękła i długiemi swojemi włosami osuszyła mu nogi[1040]. Cały dom napełnił się cudowną wonią ku wielkiej radości obecnych, z wyjątkiem skąpego Judasza z Keriot. Ze stanowiska skromności, jakiej się trzymano w otoczeniu Jezusa, była to istna rozrzutność. Skąpy skarbnik obliczył natychmiast, za ile możnaby sprzedać tak kosztowne olejki i ile wpłynęłoby do kasy ubogich. To uczucie, pozbawione wszelkiej subtelności, to pamiętanie bardziej o innych, usposobiło Jezusa źle. Lubił, gdy go otaczano czcią, gdyż służyło to jego celom i potwierdzało tytuł Syna Dawidowego. Więc gdy posłyszał, że jest mowa o ubogich, odparł żywo: »Biednych będziecie mieli zawsze przy sobie; ale mnie nie będziecie mieli zawsze«. I w uniesieniu zapowiedział nieśmiertelność tej kobiecie za to, iż w chwili dla niego krytycznej dała mu taki dowód miłości[1041].

Następnego dnia (w niedzielę, 9 dnia miesiąca Nizan), Jezus ruszył z Betanii w dół do Jerozolimy[1042]. Kiedy stanął na przełęczy Góry Oliwnej i ujrzał miasto, miał podobno nad niem zapłakać i po raz ostatni o niem mówić[1043]. U spadu góry, już w pobliżu bramy, gdy idąc wzdłuż wschodniego muru miasta wstąpił do Betfage, zwanego tak prawdopodobnie z powodu plantacyi drzew figowych[1044], doznał raz jeszcze czysto ludzkiej radości[1045]. Wieść o jego przybyciu już się była rozeszła. Zgromadzeni tu na święta Galilejczycy wpadli w uniesienie i zgotowali mu przyjęcie tryumfalne. Sprowadzono dla niego oślicę, za którą, wedle zwyczaju, zdążało oślątko. Galilejczycy rozłożyli na grzbiecie zwierzęcia swe najpiękniejsze szaty, aby na nich siadł. Inni znowu rozkładali szaty na drodze, którędy jechał, i rzucali mu pod nogi zieleń. Inni wreszcie, ciągnąc przed nim i za nim, powiewali gałązkami palmowemi, wołając: »Hosanna Synowi Dawidowemu! Błogosławiony, który się zjawia w imieniu Pana!« Niektórzy obwoływali go nawet królem żydowskim[1046]. »Rabbi, każ im milczeć«, rzekli do Jezusa Faryzeusze; ale on odparł: »gdybym kazał im zmilknąć, wołałyby kamienie«. Wjechał do miasta. Jeruzalemczycy, którzy go prawie nie znali, zapytywali, kto on jest. »Jezus, prorok z Galilei«, odpowiadano. Jerozolima posiadała wtedy około 50.000 mieszkańców[1047]. Drobne zdarzenie, jak wjazd człowieka obcego, choćby nawet do pewnego stopnia głośnego, albo przybycie pielgrzymki z prowincyi, albo wreszcie zbiegowisko na przedmieściu, mogło w zwykłych warunkach zwrócić uwagę mieszkańców. Ale w czasie świąt panowało tu zbyt wielkie zamieszanie[1048]. W czasie takich dni Jerozolima należała do przybyszów. A właśnie ci ostatni byli najbardziej rozgorączkowani. Mówiący po grecku prozelici, przybyli na święta, przejęci ciekawością, chcieli oglądać Jezusa. Zwrócili się do jego uczniów[1049]; ale nie wiemy dobrze, czy co z tego wynikło. Noce wszelako spędził Jezus w swej ukochanej Betanii[1050]. Przez trzy następne dni (poniedziałek, wtorek i środę) przychodził również do Jerozolimy; po zachodzie słońca wracał albo do Betanii, albo udawał się do chałupek położonych na zachodniej stronie Góry Oliwnej, gdzie miał wielu przyjaciół[1051].

Wielki smutek, jak się zdaje, wypełniał duszę jego śród owych ostatnich dni, duszę zwykle tak pogodną i radosną. Wszystkie relacye, tyczące wypadków przed pojmaniem, przypisują mu zgodnie chwile wahania i zwątpienia, coś w rodzaju przedwczesnej agonii. Według jednych miał niespodziewanie zawołać: »Dusza moja jest zatrwożona. Ojcze, wybaw mnie od tej godziny!«[1052]. Mniemano, iż w tej chwili dał się słyszeć głos z nieba; inni mówili, że zstąpił na ziemię anioł, aby go pocieszyć[1053]. Według bardzo rozpowszechnionej wersyi zdarzyło się to w ogrodzie Getsemane. Jezus miał oddalić się o rzut kamienia od śpiących uczniów, wziąwszy ze sobą tylko Kefasa i obu synów Zebedeusza. Modlił się z twarzą ku ziemi pochyloną. Ogarnął go śmiertelny smutek; doznawał straszliwego lęku; ale zwyciężyła rezygnacya i niebiańska wola[1054]. Instynkt artystyczny synoptyków, którzy często za normę przyjmowali prawdopodobieństwo i skutek, przeniósł tę scenę na ostatnią noc Jezusa, na chwilę przed jego pojmaniem. Gdyby to było prawdą, wtedy nie możnaby zrozumieć, dlaczego Jan, który miał być świadkiem tej wzruszającej sceny, szeroko opisując wieczór czwartkowy, nic o niej nie wspomina[1055]. Da się więc tylko powiedzieć, że w tych ostatnich dniach Jezus uczuwał okropne brzemię podjętej misyi. Natura ludzka znowu odezwała się w nim na chwilę. Zaczął powątpiewać o swem dziele. Lęk i zwątpienie ogarnęły go i przyprawiły o omdlenie, gorsze od śmierci. Człowiek, który poświęcił dla wielkiej idei swój spokój i uprawnione nadzieje życiowe, uczuwa zawsze chwile smutnego upadku, gdy mu po raz pierwszy ukaże się widmo śmierci i gdy to widmo usiłuje go przekonać, że wszystko jest marnością. A może w tej chwili nawiedziło go jedno z tych wspomnień wzruszających, które nachodzą najsilniejszych a ranią jak miecze? Może wspomniał owe kryształowe źródła Galilei, w których mógł był szukać odświeżenia? Cienie figi lub winnej macicy, pod któremi siadywał? Dziewice młode, które mogły były go pokochać? Może przeklinał swój los, który mu odjął wszelkie radości ludzkie? Czy żal mu było swej duszy podniosłej i, ofiara wielkości, płakał, że nie został prostym rzemieślnikiem z miasteczka Nazaret? Nie wiemy. Gdyż wszystkie te wewnętrzne rozterki były, jak się zdaje, dla jego uczniów księgą zamkniętą na siedm pieczęci. Nie rozumieli go wcale, a to, co w duszy mistrza było im ciemne, objaśniali sobie w najnaiwniejszy sposób. Ale i to nie ulega wątpliwości, że boska jego natura zmogła się niebawem. Mógł był jeszcze uniknąć śmierci; ale nie chciał. Miłość, którą uczuwał dla swej misyi, odniosła zwycięztwo. Zdecydował się wypić kielich aż do dna. Potem widzimy go już silnym i zdecydowanym. Już są zapomniane sztuczki polemisty, łatwowierność cudotwórcy i wyganiacza dyabłów. Już teraz jest on tylko niezrównanym bohaterem cierpienia, twórcą wolności ducha i sumienia, doskonałym wzorem dla wszystkich, którzy cierpią, którzy szukają pokrzepienia i pocieszenia.

Tryumf w Betfage, śmiałość ludzi z prowincyi, którzy przed bramami stołecznemi Jerozolimy uroczyście przyjąć chcieli przybywającego Króla-Mesyasza, oburzyła do najwyższego stopnia Faryzeuszów i arystokracyę duchowną. We środę (12 dnia miesiąca Nizan) odbyła się u Józefa Kajafy nowa narada[1056]. Postanowiono kazać bezzwłocznie pojmać Jezusa. Wszystkie te środki zostały przedsięwzięte z całem poczuciem konserwatywnej przezorności i dbania o ład. Chodziło o to, aby przedewszystkiem uniknąć rozgłosu. Ponieważ święto Paschy w tym roku rozpoczynało się w piątek wieczorem, a takie święta zaprzątają umysły, przeto postanowiono ubiedz ten dzień. Jezus był osobistością popularną[1057]; obawiano się zamieszek ludowych. Dlatego postanowiono go pojmać nazajutrz, t. j. w czwartek. Postanowiono także nie aresztować go w świątyni, do której codziennie zachodził[1058], ale zbadawszy jego zwyczaje, ująć go gdzieś na uboczu. Ajenci kapłanów starali się wybadać uczniów w nadziei, że dzięki ich słabości lub naiwności dowiedzą się tego, co im było potrzebne. I odnaleźli takiego w Judaszu z Keriot. Ten nieszczęśliwiec z łatwo zrozumiałych względów podał im wszystkie potrzebne szczegóły a nawet, (choć takie łotrostwo jest poprostu nie do wiary), obowiązał się poprowadzić oddział, mający pojmać Jezusa. Okropne wspomnienie, które ten zły, czy głupi człowiek wyrył w duszy chrześcian, zostało niezawodnie nieco przesadzone. Aż dotąd Judasz był takim uczniem, jak wszyscy inni; miał nawet tytuł apostoła; robił cuda i wypędzał dyabłów. Legenda, która się zawsze lubuje w barwach jaskrawych, mogła nam na ostatniej wieczerzy przedstawić tylko jedenastu świętych i jednego upadłego. Rzeczywistość nie zna tak kategorycznego podziału. Podobnego czynu skąpstwo nie tłómaczy, ów motyw, podawany przez synoptyków. Trudno pojąć, aby skarbnik, który przez śmierć mistrza tracił zyski płynące z zajmowanego stanowiska[1059], mógł był poświęcić je za tak drobną sumę[1060]. A może Judasz czuł się dotkniętym za naganę, jaką otrzymał podczas uczty w Betanii? Ale i to nie jest powód dostateczny. Jan chce Judasza od samego początku przedstawić jako złodzieja i niedowiarka[1061], co jest pozbawione wszelkiego prawdopodobieństwa. Raczej jakieś uczucie zawiści, jakaś uraza. Przypuszczenie to potwierdza opowieść Jana o nienawiści, jaką Judasz żywił do Jezusa[1062]. Posiadając mniej czyste serce, niż inni, mógł Judasz dojść do tej małoduszności, do jakiej doprowadza ludzi podobny urząd. Ciasnota urzędnicza sprawia, że człowiek stawia wyżej interes kasy, niż interes dzieła, któremu ona ma służyć. W Judaszu skarbnik zabił Apostoła. Z szemrania jego w Betanii da się wywnioskować, iż mógł był mniemać, że mistrz za drogo kosztuje kółko duchowe. Nie ulega wątpliwości, że ta małoduszna oszczędność wywołała jeszcze inne zajścia w owej gromadce.

Nie przecząc bynajmniej, że Judasz z Keriot przyczynił się do pojmania Jezusa, mniemam jednak, iż tkwi coś niesprawiedliwego w tych klątwach, które spadają na jego głowę. Krok jego był może bardziej niezręcznym, niż złym. Poczucie moralne człowieka z gminu jest żywe i sprawiedliwe, ale niespokojne i niekonsekwentne. Człowiek taki nie może się oprzeć chwilowemu rozdrażnieniu. Tajne związki republikańskie były wykwitem nawskróś szczerych przekonań a jednak i tam pojawiali się liczni zdrajcy. Jakaś obraza zamieniała spiskowca na denuncyanta. Ale gdyby nawet głupia żądza posiadania owej drobnej sumki była pomieszała rozum biednemu Judaszowi z Keriot, to jednak nie był on pozbawiony uczuć moralnych, skoro, postrzegłszy skutki swego błędu, żałował[1063] i, jak powiadają, odebrał sobie życie.

Odtąd każda następna chwila jest uroczysta i ważyła w dziejach ludzkości więcej, niż całe stulecia. Doszliśmy do czwartku, 13 dnia miesiąca Nizan (2 kwietnia). Następnego dnia o zmierzchu poczynała się Pascha ucztą, podczas której spożywano baranka. Święta trwać miały siedm dni, podczas których jada się chleb niekwaszony. Pierwszy i ostatni dzień świąt bywał szczególnie uroczyście obchodzony. Uczniowie robili już przygotowanie do tych świąt[1064]. Jezus, jak się zdaje, wiedział już o zdradzie Judasza i oczekiwał swego losu. Wieczorem odprawił z uczniami ostatnią ucztę. Nie była to owa wieczerza rytualna Paschy, jak dawniej przypuszczano, gdyż omylono się w rachunkach o jeden dzień[1065]; ale dla pierwotnego kościoła wieczerza czwartkowa była ową prawdziwą wieczerzą wielkanocną, pieczęcią Nowego Zakonu. Każdy uczeń zachował o niej najdroższe wspomnienia, zebrano cały szereg wzruszających faktów, charakteryzujących mistrza, co razem wzięte stało się fundamentem chrześciańskiej pobożności, punktem wyjścia dla płodnej instytucyi.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że serce mistrza wezbrało wtedy najszczytniejszą miłością dla otaczającego go małego kościoła[1066]. I lżej się uczyniło jego silnej duszy, którą gnębiły ciężkie przeczucia. Dla każdego ze swych przyjaciół miał jakieś dobrotliwe słowo. Szczególniej czule zwracał się do dwóch, do Piotra i Jana. Jan (przynajmniej tak nas zapewnia) spoczywał na łożu obok mistrza i opierał głowę na jego łonie. Pod koniec wieczerzy zdradził się niemal Jezus z tajemnicą, która mu ciążyła na sercu: »Zaprawdę«, rzekł, »mówię wam, jeden z was mnie zdradzi«[1067]. Dla tych prostaków był to moment powszechnej trwogi; patrzyli po sobie pytającemi oczyma. Judasz był przy tem obecny; może Jezus, który go już podejrzywał od jakiegoś czasu, chciał go zbadać, chciał dociec prawdy z jego zakłopotanego spojrzenia i zmieszanej twarzy. Ale niewierny uczeń nie stracił zimnej krwi; podobno miał odwagę spytać razem z innymi: »Rabbi, czy to ja?«

Ale prawa dusza Piotra była jak na torturach. Dał znak Janowi, aby wybadał mistrza, kogo ma na myśli. Jan, który mógł był rozmawiać z Jezusem, nie będąc przez innych słyszanym, prosił go o wyjaśnienie. Ale Jezus, który tylko podejrzywał, nie chciał wymienić żadnego nazwiska; rzekł jedynie Janowi, aby dał baczenie na tego, któremu poda umaczany chleb. I zaraz, umoczywszy kawałek, podał Judaszowi. Wiedzieli o tem tylko Jan i Piotr. Jezus skierował do Judasza kilka słów, zawierających krwawy wyrzut, ale inni tego nie zrozumieli. Mniemano, że Jezus dał mu zlecenia w sprawie przygotowań świątecznych i że z tego powodu Judasz zaraz potem wyszedł[1068].

Na razie wieczerza nie przyniosła dla nikogo zdarzeń niespodzianych i szczególnych, z wyjątkiem owych obaw, które mistrz wyjawił uczniom, ale których oni należycie nie zrozumieli. Wszelako po śmierci Jezusa nabrała ona wielkiego znaczenia a imaginacya wiernej garstki opromieniła ją mistycznym blaskiem. Ostatnie chwile drogich osób odzywają się zawsze najżywiej w ludzkiej pamięci. Wskutek szczególnego złudzenia nadaje się wtedy rozmowom znaczenie, jakie im nadać mogła tylko śmierć; wspomnienia z kilku lat stapiają się do wspomnień kilku chwil. Większość uczniów nie widziała już po tej wieczerzy Jezusa. To była wieczerza pożegnalna. I tym razem Jezus łamał się z nimi chlebem, co tchnęło jakąś tajemniczością. Ponieważ dawniej mniemano, że wieczerza owa odbyła się w dzień Paschy, że była zatem wieczerzą wielkanocną, przeto nasunęła się myśl bardzo naturalna, że w tej ostatniej chwili nastąpiło ustanowienie sakramentu Wieczerzy Pańskiej. Przypuszczano, że Jezus wiedział, kiedy umrze; przeto uczniowie byli przekonani, że na ostatnią godzinę zachował cały szereg ważnych rzeczy. Ponieważ wreszcie wychodzono z zasady, że śmierć Jezusa była ofiarą, która miała odtąd zastąpić ofiary Starego Zakonu, przeto »Wieczerza Pańska«, o której mniemano, że zdarzyła się raz jeden na zawsze w wigilię męki, została uznana za ofiarę par excellence, za dokonany akt Nowego Zakonu, za symbol przelanej krwi dla zbawienia wszystkich[1069]. Chleb i wino, w połączeniu ze śmiercią, stały się symbolem Nowego Testamentu, opieczętowanego przez mistrza męką ofiarną, stały się pamiątką ofiary Chrystusowej aż do jego powtórnego przyjścia[1070].

Już dość wcześnie zostało to misteryum ujęte w słowa sakramentalne, które posiadamy w czterech bardzo podobnych do siebie formach[1071]. Jan, który tak był przejęty ideą Wieczerzy Pańskiej[1072], który ostatnią wieczerzę opisuje z takimi szczegółami, drobiazgami, rozmowami[1073], który ma tu dla nas znaczenie naocznego świadka, Jan, powtarzamy, nie zna tych słów sakramentalnych. Stanowi to dowód, że nie mniemał, aby w czasie Ostatniej Wieczerzy został ustanowiony sakrament eucharystyi. Dla niego częścią obrzędową wieczerzy jest umycie nóg. Możliwe, że u rodzin chrześciańskich pierwszych czasów obrządek ten miał znaczenie, które się potem zatarło[1074]. Niezawodnie umycie nóg zostało wywołane czemś okolicznościowem i że Jezus chciał uczniom dać wskazówkę, jak mają się wzajemnie po bratersku obsługiwać. Przeniesiono to jednak na wigilię jego śmierci z tą tendencyą, aby wszystkie wielkie duchowe i rytualne przykazania Jezusa ugrupować około owej ostatniej wieczerzy.

Zresztą wszystkie te wspomnienia, odnoszące się rzekomo do ostatnich chwil Jezusa i do jego śmierci, tchną szczytnem uczuciem prawdziwej miłości chrześciańskiej, zgody i braterstwa[1075]. Zawsze jest zgoda, zalecona przez niego, lub przez duchem jego owiany kościół, główną osią wszystkich symbolów i orzeczeń, które tradycya chrześciańska odnosi do tej chwili świętej. »Przykazanie nowe daję wam«, mówił, »abyście się wspólnie miłowali, jakom was umiłował. Po tem poznają was wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu. Już was nie będę zwał sługami, bo sługi i pana nie łączy zaufanie; lecz was nazywam przyjacioły, bo wszystko, com słyszał od ojca mego, oznajmiłem wam. Jedno wam tedy przykazuję, abyście się wspólnie miłowali«[1076]. Jeszcze i wtedy pojawiły się antagonizmy i spory o pierwszeństwo[1077]. Jezus zwrócił ich uwagę na to, że jeżeli mistrz uważa się za sługę uczniów, to tem bardziej uczniowie winni sobie wzajemnie robić ustępstwa. Jedni twierdzą, że pijąc wino rzekł: »Nie będę pił odtychmiast z tego owocu winnej macice, aż do dnia onego, gdy go będę pił z wami nowy w królestwie ojca mego«[1078]. Inni znowu twierdzą, iż przyobiecał im niebawem ucztę niebieską, podczas której będą siedzieli na tronach koło niego[1079].

Zdaje się, że pod koniec wieczerzy niepokój Jezusa udzielił się także uczniom. Wszyscy czuli, że mistrzowi grozi wielkie niebezpieczeństwo i że się zbliża chwila krytyczna. Na moment Jezus myślał o środkach zaradczych; mówił nawet o mieczach. A miano dwa. Rzekł na to: »Dosyć jest«[1080]. Ale nie poszedł za tą myślą; zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że płochliwi wieśniacy nie sprostają zbrojnej sile władzy jerozolimskiej. Kefas, pełen odwagi i ufności, przysięgał, że pójdzie za nim do więzienia i na śmierć. Jezus wyraził w właściwy sobie sposób pewne powątpiewania co do tego. Według tradycyi, której źródłem był może sam Piotr, miał mu Jezus wtedy wywróżyć wierność aż do pierwszego piania kurów[1081]. Ale wszyscy przysięgli wzorem Kefasa, że nie okażą słabości.



ROZDZIAŁ XXIV.
Pojmanie i proces Jezusa.

Już noc zapadła[1082], kiedy wstano od wieczerzy[1083]. Jezus wraz z uczniami udał się swoim zwyczajem przez Dolinę Cedronu do ogrodu Getsemane, położonego u stóp Góry Oliwnej[1084]. Tu usiadł. Zachowując wciąż bezmierną przewagę nad swoimi przyjaciółmi, czuwał i modlił się. Oni natomiast rozłożyli się obok niego i posnęli. Nagle przy blasku pochodni ukazała się zbrojna tłuszcza. Była to zaopatrzona w kije służba świątyni, coś w rodzaju policyi, którą pozostawiono kapłanom; towarzyszył im oddział rzymskich żołnierzy z dowódcą na czele; rozkaz aresztowania został wydany przez arcykapłana i sanhedryn[1085]. Judasz, który znał wszystkie zwyczaje Jezusa, wskazał im to miejsce jako najdogodniejsze do pojmania. Według jednozgodnej tradycyi pierwszej epoki chrześciaństwa, sam szedł na czele zbirów[1086]; według niektórych[1087] miał się tak daleko posunąć w swej podłości, że złożył na twarzy Jezusa zdrajczy pocałunek. Jakkolwiek się to miało, jedno jest pewne, że uczniowie próbowali z początku stawić opór[1088]. Jeden z nich (podług świadków naocznych Piotr)[1089], sięgnął po miecz i zranił w ucho Maleka, sługę arcykapłana. Ale Jezus położył koniec tym usiłowaniom. Sam się oddał w ręce żołnierzy. Słabi i niezdolni do walki uczniowie, zwłaszcza z tak przeważającą siłą, uciekli i rozproszyli się. Tylko Piotr i Jan trzymali się w pobliżu, nie tracąc mistrza z oczu. Szedł za nimi jeszcze jakiś człowiek, młody, nieznany, przybrany w lekką suknię. Zbiry chciały go pojmać; ale on zbiegł, pozostawiając szatę w ich rękach[1090].

Środki podjęte przez kapłanów przeciw Jezusowi, były zgodne z prawem. Znajdujemy w Talmudzie bardzo szczegółowo opisany proces przeciwko uwodzicielowi (Mesyt), który targa się na czystość religii; naiwna bezczelność tych opisów wywołuje uśmiech. Przebiegłość sędziowska jest tu podana za podstawę dochodzenia karnego. Gdy oskarżono kogoś o »uwodzicielstwo« religijne, sprowadzano dwóch świadków i stawiano ich za przepierzeniem; następnie wprowadzano oskarżonego do sąsiedniej izby, aby był słyszany przez świadków, nie widząc ich. Następnie zapalano przy nim dwie świece, aby było dokładnie stwierdzone, że świadkowie go »widzą«[1091]. Następnie kazano mu powtórzyć bluźnierstwo. Potem wzywano go, aby je odwołał. Skoro nie chciał tego uczynić, świadkowie, którzy go słyszeli, prowadzili go do sądu, a ten wydawał na niego wyrok śmierci przez ukamienowanie. Talmud czyni uwagę, że środek ten zastosowano także względem Jezusa, że został on skazany na podstawie świadectwa dwóch świadków, że wreszcie użycie tego sposobu świadczenia miało miejsce tylko wtedy, gdy chodziło o »uwodzicielstwo« religijne[1092].

Dowiadujemy się także od uczniów Jezusa, że zbrodnia, jaką mu zarzucano, była »uwodzicielstwem«[1093]; z wyjątkiem kilku drobiazgów, będących wytworem fantazyi rabinów, cała relacya ewangieliczna, tycząca procesu, zgadza się z Talmudem. Plan nieprzyjaciół Jezusa polegał na tem, aby go na podstawie zeznań świadków a także jego osobistych, oskarżyć o bluźnierstwo oraz o podkopywanie religii Mojżeszowej, następnie, aby go zgodnie z prawem skazać na śmierć i wreszcie uzyskać od Piłata potwierdzenie tego wyroku. Władza duchowieństwa spoczywała, jak już to zaznaczyliśmy, całkowicie w rękach Hanana. Rozkaz aresztowania Jezusa prawdopodobnie także przez niego został wydany. Toteż najpierw stawiono Jezusa przed tą potężną osobistością osobistością[1094]. Hanan wypytywał go o rodzaj jego nauki i o uczniów. Ze słuszną dumą Jezus odmówił udzielenia długich wyjaśnień. Powołał się na swe publiczne przemówienia; oświadczył, iż nie udzielał żadnych nauk sekretnych; żądał od byłego arcykapłana, aby rozpytał tych, którzy nauk jego słuchali. Odpowiedź ta była zupełnie naturalna; ale ze względu na nadzwyczajną czołobitność, jaką okazywano arcykapłanowi, wydała się ona zbyt śmiałą; to też jeden z obecnych miał wymierzyć Jezusowi policzek.

Piotr i Jan szli za mistrzem aż do progu domu Hanana. Jan, którego tu znano, został bez trudności wpuszczony; ale Piotra zatrzymano u drzwi, a Jan musiał się za nim wstawiać, aby go wpuszczono. Noc była chłodna. Piotr pozostał w sieniach i grzał się przy ognisku, dokoła którego skupili się domownicy. Wnet poznano w nim ucznia oskarżonego. Nieszczęśliwy, którego zdradzał akcent galilejski, zarzucony pytaniami przez sługi, z których jeden był krewnym Maleka i widział go w ogrodzie Getsemane, zaparł się trzykrotnie Jezusa i zapewniał, że nie miał z nim żadnych stosunków. Mniemał, iż Jezus nie mógł go słyszeć; nie zastanowił się także nad tem, że podobne tchórzostwo było w najwyższym stopniu niewłaściwe. Ale dobra jego natura uświadomiła mu niebawem błąd, jaki popełnił. Prócz tego przypadkowa okoliczność, pianie kura, przypomniało mu słowa Jezusa, skierowane do niego tak niedawno. Głęboko poruszony wyszedł i zaczął gorzko płakać[1095].

Aczkolwiek właściwym sprawcą morderstwa sądowego był Hanan, nie miał on jednak władzy skazania Jezusa na śmierć; odesłał go do swego zięcia Kajafy, który posiadał oficyalny tytuł arcykapłana. Człowiek ten, ślepe narzędzie swego świekra, musiał naturalnie wszystko potwierdzić. Sanhedryn był u niego zebrany[1096]. Sprawę tedy rozpoczęto; przed trybunałem zjawili się świadkowie, przygotowani do tego przedtem według sposobów podanych przez Talmud. Fatalne słowa, które był Jezus istotnie wypowiedział: »Zburzę świątynię Boga i odbuduję ją w trzy dni« zostały zaświadczone przez dwóch świadków. Bluźnić świątyni Boga było według prawa żydowskiego tem samem, co bluźnić samemu Bogu[1097]. Jezus milczał i nie chciał słów tych wyjaśnić. Jeżeli mamy wierzyć jednej z relacyj, to arcykapłan go zaklął, aby powiedział, czy jest Mesyaszem; Jezus miał to potwierdzić i przed całem zgromadzeniem zapowiedzieć bliskość królestwa bożego[1098]. Ze względu na to, że Jezus zdecydował się na śmierć, było to niepotrzebne. Daleko jest prawdopodobniejsze, że milczał jak u Hanana. Cechowało to wogóle jego zachowanie w chwilach ostatnich. Wyrok był już postanowiony; szło tylko o upozorowanie go. Jezus to czuł i dlatego nie usiłował się próżno bronić. Ze stanowiska prawowiernego judaizmu był on rzeczywiście bluźniercą, targającym się na istniejący kult; otóż taka zbrodnia była przez prawo karana śmiercią[1099]. Zgromadzenie uznało go jednogłośnie za winnego zbrodni głównej. Ci członkowie rady, którzy mu sprzyjali, byli nieobecni, albo też wstrzymali się od głosowania[1100]. Stare arystokracje nie zastanawiają się długo nad wyrokiem i jego skutkami. Wtedy życie ludzkie poświęcano z wielką łatwością; członkowie Sanhedrynu prawdopodobnie zupełnie o tem nie myśleli, że ich wnukowie będą musieli oburzonym czasom późniejszym zdać rachunek z tak lekkomyślnie wydanego wyroku.

Sanhedryn nie miał prawa wykonać wyroku[1101]. Ale wobec zamięszania, jakie wtedy co do kompetencyi panowało w Judei, Jezus od tej chwili uchodził już za skazańca. Przez resztę nocy był wydany na pastwę służby, która nie oszczędziła mu żadnej zniewagi[1102].

Nazajutrz rano zebrali się znowu na naradę najstarsi kapłani i arystokracya[1103]. Szło o to, aby uzyskać od Piłata potwierdzenie wyroku, wydanego przez Sanhedryn, gdyż od czasu okupacyi rzymskiej wyrok taki nie miałby żadnego znaczenia bez potwierdzenia ze strony wielkorządcy. Prokuratorowi nie przysługiwało właściwie prawo miecza, jak legatowi. Ale Jezus nie był obywatelem rzymskim; przeto potwierdzenie takiego wyroku było możliwe. Jest to rzecz zwykła, że jeżeli jeden naród podbije drugi a u podbitego narodu prawo kanoniczne jest zarazem prawem cywilnem, to się je otacza pewną opieką; tak też uczynili Rzymianie z prawem żydowskiem. Rzymskiego prawa nie narzucano Żydom. Podlegali oni prawu kanonicznemu, które znajdujemy zapisane w talmudzie, podobnie jak i dziś jeszcze Arabowie z Algeryi podlegają prawu Islamu. Chociaż Rzymianie wykazywali w sprawach religijnych zupełną obojętność, potwierdzali jednak dość często wyroki za przekroczenia religijne. Sytuacya była podobna do tej, jaką znajdujemy w świętych miastach Indyi pod panowaniem Anglików, albo jaka byłaby w Damaszku, gdyby Syrya została zawojowana przez jakie mocarstwo europejskie. Józef Flaviusz twierdzi (co się jednak wydaje wątpliwem), że jeżeli Rzymianin posunął się w świątyni po za miejsce, do którego wolno mu było wchodzić, o czem ostrzegały tablice, to sami Rzymianie wydawali go Żydom, aby był karany śmiercią[1104].

Ajenci kapłanów związali tedy Jezusa i poprowadzili do pretoryi, która mieściła się w dawnym pałacu Heroda i połączona była z wieżą Antonia[1105]. Był to poranek dnia, w którym miano spożywać baranka wielkanocnego (więc piątek dnia 14 miesiąca Nizan, czyli 8 kwietnia). Gdyby Żydzi byli weszli do pretoryi, byliby według swego mniemania zanieczyszczeni i nie mogliby obchodzić świąt. Pozostali tedy na zewnątrz[1106]. Piłat, dowiedziawszy się o ich przybyciu, wystąpił na bimę[1107] czyli trybunał na otwartem powietrzu[1108]; miejsce to zwano Gabbata, lub po grecku Litostrotos, gdyż było wyłożone płytami kamiennemi.

Zaledwie poinformował się o rodzaju oskarżenia, okazał zaraz zły humor, że go wciągnięto w podobną sprawę[1109]. Następnie zamknął się z Jezusem w pretoryi. Tu miała miejsce rozmowa, której treść jest nam nieznana; żaden naoczny świadek nie mógł był jej zakomunikować uczniom; wszelako ton jej, jak się zdaje, Jan dobrze odgadł. Jego relacya jest bowiem całkiem zgodna z wiadomościami historycznemi, które nas doszły o wzajemnym stosunku tych dwóch ludzi.

Prokurator Pontius, z przydomkiem Pilatus, prawdopodobnie od słowa pilum t. j. włóczni honorowej, którą jeden z jego przodków został odznaczony[1110], nie miał dotąd żadnych stosunków z nową sektą. Był on zupełnie obojętny względem wewnętrznych sporów żydowskich a we wszystkich ruchach sekciarskich widział tylko działanie bezgranicznej fantazyi, zaćmienie rozumu. Wogóle nie lubił Żydów. Ale Żydzi nienawidzili go jeszcze bardziej; twierdzili, że jest twardy, wzgardliwy, gwałtowny; oskarżali go o niemożliwe zbrodnie[1111]. Jerozolima jako środowisko fermentu ludowego była miastem nawskróś rewolucyjnem a jako miejsce pobytu dla cudzoziemców wprost nieznośnem. Fanatycy mniemali, że nowy prokurator chce usunąć prawo żydowskie[1112]. Ich ograniczony, pełen żarliwości religijnej a zaprawiony nienawiścią umysł, oburzał się przeciw wysokiemu poczuciu sprawiedliwości i obywatelskiej administracyi, które cechowało nawet przeciętnego Rzymianina. Wszystkie znane nam czyny Piłata dowodzą, że był dobrym administratorem[1113]. W pierwszych chwilach swego rządu miał różne zatargi ze swymi poddanymi, czemu jednak niebawem i to w dość brutalny sposób koniec położył, choć w gruncie rzeczy miał słuszność. Musiał uważać Żydów za wsteczników; zapatrywał się na nich prawdopodobnie, jak dawniej liberalny prefekt zapatrywał się na mieszkańców Niższej Bretanii, którzy z powodu nowej ulicy lub nowej szkoły rwali się do rewolucyi. Ożywiony jak najlepszymi projektami, mającymi na celu dobro kraju, zwłaszcza w kierunku robót publicznych, spotykał nieprzepartą zaporę w Zakonie. Zakon krępował wszelkie życie i to do tego stopnia, że występował przeciw wszelkim zmianom, przeciw wszelkim udoskonaleniom. Nawet najbardziej użyteczne budowle rzymskie były przedmiotem największych nienawiści żydowskich zelantów[1114]. Dwie tablice pamiątkowe z napisami, które kazał umieścić na swej rezydencyi, sąsiadującej z świętym murem, wywołały jeszcze większą burzę[1115]. Z początku Piłat zwracał mało uwagi na tę drażliwość Żydów; tłumił ją w sposób krwawy, co też potem spowodowało jego usunięcie[1116]. Ale doświadczenie, które nabył śród takich zatargów, nauczyło go być ostrożnym w postanowieniach z ludem upartym, który się mścił na swych władcach, zmuszając ich do niesłychanej surowości. Więc prokurator był bardzo niezadowolony, że z powodu prawa, które nienawidził, będzie musiał wystąpić znowu w roli okrutnika[1117]. Wiedział, że skoro fanatyzm religijny wydobędzie od zarządu cywilnego jakiś gwałt, to potem zrzuci na niego całą odpowiedzialność i niemal go o ten gwałt oskarży[1118]. Szczyt niesprawiedliwości! Czyż w podobnych sprawach nie jest istotnym winowajcą ten, który się gwałtu domaga?

Dlatego Piłat chciał ratować Jezusa. Może spokój i godność oskarżonego wywarły na nim wrażenie. Według jednej tradycyi[1119] miała żona prokuratora ująć się za Jezusem. Mogła widywać łagodnego Galilejczyka z okien pałacu, wychodzących wprost na przedsionki świątyni. Może widywała go w swych snach i żal jej było krwi tego młodego, pięknego mężczyzny. W każdym razie jest to fakt, że Piłat był dla Jezusa dobrze usposobiony. Jako gubernator przesłuchał go z całą przychylnością i z chęcią użycia wszystkich środków, aby go uwolnić.

Tytuł »król żydowski«, którego Jezus sobie nigdy nie nadawał, ale który Żydzi przedstawiali jako najcharakterystyczniejszą cechę całej jego działalności i zabiegów, był z natury rzeczy najlepszym sposobem podburzenia na Jezusa władzy rzymskiej. Starano się go zatem przedstawić jako agitatora i przestępcę politycznego. Było to oskarżenie najniesprawiedliwsze; Jezus bowiem uznawał zawsze władzę rzymską. Ale stronnictwa religijno-konserwatywne nie cofają się przed żadnem oszczerstwem. Wyciągano z jego nauki najniemożliwsze wnioski; ogłoszono go za ucznia Judasza Gaulonity; twierdzono, iż zakazywał płacić cesarzowi podatek[1120]. Piłat zapytał go, czy uważa się istotnie za króla żydowskiego[1121]. Jezus nie krył się bynajmniej z tem, co myślał. Ale owa wielka dwuznaczność, która stanowiła jego siłę a po jego śmierci miała stworzyć jego królestwo, tym razem zgubiła go. Idealista, to znaczy nie odróżniający ducha od materyi, mający uzbrojone usta, jak powiada Apokalipsa, w miecz obosieczny, nie uspokoił nigdy dostatecznie władzy świeckiej. Jeżeli wierzyć Janowi, miał się on przyznać do swego królestwa, ale zarazem dodał te słowa głębokie: »Królestwo moje nie jest z tego świata«. Następnie wyjaśnił rodzaj tego królestwa, że ograniczało się wyłącznie do posiadania prawdy i głoszenia jej. Tego wyższego idealizmu[1122] Piłat nie zrozumiał. Jezus wydał mu się prawdopodobnie nieszkodliwym marzycielem. Zupełny brak prozelityzmu u Rzymian owoczesnych sprawił, iż dążenie do prawdy wydawało się im jakąś chimerą. Nudziły ich takie wywody i wydawały się im całkiem pozbawione sensu. Nie pojmowali zupełnie, że w podobnych spekulacyach tkwił rewolucyjny pierwiastek, nie mieli tedy powodu występować z represaliami. Cała ich niechęć kierowała się przeciw tym, którzy przychodzili do nich z żądaniem karania podobnie czczych subtelności. Jeszcze w dwadzieścia lat później Gallion w ten sam sposób postępował z Żydami[1123]. Aż do zburzenia Jerozolimy władza rzymska trzymała się zasady niemięszania się do sekciarskich sporów Żydów[1124].

Gubernatorowi nasunął się wybieg, aby własne życzenia uzgodnić z życzeniami ludu. Istniał zwyczaj, że na święto Paschy wydawano ludowi jednego więźnia. Ponieważ Piłat wiedział, że Jezusa ściga tylko zawiść duchowieństwa[1125], przeto chciał wyzyskać ten zwyczaj na jego korzyść. Wyszedł tedy znowu na bimę i zaproponował tłumowi, by uwolnić »króla żydowskiego«. Propozycya ta zawierała nietylko pewną dozę wielkoduszności, ale także ironii. Kapłani poczuli niebezpieczeństwo. Działali szybko[1126]; aby zniweczyć plan Piłata, podszepnęli tłumowi nazwisko popularnego w Jerozolimie więźnia. Szczególnym zbiegiem okoliczności i on się nazywał Jezus[1127] a miał prócz tego przydomek Bar-Abba albo Bar-Rabban[1128]. Była to osobistość bardzo znana[1129]; został uwięziony z powodu wszczęcia rozruchu i dokonania morderstwa[1130]. Powstał tedy wrzask: »Nie tego; lecz Jezusa Bar-Rabban«. Piłat był tedy zmuszony wydać ludowi Jezusa Bar-Rabbana.

Wpadał w coraz trudniejsze położenie. Obawiał się okazać zbyt względnym dla człowieka, którego oskarżono o podawanie się za »króla żydowskiego«. Zresztą każdy fanatyzm zmusza, aby się z nim liczono. Piłat mniemał, iż musi zrobić jakieś ustępstwo; ale ponieważ nie chciał przelewu krwi dla zadowolenia ludzi, których nienawidził, przeto starał się sprawę całą ośmieszyć. Celem wyszydzenia pompatycznego tytułu, nadanego Jezusowi, kazał go biczować[1131]. Biczowanie było zazwyczaj wstępem do ukrzyżowania[1132]. Może Piłat chciał wpoić w lud przekonanie, że wyrok jest już zatwierdzony, w nadziei, że wtedy wystarczy ludowi wstępna kara? Toteż, zgodnie z wszystkiemi relacyami, rozegrała się scena oburzająca. Żołnierze przyoblekli Jezusa w czerwony płaszcz, włożyli mu na głowę koronę cierniową a w rękę wetknęli mu trzcinę. W takiem przebraniu wyprowadzono go na trybunę i pokazano ludowi. Żołnierze przechodzili obok niego, bili go po twarzy, przyklękali przed nim i wołali: »Bądź pozdrowion, królu żydowski«[1133]. Inni mieli na niego plwać i bić go trzcinami po głowie. Trudno pojąć, że powaga rzymska posunęła się do takich bezeceństw. Wiadomo, że pod rozkazami Piłata jako prokuratora znajdowały się tylko wojska posiłkowe[1134]. Legioniści, jako rzymscy obywatele nie byliby się zniżyli do czynu tak niegodnego.

Czy Piłat przypuszczał, że przez podobne widowisko zrzuci z siebie odpowiedzialność? Czy miał nadzieję, że powstrzyma cios, wiszący nad głową Jezusa, skoro nasyci nieco nienawiść Żydów?[1135]. Że ośmieszając oskarżenie, wykaże, iż niewarto było brać rzeczy poważnie? Jeżeli tego chciał, to się zawiódł. Powstał tylko jeszcze większy wrzask i rósł, przybierając wprost charakter rozruchu. Ze wszystkich stron wrzał okrzyk: »Ukrzyżuj go, ukrzyżuj!« Kapłani stawali się coraz bardziej natarczywi, oświadczając, iż prawo będzie zagrożone, jeżeli uwodziciel tłumu nie zostanie ukarany śmiercią[1136]. Piłat postrzegł, że dla uratowania Jezusa trzebaby w sposób krwawy stłumić rozruch. Ale chciał jeszcze zyskać na czasie. Powrócił do pretoryi i dowiedział się, skąd Jezus pochodzi, aby mieć pozór do wykazania swej niekompetencyi[1137]. Według tradycyi miał nawet odesłać Jezusa do Antypasa, który wtedy podobno bawił w Jerozolimie[1138]. Jezus nie zwracał zupełnie uwagi na te pełne względów zabiegi; jak u Kajafy, tak i teraz, pogrążył się w milczeniu pełnem powagi i godności, co zadziwiło Piłata. Ale na zewnątrz wrzask stawał się coraz groźniejszym. Mówiono głośno o opieszałości urzędnika, który bierze w obronę wroga cesarza. Najwięksi przeciwnicy władzy rzymskiej przedzierżgnęli się nagle w lojalnych podwładnych Tyberyusza, aby mieli prawo oskarżenia względnego namiestnika o obrazę majestatu. »Niema tu żadnego króla«, wołali, »tylko jest cesarz; kto się podaje za króla, jest przeciwnikiem cesarza. Jeśli tego człowieka namiestnik wypuści, będzie to znak, że nie jest przyjacielem cesarskim«[1139]. Temu nie umiał się już oprzeć słaby Piłat; z góry wiedział, jak zostanie zredagowane oskarżenie, które wrogowie jego poślą do Rzymu; powiedzą, że wspiera rywala Tyberyusza. Już z powodu tablic pamiątkowych Żydzi[1140] napisali skargę do cesarza i zwyciężyli. Więc bał się o swe stanowisko. Wskutek powolności, która ściągnęła na jego imię chłostę historyczną, ustąpił, spychając, jak powiadają, za wszystko odpowiedzialność na Żydów. Ci wedle relacyi Chrześcian przyjęli całkowicie na siebie tę odpowiedzialność, krzycząc: »Niechaj spadnie krew jego na nas i na nasze dzieci!«[1141].

Czy istotnie padły takie słowa? Można powątpiewać. Ale są one wyrazem głębokiej prawdy historycznej. Wobec stanowiska, jakie Rzymianie zajęli w Judei, Piłat nie mógł był nic innego zrobić nad to, co rzeczywiście zrobił. Ileż wyroków śmierci narzuciła władzy świeckiej nietolerancya religijna! Król hiszpański, który dla przypodobania się fanatycznemu klerowi setki swych poddanych pędził na stos, zasłużył bardziej na potępienie, niż Piłat; posiadał bowiem daleko większą władzę, niż posiadali ją Rzymianie w Jerozolimie. Ilekroć władza świecka na życzenie kleru zaczyna prześladować i dręczyć, wykazuje zawsze swoją słabość. Niechaj rząd, który się pod tym względem czuje bez winy, rzuci pierwszy kamieniem na Piłata. »Ramię świeckie«, za którem kryło się okrucieństwo klerykalne, nie jest tu najwinniejsze. Nikt nie może powiedzieć, że czuje wstręt do przelewu krwi, jeżeli każe to robić przez swego sługę.

Więc nie Tyberyusz i nie Piłat potępili Jezusa. Uczyniła to stara partya żydowska; uczyniło to prawo Mojżeszowe. Wedle naszych pojęć nowożytnych odpowiedzialność moralna nie przechodzi z ojca na syna; wobec sprawiedliwości boskiej i ludzkiej każdy odpowiada tylko za swoje czyny. Przeto może każdy Żyd skarżyć się na niesprawiedliwość, którą dziś cierpi z powodu śmierci Jezusa; albowiem byłby on może Szymonem Cyrenejczykiem; a może byłby przynajmniej nie należał do tych, którzy krzyczeli: »ukrzyżuj go!« Ale odpowiedzialność spada tak na całe narody jak na osobniki. Śmierć Jezusa była zbrodnią dokonaną przez naród. Śmierć ta była »legalna«, gdyż wymagało jej przedewszystkiem prawo, które tworzyło duszę ludu. Prawo Mojżeszowe w swej formie nowszej, ale obowiązującej, skazywało na śmierć każdego, kto w istniejącym kulcie chciał zaprowadzić jakąś zmianę. Nie ulega kwestyi, że Jezus targnął się na ten kult i że chciał go zburzyć. Powiedzieli to Żydzi Piłatowi otwarcie i słusznie: »My mamy Zakon a wedle tego Zakonu on powinien umrzeć; że się uczynił Synem Bożym«[1142]. Zakon ten był straszny; ale był to Zakon barbarzyńskiej starożytności, a bohater, który chciał go usunąć, musiał przedewszystkiem poddać się pod jego twardy wyrok.

Ha, trzeba było niemal ośmnastu wieków, aby krew, którą przelał na ofiarę, wydała owoce. Przez cały szereg stuleci wydawano na męki i śmierć w jego imieniu równie szczytnych myślicieli, jak on. Wszak i dziś jeszcze w krajach, które się nazywają chrześciańskimi, wymierzane bywają kary za przestępstwa religijne. Za te zboczenia Jezus odpowiedzialny nie jest. Nie mógł przewidzieć, że ten lub ów naród pojmie go kiedyś jako Molocha, żądnego płonącego mięsa. Chrześciaństwo było nietolerancyjne; ale nietolerancya nie jest rysem znamiennym chrześciaństwa. Jest ona cechą judaizmu, który pierwszy wprowadził zasadę religijnej bezwzględności, aby każdego nowatora, choćby twierdzenia swe popierał cudami, ukamienować bez wyroku[1143]. Prawda, pogaństwo dopuszczało się także gwałtów religijnych. Ale gdyby trzymało się powyższej zasady, czyżby mogło było kiedykolwiek zostać chrześciańskiem? Tym sposobem pięcioksiąg stał się pierwszym kodeksem religijnego teroryzmu. Judaizm dał światu przykład nienaruszalnego, uzbrojonego mieczem dogmatu. Chrześciaństwo byłoby postąpiło daleko konsekwentniej, gdyby nie prześladowało z ślepą nienawiścią Żydów, ale starało się tylko wytępić ducha, który skazał na śmierć założyciela nowego kościoła. Wtedy zaiste byłoby się bez porównania więcej przysłużyło ludzkości!



ROZDZIAŁ XXV.
Śmierć Jezusa.

Chociaż prawdziwe powody śmierci Jezusa były czysto natury religijnej, przecież wrogom jego udało się przedstawić go w pretoryi jako przestępcę państwowego; za nieprawowierność sceptyczny Piłat nie byłby nigdy skazał Jezusa. Zgodnie z takim poglądem kapłani podburzyli tłum, aby się domagano ukrzyżowania Jezusa. Nie była to kara żydowska; według Zakonu Mojżeszowego należało Jezusa ukamienować[1144]. Krzyżowanie było karą rzymską, przeznaczoną dla niewolników, gdy chodziło o to, aby śmierć była szczególnie hańbiąca. Przez skazanie Jezusa na ten rodzaj śmierci, potraktowano go jak rozbójnika, jak bandytę, jak wzgardzonego wroga Rzymian, któremu odmówiono nawet zaszczytu śmierci od miecza[1145]. Ukarano rzekomego »króla żydowskiego« a nie dogmatyka nieprawowiernego. Z tego też powodu wykonanie wyroku pozostawiono Rzymianom. Jak wiadomo, u Rzymian rolę katów powierzano żołnierzom, gdyż zabijanie było ich rzemiosłem. Jezus został więc wydany kohorcie wojsk posiłkowych i musiał przejść najwstrętniejsze katusze, jakie ci zdobywcy wprowadzili do Judei. Było mniej więcej południe[1146]. Znowu go obleczono w jego własne suknie, które mu przedtem zdjęto dla uczynienia widowiska; a ponieważ kohorta miała pod ręką jeszcze dwóch złodziei, którzy byli również wydani na śmierć, przeto na miejsce tracenia poprowadzono wszystkich trzech skazańców razem.

Miejsce to zwało się Golgota, leżało za miastem, ale w pobliżu murów[1147]. Wyraz Golgota oznacza czaszkę; odpowiada on naszemu wyrazowi czasza, a oznaczał prawdopodobnie łyse wzgórze, podobne do czaszy. Nie wiemy dokładnie, gdzie się to miejsce znajdowało. Leżało pewnie za miastem, w stronie północnej, albo północno-wschodniej, na nierównem płaskowzgórzu między dolinami Cedronu i Hinnonu[1148], w okolicy pustej, która tem przykrzejsze wywierała wrażenie, że znajdowała się w pobliżu dużego miasta. Niepodobna przypuścić, aby Golgota znajdowała się w miejscu, które od czasów Konstantyna otacza czcią całe chrześciaństwo[1149]. Miejsce to bowiem leży niemal w obrębie miasta, a w epoce Jezusa leżało na pewno w obrębie samej Jerozolimy[1150].

Człowiek skazany na krzyż musiał sam dźwigać narzędzie kary[1151]. Ale Jezus, słabszy daleko od towarzyszów, nie mógł temu podołać. Pochód natknął się na niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, a żołdacy z barbarzyństwem najeźdźców zmusili go do niesienia fatalnego krzyża. Może przysługiwało im jakieś prawo, może Rzymianie nie byli obowiązani dźwigać hańbiącego drzewa. Zdaje się, że Szymon przyłączył się potem do gminy chrześciańskiej. Albowiem dwaj jego synowie Aleksander i Rufus[1152] byli tam bardzo znani. Może to on jako świadek naoczny zdał chrześcianom relacyę. W tej bowiem chwili nie było przy Jezusie ani jednego ucznia[1153].

Pochód zatrzymał się wreszcie na miejscu egzekucyi. Według zwyczaju żydowskiego podano skazańcom wino silnie zaprawione korzeniami, napój odurzający, do czego skłaniała litość[1154]. Zdaje się, że często kobiety jerozolimskie przynosiły skazańcom ten ostatni napój; gdy go nikt nie podawał, kupowano go na koszt publiczny[1155]. Jezus przytknął usta do napoju; ale skosztowawszy, odsunął go[1156]. Co uchodziło zwykłym skazańcom, nie przystało jego wzniosłej duszy. Wolał umierać z całą świadomością, gdyż chciał umierać. Wtedy zdjęto z niego szaty[1157] i przywiązano go do krzyża. Krzyż składał się z dwóch belek zbitych w poprzek, tworzących kształt litery T[1158]. Nie był on wysoki; nogi ukrzyżowanego dotykały prawie ziemi. Potem krzyż dźwignięto do góry i ustawiono pionowo[1159]; następnie przybito ręce gwoździami; niekiedy przybijano także nogi, ale zwykle przywiązywano je tylko powrozami[1160]. Ciało podpierano klocem, wstawiając go między nogi ukrzyżowanego[1161]. W przeciwnym bowiem wypadku ręce przerwałyby się, a ciało spadłoby na ziemię. Niekiedy przybijano do krzyża deskę, aby na niej oprzeć nogi ukrzyżowanego[1162].

Jezus zniósł te wszystkie okrucieństwa w całym ich rozmiarze. Pożerało go pragnienie, jedna z największych tortur śmierci krzyżowej[1163]. Zażądał napoju. W pobliżu stało naczynie ze zwykłym napojem rzymskich żołnierzy, zwanym posca; był to ocet pomieszany z wodą. Żołnierze rzymscy zabierali z sobą poskę na wszystkie ekspedycye[1164], do których zaliczano także egzekucye. Jeden z żołnierzy umaczał w napoju gąbkę, zatknął ją na trzcinę i podał Jezusowi, który ją wyssał[1165]. Dwaj złodzieje zostali powieszeni po lewej i prawej Jezusa. Egzekutorzy, którym zazwyczaj oddawano szaty (pannicularia) skazańców[1166], losowali o nie, czuwając pod krzyżami[1167]. Według tradycyi Jezus wyrzekł słowa, które miał w sercu, jeżeli nie na ustach: »Ojcze, przebacz im, gdyż nie wiedzą, co czynią«[1168].

Stosownie do rzymskiego zwyczaju umieszczono na szczycie krzyża napis w trzech językach, hebrajskim, łacińskim i greckim: KRÓL ŻYDOWSKI. W słowach tych było coś obrażającego i wzgardliwego dla narodu. Liczni przechodnie czytali je i oburzali się. Kapłani zwrócili uwagę Piłatowi, że powinien był umieścić napis, iż sam Jezus nazwał siebie królem Żydów. Ale Piłat, zniecierpliwiony już całą sprawą, odpowiedział, że napisu nie zmieni[1169].

Uczniowie uciekli. Mimo to Jan twierdzi, iż stał u stóp krzyża do ostatniej chwili[1170]. Natomiast jest daleko pewniejsze, że wierne przyjaciółki z Galilei, które dążyły za Jezusem do Jerozolimy, aby mu i tam służyć, nie opuściły go. Marya Kleofasowa, Marya z Magdala, Joanna, żona Chuzego, Salome i inne, stały w pewnem oddaleniu[1171] i nie spuszczały z niego oczu[1172]. Jeżeli mamy wierzyć Janowi[1173], to stała u stóp krzyża także Marya, matka Jezusowa, a gdy Jezus ją zauważył, oraz gdy zauważył ulubionego ucznia, rzekł do niego: »Oto matka twoja«, a do niej: »Oto twój syn«. Ale w takim razie trudno pojąć, dlaczego synoptycy, wyliczając różne niewiasty, opuścili tę, na której obecność każdy musiał zwrócić uwagę. Może zresztą scena ta wyda się nieprawdopodobną ze względu na silny charakter Jezusa, który nie podlegał czysto osobistym rozczuleniom w chwili, gdy myślał tylko o swem dziele, gdy jedynie oddychał jeszcze dla ludzkości?[1174]

Z wyjątkiem owej nielicznej grupy kobiet, które z oddalenia krzepiły go wzrokiem, miał przed sobą tylko obraz ludzkiej podłości i głupoty. Przechodnie urągali mu. Słyszał dokoła siebie szyderstwa, a z jego ostatniego okrzyku boleści natrząsano się. »Patrzajcie« wołano, »oto ten, który się podawał za Syna Bożego! Niechaj zjawi się jego ojciec i uwolni go!« — »Pomagał innym« wołano z drugiej strony, »a sobie nie może pomóc. Jeżeli jest królem żydowskim, niechaj zestąpi z krzyża, a uwierzymy weń!« — »Hej« krzyczano w innej stronie, »chciałeś zburzyć świątynię i odbudować w trzech dniach, pomóż teraz samemu sobie!«[1175] Jedni, mając niejasne wyobrażenie o jego ideach apokaliptycznych, mniemali, iż wzywa Eliasza; mówili przeto: »Obaczymy, czy przyjdzie Eliasz i wybawi go!« Zdaje się, że i wiszący obok niego złodzieje urągali mu[1176]. Niebo było zachmurzone[1177], ziemia, jak w całej okolicy Jerozolimy, sucha i pustynna. Na chwilę Jezus opadł na duchu, jak nam donoszą niektórzy; chmura zaćmiła mu oblicze Ojca. Przechodził agonię rozpaczy, tysiąc razy cięższą, niż wszelkie inne cierpienia. Widział tylko ludzką niewdzięczność; może żałował, iż cierpiał dla tak nikczemnego plemienia, bo zawołał: »Boże, Boże, czemuś mnie opuścił!« Ale raz jeszcze boski jego instynkt odniósł zwycięstwo. W miarę, jak życie uciekało z ciała, rozpalała się dusza, wracając powoli do swego niebiańskiego źródła. Odzyskał znowu świadomość misyi; ujrzał w swej śmierci zbawienie świata. Stracił z oczu okropne widowisko, które się rozgrywało u jego stóp, a połączony z ojcem nierozerwalnymi węzłami, rozpoczął na drzewie pokuty owe boskie życie, które w sercach ludzkości miało trwać nieskończone wieki.

Największem okrucieństwem kary krzyża było to, iż na owym słupie można się było męczyć trzy i cztery dni[1178]. Krew przestała niebawem płynąć z rąk; rany te nie były śmiertelne. Śmierć następowała z nienaturalnego położenia ciała, z powodu przerażającego bólu głowy i serca; wszystkie członki tężały. Ukrzyżowani, którzy byli silnej kompleksyi, umierali poprostu z głodu[1179]. Właściwy cel tej strasznej kary polegał nie na bezpośredniem zadaniu śmierci lub okaleczeniu, lecz na tem, aby niewolnika z przebitemi rękami, których to rąk nie umiał należycie użyć, stawić pod pręgierzem, aby pod nim zgnił. Ale nikła organizacya Jezusa uchroniła go od tak długiej agonii. Wszystko wskazuje na to, że już po trzech godzinach wskutek pęknięcia żyły sercowej nagle skonał. Jeszcze na kilka chwil przed skonem posiadał głos silny[1180]. Nagle krzyknął okropnie[1181]; jedni posłyszeli: »Ojcze, w twoje ręce oddaję ducha mego«, inni, bardziej przejęci jego misyą, twierdzą, iż słyszeli: »Spełniło się!« Głowa opadła mu na piersi. Skonał.

Spoczywaj w chwale, szlachetny ofiarniku! Dzieło twe zostało dokonane; rozpoczęła się już twoja boskość. Nie lękaj się, że wskutek jakiegoś błędu może jeszcze runąć wznoszona przez ciebie budowa. Stanąłeś już po za granicami ludzkiej słabości, już zaczynasz patrzyć z wyżyn niebiańskiego spokoju na nieobliczalne skutki swej działalności. Za kilka godzin cierpień, które nawet nie dotknęły twej wielkiej duszy, zdobyłeś prawdziwą i najpiękniejszą nieśmiertelność. Przez tysiące lat świat będzie o tobie mówił! Niby sztandar naszych sprzeczności staniesz się symbolem, dokoła którego stoczą się najżarliwsze boje ludzkości. Bardziej żywy, niż za życia, od chwili skonu bardziej kochany, niż w czasie ziemskiej pielgrzymki, staniesz się do pewnego stopnia kamieniem węgielnym ludzkości, że targnąć się na twoje imię, będzie znaczyło to samo, co targnąć się na fundamenty świata. Zniknie granica pomiędzy tobą a Bogiem. Odniósłszy świetny tryumf nad śmiercią, obejmiesz władanie swego królestwa, a za tobą pójdą po drodze, którą sam sobie wytknąłeś, wielowieczni twoi czciciele.



ROZDZIAŁ XXVI.
Jezus w grobie.

Była to wedle naszej rachuby czasu[1182] mniej więcej trzecia godzina po południu, kiedy Jezus wyzionął ducha. Na zasadzie prawa żydowskiego[1183] niewolno było trzymać zwłok dłużej na placu egzekucyi, jak do wieczora tego dnia, w którym odbyła się egzekucya. Tego przepisu Rzymianie prawdopodobnie nie przestrzegali. Ale ponieważ na dzień następny przypadał sabat i to sabat bardzo ważny, przeto Żydzi zwrócili się do władzy[1184] rzymskiej z prośbą, aby takiego dnia podobnym widokiem nie znieważali[1185]. Wysłuchano ich prośby i nakazano przyspieszyć śmierć skazańców a następnie zdjąć ich z krzyżów. Żołdacy wykonali ten rozkaz, wymierzając obu złoczyńcom drugą karę, prędzej działającą niż krzyżowanie, crurifragium czyli przetrącanie goleni, którą to karę wymierzano niewolnikom i jeńcom wojennym[1186]. Ponieważ Jezus już nie żył, więc mu goleni nie łamano. Jeden z żołnierzy przebił mu tylko bok włócznią, aby posiąść zupełną pewność, że i trzeci skazaniec już nie żyje, lub też, aby, jeśli żyje jeszcze, śmierć jego przyspieszyć. Powiadają, że z otwartej rany popłynęła krew z wodą, co uchodziło za znak zgonu.

Jan, który się podaje za naocznego świadka tej sceny[1187], przykłada wielką wagę do owej okoliczności. Faktem jest, iż powątpiewano, czy Jezus istotnie umarł. Ludzie, którzy widywali ukrzyżowanych, mniemali, że w ciągu kilku godzin śmierć nie mogła była nastąpić. Podawano wiele wypadków, w których ludzie, w porę z krzyża zdjęci i energicznie ratowani, przychodzili do siebie[1188]. Tak szybką śmierć Jezusa Origenes uznaje nawet za cud[1189]. To samo zdumienie okazuje Marek[1190]. Prawdę mówiąc, za najlepszy dowód historyczny, że Jezus umarł istotnie, służyć winna podejrzliwa nienawiść jego nieprzyjaciół. Trudno przypuścić, aby się już wtedy obawiali jego zmartwychwstania; natomiast bardzo dbać mogli o to, aby istotnie umarł. Starożytni byli wprawdzie nieszczególnymi formalistami, gdy szło o prawne stwierdzenie, albo o prawidłową administracyę interesów; ale w tym wypadku użyli na pewno wszelkich środków, jakie zalecała ostrożność i przezorność[1191].

Według zwyczajów rzymskich zwłoki powinny tak długo wisieć, dopóki się nie stały łupem ptactwa[1192]. Według prawa żydowskiego, skazańca, zdjętego wieczorem, grzebano w miejscu specyalnie na to przeznaczonem[1193]. Tak byłoby też niezawodnie z Jezusem, gdyby do uczniów jego należeli wyłącznie owi biedni Galilejczycy. Ale widzieliśmy, że mimo niepowodzenia w Jerozolimie posiadał sympatyę kilku wpływowych osób, oczekujących przyjścia Królestwa Bożego, którzy wprawdzie nie podawali się jawnie za jego uczniów, ale go bardzo poważali. Jeden z takich mężów, Józef z małej mieściny Arymatei (Ha-Ramataim)[1194], udał się wieczorem do prokuratora i prosił go o wydanie mu zwłok Jezusa[1195]. Józef był człowiekiem bogatym, szanownym, prócz tego członkiem Sanhedrynu. Według prawa rzymskiego wolno było wydać ciało skazańca temu, kto go zażądał[1196]. Piłat, który nic nie wiedział o crurifragium, był bardzo zdziwiony, że Jezus już umarł; wezwał tedy do siebie centuriona, odkomenderowanego do egzekucyi, aby się od niego dowiedzieć, jak się rzecz miała. Kiedy mu centurion udzielił wyjaśnienia, Piłat uczynił zadość prośbie Józefa. Tymczasem zwłoki zostały już prawdopodobnie zdjęte z krzyża. Wydano je zatem Józefowi, aby uczynił z niemi, co zechce.

W tej chwili znalazł się na miejscu inny cichy przyjaciel Jezusa, Nikodem[1197], który, jak to już widzieliśmy, niejednokrotnie dążył mu z pomocą. Przyniósł z sobą wszystkie przedmioty, potrzebne do balsamowania. Józef i Nikodem pochowali Jezusa według zwyczajów żydowskich, owijając go w źgło, przesycone mirrą i aloesem. Niewiasty galilejskie były obecne[1198], towarzysząc temu obrządkowi okrzykami boleści i płaczem.

Było już późno a wszystko robiono z pośpiechem. Nie wiedziano nawet jeszcze, gdzie zwłoki pochować. Prócz tego pochowanie przeciągnęłoby się w noc, co byłoby znieważeniem sabatu; uczniowie zaś przestrzegali jeszcze surowo przepisy Zakonu. Zdecydowano się tedy na pogrzeb prowizoryczny[1199]. W pobliżu znajdował się ogród a w nim wykuty w skale nowy, piękny grób, w którym nikt jeszcze nie leżał. Prawdopodobnie był on własnością któregoś ze zwolenników Jezusa[1200]. Groby skalne, przeznaczone dla jednego ciała, składały się z jednej komory; ciało składano w framudze, wykutej w ścianie głębnej; framuga posiadała sklepienie[1201] w kształcie łuku. Ponieważ takie groby kuto w skałach, dźwigających się prostopadle, przeto wchód do grobu znajdował się z boku; wejście zasuwano wielkim złomem skalnym. W takim to grobie złożono Jezusa; zasunięto kamień a obecni postanowili wrócić później celem urządzenia pogrzebu właściwego. Ponieważ nazajutrz przypadał sabat, przeto postanowiono uczynić to pojutrze[1202].

Kobiety oddaliły się, zapamiętawszy dokładnie, jak ciało leżało. Resztę wieczoru poświęciły na przygotowanie się do balsamowania zwłok. W sabat spoczywano[1203].

W niedzielę rano wszystkie niewiasty udały się do grobu a najpierwsza Marya Magdalena[1204]. Kamień był odwalony a zwłok nie znalazły w miejcu, na którem zostały złożone. Równocześnie poczęły krążyć śród chrześcian najdziwniejsze pogłoski. Lotem błyskawicy rozeszło się pomiędzy uczniami: »zmartwychwstał!« Miłość jest zawsze matką łatwowierności. Cóż się stało? W Historyi Apostołów zbadamy tę sprawę i poszukamy źródła, z którego wypłynęła legenda o zmartwychwstaniu. Dla historyka kończy się życie Jezusa z jego ostatniem tchnieniem. Ale w sercach uczniów i kilku wiernych niewiast mistrz wyrył taki ślad, że żył dla nich jeszcze całe tygodnie i był im pocieszycielem. Czy zwłoki jego skrycie wyniesiono[1205], czy też potem ów wiecznie łatwowierny entuzyazm wytworzył owe opowiadania, które utrwaliły wiarę w jego zmartwychwstanie? Tradycye są tu zbyt sprzeczne; nigdy tego nie dociekniemy. Powiedzmy tymczasem, że żywa imaginacya Maryi Magdaleny[1206] odegrała w tej sprawie rolę główną[1207]. Boska potęgo miłości! Święte czasy, skoro zachwyt jasnowidzącej daje światu zmartwychwstałego Boga!



ROZDZIAŁ XXVII.
Losy nieprzyjaciół Jezusa.

Według naszej rachuby czasu śmierć Jezusa nastąpiła w r. 33[1208]. W każdym razie nie mogła była nastąpić w 29 r., (ponieważ Jan i Jezus poczęli przemawiać dopiero w 28 r.[1209]), ani po 35 r., ponieważ w 36 r., jak się zdaje, przed świętami Paschy, zarówno Piłat jak Kajfasz zostali złożeni z urzędu[1210]. Zgon Jezusa nie stoi prawdopodobnie w żadnym związku z ich ustąpieniem[1211]. Zresztą Piłat jako człowiek prywatny nie pamiętał z pewnością tego faktu, który miał potem w dziejach zgotować jego imieniowi tak smutną sławę. Następcą Kajafy był jego szwagier Jonatan, syn tego samego Hanana, który w procesie Jezusa odegrał rolę pierwszorzędną. Saducejska rodzina Hanana, która w rękach swych długo jeszcze dzierżyła pontyfikat, potężniejsza niż pierwej, po usunięciu Jezusa poczęła z kolei prześladować jego uczniów i jego rodzinę. Chrześciaństwo, które zawdzięcza jej ostatni akt swego powstania, zawdzięcza jej także pierwszych męczenników. Hanan uchodził za jednego z najszczęśliwszych ludzi swego wieku[1212]. Prawdziwy winowajca śmierci Jezusa, umarł otoczony największymi zaszczytami i uznaniem, nie wątpiąc ani chwili, że oddał narodowi swemu ważną usługę. Synowie jego panowali dalej w świątyni, prawie zupełnie nie krępowani przez prokuratorów[1213], nie oglądając się często nawet na ich decyzyę, gdy chodziło im o przeprowadzenie swych zamiarów ambitnych i bezwzględnych.

Wkrótce znikają także z widowni politycznej Antypas i Herod. Kiedy bowiem Kaligula ogłosił Heroda Agryppę królem, zawistna Herodiada chciała także zostać królową. Podmówiony przez ambitną kobietę, która go traktowała jak niedołęgę za to, iż pozwolił, aby ktokolwiek w jego rodzinie zajął miejsce zaszczytniejsze, ruszył się ociężały Antypas i udał się do Rzymu z prośbą o taki sam zaszczyt, jaki przypadł jego kuzynowi (39 r. naszej ery). Ale sprawy wzięły jak najgorszy obrót. Herod Agryppa umiał w cesarzu wzbudzić przeciwko niemu różne podejrzenia, ten skazał go na wygnanie do Lyonu, w Hiszpanii, gdzie Antypas spędził resztę życia. Herodyada podzieliła z nim ten stan niełaski[1214]. Jeszcze co najmniej wiek cały musiał upłynąć, nim imię skromnego ich poddanego, który tymczasem został Bogiem, wtargnęło do tych ziem odległych, aby u ich grobów przypomnieć światu morderstwo Jana Chrzciciela.

O śmierci nieszczęśliwego Judasza z Keriot krążyły najstraszliwsze wieści. Opowiadano, że za zdrajczy grosz zakupił kawał pola w pobliżu Jerozolimy. I rzeczywiście na południe od góry Syon istnieje miejsce, zwane Hakeldama (pole krwi)[1215]. Przypuszczano, że nabył je zdrajca[1216]. Istnieje tradycya, że skończył samobójstwem[1217]. Według innego podania miał na tej roli upaść, skutkiem czego wyszły z niego trzewia[1218]. Jeszcze inne tradycye głoszą, że umarł na tak wstrętną puchlinę wodną, iż poczytywano ją za karę niebios[1219]. Zdaje się, iż legendy te powstały dlatego, aby zadość uczynić pogróżkom psalmisty, skierowanym przeciwko niewiernym przyjaciołom[1220]. Może Judasz żył na swej Hakeldamie spokojnie, przyjemnie, gdy tymczasem jego dawni przyjaciele zdobywali świat, rozgłaszając wieść o potwornym jego czynie. A może wskutek strasznej nienawiści, jaką go otaczano, nastąpił jaki gwałtowny czyn, który potem poczytano za znak niebios?

Czasy wielkiego odwetu chrześciańskiego były jeszcze bardzo odległe. Z katastrofą, która niebawem spaść miała na judaizm, młoda sekta nie miała nic wspólnego. Dopiero znacznie później przekonała się synagoga na sobie, jakie to skutki płyną z praw nietolerancyjnych. Rzym nawet nie przypuszczał, że pogromca jego wielkości już się narodził. Prawie przez trzy wieki kroczył po obranej drodze dalej, nie miarkując, że w łonie jego rozkrzewiły się zasady, które miały świat z gruntu przeobrazić. Rzucona przez Jezusa idea, zarazem teokratyczna i demokratyczna, połączona z najazdem Germanów, była główną przyczyną rozkładu dzieła cezarów. Z jednej strony głoszono zasadę, że królestwo Boże jest dla wszystkich ludzi; z drugiej zaś strony odłączono zasadniczo religię od państwa. Prawa sumienia oddzielone od praw państwa, wytworzyły nową potęgę, »potęgę duchową«. Potęga ta wielokrotnie zaparła się swego pochodzenia; przez długie wieki biskupi byli książętami, papieże królami. Rzekome władztwo dusz wyrodziło się nieraz we wstrętną tyranię, zawdzięczającą swe istnienie torturom i stosom. Ale przyjdzie dzień, kiedy ów rozdział wyda właściwe owoce, kiedy władztwo ducha nie będzie siebie nazywało »potęgą«, ale »wolnością«. Chrześciaństwo, które powstało w umyśle człowieka gminu, które rozpleniło się śród gminu, które przedewszystkiem było uwielbiane przez gmin, posiada niezatarte piętno oryginalności. Było ono pierwszym tryumfem rewolucyi, zwycięztwem uczuć ludu, początkiem panowania serc prostych, narodzinami piękna tak pojmowanego, jak je lud pojmuje. W ochronnym murze starożytnej arystokracyi uczynił Jezus wyłom, przez który wszystko wtargnąć może.

Aczkolwiek władza świecka nie była winna śmierci Jezusa, gdyż tylko podpisała wyrok i to niechętnie, jednak cała odpowiedzialność spadła na nią. Zezwalając na to, co się stało na górze Golgocie, państwo samemu sobie wymierzyło cios groźny. Powstała legenda, szarpiąca niesłychanie jego powagę, wedle której słuszność stoi po stronie oskarżonego a sędzia łączy się z policyą przeciwko prawdzie. Zwłaszcza w niesłychanie wysokim stopniu posiadała charakter rewolucyjny historyą umęczenia, spopularyzowana przez tysiące obrazków rozrzuconych po świecie, w których orły rzymskie sankcyonowały najniesprawiedliwsze męki, w których żołnierze rzymscy je zadawali a rzymski wielkorządca je nakazywał. Co za cios dla istniejącej władzy! Nigdy się też po nim nie mogła już dźwignąć. Czyż można było uchodzić wobec biednego ludu za nieomylnego, gdy się miało na sumieniu ową straszną pomyłkę, popełnioną w ogrojcu Getsemane?[1221].



ROZDZIAŁ XXVIII.
Zasadnicze rysy dzieła Jezusa.

Jezus, jak widzimy, działał wyłącznie śród żydów. Chociaż ujmował się za wszystkimi prześladowanymi przez ortodoksyę i przeto pogan dopuszczał do udziału w królestwie bożem i choć kilka razy widziano go w dobrych stosunkach z niewiernymi[1222], mimo to można powiedzieć, że życie jego ubiegło w małym światku, w którym się narodził. Świat grecki i rzymski nic o nim nie posłyszał; u pisarzy pogańskich pojawia się jego nazwisko dopiero po upływie całego stulecia i to tylko z powodu rozruchów, które wywołała jego nauka, albo też z powodu prześladowania jego uczniów[1223]. Nawet w łonie samego judaizmu pozostało po nim wspomnienie bardzo nietrwałe. Filon, który umarł około 60 r., nic o nim nie słyszał. Józef Flaviusz, urodzony w r. 37 a układający swe księgi pod koniec stulecia, zaledwie w kilku wierszach[1224] wspomina o jego śmierci, jak o zdarzeniu małoważnem; śród wszystkich sekt, które wymienia, nie wylicza chrześcian[1225]. W Misznie nie spotykamy o nim żadnego śladu; ustępy obu Gemarr, w których założyciel chrześciaństwa jest wymieniony, milczą o wszystkiem, co się działo do IV czy V wieku[1226]. Głównem dziełem Jezusa było to, że skupił dokoła siebie gromadkę uczniów, że wpoił dla siebie bezgraniczny szacunek i zasady swej nauki. Stworzyć miłość, która »nawet po śmierci nie przestała go kochać«, oto arcydzieło Jezusa, które ludzi ówczesnych najbardziej zdumiewało[1227]. Nauka jego do tego stopnia nie zawierała żadnej dogmatyki, iż ani jej sam nie spisywał, ani też nie polecił nikomu spisać. Było się jego uczniem nie dlatego, że się w to lub w owo wierzyło, ale dlatego, że się go kochało i naśladowało. Wszystko, co po nim zostało, to kilka sentencyj, przykład, wrażenie, jakie wywołała jego osobistość. Jezus nie był twórcą ani dogmatów, ani symbolów; prowadził świat do krainy czystego ducha. Najmniej chrześcianami byli z jednej strony owi doktorzy kościoła greckiego, którzy począwszy od IV wieku pogrążyli chrześciaństwo w niebezpiecznym odmęcie sporów metafizycznych, z drugiej zaś strony łacińscy scholastycy średnich wieków, którzy chcieli wyciągnąć z Ewangielii tysiące artykułów kolosalnej »Sumy«. Należeć do zwolenników Jezusa i oczekiwać przyjścia królestwa bożego, to tylko znaczyło pierwotnie być chrześcianinem.

Łatwo tedy zrozumieć, dlaczego skutkiem dziwnego zrządzenia losu chrześciaństwo czyste jeszcze po upływie dwudziestu wieków posiada charakter religii powszechnej i wiecznej. Religia Jezusa jest pod pewnym względem wogóle ostatnim wyrazem religii. Owoc swobody całkowitej ducha, w czasie swego powstawania wolna od wszelkich więzów dogmatycznych, przez trzy wieki walcząc za wolność sumienia, chrześciaństwo dziś jeszcze zbiera płody tego znakomitego początku, choć po swej drodze tyle miało różnych przypadłości. Aby się odrodzić, wystarcza mu wrócić do źródła swego. Nasze wyobrażenie o królestwie bożem bardzo się różni od owej wizyi, śnionej w obłokach przez pierwszych chrześcian. Ale zaszczepione światu uczucie przez Jezusa nie zmieniło się. Szczytny idealizm pozostanie na zawsze najwyższym celem życia cnotliwego, życia bez zmazy. On stworzył niebo czystych dusz, w którem to wszystko odnaleść można, czego człowiek na ziemi napróżno szukał, idealną szlachetność dzieci bożych, bezwzględną czystość, zupełny brak ziemskiego brudu, wreszcie wolność, wytrąconą z dzisiejszego ustroju społecznego i uznaną za utopię, a która w całości rozkwitnąć może tylko w państwie myśli. Jezus jest arcymistrzem tych wszystkich, którzy dziś chronić się chcą do tej krainy ideału. On pierwszy zapowiedział panowanie ducha; on pierwszy powiedział, jeżeli nie wargami, to czynem: »królestwo moje nie jest z tego świata«. Założenie prawdziwej religii, to wyłącznie jego dzieło. Po nim pozostała już tylko praca nad tego dzieła rozwojem i upłodnieniem.

Tym sposobem »chrześciaństwo« jest niemal równoznaczne z »religią«. Wszystko, co będzie usiłowało żyć po za tą dobrą tradycyą chrześciańską, pozostanie bezpłodnem. Jezus dał ludzkości religię, Sokrates filozofię, Arystoteles wiedzę. Wiemy wprawdzie, że już i przed Sokratesem istniała filozofia a przed Arystotelesem wiedza. Ale dopiero od Sokratesa i Arystotelesa filozofia i wiedza uczyniły krok naprzód; co potem powstało, to na fundamentach przez nich założonych. Tak samo i przed Jezusem idea religijna doznawała różnych przekształceń; ale wielkie jej zdobycze rozpoczynają się dopiero od Jezusa: z drogi, przez niego wytkniętej, nikt nie zboczył i nie zboczy; on na zawsze ugruntował ideę czystego kultu. W tym sensie religia Jezusa jest nieograniczona. Kościół miał swoje epoki i fazy swego rozwoju; zamknął się w symbolach, mających znaczenie czasowe: Jezus stworzył religię absolutną, nic nie wykluczającą; do niczego wagi nie przykładał, tylko do jednego uczucia. Jego symbole nie są zakrzepłymi dogmatami, ale przenośniami, które można różnie sobie tłomaczyć. Napróżno szukalibyśmy w ewangielii tez teologicznych. Wszelkie wyznania wiary są tylko trawestacyą idei Jezusa, podobną do scholastyki średnich wieków, która podając Arystotelesa za mistrza nad mistrze w dziedzinie idealnej wiedzy, sfałszowała tylko jego myśl. Gdyby Arystoteles był świadkiem dysput tej szkoły, byłby bezwarunkowo potępił jej czczą naukę; byłby wziął stronę wiedzy postępowej przeciw rutynie, uznającej się za niewzruszony autorytet; byłby na pewno wziął stronę tych, którzy wtedy występowali przeciw niemu. Tak samo rzecz się ma z Jezusem. Gdyby dziś wrócił na ziemię, nie stanąłby po stronie tych, którzy się podają za jego uczniów i naśladowców, którzy w kilkanaście frazesów katechizmowych usiłują zakuć całą religię; ale stanąłby po stronie tych, którzy nad jego dziełem dalej pracują. Założenie kamienia węgielnego — oto wieczna chwała każdej wielkości. Może w dzisiejszych podręcznikach »fizyki« i »meteorologii« niema ani jednego słowa z »fizyki« i »meteorologii« Arystotelesa, a mimo to on właśnie pozostanie twórcą nauk przyrodniczych. Bez względu na przyszłą formacyę dogmatów, Jezus pozostanie na zawsze twórcą religii, opartej na czystem uczuciu; kazanie na górze pozostanie na wieki szczytem wszystkiego, co na ten temat powiedziano. Nie dokona się żadna rewolucya, abyśmy się w dziedzinie religii nie trzymali tej moralnej i intelektualnej wytycznej, u której wylotu świeci blaskiem naczelnym imię Jezusa. W tej też myśli będziemy zawsze chrześcianami, choćbyśmy się we wszystkich poszczególnych punktach oddalili od tradycyi chrześciańskiej dawnych wieków.

A to wielkie dzieło dokonane zostało wyłącznie przez Jezusa. Aby wzbudzić dla siebie taką cześć, musiał być jej bezwarunkowo godny. Niema miłości bez przedmiotu kochania; on tę miłość budzi; więc nie bylibyśmy nic posłyszeli o Jezusie, gdyby nie był wszczepił tego uczucia dla siebie w serca owego entuzyastycznego otoczenia, gdyby nie był wpoił przekonania, że jest istotnie dobry i wielki. Więc musiała być wiara, musiał być zapał, natchnienie, charakter w pierwszych generacyach chrześcian, jeżeli na czele tego ruchu ma stać mąż wielki, olbrzymi. Przy badaniu cudownych dzieł, dokonanych przez potężną wiarę, doznajemy dwojakiego wrażenia, szkodliwego dla prawdziwej krytyki historycznej. Z jednej strony jesteśmy pochopni do uważania tych kreacyi za coś nieosobistego; mówi się często o dziele zbiorowem, choć było ono dziełem jednej potężnej woli i jednego wyższego umysłu. Z drugiej zaś strony chcemy się dopatrywać w owych twórcach istot do nas niepodobnych, istot nie ludzkich. Starajmy się lepiej odczuwać nieprzebrane skarby sił natury. Za dni naszej cywilizacyi, nad którą czuwa pedantyczna policya, nie mamy pojęcia o tym rozmachu duszy, jaki cechował ludzi, którzy istotnie rozwijali się swobodnie. Przypuśćmy, że dziś gdzieś w pobliżu wielkomiejskiego rozgwaru żyje jakiś pustelnik, który nareszcie z samotni swej wychodzi, staje w pałacach władców i objawia im tonem apodyktycznym bliskość apostołowanego przez siebie przewrotu. Na samą myśl czegoś podobnego już się uśmiechamy. A przecież tak postąpił Eliasz. Ale za dni naszych Eliasz Tesbita nie zaszedłby dalej, jak do bramy wjazdowej Tuillerów. Przemówienia Jezusa, jego swobodna działalność w Galilei, byłaby także czemś niezwykłem w czasach naszych. Te wielkie duchy wykazywały w działaniu niesłychaną energię, nie skrępowane naszą tanią uprzejmością, naszem szablonowem wychowaniem, które nas wprawdzie wysubtelnia, ale też i osłabia. Duchy te wydają się nam dziś olbrzymami czasów bohaterskich, które nigdy nie istniały! Błąd zasadniczy!... To byli nasi bracia, to byli ludzie naszego wzrostu, czuli i myśleli, co my. Ale tchnienie boże było w nich wolne; myśmy je natomiast spętali powrozami małostkowości społecznej, skazanej na nieśmiertelność swej przeciętności...

Uważajmy tedy śmiało Jezusa za największego człowieka, jaki istniał. Niechaj nas nie uwodzi nasza przesadna podejrzliwość względem legendy, która chce nas wciąż trzymać w świecie nadnaturalnym. Życie Franciszka z Assyżu było także jednem pasmem cudów. Ale czy wskutek tego powątpiewano w istnienie i działalność jego? Nie mniemajmy tedy, że cześć założenia chrześciaństwa przypada pierwszym chrześcianom a nie temu, którego legenda zamieniła w Boga. Na Wschodzie różnice pomiędzy ludźmi są jaskrawsze, niż u nas. Nieraz z zabagnionej atmosfery stosunków wyrasta charakter zdumiewającej mocy. Jezus nie dokonał swego dzieła przez uczniów; on przerósł ich wszystkich. Wszyscy, z wyjątkiem Pawła i Jana byli ludźmi bez geniuszu, bez inwencyi. Nawet Paweł nie może się równać z Jezusem; a co do Jana to na innem miejscu wykażemy niestety, że postępowanie jego niezawsze było bez zarzutu. Dlatego też ewangielie tak górują nad wszelkiemi pozostałemi pismami Nowego Testamentu. Dlatego tak czuć ową przykrą różnicę, kiedy się przechodzi od historyi Jezusa do historyi apostołów. Nawet ewangieliści, życioryśnicy Jezusa, tak są niezrównanie niżsi od niego, że gdy chcą go nam idealizować, tylko go poniżają. Pisma ich są pełne błędów i sprzeczności. W każdym niemal wierszu czuć, że jest mowa o boskiem pięknie, przedstawionem ręką człowieka, który to piękno tylko przez pół zrozumiał i przerabia je wedle swego wyobrażenia. Krótko mówiąc, życioryśnicy bynajmniej nie wyidealizowali nam charakteru Jezusa, ale przeciwnie, raczej go osłabili. Aby ten charakter odbudować, krytyka musiała usunąć cały ogrom sprzeczności, które powstały wskutek przeciętności umysłowej jego uczniów. Przedstawili go wedle swoich wyobrażeń i nieraz go obniżyli, chcąc go wywyższyć.

Zdaję sobie dokładnie sprawę z tego, że nasz współczesny sposób myślenia razi niejednokrotnie legenda, która wykwitła pod innem niebem, śród innego plemienia, w innych warunkach. Zresztą niektóre cnoty bardziej nam przypadają do smaku, inne mniej. Szanowny a łagodny Marek Aureliusz, albo dobroduszny Spinoza nie wierzyli w cuda i nie popełnili całego szeregu błędów, które popełnił Jezus. Zwłaszcza Spinoza wskutek samotności, jaką się otoczył, posiadał przewagę nad Jezusem. Dzięki szczególnie łagodnemu sposobowi przekonywania, dzięki bezwzględnej szczerości i bezinteresownemu ukochaniu czystej myśli, mogliśmy, poświęcając życie nasze wiedzy, stworzyć nowy ideał etyczny. Ale historya nie może w swych sądach opierać się wyłącznie na szacowaniu osobistych zasług. Marek Aureliusz i jego piękne maksymy nie wywarły poważniejszego wpływu na dzieje świata. Pozostawił po sobie piękne książki, przeklinanego przez świat syna, społeczność w zupełnym rozkładzie. Natomiast Jezus jest dla świata niewyczerpanem źródłem wiecznego odrodzenia duchowego. Tłumom nie wystarcza filozofia; one żądają świętości. Owiany urokiem cudownych legend Apoloniusz z Tyany musiał bardziej porywać ludzi, niż Sokrates swym chłodnym rozumem. Wszak powtarzano: »Sokrates pozostawia ludzi na ziemi; Apoloniusz przenosi ich do nieba; Sokrates jest mędrcem, Apoloniusz bogiem«[1228]. Aż do dni naszych religia istnieć nie mogła bez ascezy, dewocyi i cudów. Kiedy po Antonidach chciano stworzyć filozofię religii, musiało powstać »Życie budujące« Pytagorasa i Plotyna, trzeba było filozofów przemienić w świętych, napełnić ich cnotami, wstrzemięźliwością, opromienić ich legendą, dać im nadprzyrodzoną siłę, inaczej następne wieki nie byłyby w nich uwierzyły i nie byłyby przed nimi padły na kolana.

Strzeżmy się tedy okaleczania historyi dla zaspokojenia naszej małostkowej drażliwości. A któż z pomiędzy nas Pigmejów zdobyłby się na coś podobnego, na co się zdobył szalony Franciszek z Assyżu lub owładnięta histeryą święta Teresa? Niech wiedza wszelkie objawy anormalne nazywa, jak się jej podoba; niech głosi, że geniusz jest chorobą mózgu; niech wielkie poczucie etyczne zwie dekadencyą; niech miłość i zapał zalicza do przypadłości neuropatycznych; to wszystko pozostanie bez znaczenia. Niema bardziej względnych pojęć, jak pojęcie chorobliwości i zdrowia. Któż nie wolałby zostać chorym Paskalem, niż zdrowym przeciętniakiem? Dzisiejsze ciasne wyobrażenia o obłąkaniu uwiodły już niejednego historyka. Stan, w którym się coś głosi bezświadomie, w którym powstają myśli, nie regulowane i nie wywoływane przez wolę, grozi dziś zamknięciem w domu obłąkanych. Dawniej zwano stan taki proroctwem, jasnowidzeniem. Świat dokonał czynów najpiękniejszych w szale gorączki. Stworzenie czegoś wielkiego wymaga zawsze naruszenia równowagi istoty, która się na to porywa.

Nie ulega wątpliwości, że chrześciaństwo jest czemś zbyt złożonem, aby mogło być dziełem jednego człowieka. Nad tą budowlą pracowała cała ludzkość. Niema tak szczelnie zamurowanego świata, do którego nie dotarłby absolutnie żaden powiew z zewnątrz. Dzieje ducha ludzkiego są pełne zdumiewających synchronizmów, które dowodzą, że najbardziej oddalone od siebie ułamki plemienia ludzkiego, które się nigdy ze sobą nie zetknęły, przecież dochodzą do tych samych myśli i wyobrażeń. W XIII wieku uprawiali prawie tę samą scholastykę Łacinnicy, Grecy, Syryjczycy, Żydzi, Mahometanie, od Yorku do Samarkandy; w XIV wieku cały świat pogrąża się w morzu mistycznej alegoryi, zarówno we Włoszech, jak śród Persów, Indów; w XVI wieku rozwija się sztuka we Włoszech, na górze Atos, na dworze Wielkiego Mongoła, choć nie znali się wzajemnie św. Tomasz, Barhebraeus, rabini z Narbony, »Motecalleminowie« z Bagdadu, choć Dante i Petrarka nie widzieli nigdy żadnego sofi, choć żaden uczeń szkoły Perugia nie pociągnął do Dehli. Możnaby twierdzić, że wielkie poruszenia ducha rozszerzają się na całą ludzkość jak epidemie, przekraczając granice, dzielące ludy od ludów. Wymiana idei nie następuje tylko przez książki i obcowanie ludzi ze sobą. Jezus nawet z imienia nie znał Buddy, Zoroastra, Platona; nie czytał greckich książek, ani budyjskiej Sutry, a jednak można w nim odnaleść dużo pierwiastków buddyzmu, parsyzmu i greckiej mądrości. Płynęło to ukrytemi strumieniami, było wynikiem owej tajemniczej sympatyi, która wiąże poszczególne odłamy ludzkości ze sobą. Z jednej strony wielki człowiek otrzymuje od swej epoki wszystko; z drugiej znów strony panuje właśnie nad nią. Jeżeli przeto wykażemy, że założona przez Jezusa religia była konsekwencyą zjawisk poprzednich, to bynajmniej nie zmniejszymy jej wartości; przeciwnie wykażemy tylko że posiadała wszelkie warunki i prawa, aby żyć, że odpowiadała wszystkich potrzebom i popędom ludzkiego serca w danej epoce.

Ale czy będzie to sprawiedliwe, gdy powiemy, że Jezus zawdzięcza judaizmowi wszystko i że jego wielkość jest wielkością ludu izraelskiego? Nikt bardziej odemnie nie szanuje tego ludu, który posiadał wyjątkowy dar łączenia w sobie wszelkich ostateczności dobra i zła. Nie ulega kwestyi, że Jezus wyszedł z łona judaizmu, ale tak, jak Sokrates z pośród sofistów, Luter ze średnich wieków, Lammenais z katolicyzmu a Rousseau z XVIII wieku. Każdy jest dzieckiem swego wieku i swej rasy, nawet gdy wchodzi w kolizyę ze swym wiekiem i ze swą rasą. Jezus nie jest dalszym ciągiem judaizmu; on z duchem judaizmu zrywa. On jest symbolem tego zerwania. Gdyby nawet ktoś wątpił, że Jezus nie żywił takich myśli, to jednak po jego śmierci kierunek ten staje się widocznym w całem chrześciaństwie. Oddalało się ono coraz bardziej od judaizmu. Doskonałość chrześciańska polegała na ustawicznym nawrocie do Jezusa, nie do judaizmu. Nikt przeto nie może zakwestyonować oryginalności założyciela chrześciaństwa; nikt się z nim sławą nie podzieli.

Przyznaję, że okoliczności bardzo pomogły dokonaniu się tej wspaniałej rewolucyi; ale okoliczności wspomagają tylko to, co słuszne i sprawiedliwe. Każdy etap rozwoju ludzkiego posiada uprzywilejowaną epokę, w której osiąga doskonałość instynktownie i bez trudu. Nie dokona tego potem żadna głowa mędrca, co w takich czasach zdziałała sama natura przez szereg natchnionych geniuszów. Czem był złoty wiek Grecyi dla sztuki i wiedzy, tem była epoka Jezusa dla religii. Społeczność żydowska znajdowała się w tak szczególnym stanie pod względem intelektualnym i moralnym, że czegoś podobnego nie spotyka się nigdy i nigdzie. Była to istotnie jedna z owych boskich chwil, w których to, co jest wielkie, powstaje wskutek tajnego działania tysiącznych sił, w których szlachetne duchy znajdują poparcie, całą pełnię podziwu i sympatyę. Świat, uwolniony od ciasnej tyranii drobnych republik miejskich, używał wielkiej swobody. Despotyzm rzymski dopiero później dał się fatalnie odczuć; a zresztą do tych oddalonych prowincyi nie sięgał on tak, jak w środowisku swej władzy. Nie znano także jeszcze wtedy naszych drobnych waśni (które ducha bardziej nękają, niż śmierć). Jezus mógł przez trzy lata pędzić życie, które w innym ustroju społecznym byłoby już ze dwadzieścia razy ściągnęło na niego uwagę policyi. Samo tylko prawo nasze o nielegalnem lecznictwie byłoby rychło położyło koniec jego działalności. Zresztą ateistyczna rodzina Herodów nie troszczyła się zupełnie o ruch religijny; pod Asmonejczykami byłby Jezus prawdopodobnie zaraz po pierwszem wystąpieniu swojem natrafił na różne przeszkody. W takich stosunkach społecznych nowator ryzykuje tylko życie, o które przecież nie dba ten, kto pracuje dla przyszłości. Wyobraźmy sobie, że Jezus do 60 albo 70 lat dźwigał na sobie brzemię swej boskości, dopóki nie wypalił się w nim święty ogień i dopóki się całkiem nie zużył! Człowiekowi naznaczonemu wszystko sprzyja; z nieprzezwyciężonym zapałem niby za okrzykiem losu kroczy naprzód ku sławie.

Tę podniosłą postać, która do dziś dnia jeszcze rządzi losami świata, możemy chyba nazwać boską, nie w tym sensie, jakoby Jezus całą boskość wchłonął w siebie, lub (jeżeli mamy mówić językiem scholastyków) był jej odpowiednikiem, ale dlatego, że był osobistością, która śród całego plemienia ludzkiego najbardziej się posunęła ku boskości. Ludzkość, brana jako całość, posiada tyle istot niskich i egoistycznych, że różnią się one od zwierząt tylko tem, iż egoizm ich jest obmyślony. Ale z tej ludzkiej szarzyzny i małości strzelają niekiedy w niebo kolumny olbrzymów, świadczące o szlachetniejszem powołaniu. Jezus jest najwyższą z tych kolumn, ukazującą ludziom, skąd przyszli i dokąd dążyć mają. Natura skupiła w nim wszystkie swe najlepsze pierwiastki. Nie był on bez grzechu; zwyciężał w sobie te same namiętności, z któremi my walczymy; nie pocieszał go żaden anioł zesłany od Boga, tylko jego własne czyste sumienie; żaden szatan go nie kusił, chyba tylko ten, który się czai w sercu każdego z nas. Jak z winy jego uczniów przepadło dla nas wiele pięknych cech jego charakteru, tak też prawdopodobnie zaginęła wieść o jego błędach. Ale nikt bardziej od niego nie wyzwolił się dla dobra ludzkości z ciasnego samolubstwa. Tak był bezwzględnie oddany swym myślom, do tego stopnia reszta była dla niego małoważna, że w ostatnim okresie życia świat przestał poprostu dla niego istnieć. Bohaterska siła woli pomogła mu zdobyć niebo. Z wyjątkiem jednego chyba Sakya-Muni nikt tak stanowczo nie zerwał z rodziną, z rozkoszami tego świata, z wszelkiemi troskami ziemskiemi, jak on. Żył tylko dla Ojca swego i dla misyi, którą miał spełnić według swego wyobrażenia.

My, skazani na wieczne dziecięctwo, na wieczną niemoc, nie zbierający nigdy plonu ze swych posiewów, nie oglądający nigdy owoców naszego trudu, schylmy czoło przed podobnymi półbogami. Oni zdołali to czynić, czegośmy nigdy nie umieli: stwarzać, krzepić, działać. Czy zjawi się jeszcze kiedy równie twórczy duch, czy też świat ma kroczyć drogami, które mu kiedyś wytknęły śmiałe natury twórców czasów starożytnych? Tego nie wiemy. Ale cokolwiek kryje w swem łonie tajemnicza przyszłość, nic nie przewyższy Jezusa. Kult jego będzie się wciąż odmładzał; legenda jego będzie zawsze budziła łzy w oczach; cierpienia jego poruszą najszlachetniejsze serca; wszystkie wieki będą świadczyły, że w całem plemieniu ludzkiem człowiekiem największym był Jezus.

KONIEC.



Przypisy

    2. że wzniósł na miejscu, które się wówczas zwało »Golgota«, 3. że miał intencyę wzniesienia tego przybytku na miejscu męki Jezusa.

  1. Pomijając pisma naszych teologów, do których istotnie stosować się może zdanie »timeo Danaos et dona ferentes«, pozwolę tu sobie zwrócić uwagę na prace Ignacego Radlińskiego: 1) Język assyryjski w rodzinie języków semickich, Warszawa 1880, 2) Nowo odkryty napis jerozolimski, Ateneum 1881, 3) Epigrafika kanaańska i literatura hebrajska, oraz: Wstęp do literatury w. śred., w Lit. Powsz. wyd. Lewentala, 4) Poezya dydaktyczna hebrajska, Ateneum 1879, 5) Liryka hebrajska, Ateneum 1881, 6) Apokryfy judaistyczno-chrześciańskie, Wisła 1898—1902. 7) Urywek nowo odnaleziony ewangielii według Piotra Apostoła, »Prawda« (księga pamiątkowa) 1899, 8) Początki chrystyanizmu: a) źródła, b) osoby i fakty, Ateneum 1881—1883, 9) Prorocy hebrajscy wobec krytyki i dziejów, Warszawa 1904.
  2. Odsłonięty uroczyście 13 września b. r.
  3. Wielkie wyniki, jakie w tym kierunku nauka osiągnęła, nastąpiły dopiero po pojawieniu się pierwszego wydania dzieła Straussa. Uczony ten, posiadający umysł krytyczny, w następnych wydaniach robi sprostowania z dużą dozą dobrej wiary.
  4. Wypada zaznaczyć, że w dziele Straussa ani jedno słowo nie usprawiedliwia tych szczególnych i bezrozumnych oszczerstw, za pomocą których chciano wobec osób powierzchownie rzeczy biorących zdyskredytować książkę dobrą, ścisłą, napisaną sumiennie i z talentem, aczkolwiek na ogół zepsutą przez teoryę fałszywą. Strauss nietylko nie zaprzeczał, że Jezus żył, ale na każdej stronicy swego dzieła wyjaśnia nam, jak on żył. Możnaby się tylko z nim nie zgodzić na to, że rysy charakteru Jezusa zatarły się dla nas; sądzimy, że tak nie jest.
  5. Ant. XVIII, III, 3.
  6. »Jeżeli wolno go nazwać człowiekiem«.
  7. Zamiast słów χρίστός ούτος ήν było prawdopodobnie pierwotnie χριστός ούτος ελεγετο. Porów. Ant. XX, IX, 1.
  8. Euzebiusz (Hist. Eccl. I, 11 i Demonstr. evang. III, 5) cytuje ów ustęp z Józefa Flaviusza tak, jak go obecnie znamy. Natomiast u Origenesa (Contra Celsum, I, 47; II, 13) i Euzebiusza (Hist. eccl. II, 23) znajdujemy inną jeszcze interpolacyę chrześciańską, której niema w żadnym rękopisie Józefa Flaviusza.
  9. List Judy, 14.
  10. Kto pragnie rzecz poznać obszerniej, ten może przeczytać oprócz cytowanego dzieła Révilla prace Reussa i Scherera w »Revue de théologie« t. X, XI, XV; nowe serye II, III, IV, wreszcie prace Nicolasa w »Revue germanique«, za wrzesień i grudzień 1862, oraz za kwiecień i czerwiec 1863.
  11. Tak samo, jak mówiono: »Ewangielia według Hebrajczyków«, »Ewangielia według Egipcyan«.
  12. Łukasz I, 1—4: »Ponieważ wielu się kusiło, żeby spisali porządną historyę o rzeczach, które się w nas wypełniły; jako nam podali, którzy się od początku im sami przypatrowali, i byli sługami mowy: zdało się i mnie, którym z początku pilnie wszystkiego dochodził, porządnie tobie, cny Theofilu! wypisać. Abyś poznał prawdę słów tych, których cię nauczono«.
  13. Dzieje Apostolskie I, 1: »Pierwsząm mowę uczynił, o Theofile! o wszystkiem, co począł Jezus czynić i uczyć«. Porów. Łukasz, I, 1—4.
  14. Od roz. XVI, 10 autor podaje się za naocznego świadka: »A gdy ujrzał widzenie, natychmiast staraliśmy się iść do Macedonii, będąc upewnieni, iż nas Bóg wezwał ku powiadaniu im Ewangielii«.
  15. II Tym. IV, 11 (»Łukasz sam jest zemną«). Philem. 24. Koloss. IV, 14. Imię Łukasz (skrócenie wyrazu Lucanus) było bardzo rzadkie; niema tedy obawy, aby tu zaszła jakaś homonymia, która zresztą dość często wprowadzała zamieszanie do studyów krytycznych nad Nowym Testamentem.
  16. Wersety: 9 (A gdy usłyszycie walki i rozruchy), 20 (A gdy ujrzycie Jeruzalem wojskiem otoczone), 24 (I polęgą paszczęką miecza i zapędzą je w niewolę między wszystkie narody a Jeruzalem deptane będzie od poganów, aż się wypełnią czasy poganów), 28, 32. Porów. XXII, 36.
  17. U Euzeb. Hist. eccl. III, 39. Autentyczności tego ustępu niepodobna zaprzeczyć. Euzebiusz nie jest bynajmniej olśniony powagą Papiasa, wprowadza go w ambaras jego naiwność, jego prostacza wiara w tysiącletnie królestwo. Porów. Ireneusz Adv. haer. III, 1.
  18. Ma to znaczyć: w dyalekcie semickim.
  19. Łuk. I, 1—2. Origenes, Hom. in Luc. I, początek; św. Hieronim, Comment. in Matth., prol.
  20. Papias u Euzeb. H. E. III, 29. Porów Ireneusz, Adv. haer. III, II i III.
  21. Tak np. piękne opowiadanie u Jana (VII, 1—11) o rozgrzeszeniu niewiasty na cudzołóstwie schwytanej nie miało w ewangieliach stałego miejsca.
  22. Τά άπομνημονέυματα τών άποιτόλων, ά καλείται έυαγγελια. Justin Apol I, 33, 66, 67; Dial. cum Tryph. 10, 100, 101, 102, 103, 104, 105, 106, 107.
  23. Jul. Afrykański, u Euzeb. Hist. eccl. I, 7.
  24. Apol. I, 32, 61; Dial. cum Tryph. 88.
  25. Legatio pro christ., 10.
  26. Adv. Graec. 5, 7. Porów. Euzeb. H. E. IV, 29; Teodoret, Haeretic. fabul. I, 20.
  27. Ad Autolycum, II, 22.
  28. Adv. haer. II. XXII, 5; III, I. Porów. Euzeb. H. E. V, 8.
  29. Ireneusz, Adv. haer. I, III, 6; III, XI, 7; św. Hipolit, Philosophumena, VI, II, 29 i nast.
  30. Ireneusz, Adv. haer. III, XI, 9.
  31. Euzeb. H. E. V, 24.
  32. I Jan I, 3, 5. Oba pisma posiadają jeden styl, te same stałe zwroty, te same wyrażenia.
  33. Epist. ad Philipp. 7.
  34. U Euzeb. H. E. III, 39.
  35. Adv. haer. III, XVI, 5, 8. Porów. Euzeb. H. E. V, 8.
  36. XIX, 23; XIX, 26; XX, 2; XXI, 7, 20.
  37. Jan XVIII, 15—16; »I szedł za Jezusem Symon Piotr i drugi uczeń. A ten uczeń był znajomy najwyższemu kapłanowi i wszedł z Jezusem do dworu najwyższego kapłana. A Piotr stał u drzwi na dworze. Wyszedł tedy drugi uczeń, który był znajomy najwyższemu kapłanowi i rzekł odźwiernej i wprowadził Piotra«. XX, 2—6; XXI, 15—19.
  38. VI, 65; XII, 6; »A to mówił, nie iżby miał pieczą o ubogich, ale iż był złodziejem i mieszek mając, co wkładano, nosił«. XIII, 21 i nast.
  39. Sposób, w jaki Aristion i Presbiter Joannes wyrazili się przed Papiasem (Euzeb. H. E. III, 39) o ewangielii Marka, jest w rzeczywistości krytyką przychylną, albo też, powiedziawszy lepiej, rodzajem usprawiedliwienia, które każe przypuszczać, że uczniowie Jana o tym przedmiocie wiedzieli coś więcej.
  40. Porów. Jana XVIII, 15 i nast. z Mat. XXVI, 58 (U Jana: »I szedł za Jezusem Symon Piotr i drugi uczeń... znajomy najwyższemu kapłanowi i rzekł odźwiernej i wprowadził Piotra« — a u Mateusza: »A Piotr szedł za nim (Jezusem) zdaleka aż do dworu najwyższego kapłana, a wszedłszy tam siedział ze sługami, aby widział koniec«). Porów. dalej Jana XX, 2—6 z Marka XVI, 7. Patrz także u Jana XIII, 24—25.
  41. Patrz dalej str. 156.
  42. I, 14 (»I widzieliśmy chwałę jego«), XIX, 35 (»A który widział, wydał świadectwo«, etc.) XXI, 24 i nast. Porów. List. I Jana I, 3, 5.
  43. Patrz np. roz. IX i XI. Szczególniejsze wrażenie wywierają u Jana ustępy XIX, 35; XX, 31; XXI, 20—23, 24—25, gdy właśnie synoptyków charakteryzuje zupełny brak refleksyi.
  44. Np. IV, 1 i nast.; XV, 12 i nast. Niektóre słowa, podane przez Jana, znajdują się u synoptyków (XII, 16; XV, 20).
  45. 45,0 45,1 Tak samo we wspomnieniach towarzyszów wygnania Napoleon zamienił się w liberała, gdy po powrocie do ojczyzny towarzysze ci znaleźli się śród społeczności tego typu politycznego.
  46. Wersety XX, 30—31 stanowiły niezawodnie pierwotne ukończenie czwartej ewangielii (»Wieleć i innych znaków uczynił Jezus przed oczyma uczniów swoich, które nie są w tych księgach napisane. A te są napisane, abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystus, Syn Boży: i iżbyście wierząc, żywot mieli w imię jego«).
  47. VI, 2, 22; VII, 22.
  48. Naprzykład zapowiedź zdrady Judasza.
  49. Patrz np. II, 25; III, 32—33 i długie dysputy w roz. VII, VIII, IX.
  50. Czujemy, że nieraz autor szuka tylko pozoru, aby umieścić mowę (roz. III, V, VIII, XIII i nast.).
  51. Naprzykład roz. XVII.
  52. Prócz synoptyków świadczą jeszcze Dzieje Apostolskie, Listy św. Pawła, Apokalipsa.
  53. Jan III, 3, 5.
  54. Papias, cytow. wyżej.
  55. Naprzykład: przebaczenie jawnogrzesznicy, wszystkie wiadomości Łukasza o rodzinie z Betanii, charakterystyka Marty odpowiadająca διηκόνει Jana (XII, 2), postać niewiasty osuszającej włosami swemi stopy Jezusa, niejasny sposób przedstawienia podróży Jezusa do Jerozolimy, stawienie go przed trzema instancyami, wprowadzenie na Golgotę kilku uczniów, charakterystyka roli Annasza, Kajfasza, zjawienie się anioła w ogrojcu (porów. Jan XII, 28—29).
  56. Zwłaszcza roz. I i II. Patrz także roz. XXVII, 3 i nast., 19, 60 w zestawieniu z Markiem.
  57. V, 41 (»Thalita kumi« — »Dzieweczko, wstań!«; VII, 34 (»Effethah« — »otwórz się!«; XV, 34 (»Eloi, Eloi, lama sabachthani« — »Panie, Panie, czemuś mnie opuścił!«). Mateusz czyni to tylko raz jeden (»Eli, Eli, lama sabachthani«, roz. XXVII, 46).
  58. XIV, 26 (»A hymn odprawiwszy, wyszli na Górę Oliwną«). Nauki, udzielone apostołom (roz. X), cechuje ogromne uniesienie.
  59. XIX, 41, 43—44; XXI, 9, 20; XXIII, 29.
  60. II, 37; XVIII, 10 i nast.; XXIV, 53.
  61. Np. IV, 16 (»I przyszedł do Nazaret, gdzie był »wychowan««).
  62. III, 23. Opuszcza z Mat. XIII, 55.
  63. IV, 14 (»A wyszła o nim sława po wszelkiej krainie«); XXII, 43, 44.
  64. Np. odnośnie do Quirinusa, Lysaniasa, Theudasa.
  65. Porów. Łuk. I, 31 z Mat. I, 21.
  66. Np. XIX, 12—27.
  67. XXIII, 56.
  68. II, 21, 22, 39, 41, 42. Jest to rys znamienny ebionitów. Porów. Philosophumena VII, VI, 34.
  69. Przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Porów. VI, 20 i nast.; 24 i nast.; XII, 13 i nast.; XVI w całości; XXII, 35. Porów. Dzieje Apost. II, 44—45; V, 1 i nast.
  70. Niewiasta, która namaściła nogi, Zacheusz, nawrócony łotr, przypowieść o faryzeuszu i celniku, o synu marnotrawnym.
  71. Np. Maryę z Betanii podaje za nawróconą jawnogrzesznicę.
  72. Jezus, płaczący nad Jerozolimą, spływanie krwawym potem, nawrócony łotr i t. d. Zwrot do niewiast jeruzalemskich (XXIII, 28—29) mógł powstać dopiero po oblężeniu Jerozolimy t. j. po 70 r.
  73. Do synoptyków t. j, do tych, których należy rozpatrywać razem, zalicza się właśnie Mateusza, Marka i Łukasza. (Przyp. tłomacza).
  74. Papias, ustęp cytowany wyżej.
  75. Patrz np. Jan XIX, 23—24: »Żołnierze tedy, gdy go ukrzyżowali, wzięli szaty jego (i uczynili cztery części, każdemu żołnierzowi część) i suknię. A była suknia uszyta, od wierzchu całodziana. Mówili tedy jeden do drugiego: Nie krajmy jej, ale rzućmy o nią losy, czyja ma być; iżby się Pismo wypełniło, mówiące: Podzielili sobie szaty moje, a o suknię moją rzucili los«.
  76. Patrz »Gazette des Tribunaux« z 10 września i 11 listopada 1851 r., oraz z 28 maja 1857.
  77. Książka, opisująca wyniki tej wyprawy, jest już pod prasą. (»Mission de Phénicie« 1864—1874, 9 części — przyp. tłom.).
  78. Cytow. wyżej.
  79. Wypada zaznaczyć, że tem określeniem obejmuje się zazwyczaj ludy, które się posługiwały lub posługują jednym z tak zwanych semickich języków. Określenie to jest właściwie tak błędne, jak np. określenia »styl gotycki« albo »liczby arabskie«, których to określeń wciąż się używa dla uniknięcia nieporozumień, choć bezzasadność ich dawno udowodniono.
  80. I. Samuelowe X, 25: »Tedy powiedział Samuel ludowi prawo królewskie, i spisał je na księgach, które położył przed Panem.«
  81. Izajasz II, 2:; »I stanie się w ostateczne dni, iż będzie przygotowana góra domu Pańskiego na wierzchu gór, i wywyższy się nad pagórki, a zbieżą się do niej wszyscy narodowie«; patrz także rozdz. XL i nast., roz. LX i nast., wreszcie Micheasza IV, 1 i nast. Należy pamiętać, że drugą połowę proroctwa Izajasza, począwszy od roz. XL przypisano mu mylnie.
  82. Izajasz LII, 13: »Oto się szczęśliwie powiedzie słudze memu. Wywyższony, podniesiony i bardzo uwielbiany będzie. Jako wiele ich zdumieją się nad nim, że przemierzła jest nad inne ludzie osoba jego, a kształt jego nad syny ludzkie: Tak zasię pokropi wiele narodów, i Królowie przed nim zatulą usta swe, przeto, że czego im nie powiadano, to oglądają, a to, o czem nie słuchali, wyrozumieją.« Patrz także Roz. LIII w całości.
  83. Ruth I, 16: »Na co jej odpowiedziała Rutha: nie wiedź mię do tego, abym cię opuścić i od ciebie odejść miała; owszem gdziekolwiek pójdziesz, z tobą pójdę, a gdziekolwiek mieszkać będziesz, z tobą mieszkać będę; lud twój lud mój, a Bóg twój Bóg mój.«
  84. Ester IX, 21: »Postanowili też i to przyjęli Żydowie na się, i na nasienie swoje, i na wszystkie, którzy się do nich przyłączyli...«
  85. Mateusz XXIII, 15: »Biada wam nauczeni w piśmie i Faryzeusze obłudni! iż obchodzicie morze i ziemię, abyście uczynili jednego nowego Żyda; a gdy się stanie, czynicie go synem zatracenia, dwakroć więcej niżeliście sami.« Patrz także Józefa Flawiusza Vita 23, Antiq. Jud., XX, II, 4 i Bellum jud. II, XVII, 10 oraz VII, III, 3; Horacy, Sat. I, IV, 143: »i, jak robią żydzi, przymusimy cię zaciągnąć do naszego pułku«; Juv. XIV, 96 i nast.; Tacyt Annales II, 85: »...Była sprawa i o zniesienie nabożeństwa egipskiego i żydowskiego; i wydany dekret senatu, aby cztery tysiące z urodzenia wyzwoleńców temi zabobonami rażonych...« Także Hist. V, 5; Dio Cassius XXXVII, 17.
  86. Miszna Szebiit X, 9; Talmud Babiloński Niddah fol. 13 b, Jebamoth 47 b; Kiduszin 70 b; Midrasz Jalkut Ruth fol. 163 d.
  87. List apokryficzny Barucha, u Fabriciusa, Cod. pseud. V. T. II, 147 i nast.
  88. II-ga księga Machabeuszów, roz. VII, oraz De Maccabaeis, rzecz przypisywana Józefowi Flaviuszowi. Patrz także List św. Pawła do Żydów XI, 33 i następne: »Zagaszali moc ognia, uchodzili ostrza mieczów, mocnymi się stawali z niemocnych. A drudzy na próbach rozciągnieni, nie przyjąwszy wybawienia, aby lepszego dostąpili zmartwychwstania... Byli zasię kamionowani, piłą przecierani, kuszeni, mieczem zabijani.«
  89. III księga (apokr.) Machabeuszów; Rufin, Suppl. ad Jos. Contra Apionem II, 5.
  90. Daniel VII, 13 i nast.: »Widziałem też w widzeniu nocnem, a oto, przychodził w obłokach niebieskich podobny synowi człowieczemu, a przyszedł aż do Starodawnego, i przywiedziono go przed obliczność jego. I dał mu władzę i cześć i królestwo, aby mu wszyscy ludzie, narody i języki służyli; władza jego władza wieczna, która nie będzie odjęta, a królestwo jego, które nie będzie skażone.«
  91. Vendidad XIX, 18, 19; Minokhired, ustęp ogłoszony w »Zeitschrift der deutschen morgenlaendischen Gesellschaft« I, 263; Bundehesz XXXI. Brak ścisłej chronologii tekstów zendzkich i pelwickich nasuwa wiele wątpliwości w sprawie podobieństw pomiędzy wierzeniami Żydów i Persów.
  92. Egl. IV. Poemat Cumaeum carmen (w. 4) to rodzaj sybilińskiej apokalipsy przesianej filozofią, która była wysnuta z głębokiej znajomości dziejów Wschodu. — Patrz także Servius i Carmina sybillina III, 97—817. Także Tacyta Hist. V, 13.
  93. Łuk. II, 25 i następne: »A oto był człowiek w Jeruzalemie, któremu imię było Symeon; a ten człowiek był sprawiedliwy i bogobojny, oczekujący pociechy Izraelskiej... I obwieszczony był od Bogà przez Ducha Świętego, że nie miał oglądać śmierci, ażby pierwej oglądał Chrystusa Pańskiego. Ten przyszedł z natchnienia Ducha Świętego do kościoła; a gdy rodzice wnosili dziecko Jezusa... tedy on wziąwszy je na ręce swoje, chwalił Boga i mówił: Teraz puszczasz sługę Twego Panie!... A była Anna Prorokini, córka Fanuelowa z pokolenia Asser, która była bardzo podeszła w leciech... nie wychodziła z świątyni, w pościech i modlitwach służąc Bogu w nocy i we dnie. Ta onejże godziny nadszedłszy, wyznawała Pana i mówiła o nim wszystkim, którzy oczekiwali odkupienia w Jeruzalemie.
  94. Mat. XIII, 54 i nast.: »A przyszedłszy do ojczyzny swojej nauczał je w bóżnicy, tak, iż się bardzo zdumiewali i mówili: skądże jemu ta mądrość i ta moc? Izaż ten nie jest on syn cieśli? Izaż Matki jego nie zowią Maryą a bracią jego Jakub i Jozes i Symon i Judas? A siostry jego izali wszystkie u nas nie są? Skądże temu tedy to wszystko? I gorszyli się z niego; ale Jezus rzekł im: Nie jest Prorok beze czci, tylko w ojczyźnie swojej i w domu swoim.« Marek VI, 1 i nast.; Jan I, 45—46.
  95. O Nazarecie nie wspomina ani Stary Testament, ani Talmud, ani Józef Flaviusz.
  96. Marek I, 24: »Ach, cóż my z tobą mamy, Jezusie Nazareński?« Łukasz XVIII, 37: »I powiedziano mu, iż Jezus Nazareński tędy idzie.« Jan XIX, 19: »Napisał też Piłat i napis, i postawił nad krzyżem; a było napisano: Jezus Nazareński, Król Żydowski.« Dzieje Apost. II, 22: »Słuchajcie słów onego Jezusa Nazareńskiego«; III, 6: »I rzekł Piotr ...W imieniu Jezusa Chrystusa Nazareńskiego wstań a chodź.« Prócz tego przez długi czas nazywano Chrześcian Nazarejczykami, co czynią Muzułmanie do dnia dzisiejszego.
  97. 97,0 97,1 Dokonany przez Quirinusa spis ludności, z którym wiąże się legenda o podroży Józefa i Maryi do Betleem, odbył się przynajmniej o dziesięć lat później, niż według Łukasza i Mateusza narodzenie Jezusa. Według tych ewangielistów Jezus przyszedł na świat za panowania Heroda (Mat. II, 1, 19, 22: »A gdy się Jezus narodził w Betlehemie judskiem za dni Heroda, Króla« — »A gdy umarł Herod« — »Lecz gdy usłyszał, iż Archelaus królował w Judzkiej ziemi na miejscu Heroda, ojca swego«; Łukasz I, 5: »Był za dni Heroda, Króla Judzkiego, kapłan niektóry imieniem Zacharyasz«). Prócz tego spis ludności, uskuteczniony przez Quiriniusa, miał miejsce dopiero po ustąpieniu Archelausa, tj. w dziesięć lat po śmierci Heroda, więc r. 37 od bitwy pod Actium. (Józ. Flav. Ant. XVII, XIII, 5: »Ceterum ditione Archelai Syriae contributa, missus est a Caesare Quirinus, vir consularis, ut censum ageret bonorum in Syria et Archelai domum addiceret«; XVIII, I, 1: »Venit Quirinus etiam in Judaeam Syriae additam, ur eorum bona censeret et Archelai pecuniam addiceret«, także II, 1). Inskrypcyę, na której się opierano dla udowodnienia, że Quirinus dokonał spisu dwa razy, uznano za fałszywą (patrz: Orelli Inscr. lat. N. 623 z dopiskiem Henzena; Borghesi »Roczniki konsulów« do 742 r.). W każdym razie spis mógł być dokonany tylko w ziemiach, zamienionych na prowincye rzymskie a nie w teatrarchiach. Teksty, za pomocą których starano się wykazać, że spis nakazany przez Oktawiana Augusta przeciągnął się do czasów wielkorządcy Heroda, albo tego bynajmniej nie dowodzą, albo też pochodzą od autorów chrześciańskich, którzy te dane wyjęli z Ewangelii Łukasza. Najlepszym dowodem niehistoryczności faktu podróży rodziny Jezusa do Betleem są pobudki tej podroży. Jezus nie był potomkiem Dawida (patrz dalej roz. XV), a gdyby nawet nim był, to nie kazanoby jego rodzicom dla celów szacunku majątkowego czy podatkowego wędrować do miejscowości, którą ich przodkowie opuścili przed wiekami. Przez nałożenie na nich takiego obowiązku władza rzymska sankcyonowałaby niejako niebezpieczne dla siebie uroszczenia rodu Dawidowego.
  98. Mat. II, 1 i nast.: «A gdy się Jezus narodził w Betlehemie Judzkiem za dni Heroda, Króla, oto mędrcy ze wschodu słońca przybyli do Jeruzalemu, mówiąc: Gdzież jest ten, który się narodził Król Żydowski? Bośmy widzieli gwiazdę jego na wschód słońca i przyjechaliśmy, abyśmy mu się pokłonili. Co gdy Król Herod posłyszał zatrwożył się, i wszystko Jeruzalem z nim; przetoż zebrawszy wszystkie przedniejsze Kapłany i nauczyciele ludu, dowiadował się od nich, gdzieby się miał Chrystus narodzić. A oni mu odrzekli: w Betlehemie Judzkiem: bo tak napisano przez Proroka: I ty Betlehemie ziemio judzka! żadną miarą nie jesteś najmniejsza pomiędzy książęty Judzkimi; albowiem z ciebie wynijdzie wódz, który rządzić będzie lud mój izraelski.« Łukasz II, 1 i nast.: »I stało się w one dni, że wyszedł dekret od Cesarza Augusta, aby popisano wszystek świat. A ten popis pierwszy stał się, gdy Cyreneusz był Starostą Syryjskim. I szli wszyscy, aby popisani byli, każdy do miasta swego. Wstąpił też i Józef z Galilei z miasta Nazaretu do ziemi Judzkiej, do miasta Dawidowego, które zowią Betleem, przeto iż on był z domu i z familii Dawidowej«. Niema tego w Marku, a odnoszące się do tej sprawy ustępy u Mateusza XIII, 54 i u Marka VI, 1, w których Nazaret jest podane za »ojczyznę« Jezusa, dowodzą, że podobnej legendy nie zawierał tekst pierwotny, który dostarczył wątku zdarzeniowego ewangieliom Mateusza i Marka w ich formie obecnej. Sprzeczność, jaka zachodzi pomiędzy początkiem ewangielli Mateusza (»Księgi o rodzie Jezusa Chrystusa, syna Dawidowego«) a dalszymi ustępami (»A gdy się Jezus urodził w Betlehemie« — »A przyszedłszy do ojczyzny swojej« czyli do Nazaret) nie raziła zbytnio autora ostatniej redakcyi, skoro jej nie usunął a natomiast dołączył ustępy, redagowane już z innego punktu widzenia. Łukasz jest już bardziej ostrożny w wyrażeniach (IV, 16: »I przyszedł do Nazaretu, gdzie był wychowany«). Jan nic nie wie o podróży do Betleem; dla niego Jezus jest poprostu »Nazarejczykiem« albo „Galilejczykiem« i to w dwóch znamiennych wypadkach, kiedy wspomnienie o pochodzeniu jego z Betleem byłoby niesłychanie ważne (I, 45—46: »Filip znalazł Natanaela i rzekł mu: Znaleźliśmy onego, u którym pisał Mojżesz w zakonie, i Prorocy, Jezusa, syna Józefowego, z Nazaretu. I rzekł mu Natanael: Możeż z Nazaretu być co dobrego? Rzekł mu Filip: Pójdź a oglądaj!« VII, 41—42: »A drudzy mówili: Ten jest Chrystus: ale niektórzy mówili: Azaż z Galilei przyjdzie Chrystus? Azaż nie mówi Pismo, iż z nasienia Dawidowego i z Betlehemu, miasteczka, gdzie był Dawid, przyjdzie Chrystus?«).
  99. Wiadomo, że myśl liczenia nowej ery od narodzenia Jezusa podał pierwszy Dionysius Exiguus, opat rzymski, żyjący w VI wieku. Przy obliczaniu lat oparto się na niektórych danych czysto hypotetycznej natury.
  100. Mat. I, 21: »A urodzi syna, i nazowiesz imię jego Jezus; albowiem on zbawi lud swój od grzechów ich.« Łukasz I, 31 i nast.: »A oto poczniesz w żywocie i porodzisz syna, i nazowiesz imię jego Jezus. Ten będzie wielki, a synem Najwyższego będzie nazwany, i da mu Pan Bóg stolicę Dawida, ojca jego. I będzie królował nad domem Jakubowym na wieki, a królestwu jego nie będzie końca.«
  101. Gelil haggojim: »Okręg pogan«.
  102. Strabo XVI, II, 35; Józ. Flav. »Vita« 12.
  103. Zajmiemy się później (w roz. XIV) pytaniem, jak powstały genealogie, wywodzące go od Dawida. Ebionici niszczyli je (Epiph. Adv. haer. XXX, 14).
  104. Mat. XIII, 55: »Izaż ten nie jest on syn cieśli?« Marek VI, 3: »Izali ten nie jest cieśla, syn Maryi i brat Jakuba i Jozesa i Judasa i Symona?« Jan VI, 42: »Izaż ten nie jest Jezus, syn Józefów, którego my ojca i matkę znamy; jakoż tedy ten powiada: Żem z nieba zstąpił?«
  105. Widok prostaczych ruin, pokrywających Palestynę, dowodzi, że wszystkie miasta, na których Rzymianie nie wycisnęli swego piętna architektonicznego, były bardzo licho budowane. W całej Syryi stawiano domy proste, zastosowane ściśle do klimatu, jedne zupełnie podobne do drugich.
  106. Mat. XII, 46 i nast.: »A gdy on jeszcze mówił do ludu, oto, matka i bracia jego stali przed domem, chcąc z nim mówić«; XIII, 55 i nast.: »A bracią jego Jakub i Jozes i Symon i Judas? A siostry jego izali wszystkie u nas nie są?« Marek III, 31 i nast.: »Przyszli tedy bracia i matka jego a stojąc przed domem, posłali do niego i kazali go zawołać. A lud siedział około niego, i rzekli mu: Oto matka twoja i bracia twoi szukają cię przed domem. Ale im odpowiedział...« VI, 3: »Izali ten nie jest cieśla, syn Maryi, i brat Jakuba, i Jozeza, i Judasa, i Symona? Azaż tu nie masz i sióstr i jego u nas?« Łukasz VIII, 19, i nast.: »Tedy przyszli do niego matka i bracia jego«. Jan II, 12: »Potem zstąpił do Kapernaum, on i matka jego i bracia jego i uczniowie jego«; VII, 3, 5, 10: »Tedy rzekli do niego bracia jego: Odejdź stąd, a idź do Judzkiej ziemi, żeby uczniowie twoi widzieli sprawy twoje, które czynisz.« »Bo i Bracia jego nie wierzyli weń.« »A gdy poszli bracia jego, tedy i on szedł na święto, nie jawnie, ale jakoby potajemnie.« Dzieje Apost. I, 14: »Ci wszyscy trwali jednomyślnie na modlitwie i prośbach, z żonami i z Maryą, matką Jezusową, i z bracią jego.«
  107. Mateusz I, 25: »Ale jej nie uznał, aż porodziła onego syna swego pierworodnego, i nazwał imię jego Jezus.«
  108. Te dwie siostry jednego imienia są faktem szczególnym. Zabłąkała się prawdopodobnie do podań omyłka, wynikająca stąd, że imię Marya nadawano w Galilei prawie każdej dziewczynie.
  109. Etymologicznie rzecz przedstawia się inaczej. Άλφαίος jest odmianą imienia syryjsko-chaldejskiego Halphai; Κλοπάς lub Κλεόπας jest formą skróconą słowa Κλεόπατος. Może jednak sztucznie przedstawiono jedno za drugie, tak, jak zamiast Józef wołano »Hegesippos«, a zamiast Eliakim »Alcimus« i t. p.
  110. Jan VII, 3 i nast. (»Bo i bracia jego nie wierzyli weń«).
  111. 111,0 111,1 Mat. w roz. XIII, 55 i Marek w roz. VI, 3 wymieniają czterech braci Jezusa a synów Maryi: Jakuba, Jozesa, Symona i Judasa; gdzieindziej jednak bracia ci podawani są za synów Maryi Kleofasowej (Mat. XXVII. 56: »Między któremi była Marya Magdalena, i Marya matka Jakubowa i Jozesowa, i matka synów Zebedeuszowych.« Marek XV, 40: »Były też niewiasty zdaleka się przypatrując, między któremi była Marya Magdalena, i Marya, Jakuba małego i Jozesa matka, i Salome.« Do Galatów I, 19: »A inszegom z apostołów nie widział, oprócz Jakuba, brata Pańskiego.« List św. Jakuba I, 1: »Jakub, sługa Boży i Pana Jezusa Chrystusa...« List św. Judy 1: »Judas, sługa Jezusa Chrystusa a brat Jakubów...« Prócz tego: Euzeb.: Chron. ad ann. R. DCCCX; Hist. eccl. III, 11, 32; Constit. Apost. VII, 46). Przypuszczenie to usuwa wiele trudności, gdyż rozstrzyga kwestyę dwóch sióstr, z których każda ma trzech lub czterech synów jednakowych imion, wreszcie dwóch »Braci Pana« Jakuba i Symona, pierwszych biskupów Jerozolimy, jako braci w ścisłem tego słowa znaczeniu, którzyby mieli z początku w niego nie wierzyć a potem się nawrócić. Jest możliwe, że dwaj ewangieliści (Mat. XIII, 55Marek VI, 3), słysząc, iż synów Kleofasa nazywają »Braćmi Pana«, wprowadzili ich do nowych ewangelij w miejsce braci rzeczywistych, którzy byli nieznani. Zresztą tak zwani »Bracia Pana« (np. Jakub) zasadniczo się różnili od tych rodzonych braci, których ewangielia św. Jana (roz. VII, 3 i nast.) przedstawia w świetle ujemnem, jako sprawie Jezusa nieprzychylnych. W pierwotnym kościele chrześciańskim nazwa »Brat Pana« oznaczała prawdopodobnie jakąś szczególną godność, jak np. nazwa apostoł (I, Do Kor. IX, 1: »Izalim nie jest Apostołem? Izalim nie jest wolnym? Izalim Jezusa Chrystusa Pana naszego nie widział? Izali wy nie jesteście pracą moją w Panu«).
  112. Dzieje Apost. I, 14, »Ci wszyscy trwali jednomyślnie na modlitwie i prośbach, z żonami i z Maryą, matką Jezusową, i z bracią jego.«
  113. Marek VI, 3 (»Azaż tu nie masz i sióstr jego u nas?«).
  114. Według Józefa Flaviusza (Bellum Jud. III, III, 2) najmniejsze miasteczko Galilei posiadało z górą 5000 mieszkańców. Zdaje się, że jest to liczba zbyt wysoka.
  115. Itiner. § 5
  116. Przytoczony wyżej Antonin Męczennik.
  117. Jan VIII, 6: »A Jezus schyliwszy się na dół pisał palcem po ziemi.«
  118. Test. dwunastu patryarchów, Lewi 6.
  119. Mat. XXVII, 46: »A około godziny dziewiątej zawołał Jezus głosem wielkim: Eli, Eli, Lama Sabachtani.« Marek XV, 34: »A o godzinie dziewiątej zawołał Jezus głosem wielkim mówiąc: Eloi, Eloi! Lamma sabachtani.«
  120. Przekłady i komentarze żydowskie z epoki talmudycznej.
  121. Miszna, Szabbat I, 3.
  122. Mat. XIII, 54 i nast. Jan VII, 15: »I dziwowali się żydowie mówiąc: jakoż ten umie pismo, gdyż się nie uczył?«
  123. Miszna Szekalm III, 2; Talmud Jerozolimski Megilla XI; Sota VII, 1; Talmud babiloński Baba Kama 83 a; Megilla 8 b i nast.
  124. Mat. XXVII, 45; Marek III, 17: »I Jakuba, syna Zebedeuszowego i Jana, brata Jakubowego, którym dał imię Boanerges, to jest synowie gromu«; V, 41: »A ująwszy za rękę onę dzieweczkę, rzekł do niej: Talita kumi! co się wykłada: dzieweczko (tobie mówię) wstań«; VII, 34: »A wejrzawszy w niebo westchnął i rzekł do niego: Efata! to jest: otwórz się«; XIV, 36: »I rzekł: Abba ojcze!«; XV, 34: »Eloi, Eloi, Lamma Sabachtani!« Wyrażenie ή πάτριος φωνή napotykane u ówczesnych pisarzy, oznacza zawsze dyalekt semicki, którym mówiono wtedy w Palestynie (Dzieje Apost. XXI, 37: »A gdy miał być Paweł prowadzony do obozu rzekł Hetmanowi: A godzi mi się co mówić do ciebie? A on rzekł: umiesz po grecku?« 40: »Paweł... uczynił do nich rzecz Żydowskim językiem, mówiąc;» XXII, 2: A gdy usłyszeli, iż do nich rzecz czynił Żydowskim językiem«; XXVI, 14: »A gdyśmy wszyscy upadli na ziemię, usłyszałem głos do siebie a mówiący Żydowskim językiem: Saulu, Saulu! przeczże mię prześladujesz?« Józ. Flav. Ant. XVIII, VI, 10; XX, XI, 2: »nullo enim in honore sunt apud nostrates qui multarum gentium linguis loqui didicerunt« etc.; Bellum Jud. proaem. 1; V, VI, 3; V, IX, 2; VI, II, 1; II, Mach. VII, 21; 27; XII, 37; Contra Apion. I, 9; De Macch. 12, 16). Wykażemy potem, że niektóre teksty, służące za podstawę ewangieliom synoptycznym, były pisane owym dyalektem semickim. Tyczy to także niektórych apokryfów (IV ks. Mach., XVI. ad calcem, etc.) Pierwsi chrześcianie w Galilei (Nazarejczycy, Ebionici etc.), którzy przez długi czas w Balanei i Horanie, mówili dyalektem semickim (Euzebiusz De situ et nomin. loc. hebr. od słowem Χωδά; Epiph. Adv. Haer. XXIX, 7, 9; XXX, 3; Św. Hieronim, In Matth. XII, 13; Dial. adv. Pelag. III, 2).
  125. Miszna Sanhedryn XI, 1; Talmud Babiloński Baba Kama 82 b i 83 a; Sota 49, a i b; Menachoth 64 b; Por. II Mach. IV, 10 i nast.
  126. Józ. Flav. Ant. XX, XI, 2: »Confidenter autem dico, opere, quod institui, jam ad finem perducto, quod nemo alius, etiamsi voluerit, neque Judaeus, neqne alienigena, potuerit comissa huic operi accurate adeo Graecis hominibus enunciare« etc.
  127. Talmud jerozolimski Peah I, 1.
  128. Józ. Flav: Ant. cyt wyż.; Orig. Contra Celsum, II. 34.
  129. Talmud Jerozolimski Peah I, 1; Talmud Babil. Menachoth 99 b.
  130. Terapeuci Filana są odmianą Esejczyków. Nazwa ich jest właściwie greckim przekładem wyrazu Esejczyk (Εσσαίοι, asaja, »lekarze«). Por. Philo: De vita contemplativa.
  131. Filon: traktaty Quis rerum divinarum haeres sit i De Philantropia.
  132. Pirke Aboth, roz. I i II; Talm. Jeroz. Pesachim VI, 1: Talm. Babil. Pesachim 65 a; Szabbat 30 b i 31 a; »Joma« 35 b.
  133. Legenda o Danielu powstała już w VII wieku przed Jezusem (Ezechiel, XIV, 14 i nast. »Choćby byli w pośrodku niej (ziemi) ci trzej mężowie, Noe, Daniel i Job, oni w sprawiedliwości swojej wybawiliby dusze swe, mówi panujący Pan« etc.; XXVIII, 3 »Otoś mędrszym nad Daniela, żadna tajemnica nie jest zakryta przed tobą«). Ze względu na ową legendę przypuszczano, że Daniel żył za czasów niewoli babilońskiej.
  134. List św. Judy Apost. 14 i nast.: »A prorokował też o nich siódmy od Adama Enoch« etc. II Piotra, II, 4, 11; Test. dwunastu patr. Symeon 5; Lewi 14, 16; Juda 18; Zab. 3; Dan. 5; Naftali 4. Prócz tego »księga Henocha« stanowi integralną część biblii etiopskiej. W tej formie, w jakiej my ją dziś znamy, t. j. w redakcyi etiopskiej, widzimy, iż składa się z kawałków, które powstały w różnych czasach a z pomiędzy których ustępy najstarsze sięgają 130 lub 150 lat przed Nar. J. Chr. Pewne miejsca bardzo przypominają przemowy Jezusa. Porów. roz. XCVI—XCIX z Łuk. VI, 24 i nast.
  135. Mat. XI, 8: »Ale coście wyszli widzieć? Izali człowieka w miękkie szaty obleczonego? Oto, którzy miękkie szaty noszą, w domach królewskich są.«
  136. Mat. XXII, 2 i nast. »I posłał (król) sługi swe, aby wezwali zaproszonych na wesele; ale nie chcieli przyjść. Znowu posłał insze sługi... Ale oni zaniedbawszy odeszli, jeden do roli swojej, drugi do kupiectwa swego... Tedy rzekł król sługom swoim... idźcie na rozstania dróg, a kogokolwiek znajdziecie, wzywajcie na wesele. Tedy wyszedłszy oni słudzy na drogi, zgromadzili wszystkie, którekolwiek znaleźli, złe czy dobre, i napełnione jest wesele gośćmi. A wszedłszy Król... obaczył człowieka nieodzianego szatą weselną... Tedy rzekł sługom: związawszy nogi i ręce jego... wrzućcie do ciemności zewnętrznych, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.«
  137. Mat. VI, 13: »I nie wwódź nas na pokuszenie, ale zbaw ode złego.«
  138. Łukasz II, 42 i nast. »Zostało dziecię Jezus w Jeruzalemie, a tego nie wiedział Józef i matka jego... I stało się po trzech dniach, że go znaleźli siedzącego w kościele w pośrodku doktorów.« Ewangielie apokryficzne zawierają wiele podobnych anegdot, nieraz nawet pełnych dziwactw i nieprawdopodobieństw.
  139. Mat. XIII, 57: »I gorszyli się z niego; ale Jezus rzekł im: Nie jest Prorok beze czci, tylko w ojczyźnie swojej i w domu swoim.« Marek VI, 4: »...chyba w ojczyźnie swojej, a między pokrewnymi i w domu swoim.« Jan VII, 3 i nast. »Tedy rzekli do niego bracia jego: odejdź stąd... jeżeli takie rzeczy czynisz, objaw się światu... I rzekł im Jezus: czas mój jeszcze nie przyszedł; ale czas wasz zawsze jest w pogotowiu.« Patrz dalej roz. IX.
  140. Mateusz XII, 48: »Któraż to matka moja? i którzy są bracia moi?« Marek III, 33: »Któż jest matka moja i bracia moi?« Łukasz VIII, 21: »Matka moja i bracia moi są ci, którzy słowa bożego słuchają i czynią je.« Jan II, 4 — »Rzekł jej (matce) Jezus: co ja mam z tobą, niewiasto?« Ewang. wedł. Hebr. u św. Hieronima, Dial. adv. Pelag. III, 2.
  141. Łukasz XI, 27 i nast.
  142. Yaçna XIII, 24; Teopomp, u Plutarcha. De Iside et Osiride, § 47; Minokhired, ustęp drukowany w »Zeitschrift der deutschen morgenlaendischen Gesellschaft«, I p. 263.
  143. Virg. Ecl. IV; Servius o 4 w. tej bukoliki; Nigidius, cytowany przez Serviusa, o w. 10.
  144. Księga III, 97—817.
  145. VI, 13: »I powiedział Haman Zeresie, żonie swej, i wszystkim przyjaciołom swoim wszystko, co mu się przydało. I rzekli do niego mędrcy jego, i Zeres, żona jego: Ponieważ z narodu żydowskiego jest Mardocheusz, przed którego obliczem począłeś upadać, nie przemożesz go«. VII, 10: »I obwieszono Hamana na onej szubienicy, którą był zgotował Mardocheuszowi«; VIII, 7, 11—17; IX, 1—22; także w ustępach apokryficznych: IX, 10—11; XIV, 13 i nast.; XVI, 20, 24.
  146. Kaznodzieja Salom. I, 11: »Niemasz pamiątki pierwszych rzeczy; także też i potomnych, które będą, nie będzie pamiątki u tych, którzy potem nastaną. II, 16: »Albowiem nie na wieki będzie pamiątki mądrego i głupiego, iż za to, co teraz jest, we dni przyszłe wszystkiego zapomną, a jako umiera mądry, tak i głupi«. II, 18—24: »Nawet obmierzła mi wszystka praca moja... przeto iż zostawić ją muszę człowiekowi, który nastanie po mnie. A kto wie, będzie li mądrym, czyli głupim?... Bo cóż ma człowiek ze wszystkiej pracy swej, i z usiłowania serca swego?« III, 19—22: »Bo przypadek bydła i przypadek synów ludzkich jest jednaki. Jako umiera ono, tak umiera i ten, i ducha jednakiego wszyscy mają, a niema człowiek nic więcej nad bydlę; bo wszystko jest marność... Wszystko jest z prochu i w proch się obraca. A któż wie, że duch synów ludzkich wstępuje wzgórę? a duch bydlęcy że zstępuje pod ziemię? Przeto zobaczyłem, że człowiekowi nie masz nic lepszego, jedno weselić się z pracy swej, gdyż to jest dział jego; albowiem któż go do tego przywiedzie, aby miał poznać, co będzie po nim?« IV, 8, 15—16; V, 17—18; VI, 3. 6, VIII, 15; IX, 9, 10.
  147. Izajasz LX, etc. »Powstań, objaśnij mnie! ponieważ przyszła światłość twoja, a chwała pańska weszła nad tobą. Bo oto ciemności okryją ziemię a zaćmienie narody; ale nad tobą wznijdzie Pan, a chwała jego nad tobą widziana będzie! I będą chodzić narodowie w światłości twojej, a królowie w jasności, która wynijdzie nad tobą« etc.
  148. Cała księga Estery tchnie wielkiem przywiązaniem do tej dynastyi.
  149. List apokryficzny Barucha, u Fabriciusa, Cod. Pseud. V. T. II, p. 147 i nast.
  150. Job. XXXII, 9: »Zacni nie zawsze mądrzy, a starcy nie zawsze rozumieją sądu«.
  151. Tymczasem, rzecz szczególna, Jezus syn Syracha, trzyma się ich ściśle (XVII, 26—28); XXII, 10—11; XXX, 4 i nast.; XLI, 1—2; XLIV, 9). Autor Mądrości jest przejęty wręcz przeciwnemi uczuciami (IV, 1, tekst grecki).
  152. Est. XIV, 5—7 (apokr.); List apokr. Barucha (Fabricius, Codex apocr. V. T. II p. 147 i nast.).
  153. II, Machab. VII.
  154. Pirke Aboth, I, 3.
  155. Mądrość, roz. II—VI; De rationis imperio, rzecz przypisywana Józefowi 8, 13, 16, 18. Wypada zaznaczyć, że według autora tego traktatu motyw nagrody osobistej miał znaczenie podrzędne. Główną pobudką męczeństwa była cześć i przywiązanie do Zakonu, oraz przeświadczenie, że śmierć przyniesie ludowi korzyść, a męczennikom chwałę. Porów. Mądrość IV, 1 i nast.; Kaznodzieja XLIV i nast.; Józef Flaviusz B. J. II, VIII, 10; III, VIII, 5.
  156. Mądrość IV, 1; De rat. imp. 16, 18.
  157. II Machab. VII, 9, 14; XII, 43—44.
  158. Theopomp, u Diog. Laert., Proaem., 9. — Bundehesz, roz. XXXI. Ślady teoryi o zmartwychwstaniu w Aweście są bardzo niewyraźne.
  159. Jan XI, 24: »Rzekła mu Maria: Wiem, iż wstanie przy zmartwychwstaniu w on ostateczny dzień.«
  160. Łuk, XVI. 22: »I stało się, że umarł on żebrak, i odniesiony był od Aniołów na łono Abrahamowe.« Porów. De rationis imp. 13, 16, 18.
  161. Daniel XII, 2: »A wielu z tych, którzy śpią w prochu ziemi, ocucą się, jedni ku żywotowi wiecznemu, a drudzy na pohańbienie i na wzgardę wieczną.«
  162. II Machab. VII, 14.
  163. Józef Flav. Ant. XVIII, V, 1; VII, 1 i 2; Łukasz III, 19: »A Herod, Tetrarcha, będąc strofowany od niego (Jana) na Herodjady, żony Filipa, brata jego, i dla wszystkich spraw, które czynił Herod...«
  164. Józef Flav. Ant. XVIII, II, 3; IV, 5; V, 1.
  165. Tamże XVIII, VII, 2.
  166. Tamże XVIII, IV, 6.
  167. Tamże XVII, XII, 2 i B. J. II, VII, 3.
  168. Orelli, Inscr. lat. No 3693; Henzen Suppl. No 7041; Fasti praenestini, 6 marca i 28 kwietnia (p. Corpus inscr. lat. I, 314, 317); Borghesi, Fasti consul. r. 742; R. Bergmann, De inscr. lat. ad P.S. Quirinum, ut videtur, referenda (Berlin 1851). Porów. Tacyt, Ann. II, 30; III, 48, Strabo XII, VI, 5.
  169. Józ. Flav. Ant. I. XVIII.
  170. Józ. Flav. Ant. księgi XVII i XVIII; B. J. I i II.
  171. Józ. Flav. Ant. XV. X, 4. Porów z Księgą Henocha XCVII, 13—14.
  172. Philo, Leg. ad Caium § 38.
  173. Józ. Flav. Ant. XVII, VI, 2 i nast.; B. J. I, XXXIII, 3 i nast.
  174. Miszna, Sanhedryn, IX, 6; Józef Flav. B. J. ks. IV i nast. Jan XVI, 2: »Wyłączać was będą z bóżnic; owszem, przyjdzie godzina, że wszelki, który was zabije, będzie mniemał, że Bogu posługę czyni.«
  175. Dzieje apost. VIII, 9: »A niektóry mąż, imieniem Symon, był przedtem w onem mieście, bawiący się nauką czarnoksięską, i lud Samaryjski mamił, powiadając się być czemsi wielkim.« Z wersetu 11-go można wywnioskować, że Symon był już sławny za czasów Jezusa.
  176. Rozprawa Claude’a, Lyon, tab. II. Boissieu, Inscr. ant. de Lyon, str. 136.
  177. II Samuelowe, XXIV (Dawid lud liczyć każe, Bóg się nań o to gniewa i ze trzech plag jedną mu obierać rozkazuje. Powietrzem siedemdziesiąt tysięcy ludu pomarło. Pan się zlitował a za modlitwą i ofiarą Dawidową powietrze uśmierzył).
  178. Talmud Babiloński, Baba Kama, 113 a., Szabbat, 33 b.
  179. Józef Flav. Ant. XVIII, I. 1 i 6; B. J. II, VIII, 1; Dzieje apost. V, 37: »Po nim powstał Judas Galilejczyk za dni popisu i uwiódł wiele ludu za sobą; ale i on zginął, i wszyscy, którzy z nim przestawali, rozproszeni są.« Dzieje apost. wymieniają przed Judasem innego jeszcze agitatora, imieniem Teudas; ale to anachronizm: powstanie Teudasa miało miejsce w roku 44 naszej ery (Jozef Flaviusz Ant. XX, V, 1).
  180. Józ. Flav. B. J. II, XVII, 8 i nast.
  181. 181,0 181,1 Uwaga tłómacza. Niepospolity ten wywód Renana jest wszelako niezgodny z całokształtem nauki Jezusowej, która to nauka, przechodząc potem przez filtry legend, została możliwie przystosowaną do idei państwowej. Jezus bynajmniej nie kazał płacić podatków. Ewangielista powiada wyraźnie: »Rzekł mu (Piotrowi) Jezus: Cóż ci się zda, Szymonie? Królowie ziemscy od kogóż biorą cło albo czynsz? od synów swoich czyli od obcych? Rzekł mu Piotr: Od obcych. I rzekł mu Jezus: Toć tedy synowie są wolni. Wszakże abyśmy ich nie zgorszyli, szedłszy do morza zarzucić wędkę, a tę rybę, która najpierwej uwięźnie, weźmij, a otworzywszy gębę jej, znajdziesz stater, który wziąwszy daj im za mię i za się.« (Mat. XVII, 25, 26, 27). Potwierdzają to ustępy u Mateusza roz. VI, 24—34, gdzie Jezus nie każe ni siać, ni orać; z czegóż tedy podatek płacić? U Mat. X, 8 wyraźnie powiedziane: »darmoście wzięli, darmo dawajcie«. Ustępy Mar. XII, 17 i Łuk. XX, 25 były fałszywie wykładane. Dla Jezusa nie istniała rzymska potęga, nie korzystał z jej dobrodziejstw, więc i nie cierpiał jej ucisku. Gdy go zapytano, czy płacić podatek, rzekł: czemu mnie kusicie? A potem kazał sobie pieniądz pokazać. Wizerunek cesarza na nim? Więc to własność cesarza? Oddajcie tę własność cesarzowi a zwróćcie się myślami tylko do Boga. Upaństwowienie Jezusa spaczyło tę myśl wielce znamienną.
  182. Łuk. XIII, 1: »A prawie natenczas byli przytomni niektórzy oznajmiając mu o Galilejczykach, których krew pomieszał Piłat z ofiarami ich.« Powstanie galilejskie Judasza, syna Ezechjasza, nie miało, jak się zdaje, charakteru religijnego; zresztą może umyślnie mówi tak Flaviusz (Ant. XVII, X, 5).
  183. Józ. Flav. Ant. XVI, VI, 2, 3; XVIII, I, 1.
  184. Józef Flaviusz B. J. III, III, 1. Przeraźliwy stan, w jakim ten kraj obecnie się znajduje, zwłaszcza w okolicy jeziora Tyberjadzkiego, nie powinien w błąd wprowadzać pielgrzyma. Dziś spalony, uchodził ongi za raj ziemski. Brzegi jeziora Tyberjadzkiego były dawniej perłą Galilei (Józef Flaviusz Ant. XVIII, II, 3). Józef Flaviusz rozpływa się nad prześlicznemi drzewami równiny Genezaret; tymczasem dziś równina ta jest zupełną pustynią, nie ocienioną ani jednem drzewem. Antonin Męczennik, żyjący około r. 600 naszej ery, więc na pięćdziesiąt lat przed wtargnięciem tam Muzułmanów, widzi jeszcze Galileę pokrytą wspaniałą roślinnością i płodność jej zestawia z żyznością Egiptu (Itin. § 5).
  185. Mat. V, 1: »A Jezus widząc lud, wstąpił na górę; a gdy usiadł przystąpili do niego uczniowie jego.« XIV, 23: »A rozpuściwszy lud wstąpił na górę z osobna, aby się modlił, a gdy był wieczór, sam tam był«. Łukasz VI, 12: »I stało się w oneż dni, odszedł na górę aby się modlił; I był tam przez noc na modlitwie bożej«.
  186. Mat. XVII, 1 i nast. »W on czas szedł Jezus w sabat przez zboża...«, Marek IX, 1 i nast. »...A po sześciu dniach wziął z sobą Jezus Piotra, Jakuba i Jana i wiódł je na górę wysoką same osobno, i przemienił się przed nimi. A szaty jego stały się lśniące i bardzo białe jako śnieg...« Łukasz IX, 28 i nast: »I stało się po tych mowach jakoby po ośmi dniach, że wziąwszy z sobą Piotra i Jana i Jakuba, wstąpił na górę, aby się modlił. A gdy się modlił, stał się inakszy kształt oblicza jego, i szaty jego stały się białe i świetne...«
  187. Józef Flav. Bellum Judaicum III, III, 2.
  188. Józef Flav. Ant. XVIII, II, 2; B. J. II, IX, 1; Vita 12, 13, 64.
  189. Józef Flav. B. J. III, III, 2.
  190. Możemy sądzić o tem z dzisiejszych ogródków dokoła Nazaretu. Patrz: Antonin Męczennik (cyt. wyż.). Wielkie majątki w południowych okolicach Tyru (ziemi dawnego pokolenia Aser) przedstawiają dla oka jeszcze przyjemniejszy widok. Na każdym kroku spotyka się ślady starożytnego rolnictwa palestyńskiego, narzędzia ciosane z kamienia, stępy, cebra, tłocznie i t. p.
  191. Mat. IX, 17: »Ani leją wina młodego w stare statki; bo inaczej pukają się statki, a wino wycieka, i statki się psują; ale młode wino leją w nowe statki, i oboje bywają zachowane«. XI, 19: »Przyszedł Syn człowieczy jedząc i pijąc, a mówią: Oto człowiek obżerca i pijanica wina, przyjaciel celników i grzeszników: i usprawiedliwiona jest mądrość od synów swoich«. Marek II, 22: »I żaden nie leje wina młodego...« Łukasz V, 37 (to samo); VII. 34: »Przyszedł Syn człowieczy jedząc i pijąc...« Jan II, 3 i nast. »A gdy nie stało wina (w Kanie Galilejskiej), rzekła matka Jezusowa do niego: wina nie mają... Każdy dawa pierwej wino dobre, a gdy sobie podpiją, tedy podlejsze«.
  192. Łukasz II, 41: »A rodzice jego chadzali na każdy rok do Jeruzalem na święta wielkanocne«.
  193. Łukasz II, 42—44: »A gdy już był we dwunaści leciech a oni wstępowali do Jeruzalem według zwyczaju onego święta, i gdy skończyli one dni, a już się wracali nazad, zostało dziecię Jezus w Jeruzalemie, a tego nie wiedział Józef i matka jego. Lecz mniemając, że jest w towarzystwie podróżnem, uszli dzień drogi, i szukali go między krewnymi i między znajomymi«.
  194. Patrz zwłaszcza psalmy LXXXIV, CXXII, CXXXIII, Wulg. LXXXIII, CXXI, CXXXII: (»O jako są miłe przybytki twoje, Panie Zastępów... Błogosławieni, którzy mieszkają w domu twoim... Błogosławiony człowiek, który ma siłę swoję w tobie... Którzy idąc przez dolinę morwów... I idą huf z hufem, a ukazują się przed Bogiem na Syonie«).
  195. Łukasz IX, 51—53: »...aby szedł do Jeruzalemu. Tedy posłał posły przed sobą, którzy idąc weszli do miasteczka Samarytańskiego, aby mu nagotowali gospodę. Lecz oni go nie przyjęli, przeto że oblicze jego było obrócone do Jeruzalemu». XVII, 11: »I stało się, gdy szedł do Jeruzalemu, że szedł pośrodkiem Samarji i Galilei«. Jan IV, 4: »A miał iść przez Samarją«. Józef Flav. Ant. XX, VI, 1; B. J. II, XII, 3; Vita 52. Niekiedy pielgrzymi kierowali się na Pereę, omijając Samarję a to dla uniknięcia niebezpieczeństw (Mat. XIX, 1; Marek X, 1).
  196. Według Józefa Flaviusza (Vita 52) droga trwała trzy dni. Ale z Sychem do Jerozolimy szło się zazwyczaj dwa dni.
  197. Vulgata LXXXIII w. 7.
  198. Łukasz IV, 42: »A gdy był dzień, wyszedł na miejsce puste«. V, 16: »Ale on odchadzał na pustynię i modlił się«.
  199. Wyrażenie to znajdujemy u Marka VI, 3. Porów. Mat. XIII, 55. Marek Józefa nie wspomina; natomiast Łukasz i Jan używają wyrażenia »syn Józefa«. Łukasz III, 23; IV, 22; Jan I, 45; IV, 42.
  200. Jan II, 1: »A dnia trzeciego było wesele w Kanie Galilejskiej«, IV, 46: »Przyszedł Jezus do Kany Galilejskiej«. Inni ewangieliści nie wspominają tej miejscowości. Niektórzy uważają Kanę Galilejską za jedno z miejscowością Kana el-Dżelil, inni znowu z Kefr-Kenna, położoną o dwie do dwóch i pół godzin na północ od Nazaretu.
  201. Jan II, 11: »Tenci początek cudów uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej«. IV, 46: »Tedy zasię przyszedł Jezus do Kany Galilejskiej, gdzie był uczynił z wody wino«. Miał z Kany jednego albo dwóch uczniów. Jan XXI, 2: »I Natanel, który był z Kany Galilejskiej«. Mat. X, 4: »Szymon Kananejczyk«. Marek III, 18: »Szymon Chananejczyk«.
  202. Marek IV, 3; »Izaż ten nie jest cieśla«. Justyn, Dial. cum Tryph., 88.
  203. Np. Rabbi Johanan, szewc; Rabbi Izaak, kowal.
  204. Dzieje apost. XVIII. 3: »A iż był tego rzemiesła, mieszkał u nich i robił; albowiem rzemiesło ich było robić namioty«.
  205. Patrz roz. IX, początek.
  206. Łukasz VII, 37 i nast.: »A oto niewiasta, która była w mieście grzeszna, dowiedziawszy się, iż siedzi w domu Faryzeuszowym, przyniosła alabastrowy słoik maści... Płacząc poczęła łzami polewać nogi jego a włosami głowy swojej ocierała, i całowała nogi jego, i maścią mazała«. Gdy Faryzeusz ostrzega Jezusa przed nią »bo jest grzesznica«, Jezus odpowiada mu przypowieścią: »Miał niektóry lichwiarz dwóch dłużników; jeden dłużen był pięć groszy, a drugi piędziesiąt. A gdy nie mieli czem zapłacić, odpuścił obiema. Powiedz tedy, któryż z nich bardziej go miłować będzie?... Widzisz tę niewiastę? Wszedłem do domu twego, nie dałeś wody na nogi moje: ale ta łzami polała nogi moje, i włosami głowy swojej otarła... Nie pomazałeś oliwą głowy mojej; ale ta maścią pomazała nogi moje.« Jan IV, 7 i nast.: »Jakoż ty (Jezusie) będąc Żydem, żądasz odemnie napoju, od niewiasty Samarytanki? (gdyż Żydowie nie obcują z Samarytany). VIII. 3 i nast.: »I przywiedli do niego... niewiastę na cudzołóstwie zastaną... Rzekli mu... w Zakonie nam Mojżesz przykazał takie kamionować. A ty co mówisz?... Rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech na nią pierwszy kamieniem rzuci.«
  207. Mowy, które czwarta ewangielia wkłada w usta Jezusa, zatrącają już teologią; stanowi to zasadniczą sprzeczność z ewangieliami synoptycznemi, zawierającemi najniezawodniej »logie« w brzmieniu pierwotnem; dlatego mowy te uważać raczej należy za dokumenty do historyi apostołów, niż do historyi Jezusa.
  208. Porów. Mat. IX, 9 (»A odchodząc stamtąd Jezus ujrzał człowieka siedzącego na cle, którego zwano Mateusz, i rzekł mu: Pójdź za mną; tedy wstawszy szedł za nim«) i inne analogiczne ustępy.
  209. Patrz np. Jan XXI, 15 i nast. »A gdy obiad odprawili, rzekł Jezus Szymonowi Piotrowi: Szymonie Jonaszów, miłujesz mię więcej niźli ci? I odpowiedział mu: Panie, ty wszystko wiesz, ty znasz, że cię miłuję. Rzekł mu Jezus: Paś że baranki moje. Rzekł mu zasię powtóre: Szymonie Jonaszów! Miłujesz mię? Rzekł mu: Tak jest, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzekł mu: Paś że owce moje.«
  210. Piękna dusza Filona zeszła się tu pod niejednym względem z myślami Jezusa. Porów. De confus. ling. § 14; De migr. Abr. § 1; De somniis, II, § 41; De agric. Noe § 12; De mutatione nominum § 4. Ale też Filon prawie nie jest Żydem.
  211. Paweł, Do Galatów IV, 6: »A iżeście synowie, przeto posiał Bóg ducha syna swego w serca wasze, wołającego Abba, to jest, ojcze«.
  212. W języku rabinistycznym owego czasu słowo »niebo« jest równoznaczne ze słowem »Bóg«, a tego ostatniego wyrazu nie wolno było wymawiać. Porów. Mat. XXI, 25: »Chrzest Janów skąd był? z nieba czy z ludzi?« Łuk. XV, 18: »Wstawszy tedy pójdę do ojca mego i rzeknę mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przed tobą«. XX, 4: »Chrzest Janów byłże z nieba, czyli z ludzi?«
  213. Znajdujemy to określenie prawie na każdej stronnicy ewangielij synoptycznych, Dziejów Apostolskich i listów św. Pawła. U Jana spotykamy się z niem tylko raz jeden (III, 3 i 5), gdyż wogóle zawarte w tej ewangielii słowa Jezusa bardzo się różnią od jego słów pierwotnych.
  214. Daniel II, 44: »Ale za dni tych Królów wzbudzi Bóg niebieski królestwo, które na wieki zepsowane nie będzie, królestwo to na inszy naród nie spadnie, ale ono połamie i koniec uczyni tym wszystkim królestwom, a samo stać będzie na wieki«. VII, 13, 14: »Widziałem też w widzeniu nocnem, a oto przychodził w obłokach niebieskich podobny synowi człowieczemu, a przyszedł aż do Starodawnego, i przywiedziono go przed obliczność jego. I dał mu władzę i cześć i królestwo, aby mu wszyscy ludzie i narody i języki służyli; władza jego władza wieczna, która nie będzie odjęta, a królestwo jego, które nie będzie skażone«. 22: »A iż złamany jest a powstały cztery miasto niego, czworo królestw z jego narodu powstaną, ale nie z taką mocą«. 27: »Tedym ja Daniel zemdlał i chorowałem przez dni kilka; potem wstawszy odprawowałem sprawy królewskie, a zdumiewałem się nad onem widzeniem, czego jednak nikt nie baczył«.
  215. Miszna, Berakot II, I, 3; Talmud Jerozolimski, Berakot II, 2; Kiduszyn, I, 2; Talmud Babiloński, Berakot, 15 a; Mekilla, 42 b; Siphra, 170 b; Wyrażenie to spotykamy często w Midraszim.
  216. Mat. VI, 33: »Ale szukajcie najprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydano«. XII, 28: »A jeżeli ja duchem bożym wyganiam djabły, tedyć do was przyszło królestwo boże«. XIX, 12: »Są też rzezańcy, którzy się sami urzezali dla królestwa niebieskiego«. Marek XII, 34; Łukasz XII, 31.
  217. Łukasz XVII, 20—21: »A będąc pytany od Faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo boże, odpowiedział im i rzekł: nie przyjdzie królestwo boże z postrzeżeniem. Ani rzeką: oto tu, albo oto tam jest; albowiem oto królestwo boże wewnątrz was jest«.
  218. Wspaniała teorya apokaliptyczna o Synu Człowieczym zachowała się rzeczywiście u synoptyków w rozdziałach, poprzedzających historyę umęczenia. Pierwsze kazania, zwłaszcza u Mateusza, dotyczą wyłącznie moralności.
  219. Mat. XIII, 54 i nast. Marek VI, 2 i nast. Jan VI, 42 (cyt. wyż.).
  220. Podanie o brzydocie Jezusa (Justyn, Dial. cum Tryph. 85, 88, 100) miała na celu wykazanie zgodności z proroctwem (Izajasz LIII, 2): »Bo wyrósł jako latorosłka przed nim, a jako korzeń z ziemi suchej nie mając kształtu ani piękności«.
  221. W »logjach« u Mateusza wiele z nich połączono w długie mowy. Ale przez szwy widać ich formę ucinkową.
  222. Sentencye ówczesnych doktorów żydowskich są zebrane w książeczce p. t. Pirke Aboth.
  223. Wykażemy te podobieństwa poniżej na właściwem miejscu. Ponieważ Talmud powstał później, niż ewangielie, przeto istniało nawet mniemanie, że kompilatorowie żydowscy czerpali z etyki chrześciańskiej. Przypuszczenie takie jest wprost niemożliwe; kościół i synagogę dzielił mur nieprzebyty. Aż do XIII w. obie literatury, chrześciańska i żydowska, nie wywierały na siebie prawie żadnego wpływu.
  224. Mat. VII, 12: »Wszystko tedy, cobyście chcieli, aby wam ludzie czynili, tak i wy czyńcie im«. Łukasz VI, 31: »I cobyście chcieli, aby wam ludzie czynili, tak i wy im czyńcie«. Zdanie to znajduje się już w księdze Tobiasza, IV. 16. Jest to zwrot zwykły u Hillela (Talmud babiloński, Szabbath, 31 a), który w takich razach powiada, podobnie jak Jezus, że cytuje Zakon.
  225. Mateusz V, 39 i nast.; Łukasz VI, 29. Por. Jeremiasz, Treny III, 30: »Nadstawia bijącemu policzka a nasycony bywa obelżeniem«.
  226. Mat. V, 29—30; XVIII, 9; Marek IX, 46.
  227. Mat. V, 44; Łukasz VI, 27; Porów. Talmud babiloński, Szabat 88 b; Joma 23 a.
  228. Mat. VII, 1; Łuk. VI, 37. Por. Talmud Babil., Ketubot 105 b.
  229. Łuk. VI, 37. Porów. Leviticus XIX, 18: »Nie mścij się i nie chowaj gniewu przeciw synom ludu twego; ale miłuj bliźniego twego jako siebie samego«. Przypow. Salom. XX, 22: »Nie mów: oddam złym. Oczekiwaj na Pana a wybawi cię«. Kaznodzieja XXVIII, 1 i nast.
  230. Łukasz VI, 36. Siphre 51 b (Sultzbach, 1802).
  231. Znajdujemy to zdanie w Dziejach Apost. XX, 35.
  232. Mat. XXIII, 12; Łuk. XIV, 11; XVIII, 14. Tym samym duchem owiane są sentencye, cytowane przez św. Hieronima z »Ewangielii według Hebrejczyków« (Comment. in Epist. ad Ephes. V, 4; in Ezech. XVIII; Dial. Adv. Pelag. III, 2).
  233. Deuter. XXIV, XXV, XXVI etc. Izajasz LVIII, 7: »Ułamuj łaknącemu chleba twego, a ubogie wygnańce wprowadź do domu twego; ujrzysz li nagiego, przyodziej go«. Przypow. Salom. XIX, 17: »Panu pożycza, kto ma litość nad ubogim, a on mu za dobrodziejstwa jego odda«. Pirke Aboth, I; Talmud Jerozolimski, Peah I, 1: Talmud Babiloński, Szabbath, 63 a.
  234. Mat. V, 20 i nast.: »Albowiem powiadam wam: jeżeli nie będzie obfitsza sprawiedliwość wasza, niż uczonych w piśmie i Faryzeuszów, żadnym sposobem nie wnidziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, iż rzeczono Starym: Nie zabijaj; a ktobykolwiek zabił, będzie winien sądu; ale ja wam powiadam: iż każdy, kto się gniewa na brata swego bez przyczyny, będzie winien sądu etc.«
  235. Mat. V, 22: »A ktokolwiek rzecze bratu swemu Racha, będzie winien rady, a ktokolwiek rzecz: błaźnie! będzie winien ognia piekielnego«.
  236. Mat. V, 31 i nast.: »Zasię rzeczono, ktobykolwiek opuścił żonę swoją, niech jej da list rozwodny; ale ja wam powiadam: ktobykolwiek opuścił żonę swoją oprócz przyczyny cudzołóstwa, przywodzi ją w cudzołóstwo, a ktoby opuszczoną pojął, cudzołoży«. Porów. Talmud Babiloński, Sanhedryn 22 a. (Tołstoj w pracy »Moja wiara« roz. VI twierdzi, że słowa »oprócz przyczyny cudzołóstwa« fałszywie przetłómaczono i wykładano. Żydzi rozwodzili się albo dla cudzołóstwa, co uchodziło za grzech, albo celem pojęcia innej żony, co było dozwolone. Jezus natomiast poucza, że rozwód nawet »oprócz przyczyny (celu, chęci) cudzołóstwa« a więc dla pojęcia innej żony jest grzeszny, bo opuszczoną prowadzi do cudzołóstwa. — Przyp. tłóm.).
  237. Mat. V, 33 i nast. (»Ale ja wam powiadam, abyście zgoła nie przysięgali«).
  238. Mat. V, 33 i nast. (»Słyszeliście, iż rzeczono: oko za oko... ale ja wam powiadam, żebyście się nie przeciwiali złemu«).
  239. Mat. V, 42: »Temu, co się prosi, daj, a od tego, co chce u ciebie pożyczyć nie odwracaj się«. Zakon także zabraniał lichwy (Deuter. XV, 7—8, ale nie tak kategorycznie, zwyczaj natomiast uświęcał ją (Łukasz VII, 41 i nast.).
  240. Mat. V, 28 (»Każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już z nią cudzołóstwo popełnił w sercu swojem«). Porów. Talmud, Masseket Kalla (wyd. Fürth, 1793) fol. 34 b.
  241. Mat. V, 28 i nast: »A tak jeślibyś ofiarował dar twój na ołtarzu, a tambyś wspomniał, iż brat twój ma coś przeciwko tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a odejdź, pierwej się pojednaj z bratem twoim, a potem przyszedłszy ofiaruj dar twój«.
  242. Mat. V. 45 i nast. Porów. Lewit. XI, 44 (»Albowiem jam jest Pan Bóg wasz; przetoż poświęcajcie się a bądźcie świętymi, bom ja święty jest«).
  243. Porów. Filon, De migr. Abr. § 23 i 24; De vita contemplativa (w całości).
  244. Mat. XV. 11 i nast. (»Nie to, co wchodzi w usta, pokala człowieka«). Marek VII, 6 i nast. (»Lud ten czci mnie wargami, ale serce jego daleko jest odemnie... Albowiem opuściwszy przykazania Boże, trzymacie ustawy ludzkie, umywanie konewek i kubków« etc.).
  245. Marek VII, 6 i nast.
  246. Mat. VI, 1 i nast. P. Kaznodzieja, XVII, 18; XXIX, 15. Talmud Babil., Chagiga, 5 a; Baba Bathra, 9 b.
  247. Mat. VI, 5—8.
  248. Mat. XIV, 23: »A rozpuściwszy lud wstąpił na górę z osobna, aby się modlił«. Łukasz IV, 42: »A gdy był dzień wyszedłszy szedł na miejsce puste.« V, 16: »Ale on odchadzał na pustynię i modlił się«. VI, 12: »Odszedł na górę, aby się modlił«.
  249. Mat. VI, 9 i nast. »Wy tedy tak się módlcie: Ojcze, etc.« Łuk. XI, 2 i nast.
  250. To znaczy: od dyabła.
  251. Łukasz XI, 5 i nast.
  252. Mat. V, 23—24.
  253. Izajasz I, 11 i nast.; czytaj także w całości rozdz. LVIII; Ozeasz VI, 6: »Bo miłosierdzia chcę a nie ofiary, a znajomości bożej więcej, niż całopalenia«. Malachyasz I, 10 i nast. (»Nie mam chęci do was i ofiary nie przyjmę z ręki waszej«).
  254. Pirke Aboth, I, 2.
  255. Kaznodzieja Salom. XXXV, 1 i nast.
  256. Talmud Jer., Pesachim, VI, 1; Talm. Babil., Pesachim, 66 a; Szabbat, 31 a.
  257. Quod Deus immut., § 1 i 2; De Abrahamo, § 22; Quis rerum divin. haeres, § 13 i nast., 55, 58 i nast.; De profugis, § 7 i 8; Quod omnis probus liber (w całości); De vita contemplativa (w całości).
  258. Talmud Babiloński, Pesachim, 67 b.
  259. Talmud Jerozolimski, Peah, I, 1.
  260. Mat. VII, 4—5. Porów. Talmud Babiloński, Baba Bathra, 15 b; Erachin, 16 b.
  261. Patrz zwłaszcza Pirke Aboth, roz. 1.
  262. Talmud, który powstał z tych rozlicznych szkół, zaczęto spisywać dopiero w drugim wieku naszej ery.
  263. Łukasz, I, 5: »Był za dni Heroda, króla judskiego, kapłan niektóry imieniem Zacharyasz«; ustęp z ewangielii Ebionitów, zachowany u Epifanesa (Adv. haer. XXX, 13).
  264. Łukasz I, 39: »Tedy wstawszy Marya w onych dniach, poszła w górną krainę z kwapieniem do miasta Judskiego.« Widziano nie bez słuszności w onem »mieście Judskiem«, wymienionem tu u Łukasza, stare miasto Juttę (Jozue XV, 55: »Maon, Karmel, Zyf i Juta«; XXI, 16: »I Jeta i przedmieścia jego«). Robinson (Biblical Researches, I, 494; II, 206) o małe dwie godzinki drogi na południe od Hebronu odnalazł tę Juttę, która i dziś jeszcze tak się nazywa.
  265. Łukasz, I, 15: »Wina i napoju mocnego nie będzie pił«.
  266. Łukasz, I, 80: »A ono dzieciątku rosło... i było na pustyni aż do onego dnia, kiedy się okazało przed Izraelem«.
  267. Mat. III, 4: »A ten Jan miał odzienie z sierści wlelbłądowej i pas skórzany około bioder swoich, a pokarm jego była szarańcza i miód leśny« Marek I, 6. Ułamek ewangielii Ebionitów u Epifanesa Adv. haer. XXX, 13.
  268. 268,0 268,1 Malachiasz IV, 5—6: »Oto ja wam poślę Eliasza proroka, pierwej, niż przyjdzie on wielki i straszny dzień Pański«. Kaznodzieja Salomon. XLVIII, 10; Mat. XVI, 14: (na pytanie, za kogo ludzie Jezusa mają). »Jedni Janem Chrzcicielem a drudzy Eliaszem«; XVII, 10 i nast.: »Cóż tedy Nauczeni w Piśmie powiadają, że ma Eliasz pierwej przyjść? A Jezus odpowiadając rzekł im: Eliasz pierwej przyjdzie i naprawi wszystko; ale wam powiadam, że Eliasz już przyszedł, wszakże nie poznali go... Tedy zrozumieli uczniowie, iż o Janie Chrzcicielu mówił do nich«. Marek VI, 15: »A drudzy mówili (o Jezusie) Eliasz to jest«; VIII, 28; IX, 10 i nast.; Łukasz IX, 8, 19; Jan, I, 21, 25.
  269. Dziki Abdallah, pasza Akki (staroż. Ptalomais, u Francuzów St. Jean d’Acre — przyp. tłóm.) o mało nie umarł ze strachu, gdy we śnie ujrzał Eliasza stojącego na górze. Malowidła chrześciańskie przedstawiają go w otoczeniu ściętych głów; muzułmanie boją się go.
  270. Izajasz II, 10: »Wnijdź w skałę, skryj się w prochu przed strachem Pańskim«.
  271. Łukasz I, 17: »Bo on pójdzie wprzód przed obliczem jego w duchu i w mocy Eliaszowej«.
  272. Pliniusz, Hist. nat. V, 17; Epifanes, Adv. haer. XIX, 1 i 2.
  273. Józef Flav. Vita 2.
  274.  Kierownicy duchowi.
  275. Traktowałem to szerzej w innych pracach (Hist. génér. des langues sémitiques, III, IV, 1; Journ. Asiat., luty—marzec 1856).
  276. Wyraz aramejski seba znaczy to samo, co greckie βαπτίζω.
  277. Pisałem o tem obszerniej w Journal Asiatique (listopad—grudzień 1853 i sierpień—wrzesień 1855). Rzecz szczególna, że Elchazaici, sekta sabistów czyli baptystów, gnieździła się w tem samem miejscu, gdzie Esejczycy (na wschodnim brzegu Morza Martwego) i że ich z nimi pomieszano (Epifanes, Adv. haer. XIX, 1, 2, 4; XXX, 16, 17; LIII, 1 i 2; Philosophumena, IX, III, 15 i 16; X, XX, 29).
  278. Por. uwagi Epifanesa nad Essejczykami, Hemerobaptystami, Nazarejczykami, Osseńczykami, Nazorejczykami, Ebionitami, Sampsejczykami (Adv. haer. księga I i II) z uwagami w Philonophumenach nad Elchazaitami, ks. IX i X.
  279. Epifanes, Adv. haer. XIX, XXX, LIII.
  280. Marek VII, 4: »I z rynku przyszedłszy, jeśliby się nie umyli, nie jedzą; i innych rzeczy wiele jest, które przyjęli ku trzymaniu, jako umywanie kubków, konewek i miednic i stołów.« Józef Flaviusz, Ant. XVIII, V, 2; Just. Dial. cum Triph., 17, 29, 80; Epiph. Adv. haer. XVII.
  281. Józef Flav. B. J. II, VIII, 5, 7, 9, 13.
  282. Miszna, Pesachim, VIII, 8; Talmud Babiloński, Jebamot, 46 b; Kerithut, 9 a; Aboda Zara. 57 a; Masseket Gerim (wyd. Kirchheima, 1851) p. 38—40.
  283. Mat. III, 1; Marek I, 4.
  284. Łukasz, III, 3.
  285. Jan I, 28: »To się stało w Betabarze za Jordanem, gdzie Jan chrzcił«; III, 26: »I przyszli do Jana i rzekli mu: Mistrzu, ten, który był z tobą za Jordanem, któremuś ty dał świadectwo, ten oto chrzci a wszyscy idą do niego«. Wszystkie rękopisy wymieniają w tem miejscu Betanię a nie Betubarę; ale ponieważ nie znano na tej przestrzeni żadnej Betanii, przeto Origenes zaproponował (Comment in Joann. VI, 24), aby wprowadzić zamiast Betanii Bethobarę, a ta poprawka prawie powszechnie została przyjęta. Zdaje się zresztą, że oba te słowa oznaczały jedno miejsce, w którem znajdował się prom dla przeprawiania się przez rzekę.
  286. Enon liczba mnoga od chaldejskiego enawan, »źródła«.
  287. Jan III, 23: »Chrzcił też i Jan w Enon, blisko Salim; bo tam było wiele wód a ludzie przychodzili i chrzcili się«. Jest to okolica przepiękna. Czwarty ewangielista mniema, że nie leżała ona w pobliżu Jordanu. Natomiast synoptycy przenoszą całą scenę na sam brzeg tej rzeki (Mat. III, 6; Marek I, 5; Łukasz III, 3). Z zestawienia wersetów 22 i 23 roz. III u Jana z wersetami 3 i 4 rozdziału IV tegoż ewangielisty wynikałoby, że miejscowość Salim znajdowała się w Judei a więc w oazie Jerychońskiej przy ujściu Jordanu do Martwego Morza, gdyż na całym obszarze ziem pokolenia Judy niepodobna znaleść basenu naturalnego, w którym człowiek mógłby się całkowicie zanurzyć. Według św. Hieronima Salim leżało bardziej na północ, w pobliżu Betsean lub Scytopolis. Ale poszukiwania Robinsona (Bibl. Res. III, 333) nie potwierdziły tej hypotezy.
  288. Marek I, 5; Józef Flav. Ant. XVIII, V, 2.
  289. Mat. XIV, 5: »Ale gdy on chciał zabić, bał się ludu; albowiem go za proroka mieli.« XXI, 26: »Bo Jana wszyscy za proroka mieli.«
  290. Mat. XI, 14: »On ci jest Eljasz, który miał przyjść.« Marek VI, 15; Jan I, 21.
  291. Mat. XIV, 2: »Tenci jest Jan Chrzciciel; on to zmartwychwstał i dlatego się cuda przezeń dzieją.« Łukasz IX, 8.
  292. Łukasz III, 15 i nast.: »A gdy lud oczekiwał i myślili wszyscy w sercach swych o Janie, jeśliby snadź on nie był Chrystusem, odpowiedział Jan wszystkim mówiąc: Jać was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy nad mię, któremum nie jest godzien rozwiązać rzemyka butów jego; ten was chrzcić będzie duchem świętym i ogniem«. Jan I, 20: »I wyznał, żem ja nie jest Chrystus«.
  293. Mat. XXI, 25 i nast.; Łukasz VII, 30: »Ale Faryzeuszowie i  Zakonnicy pogardzili radą bożą sami przeciwko sobie, nie będąc ochrzczeni od niego«.
  294. Mat. cyt. wyż.
  295. Mat. III, 2: »Pokutujcie, albowiem się przybliżyło królestwo niebieskie«.
  296. Mat. III, 7: »A gdy ujrzał wiele z Faryzeuszów i Saduceuszów przychodzących do chrztu swego, rzekł im: rodzie jaszczurczy! któż wam pokazał, żebyście uciekali przed przyszłym gniewem?«
  297. Łukasz III, 11—14. Józef Flav. Ant. XVIII, V, 2.
  298. Mat. XXI, 32: »Albowiem przyszedł do was Jan drogą sprawiedliwości, a nie uwierzyliście mu, ale celnicy i wszetecznice uwierzyły mu«. Łukasz III, 12—14: »Przyszli też do niego celnicy... Pytali go też żołnierze«.
  299. Mat. III, 9: »A nie mniemajcie, że możecie mówić sami sobie: Ojca mamy Abrahama; albowiem powiadam wam, że Bóg i z tych kamieni wzbudzić może dzieci Abrahamowe«.
  300. Mat III, 7 (cytowane wyżej) Łukasz III, 7.
  301. Józef Flawiusz, Ant. XVIII, V, 2. Rzecz charakterystyczna, że ilekroć ten historyk objaśnia doktryny tajemne swych rodaków, mniej lub więcej rewolucyjne, stara się zatrzeć w nich wszystkie rysy mesyanistyczne i, aby nie wzbudzić podejrzliwości Rzymian, pokrywa je pokostem banalności, przyrównywają wszystkich twórców sekt żydowskich do stoików lub moralistów.
  302. Mat. IX, 14: »Tedy przyszli do niego uczniowie Janowi mówiąc: »Przecz my i Faryzeuszowie często pościmy a uczniowie twoi nie poszczą?«
  303. Łukasz III, 11: »A on odpowiadając rzekł im: Kto ma dwie suknie, niechaj udzieli temu, co niema; a kto ma pokarmy, niech także uczyni«.
  304. Mat. III, 13 i nast. »Tedy Jezus przyszedł od Galilei nad Jordan do Jana, aby był ochrzczony od niego; ale mu Jan bardzo zabraniał mówiąc: ja potrzebuję, abym był ochrzczony od ciebie, a ty idziesz do mnie? A odpowiadając Jezus rzekł do niego: Zaniechaj teraz; albowiem tak przystoi na nas, abyśmy wypełnili wszelką sprawiedliwość; tedy go zaniechał«. Marek I, 9 i nast.: »I stało się w one dni, że przyszedł Jezus z Nazaretu Galilejskiego: a ochrzczony jest od Jana w Jordanie«. Łukasz III, 21 I nast. Jan I, 29 i nast.; III, 22 i  nast. Wedle synoptyków Jezus udał się do Jana przed wystąpieniem na widownię publiczną. Ale jeśli przyjmiemy, że Jan zgotował mu uroczyste przyjęcie, to musimy także przypuścić, iż Jezus był już wtedy nauczycielem dość znanym. Wedle czwartego ewangielisty Jezus udaje się do Jana dwa razy, za pierwszym razem całkiem jeszcze nieznany, za drugim już w otoczeniu uczniów. Nie starając się rozstrzygnąć tej kwestyi, której się z tego powodu rozstrzygnąć nie da, że teksty są pełne sprzeczności a ewangieliści w podobnych wypadkach mało się troszczyli o ścisłość, oraz nie przecząc, że Jezus mógł był się udać do Jana wtedy, kiedy jeszcze był mało znany, przyjmujemy to, co podaje czwarty ewangielista (III, 22 i nast.) a mianowicie, że Jezus, nim począł chrzcić wzorem Jana, miał już grono uczniów. Zresztą należy sobie uprzytomnić, że na pierwszych stronnicach czwartej ewangielii wszystkie fakty są pomieszane, bez ścisłego ugrupowania chronologicznego.
  305. Łukasz I, 36 (»A oto Elżbieta, pokrewna twoja«...). Jest tu ubocznie zaznaczone pokrewieństwo Jana i Jezusa, ale wszystkie szczegóły opowiadania, zawarte w tym rozdziale, mają piętno czystej legendy.
  306. Jan III, 22—26: »Potem przyszedł Jezus i uczniowie jego do Judzkiej ziemi, i tam przemieszkiwał z nimi i chrzcił. Chrzcił też i Jan w Enon blisko Salim... Wszczęła się tedy gadka między uczniami Janowymi... I przyszli do Jana i rzekli mu: Mistrzu, ten który był z tobą za Jordanem, któremuś ty dał świadectwo, ten oto chrzci a wszyscy idą do niego«. IV, 1—2: »A gdy poznał Pan, iż usłyszeli Faryzeuszowie, że Jezus więcej uczniów czynił i chrzcił, niżeli Jan (chociaż sam Jezus nie chrzcił, ale uczniowie jego)«. Nawias, w który został ujęty werset drugi, jest albo glossą późniejszą, albo też późniejszą wątpliwością Jana, gdy tekst poprawiał.
  307. Jan III, 26; IV, 1.
  308. Mat. III, 2: »A mówiąc: Pokutujcie, albowiem się przybliżyło królestwo niebieskie«. IV, 17.
  309. Mat. III, 7: »Rodzaju jaszczurczy, któż wam pokazał, żebyście uciekali przed przyszłym gniewem«; XII, 34: »Rodzaju jaszczurczy, jakoż możecie mówić dobre rzeczy, będąc złymi, gdyż z obfitości serca usta mówią?« XXIII, 33: »Wężowie, rodzaju jaszczurczy! I jakoż będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego!«
  310. Mat. XI, 2—13: A Jan usłyszawszy w więzienia o uczynkach Chrystusowych, posławszy dwu uczniów swoich rzekł mu: Tyżeś jest on, który ma przyjść, czy też innego czekać mamy? A Jezus rzekł im: Oznajmijcie Janowi... ślepi widzą, chromi chodzą... A gdy odeszli, począł Jezus mówić do ludu o Janie: Zaprawdę... nie powstał... większy nad Jana Chrzciciela«.
  311. Mat. XIV, 12: »A przyszedłszy uczniowie jego wzięli ciało i pogrzebili je, a odszedłszy powiedzieli Jezusowi«.
  312. Łukasz III, 19: »A Herod Tetrarcha, będąc strofowany od niego dla Herodjady, żony Filipa, brata jego, i dla wszystkich złych spraw, które czynił Herod«.
  313. Józef Flawiusz, Ant. XVIII, V, 2.
  314. Tamże XVIII, V, 4.
  315. Mateusz (XIV, 3, w tekście greckim) i Marek (VI, 17) mówią o Filipie; ale jest to niezawodnie pomyłka (Porów. Józ. Flav. Ant. XVIII, V, 1 i 4). Żoną Filipa była Salome, córka Herodiady.
  316. Józef Flav. Ant. XVII, IV, 2.
  317. Józ. Flav. Ant. XVIII, VII, 1, 2; B. J. II, IX, 6.
  318. Józ. Flav. Ant. XVIII, V, 1.
  319. Tę formę znajdujemy w Talmudzie Jerozolimskim (Szebiit, IX. 2) oraz w Targumach (komentarzach) Jonatana i Jerozolimskim (Numeri XXII, 35).
  320. Obecnie Mkaur w dolinie Zerka Main. Od czasów Seetzena nikt nie był w tej okolicy.
  321. Józef Flav. De bello Jud. VII, VI, 1 i nast.
  322. Józef Flav. Ant, XVIII, V, 1.
  323. 3. Mojż. XVIII, 16: »Sromoty żony brata twego nie odkryjesz«.
  324. Józef Flav. Ant. XV, VII, 10.
  325. Mat. XIV, 4: »Bo mu Jan mówił: nie godzić się jej mieć«. Marek VI, 18; Łukasz III, 19.
  326. Józef Flav. Ant. XVIII, V, 2.
  327. Mat. XIV, 5: »Ale gdy go on chciał zabić, bał się ludu; albowiem go za Proroka mieli«.
  328. Marek VI, 20: »Albowiem Herod obawiał się Jana, wiedząc, iż był mężem sprawiedliwym i świętym; i oglądał się nań, i słuchając go, wiele czynił i rad go słuchał«. Odczytuję ήπόρεί a nie έποίει.
  329. Łukasz XI, 24: »Gdy duch nieczysty wychodzi od człowieka, przechadza się po miejscach suchych, szukając odpoczynienia.« Tobiasz VIII, 3.
  330. Mat. IV, 1 i nast. (»Tedy Jezus zawiedziony jest na puszczę od ducha, aby był kuszony od djabła... Tedy go opuścił djabeł, a oto Aniołowie przystąpili i służyli mu«). Marek I, 12—13; Łukasz IV, 1 i nast. Zaiste, wielkie podobieństwo tych ustępów ewangielii z analogicznymi ustępami Vendidady (XIX) i Lalitavistary (XVII, XVIII, XXI) doprowadzałaby do wniosku, że wszystko, o czem tu mowa, jest legendą. Ale sucha i treściwa opowieść Marka, która niezawodnie doszła nas tutaj w redakcyi pierwotnej, nasuwa mniemanie, że rzecz jest oparta na jakimś fakcie rzeczywistym, który potem dał temat do snucia legend.
  331. Mat. IV, 12: »A gdy usłyszał Jezus, iż Jan był podany do więzienia, wrócił się do Galilei«. Marek I, 14; Łukasz IV, 14; Jan IV, 3.
  332. Mat. VII, 29: »Albowiem je uczył jako moc mający, a nie jako nauczeni w piśmie«. Marek I, 22; Łukasz IV, 32.
  333. Marek I, 14—15 (»Wypełnił się czas i przybliżyło się królestwo boże«).
  334. Marek XV, 43: „Przyszedłszy Józef z Arymatei, poczesny radny Pan, który też sam oczekiwał królestwa bożego...«
  335. Patrz roz. V.
  336. Jan XII, 31: »Tem jest sąd świata tego, teraz książę świata tego precz wyrzucone będzie«. XIV, 30; XVI, 11, Porów. II Kor. IV, 4; Efez. II, 5.
  337. Jan, I, 10: »Na świecie był, a świat przezeń uczyniony jest; ale go świat nie poznał«. VII, 7; XIV, 17, 22, 27; XV, 18 i nast.; XVI, 8, 20, 33; XVII, 9, 14, 16, 25. To szczególne znaczenie słowa »świat« jest zwłaszcza charakterystyczne w pismach Jana i Pawła.
  338. Mat. XIX, 30: »I przyszedł do niego wielki lud, mając ze sobą chrome, ślepe, nieme, ułomne i inszych wiele, i kładli je u nóg Jezusowych, i uzdrawiał je«. XX, 16: »Takci będą ostatni pierwszymi, a pierwsi ostatnimi«. Marek X, 31; Łukasz XIII, 30.
  339. Mat. XIII, 24 i nast.
  340. Mat. XIII, 47 i nast.
  341. Mat. XIII, 31 i nast.; Marek IV, 31 i nast.; Łukasz XIII, 19 i nast.
  342. Mat. XIII, 33; Łukasz XIII, 21.
  343. Mat. XIII w całości;. XVIII, 23 i nast.; XX, 1 i nast.; Łukasz XIII, 18 i nast.
  344. Mat. XXII, 30.
  345. Άποκατάστασισ πάντων. Dzieje III, 21: »Który zaiste niebiosa ma objąć aż do naprawienia wszystkich rzeczy«.
  346. Mat. XVII, 23—26, XXII, 16—22.
  347. Jan VI, 15: »Tedy Jezus poznawszy, iż mieli przyjść i porwać go, aby go uczynili Królem, uszedł zasię sam tylko na górę«.
  348. V. Stobée, Florilegium, roz. LXII, LXXVII, LXXXVI i nast.
  349. Jan VIII, 32 i nast. (»I poznacie prawdę a prawda was wyswobodzi«).
  350. Dzieje Apost. III, 21: »Który zaiste niebiosa ma objąć aż do czasu naprawienia wszystkich rzeczy, co był przepowiedział Bóg przez usta wszystkich świętych swoich Proroków od wieku«.
  351. Apokalipsa XXI, 1, 2, 5: »Potymem widział niebo nowe i ziemię nową; albowiem pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęła, a morza już więcej nie było. A ja Jan widziałem ono święte miasto, Jeruzalem nowe, zstępujące z nieba od Boga, zgotowane, jako oblubienicę ubraną mężowi swemu. — I rzekł ten, który siedział na stolicy: Oto wszystko nowe czynię«.
  352. Taka sama sprzeczność da się zauważyć u odnośnych sekt angielskich; z jednej strony wierzą w przyszły koniec świata, z drugiej zaś strony wykazują dużo praktycznego zmysłu życiowego, zwracając baczną uwagę na bieg spraw handlowych i przemysłowych.
  353. Mat. X 17—18: »A strzeżcie się ludzi, albowiem was będą wydawać do rady i w zgromadzeniach swoich was biczować będą. Także przed Starosty i Króle wodzeni będziecie dla mnie, na świadectwo przeciwko nim i Poganom«. Łukasz XII, 11. »A gdy was będą wodzić do bóżnic i przełożonych i do zwierzchności, nie troszczcie się, jako i cobyście ku obronie odpowiedzieć, albo cobyście mówić mieli«.
  354. Mat. V, 10 i nast.; X w całości; Łukasz VI, 22 i nast.; Jan XV, 18 i nast.; XVI, 2 i nast., 20, 33; XVII, 14.
  355. Łukasz XVI, 15 »Co jest u ludzi wyniosłego, obrzydliwością jest przed Bogiem«.
  356. Mat. V, 3, 10; XVIII, 3; XIX, 14, 23-24; XXI, 31; XXII, 2 i nast.; Marek X, 14—15, 23-25; Łukasz IV, 18 i nast.; VI, 20; XVIII, 16—17, 24—25.
  357. Mat. XI, 5.
  358. Jan XV, 19: »Byście byli z świata, świat, co jest jego, miłowałby; lecz iż nie jesteście z świata, alem ja was wybrał z świata, przetoż was świat nienawidzi«. XVII, 14, 16.
  359. Należy wziąć pod uwagę zwiastuna cały roz. XVII ewangielii według Jana, zawierający jeżeli nie autentyczną, mowę Jezusa, to w każdym razie najgłębsze uczucia jego uczniów, zaszczepione przez mistrza.
  360. Łukasz III, 23; ewang. Ebionitów, u Epifanesa. Adv. haer. XXX, 13.
  361. Jan I, 37 i nast.
  362. Ezechiel I, 5, 26 i nast. (5: »Także z pośrodku jego ukazało się podobieństwo czworga zwierząt, których takowy był kształt: Podobieństwo człowieka miały«. 26: »A z wierzchu na rozpostarciu, które było nad głową ich, było podobieństwo stolicy na wejrzeniu jako kamień szafirowy, a nad podobieństwem stolicy na nim z wierzchu na wejrzeniu jako osoba człowieka«).
  363. Daniel VII, 13—14; Porów. VIII, 15; X, 16.
  364. U Jana XII, 34: »Odpowiedział mu on lud: myśmy słyszeli, z zakonu, iż Chrystus trwa na wieki«.
  365. Księga Henocha, XLVI, 1, 2, 3; XLVIII, 2, 3; LXII, 9, 14; LXX, 1 (podział Dillmanna); Mat. X, 23; XIII, 41; XVI, 27—28; XIX, 28; XXIV, 27, 30, 37, 39, 44; XXV, 31; XXVI, 64; Marek XIII, 26; XIV, 62; Łukasz XII, 40; XVII, 24, 26, 30; XXI, 27, 36; XXII, 69; Dzieje Apost. VII, 55. Ale najcharakterystyczniejszy ustęp znajduje się u Jana, V, 27: »I dał mu moc i sąd czynić, bo jest synem człowieczym«, podobny do ustępów w Apokalipsie I, 13: »A w pośrodku onych siedmi świeczników podobnego Synowi człowieczemu« i XIV, 14: »A na obłoku siedział podobny Synowi człowieczemu«. Wyrażenie »syn niewiasty« zamiast »Mesyasz« została użyte raz jeden w księdze Henocha LXII, 5.
  366. Jan V, 22, 27 (22: »Bo ojciec nikogo nie sądzi, lecz wszystek sąd dał synowi«, 27: »I dał mu moc i sąd czynić, bo jest synem człowieczym«).
  367. Tytuł ten pojawia się 83 razy w ewangieliach i to wyłącznie w przemówieniach Jezusa.
  368. Wprawdzie Tell Hum, które zazwyczaj bierze się u Kafarnaum, posiada szczątki pięknych pomników. Ale niezależnie od tego, iż były to prawdopodobnie dwie różne miejscowości; wspomniane pomniki pochodzą z czasów późniejszych, może z II lub III wieku po Chrystusie.
  369. B. J. III, X, 3.
  370. Mat. IX, 1: »Tedy wstąpiwszy w łódź przewiózł się i przyszedł do miasta swego«. Marek II, 1: »A zasię przyszedł po kilku dni do Kapernaum, i usłyszano, że jest doma«.
  371. Mat. XIII, 54 i nast.; Marek VI, 1 i nast.; Łukasz, IV, 16 i nast., 23—24; Jan IV, 44.
  372. Marek VI, 5. Porów. Mat. XII, 58: »I nie uczynił tam wiele cudów dla niedowiarstwa ich«. Łukasz IV, 23: »Cośmy słyszeli, żeś uczynił w Kapernaum, uczyń i tu w ojczyźnie swojej«.
  373. Mat. XIII, 57. Marek VI, 4; Jan VII, 3 i nast.
  374. Łukasz IV, 29: »A wstawszy wypchnęli go precz z miasta i wywiedli go na wierzch góry, na której miasto ich zbudowane było, aby go z niej na dół zrzucili«. Prawdopodobnie mowa tu o stromej skale, znajdującej się tuż pod Nazaretem, a wznoszącej się nad obecnym kościołem Maronitów, nie zaś o domniemanej »Górze strącenia«, która znajduje się o godzinę drogi od Nazaretu. Patrz: Robinson II, 335 i nast.
  375. Mat. IV, 13. Łukasz IV, 31.
  376. W Tell-Hum, Irbid (Arbela), Meiron (Mero), Giscala, Kasiun, Nabartein, dwie w Kefr-Bereim.
  377. Nie odważyłbym się w tej chwili głosić, czy Jezus w której z nich przemawiał, bo wogóle trudno określić, z którego wieku pochodzą. Może w synagodze w Tell-Hum? Zdaje się, że najstarszą z wszystkich jest wielka synagoga w Kefr-Bereim. Posiada styl dość czysty. Na synagodze w Kasiun znajduje się inskrypcya z czasów Septyma Sewera. Ponieważ po wojnie rzymskiej judaizm w Górnej Galilei zajął bardzo korzystne stanowisko, przeto możnaby mniemać, że niektóre z tych budowli sięgają III-go wieku, t. j. epoki, kiedy Tyberyada stała się niejako stolicą judaizmu.
  378. II Ezdr. VIII, 4: »I stanął Ezdrasz nauczony w piśmie na kazalnicy, którą byli zgotowali na to«. Mat. XXIII, 6: »Nadto miłują pierwsze miejsca na wieczerzach i pierwsze stołki w bóżnicach«. List Jak. II, 3. Miszna, Megilla III, 1. Rosz haszana IV, 7 etc. Patrz zwłaszcza ciekawy opis synagogi Aleksandryjskiej w Talmudzie babilońskim, Sukka 51 b.
  379. Filon, cytow. u Euzebiusza, Praep. evang. VIII, 7 i Quod omnis probus liber, § 12; Łukasz IV, 16; Dzieje Apost. XIII, 15; XV, 21; Miszna, Megilla, III, 4 i nast.
  380. Άρχισυνάγωγος.
  381. Πρεσβύτεροι.
  382. Ύπηρέτης.
  383. Άποστολοι czyli άγγελοι.
  384. Διάκονος. Marek, V, 22, 35 i nast.; Łukasz IV, 20; VII, 3; VIII, 41, 49; XIII, 14; Dzieje Apost. XIII, 15; XVIII, 8, 17; Apokalipsa II, 1; Miszna, Joma, VII, 1; Rosz haszana IV, 9; Talmud. jeroz., Synhedrion, I, 7; Epifan. Adv. haer. XXX, 4 11.
  385. Inskrypcya Bereniki w Corpus inscr. graec. Nr. 5361; inskrypcya w Kasyun, p. Mission de Phenicie, ks. IV.
  386. Mat. V, 25; X, 17; XXIII, 34; Marek XIII, 9; Łukasz XII, 11; XXI, 12; Dzieje Apost. XXII, 19, XXVI, 11; II Kor. XI, 24; Miszna, Makkot, III, 12. Talmud Babil. Megilla, 7 b; Epifan. Adv. haer. XXX, 11.
  387. Mat. XXIII, 6; List Jakóba II, 3; Talmud Babiloński. Sukka, 51 b.
  388. Mat IV, 23; IX, 35; Marek I, 21, 39; VI, 2; Łukasz, IV, 15, 16, 31, 44; XIII, 10; Jan XVIII, 20.
  389. Łukasz IV, 16 i nast. Porów. Miszna, Joma VII, 1.
  390. Mat. VII, 28; XIII, 54; Marek I, 22; VI, 1; Łukasz IV, 22, 32.
  391. Dawne Kinnereth albo znikło z powierzchni ziemi, albo przybrało inną nazwę.
  392. Wiemy tylko, że leżało w pobliżu Tyberyady. Talmud Jeroz. Maasaroth, III, 1; Szebiit IX, 1; Erubim, V, 7.
  393. Marek VIII, 10. Porów. Mateusz XV, 39.
  394. W miejscowości zwanej dziś Korazi albo Bir-Kerazeh, powyżej Tell-Hum.
  395. Stara hypoteza, wedle której Tell-Hum było dawnem Kafarnaum, od kilku lat silnie atakowana, ma jeszcze wielu obrońców. Najlepiej właściwie za tem przemawia sama nazwa Tell-Hum, Tell wchodzi bowiem w określenie wielu wiosek i mogło było zastąpić dawne Kafar. Z drugiej strony niepodobna odnaleść w pobliżu Tell-Hum źródła, o którem wspomina Józef Flaviusz (B. J. III, X, 8). Może to Ahin-Medawara? Lecz znajduje się od jeziora o pół godziny drogi; tymczasem rybacka osada Kafarnaum leżała nad samym brzegiem morza (Mat. IV, 13; Jan VI, 17). Gdy chodzi o Betsajdę trudności jeszcze się bardziej zwiększają; gdyż dość rozpowszechnione mniemanie, że były dwie miejscowości tej nazwy, jedna na zachodnim a druga na wschodnim brzegu w oddaleniu od siebie o 2—3 mil, nie działa przekonywająco.
  396. B. J. III, X. 8.
  397. B. J. III, X, 7. Jakób z Vitri, Gesta Dei per Francos, I, 1075.
  398. Podług obliczenia kapitana Lynch (Ritter, Erdkunde, XV, część pierwsza, str. XX). Obliczenie to zgadza się mniej więcej z obliczeniem Bertou (Bulletin de la Soc. de géogr., serya druga, XII, str. 146).
  399.  Morze Martwe leży dwa razy głębiej.
  400. B. J. III, X, 7 i 8.
  401. Józef Flav. Ant. XVIII, u, 3; 'Vita 12, 13, 64.
  402. Przychylam się do zdania Thomsona (The Land and the Book. II, 34 i nast.), że Gergeza Mateusza (VIII, 28) czyli Chanaański Gerges (Genesis X, 16; XV. 21; Deut. VII, 1; Jozue XXIV, 11) zwie się teraz Kersa lub Gersa, położone na wschodnim brzegu jeziora, mniej więcej naprzeciwko Magdali. Marek (V, 1) i Łukasz (VIII, 26) mówią Gadara albo Gerasa zamiast Gergesa. Niepodobna czytać Gerosa, skoro ewangieliści powiadają, że to miasto leżało blisko jeziora i wprost Galilei. Jeszcze mniej odpowiadają podane szczegóły topograficzne przez Marka i Łukasza, gdy chodzi o Gadarę, dzisiejsze Om-Keis. Istnieje mniemanie, że nazwa Gergeza została zastąpiona przez bardziej znaną nazwę Geraza i że wskutek sprzeczności topograficznych odczytywano później Gadara. Porów. Orig. Comment. in Joann. VI, 24; X, 10; Euzeb. i św. Hieronim, De situ et nomin. loc. hebr., Γεργεσά, Γεργασεί.
  403. Mat. XVI, 13; Marek VIII, 27.
  404. Mat. XV, 21; Marek VII, 24, 31.
  405. Józef Flav. Vita 13.
  406. Józef Flav. Ant. XV, X, 3; B. J. I, XXI 3; III, X, 7; Benjamin z Tudeli, str. 46. wyd. Asher’a.
  407. Józef Flav. Ant. XV, X. 3.
  408. Corpus inscr. gr. N° 4537, 4538, 4538b, 4539.
  409. Lucianus (ut fertur) De dea syria, 3.
  410. Ślady bogatej cywilizacyi pogańskiej są i dziś jeszcze widoczne w całem Beled-Beszarah a zwłaszcza na górach, tworzących przylądki Blank i Nakura.
  411. Mat. IV, 18; Łukasz V, 4 i nast.; Jan I, 44; XXI, 1 i nast; Józef Flav. B. J. III, X, 7; Jakób z Vitri w Gesta Dei per Francos, I, str. 1075.
  412. Mat. IX, 1: »Tedy wstąpiwszy w łódź przewiózł się i przyszedł do miasta swego«. Marek II, 1—2; »A zasię przyszedł po kilku dniach do Kafarnaum, i usłyszano, że jest doma. A wnet zeszło się ich tak wiele, że się mieścić nie mogli ani przede drzwiami; i opowiadał im słowo boże«.
  413. Jan I, 44: »A Filip był z Betsajdy, z miasta Andrzejowego Piotrowego«.
  414. Mat. VIII, 14: »A gdy Jezus przyszedł do domu Piotrowego, ujrzał świekrę jego...« Marek I, 30; Łuk. IV, 38; I Kor. IX, 5; I Piotra, V, 13; Klemens Aleks. Strom. III, 6; VII, 11; Pseudo-Klem. Recogn. VII, 25; Euzebiusz H. E. III, 30.
  415. Mat. VIII, 14; XVII, 24; Marek I, 29—31; Łukasz IV, 38
  416. Jan I, 40 i nast.
  417. Mat. IV, 18. Marek I, 16. Łukasz V, 3; Jan XXI, 3.
  418. Mat. IV, 19; Marek I, 17; Łukasz V, 10.
  419. Marek I, 20; Łukasz V, 10; VIII, 3; Jan XIX, 27.
  420. Mat. XXVII, 56; Marek XV, 40; XVI, 1.
  421. Mat. XXVII, 55—56: »A było tam wiele niewiast z daleka się przypatrujących, które były przyszły za Jezusem z Galilei, posługując mu; Między któremi była Marja Magdalena, i Marja, matka Jakóbowa i Jozesowa, i matka synów Zebedeuszowych«. Marek XV, 40—41: »Były też i niewiasty zdaleka się przypatrując, między któremi była Marja Magdalena, i Marja Jakóba małego i Jozesa matka, i Salome: które, gdy jeszcze były w Galilei, chodziły za nim, a posługiwały mu; i wiele innych, które z nim były, wstąpiły do Jeruzalem«. Łukasz VIII, 2—3; XXIII, 49.
  422. Marek XVI, 9: »...ukazał się był najpierw Marji Magdalenie, z której był wygnał siedm djabłów«. Łukasz VIII, 2. Porów. Tobiasz III, 8; VI, 14.
  423. Łukasz VIII, 3: »I Joanna, żona Chuzego, urzędnika Herodowego, i Zuzanna, i inszych wiele, które mu służyły z majętności swoich«. XXIV, 10.
  424. Łukasz VIII, 3.
  425. Jan I, 44 i nast.; XXI, 2. Według mnie Natanael i apostoł Bartłomiej (Bar-Tolomeusz — Syn Tolomeusza — przyp. tłóm.) są jedną osobą.
  426. Papias, u Euzebiusza, Hist. eccl. III, 39.
  427. Nazwa druga jest greckim przekładem nazwy pierwszej.
  428. Jan XI, 16; XX, 24 i nast.
  429. Mat. X, 4; Marek III, 18; Łukasz VI, 15; Dzieje Apost. I, 13; Ewang. Ebionitów, u Epifanesa, Adv. haer. XXX, 13.
  430. Dziś Kuryetein lub Kereitein.
  431. Okoliczności podane przez Jana w roz. XIX, 25—27 pozwalają przypuszczać, że rodzeni bracia Jezusa w ciągu całej jego działalności publicznej nigdy się do niego nie zbliżyli.
  432. Mat. XXVII, 56; Marek XV, 40; Jan XIX, 25.
  433. Dzieje apost. I, 14. Porów. Łukasz I, 28 i II, 35 — z których to ustępów widać już wielkie uwielbienie dla Marji.
  434. Jan XIX, 25 i nast.
  435. Juliusz Afrykańczyk, u Euzebiusza H. E. I, 7.
  436. Marek III, 17: »którym dał imię Boanerges, to jest synowie gromu«; IX, 37 i nast.; X, 35 i nast.; Łukasz IX, 49 i nast., 54 i nast.
  437. Jan XIII. 23: »A był jeden z uczniów jego, który się był położył na łonie Jezusowem, ten, którego miłował Jezus«. XVIII, 15 i nast. »I szedł za Jezusem Symon Piotr i drugi uczeń. A ten uczeń był znajomy najwyższemu kapłanowi i wszedł z Jezusem do dworu najwyższego kapłana«. XIX, 26—27: »Tedy Jezus ujrzawszy matkę i ucznia, którego miłował, już stojącego, rzekł matce swojej: Niewiasto, oto syn twój! A potem rzekł uczniowi: oto matka twoja. A od onej godziny wziął ją on uczeń do siebie«. XX, 2, 4; XXI, 7, 20 i nast. (»Tenci jest on uczeń, który świadczy o tem i to napisał; a wiemy, że prawdziwe jest świadectwo jego«).
  438. Mat. XVII, 1; XXVI, 37; Marek V, 37 (»I nie dopuścił nikomu iść za sobą, tylko Piotrowi, Jakubowi i Janowi, bratu Jakubowemu«); IX, 1; XIII, 3; XIV, 33; Łukasz IX, 28. Ideę, którą Jezus poufnie zakomunikował owym trzem uczniom, rozgłoszono potem dość wcześnie. Rzecz charakterystyczna, że Jan w swej ewangielii nie wspomina ani razu Jakóba, swego brata.
  439. Mat. IV, 18-22; Łukasz,. V, 10; Jan XXI, 2 i nast.
  440. Mat. XIV, 28: »Panie, jeśliżeś ty jest, każ mi przyjść do siebie po wodzie«. XVI, 22: »A wziąwszy go (Jezusa) Piotr na stronę, począł go strofować, mówiąc: zmiłuj się sam nad sobą, Panie, nie przyjdzie to na cię! A on obróciwszy się, rzekł Piotrowi: idź odemnie, szatanie, jesteś mi zgorszeniem; albowiem nie pojmujesz tego, co jest Bożego, ale co jest ludzkiego«. Marek VIII, 32 i nast.
  441. Zdaje się, że umarł mając 100 lat. Porów. jego ewang. XXI, 15—23; patrz także u Euzebiusza H. E. III, 20, 23.
  442. Patrz listy, których ma być autorem; w każdym razie autora tych listów uznano za autora czwartej ewangielii.
  443. Nie chcemy rozstrzygać, czy Apokalipsa jest jego pióra.
  444. Jednomyślność tradycyi jest tu według mnie dostatecznie usprawiedliwiona. Zresztą widać, że szkoła Jana poczyniła później w jego ewangielii poprawki (patrz. roz. XXI).
  445. Mat. XVIII, 4; XX, 25—26; XXIII, 8—12; Marek IX, 34; X, 42—46.
  446. Łukasz V, 3.
  447. Mat. XVII, 24 (w oryg. franc. mylnie 23 — przyp. tłóm.).
  448. Mat. XVI, 16—17: »A odpowiadając Symon Piotr rzeki: Tyś jest Chrystus, on Syn Boga żywego«. Tedy odpowiadając Jezus rzekł mu: »Błogosławionyś Szymonie, synu Jonaszów! bo tego ciało i krew nie objawiła tobie, ale ojciec mój, który jest w niebiesiech«.
  449. Jan VI, 68—70.
  450. Mat. X, 2; Łukasz XXII, 32; Jan XXI, 15 i nast.; Dzieje Apost. I, II, V etc.; Do Galatów I, 18; II, 7—8.
  451. Mat. XVI, 18. Jan I, 42.
  452. Mat. XVI, 19. Zresztą jest prawdą (Mat. XVIII, 18), że podobna władza została nadana wszystkim apostołom.
  453. Mat. XVIII, 1 i nast.; Marek IX. 33; Łukasz IX, 46, XXII, 30.
  454. Mat. XX, 20 i nast.; Marek X, 35 i nast.
  455. Marek X, 41.
  456. Jan XVIII, 15 i nast.; XIX, 26—27; XX, 2 i nast.; XXI, 7, 21.
  457. Mat. IX, 9; X, 3; Marek II, 14; III, 18; Łukasz V, 27; VI, 15; Dzieje Apost. I, 13. Ewang. Ebionitów u Epifanesa, Adv. haer. XXX, 13. Trzeba przypuścić, choć się to dziwnem wyda, że te dwa imiona należały do jednej i tej samej osobistości. Ustęp u Mateusza w roz. IX, 9 o powołaniu go na apostoła zawiera wprawdzie typowy opis powoływania uczniów, ale nie mógł być bezwarunkowo napisany przez samego Mateusza. Należy wszelako pamiętać, że w obecnej ewangielii Mateusza tylko mowy Jezusa są pióra tego apostoła. Porów. Papias u Euzebiusza Hist. Eccl. III, 39.
  458. Cicero: De provinc. consular., 5; Pro Plancio, 9; Tacyt: Ann. IV, 6; Pliniusz, Hist. Nat. XII, 32; Appianus, Bell. civ. II, 13.
  459. Jeszcze za czasów wojen krzyżowych była głośna pod nazwą Via maris. Porów. Izajasz IX, 1; Mat. IV, 13—15 (»Ziemia Naftalimowa przy drodze morskiej za Jordanem«); Tobiasz I, 1. Sądzę, że droga kuta w skale dochodziła do Ahin-et-Tin a stąd skręcała przez Most Córek Jakóba, jak dziś. Roboty części drogi od Ahin-et-Tin do owego mostu są bardzo starożytne.
  460. Mat. IX, 9 i nast.
  461. Mat. V, 46—47; IX, 10, 11; XI, 19; XVIII, 17; XXI, 31—32; Marek II, 15—16; Łukasz V, 30; VII, 34; XV, 1; XVIII, 11; XIX, 7; Lucjan, Necyomant. II; Dio Chrysost., orat. IV, str. 85; orat. XIV, str. 269; Miszna, Nedarim, III, 4.
  462. Miszna, Baba Kama X, 1; Talmud. jeroz., Demai, II, 3; Talmud. Babil, Sanhedryn, 25 b.
  463. Łukasz V, 29.
  464. Jan, I, 48 i nast.
  465. Jan I, 42.
  466. Jan IV, 17 i nast.
  467. Mar. XVII, 3; Marek IX, 3; Łukasz IX, 30—31.
  468. Mat. IV, 11; Marek I, 13.
  469. Mat. XIV, 26: »A ujrzawszy go uczniowie kroczącego po morzu zatrwożyli się mówiąc: obłuda to jest! i od bojaźni krzyknęli«. Marek VI. 49; Łukasz XXIV, 39; Jan VI, 19.
  470. Jan I, 51: »I rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, od tego czasu ujrzycie niebo otworzone i Anioły boże wstępujące i zstępujące na Syna człowieczego«.
  471. Mat. XIII, 1—2, Marek III, 9; IV, 1; Łukasz V, 3.
  472. Mat. V, 3—10. Łukasz VI, 20—25.
  473. To, co nazywano Λόγια κυριακά. Papias, u Euzebiusza H. E. III, 39.
  474. Przypowieść, jaką spotykamy u Sędziów IX, 8 i nast., II Sam. XXII, 1 i nast., przypomina tylko pod względem formy parabolę ewangieliczną. Ale ta ostatnia wyróżnia się przez nastrój niezmiernie oryginalny.
  475. Patrz zwłaszcza Lotus dobrego prawa roz. III i IV.
  476. Porów. Talmud babiloński, Baba Batra 11 a.
  477. W fenickiej i syryjskiej mitologii bóg bogactwa i okrytych skarbów, w rodzaju Plutosa.
  478. Trzymam się tu egzegezy tekstu według Lachmana i Tischendorffa.
  479. Mat. VI, 19—21, 24, 34; Łukasz XII, 22—31, 33—34; XVI, 13. Porów. z Łukaszem X, 7 8, gdzie uderza to samo naiwne uczucie, a także z Talmudem babilońskim, Sota 48 b.
  480. Mat. XIII, 22; Marek IV, 19; Łukasz VIII, 14.
  481. Mat. VI, 11; Łukasz, XI, 3. Oto sens słowa έπιούσιος.
  482. Łukasz XII, 33—34.
  483. Łukasz XII, 20.
  484. Łukasz XII, 16 i nast.
  485. Józef Flav. Ant. XVII, X, 4 i nast.; Vita 11 etc.
  486. Dzieje Apost. IV, 32, 34—37; V, 1 i nast.
  487. Mat. XIII, 22; Łukasz XII, 15 i nast.
  488. Mat. XIX, 21: »Jeśli chcesz być doskonałym, idź przedaj majętności twoje i rozdaj ubogim a będziesz miał skarb w niebie, a przyszedłszy naśladuj mię«. Marek X, 21 i nast. 29, 30; Łukasz XVIII, 22—23, 28.
  489. Mat. XIII, 44—46.
  490. Jan XII, 6; »A to mówił, nie iżby miał pieczę o ubogich, ale iż był złodziejem i mieszek miał, a cokolwiek włożono, nosił«.
  491. Łukasz XVI, 1—14.
  492. Patrz tekst grecki.
  493. Łukasz XVI, 19—25. Wiem, że z ewangielii Łukasza bije wyraźnie tendencya komunistyczna (patrz VI, 20—21, 25—26); mógł tedy zbyt jaskrawo wyrazić pewne myśli Jezusa. Ale charakterystyczne Λόγια Mateusza dostarczają nam dostatecznych wskazówek.
  494. Mat. XIX, 24. Marek X, 25. Łukasz XVIII, 25. Ten zwrot przysłowiowy znajduje się także w Talmudzie (Bab. Berakot, 55 b, Baba Metsia, 38 b) i w Koranie, VII, 38; (»Bramy nieba zamknięte dlań będą i pierwej wielbłąd przez ucho igły przejdzie, nim oni do nieba dopuszczeni będą«). Origenes i greccy interpretatorowie, nie znając przysłów semickich, mniemali, że tu chodzi nie o wielbłąda, ale o linę (κάμιλος).
  495. Mat. XIII, 22: »Pieczołowanie świata tego i omamienie bogactw zadusza słowo«.
  496. Psalm CXXXIII, 3: »Jako rosa Hermon, która zstępuje na góry Syońskie«.
  497. Mat. XXII, 2 i nast.; Łukasz XIV, 16 i nast. Porów. Mat. VIII, 11—12; XXI, 33 i nast.
  498. Łukasz VI, 24—25.
  499. Łukasz XVI, 12—14.
  500. Wyrażenie to ma starą i rozległą tradycyę. Klemens Aleks. Strom. I, 28. Odnajdujemy je u Origenesa, Hieronima i u wielu ojców kościoła.
  501. Przyp. XIX, 17.
  502. Patrz zwłaszcza: Amos II, 6; Izaj. LXIII, 9; Psalmy XXV, 9; XXXVII, 11; LXIX, 33, głównie zaś w słownikach hebrejskich wyrażenia:
    אבידך, דל, צני, צנד, הםיד, צשיו, הדללים צדיק׳
  503. Roz. LXII, LXIII, XCVII, C, CIV.
  504. Henoch, XLVI, 4—8.
  505. Henoch, XCIX, 13, 14.
  506. Juliusz Afrykanin, u Euzebiusza H. E. I, 7; Euzeb. De situ et nom. loc. hebr p. Χωβά; Orig., Contra Celsum, II, 1; V, 61; Epifanes, Adv. haer. XXIX, 7, 9; XXX, 2, 18.
  507. Patrz zwłaszcza u Origenesa, Contra Celsum II, 1. De principiis, IV, 22. Porów. Epif. Adv. haer. XXX, 17. O istnieniu podobnej osobistości nie wiedzą Ireneusz, Origenes, Konstytucye Apostolskie. Autor »Philosophumena’ów« nie wypowiada się stanowczo (VII, 34 i 35; X, 22 i 23). Bajka o Ebionie powstała dzięki Tertulianowi a zwłaszcza Epifanesowi. Zresztą wszyscy ojcowie kościoła zgadzają się na etymologię: Έβίων=πτοχός.
  508. Epifanes, Adv. haer. XIX, XXIX i XXX. zwłaszcza zaś XXIX, 9.
  509. Mat. XI, 5; Łukasz VI, 20—21.
  510. Mat. IX, 36; Marek VI, 34.
  511. Mat. IX, 10 i nast.; Łukasz XV, w całości.
  512. Mat. IX, 11: Marek II, 16; Łukasz V, 30.
  513. Mat. IX, 12.
  514. Łukasz XV, 4 i nast.
  515. Mat. XVIII, 11; Łukasz XIX, 10.
  516. Mat. IX, 13.
  517. Łukasz VII, 36 i nast. Łukasz, który chętnie podkreśla wszelkie odpuszczanie win grzesznikom (porów. X. 30 i nast. XV w całości; XVII, 16 i nast.; XIX, 2 i nast.; XXIII, 39—43) połączył tę opowieść z opowieścią o pomazaniu nóg Jezusa w Betanii na kilka dni przed jego śmiercią. Lecz przebaczenie jawnogrzesznicy jest niezawodnie najbardziej znamiennym rysem anekdotycznej strony życia Jezusa (porów. Jan VIII, 3 i nast.; Papias u Euzeb. Hist. Eccl. III, 39).
  518. Łukasz XIX, 2 i nast.: »A oto mąż, którego zwano imieniem Zacheusz, który był przełożony nad celnikami, a ten był bogaty. I żądał widzieć Jezusa, coby zacz był; lecz nie mógł przed ludem, bo był małego wzrostu. A bieżawszy naprzód, wstąpił na drzewo leśnej figi«.
  519. Mat XXI, 31—32.
  520. Mat. XXV, 1 i nast.
  521. Marek II, 18; Łukasz V, 33.
  522. Mat. IX, 14 i nast.; Marek II, 18 i nast. Łukasz V, 33 i następne.
  523. Aluzya do pewnej zabawy dziecinnej.
  524. Mat. XI, 16 i nast; Łukasz VII, 34 i nast. Przysłowie, którego sens taki: »Sąd ludzki ślepy jest. Mądrość bożą poznaje się po jej dziełach«. Czytam ἒργων wedle rękopisu B. watykańskiego, a nie τέκνων.
  525. Mat. XXI, 7—8.
  526. Mat. XIX, 13 i nast. Marek IX, 35; X, 13 i nast. Łukasz XVIII, 15—16.
  527. Tamże.
  528. Mat. XXVI, 7 i nast. Marek XIV, 3 i nast. Łukasz XVII, 37 i nast.
  529. Ewangielia Markiona, dodatek do Łukasza XXIII, 2 (Epifan. Adv. haer. XLII, 11). Aczkolwiek skrócenia Markiona nie posiadają krytycznego znaczenia, to jednak nie można tego powiedzieć o jego dodatkach, które prawdopodobnie pochodzą z rękopisów dawniejszych, któremi się posługiwał.
  530. Okrzyk podczas procesyi święta namiotów, przyczem powiewano palmami. Miszna, Sukka III, 9. Zwyczaj ten dotąd panuje u Żydów.
  531. Mat. XXI, 15—16.
  532. Mat. XVIII, 5, 10, 14. Łukasz XVII, 2.
  533. Mat. XIX, 14; Marek X, 14. Łukasz XVIII, 16.
  534. Mat. XVIII, 1 i nast. Marek IX, 33 i nast. Łukasz IX, 46.
  535. Marek X, 15.
  536. Mat. XI, 25; Łukasz X, 21.
  537. Mat. X, 42; XVIII, 5, 14; Marek IX, 36; Łukasz XVII, 2.
  538. Mat. XVIII, 4; Marek IX, 33—36; Łukasz IX, 46—48.
  539. Łukasz XXII, 30.
  540. Marek X, 37, 40—41.
  541. Łukasz XXIII, 43; II Kor. XII, 4. Porów. Carmen sibyll. proaem. 86; Talmud Babil. Chagiga, 14 b.
  542. Mat. XI, 2 i nast.; Łukasz VII, 18 i nast.
  543. Mat. IX, 14 i nast.
  544. Mat. XIV, 4 i nast. Marek VI, 18 i nast. Łukasz III, 19.
  545. Józef Flav. De bello jud. VII, VI, 2.
  546. Wschodnia taca, na której podają potrawy i napoje.
  547. Mat. XIV, 3 i nast. Marek VI, 14—29. Józef Flav. Ant. XVIII V, 2.
  548. Józef Flav, Ant. XVIII, V, 1—2.
  549. Mat. XIV, 12: »A przyszedłszy uczniowie jego wzięli ciało i pogrzebali je, a szedłszy powiedzieli Jezusowi«.
  550. Mat. XIV, 13: »To usłyszawszy Jezus, ustąpił stamtąd w łodzi na miejsce puste osobno; a usłyszawszy lud, szli za nim z miast pieszo«.
  551. Mat. XIV, 15 i nast. Marek VI, 35 i nast. Łukasz IX, 11 i nast. Jan VI, 2 i nast. (Jezus za pomocą pięciu chlebów i dwóch ryb nakarmił 5000 mężów, nie licząc niewiast i dziatek — przyp. tł.).
  552. Mat. XI, 7 i nast. (»...A cóżeście wyszli widzieć? Iżali proroka? zaiste powiadam wam, i więcej, niż proroka. Boć ten jest, o którym napisano: oto ja posyłam anioła mego przed obliczem twojem, który zgotuje drogę twoją przed tobą«). Łukasz VII, 24 i nast.
  553. Malachiasz III i IV. Kaznodzieja XLVIII, 10. Patrz wyżej rozdział VI.
  554. Mat. XI. 14: »A jeśli to chcecie przyjąć, on ci jest Eljasz, który miał przyjść«. XVII, 10; Marek VI, 15; VIII, 28; IX, 10 i nast. Łukasz IX, 8, 19.
  555. Kaznodzieja, XLIV, 16.
  556. Mat. XVI, 14.
  557. II Mach. XV, 13 i nast.
  558. Wedle cytat Anquetil-Duperron’a, Zend-Aveata, I, 2-ga część str. 46, z poprawkami Spiegla, w Zeitschrift der deutschen morgenlaendischen Gesellschaft, I, 261 i nast.; wyjątki z Jamasp-Nameh, w Aweście Spiegla, I, str. 34. Żaden tekst Parsów, w którym jest istotnie mowa o prorokach wskrzeszonych i poprzednikach, nie sięga starożytności; ale zawarte w nich idee kursowały na czas długi przed epoką redakcyi tych tekstów.
  559. Apokal. XI, 3 i nast.
  560. Marek IX, 10.
  561. Mat. XI, 14; XVII, 10—13; Marek VI, 15; IX, 10—12; Łuk. IX, 8; Jan, I, 21—25.
  562. Łuk. I, 17.
  563. Mat. XXI, 32; Łuk. VII, 29—30.
  564. Dzieje Apost. XIX, 4.
  565. Łukasz I.
  566. Mat. III, 14 i nast.; Łukasz III, 16; Jan I. 15 i nast.; V, 32—33.
  567. Mat XI, 2 i nast.; Łukasz VII, 18 i nast.
  568. Dzieje Apost. XVIII, 25; XIX, 1—5; Porów. Epifan. Adv. haer. XXX, 16.
  569. Vita, 2.
  570. Czy byłby to ów Bunai, którego Talmud babiloński (Sanhedrin, 43 a) wylicza pomiędzy uczniami Jezusowymi?
  571. Hegesyppos, u Euzeb. H. E. II, 23.
  572. Ewang. I, 26, 33; IV, 2; 1 List, V, 6. Porów. Dzieje Apost. X, 47.
  573. Księga IV. Patrz zwłaszcza od wiersza 157.
  574. Przypominam, że wyraz »Sabejczycy« jest pochodzenia arabskiego i znaczy tyle, co »baptyści«. To samo znaczenie posiada arabski wyraz »Mogtasila«.
  575. Są tam niejasne supozycye (Mat. XXIII, 37; Łuk. XIII, 34). Synoptycy znają stosunek Jezusa do Józefa z Arymatei równie dokładnie jak np. do Jana. Prócz tego Łukasz (X, 38—42) zna całą rodzinę z Betanii; o podróżach Jezusa, wyszczególnionych w czwartej ewangielii, ma on bardzo słabe wyobrażenie (IX, 51—54). Niektóre mowy Jezusa przeciw Faryzeuszom i Saduceuszom miały być wygłoszone przez Jezusa wedle synoptyków w Galilei, tymczasem z wszystkiego wynika, że mogły być wygłoszone tylko w Jerozolimie. Zresztą rzekomo ośmiodniowy pobyt Jezusa w stolicy jest zbyt krótki, aby się dały w nim pomieścić wszystkie zdarzenia od chwili przybycia aż do śmierci.
  576. Dwie pielgrzymki są podane dokładnie (Jan II, 13 i V, 1), nie mówiąc o ostatniej (VII, 10), z której Jezus już do Galilei nie wrócił. Pierwsza pielgrzymka przypada na czasy, kiedy jeszcze Jan chrzcił, a więc na święta Paschy roku 29. Ale szczegóły tej podróży dotyczą pielgrzymki późniejszej (porów. zwłaszcza Jan II, 14 i nast., Mat. XXI, 12—13; Marek XI, 15—17; Łukasz XIX, 45—46). W tych rozdziałach ewangielii Jana została niezawodnie przestawiona chronologia; albo też, co właśnie jest prawdopodobniejsze, fakty odnoszące się do różnych podróży zostały ze sobą pomieszane.
  577. Można mieć o tem wyobrażenie z Talmudu, który jest echem ówczesnej scholastyki żydowskiej.
  578. Józef Flav. Ant. XX, XI, 2.
  579. Psalm LXXXIII, 11 Wulgaty.
  580. Mat. XXVI, 73; Marek XIV, 70; Dzieje Apost. II 7; Talmud Babil. Erubin, 53 a i nast.; Bereszyt rabba, 26 c.
  581. Wyżej wymieniony ustęp z Erubin.
  582. Erubin, 53 b.
  583. Jan VII, 52.
  584. Iz. IX, 1—2; Mat. IV, 13 i nast.
  585. Przypis własny Wikiźródeł Pomiędzy przypisem poprzednim a tymże, w sekcji Przypisy znajduje się przypis o treści: "Patrz str. 159, uwaga 50." Wydaje się, że przypis powinien być wykreślony, gdyż nie ma do niego odwołania w tekście. Także na stronie, do której prowadzi, brak uwagi nr 50.
  586. Jan I, 46.
  587. Józef Flav. Ant. XV, VIII—XI; B. J. V, V, 6. Marek XIII, 1—2.
  588. Są to grobowce Sędziów, Królów, Absalona, Zachariasza, Józefata, świętego Jakóba. Porównaj opis grobu Machabeuszów w Modynie (I Mach. XIII, 27 i nast.).
  589. Mat. XXIII, 27—29; XXIV, 1 i nast.; Marek XIII, 1 i nast.; Łukasz XIX, 44; XXI, 5 i nast. Porów. Księga Henocha, XCVII, 13—14; Talm. Babil. Szabbat, 33 b.
  590. Józef Flav. Ant. XV, XI, 5, 6.
  591. Tamże XX, IX, 7; Jan II, 20.
  592. Mat. XXIV, 2; XXVI, 61; XXVII, 40; Marek XIII, 2; XIV, 58; XV, 29; Łukasz, XXI, 6; Jan II, 19—20.
  593. Niezawodnie świątynia wraz z otaczającym ją murem stała w miejscu, gdzie się znajduje dziś meczet Omara i haram t. j. święty dziedziniec, okalający meczet. Poziom haramu, przynajmniej w niektórych miejscach, zwłaszcza tam, gdzie dziś Żydzi przychodzą płakać, jest prawdopodobnie fundamentem świątyni Heroda.
  594. Łuk. II, 46 i nast.; Miszna, Sanhedryn, X, 2.
  595. Swetoniusz, Aug. 93. (»Co do obcych obrzędów jak dla starożytnością i wziętością znajomych miał (Oktawian August) największe uszanowanie, tak dla innych pogardę... Wnuka Kaja, że przejeżdżając Judeę w Jerozolimie się nie modlił, bardzo pochwalił«).
  596. Filon, Legatio ad Caium § 31; Józef Fl. B. J. V. V, 2; VI, II, 4. Dzieje Apost. XXI, 28.
  597. W stronie północnej haramu widać jeszcze wyraźne ślady wieży Antonia.
  598. Miszna, Berakot, IX, 5; Talmud Babil. Jebamot, 6 b; Marek XI, 16.
  599. Józef Flav. B. J. II, XIV, 3; VI, IX, 3; Porów. Psalm CXXXIII (Vulg. CXXXII).
  600. Marek XI, 16: »Ani dopuścił, aby miał kto nieść naczynie przez kościół«.
  601. Mat. XXI, 12 i nast; Marek XI, 15 i nast; Łukasz XIX, 45 i nast. Jan II, 14 i nast.
  602. Itin a Burdig. Hierus., str. 152 (wyd. Schotta); św. Hieronim, In Is. II, 8, in Mat. XXIV, 15.
  603. Amonian Marcellin XXIII, 1.
  604. Eutychius, Ann. II, 286 i nast. (Oxford 1659).
  605. Józef Flav. Ant. XV, III, 1, 3.
  606. Tamże XVIII, II.
  607. Dzieje Apost. IV, 1 i nast; V, 17; Józef Flav. Ant. XX, IX, 1; Pirke Aboth, I, 10.
  608. Józef Flav. Ant. XV, IX, 3; XVII, VI, 4; XIII, 1; XVIII, I, 1; II, 1; XIX, VI, 2; VIII, 1.
  609. Nazwę tę spotykamy wyłącznie w pismach żydowskich. Sądzę, że »Herodjanie« z ewangielii są to Boëthusim.
  610. Traktat Abot Natan, 5; Soferim, III, 5; Miszna, Menachot, X, 3; Talmud Babiloński, Szabbat, 118 a. W księgach talmudycznych mieszają się nazwy Boëthusim, Saduceusze a także Minim (heretycy). Porów. Tosyfta, Joma, 1; w talmudzie jer. ten sam traktat, I, 5; w Talmudzie babilońskim ten sam traktat, 19 b; Tosyfta, Sukka, III; w Talm. Babil. ten sam traktat, 43 b; to samo 48 b; Tos. Rosz haszana, I; w Misznie, ten sam traktat II, 1; Talm. Jer. ten sam traktat II, 1; Talm. Babil. ten sam traktat 22 b; Tos. Menachot, X; w Misznie ten sam traktat X, 3; Talm. Babil. ten sam traktat 65 a; Miszna, Chagiga, II, 4 i Megillat Taanit, I; Tos. Jadaim, II; w Talm. Jer. Baba Batra VIII, 1; Talm. Babil. ten sam traktat 115 b i Megillat Taanit, V.
  611. Przypis własny Wikiźródeł Wydaje się, że to odwołanie powininno być wykreślone. Na stronie, do której prowadzi, brak uwagi nr 29.
  612. Zdaje się, że to o nim mowa w Talmudzie babil. Taanit, 20 a; Gittin 56 a; Ketubot 66 b; traktat Abot Natan VII; Midrasz rabba, Eka 64 a. Ustęp z Taanit identyfikuje go z Bunaj, który wedle Sanhedrynu (patrz wyżej str. 193)[611] był uczniem Jezusa. Ale trudno mniemać, aby Bunaj był owym Banu, o którym mówi Józef Flaviusz.
  613. Jan III, 1 i nast.; VII, 50; nie ulega wątpliwości, że tę rozmowę skomponował Jan.
  614. Jan VII, 50 i nast.
  615. Jan XIX, 39.
  616. Miszna, Baba metsia V, 8; Tal. Babil. Sota, 49 b.
  617. Talm. jer. Berakot, IX, 2.
  618. Ustęp Sota, cytowany wyżej i Baba Kama 83 a.
  619. Dzieje Apost. V, 34 i nast.
  620. Dzieje Apost. XXII, 3.
  621. Orac. sib. III, 573 i nast.; 715 i nast.; 756—58. Porów. Targum Jonatana. Iz. XII, 3.
  622. Łuk. XVI, 16. Mniej jasny jest ustęp u Mateusza (XI, 12—13), ale wyraża to samo.
  623. Mat. V, 17—18 (Porów. Talm. babil., Szabbat 116 b). Ustęp ten nie stoi w sprzeczności z ustępami, wykazującemi konieczność zniesienia Zakonu. Głosi tylko, że w Jezusie spełniły się wszystkie postaci Starego Zakonu. Porów, Łukasz XVI, 17.
  624. Mat. IX, 16—17; Łuk. V, 36 i nast.
  625. Łukasz XIX, 9.
  626. Mat. XXIV, 14; XXVIII; 19; Marek XIII, 10; XVI, 15; Łukasz XXIV, 47.
  627. Mat. XV, 9.
  628. Mat. IX, 14; XI, 19.
  629. Mat. V, 23 i nast; IX, 13; XII, 7.
  630. Mat. XXII, 37 i nast.; Marek XII, 28 i nast; Łuk. X, 25 i następne.
  631. Mat. III, 15; I Kor. I, 17.
  632. Mat. VII, 21; Łuk. VI, 46.
  633. Mat. XV, 8; Marek VII, 6. Porów Izaj. XXIX, 13.
  634. Patrz przedewszystkiem traktat Szabbat w Misznie i Księgę Jubileuszów (przekład z etiopskiego w Jahrbücher Ewalda, rok 2 i 3), roz. L.
  635. Józef Flav. B. J. VII, V, 1; Pliniusz H. N. XXXI, 18. Porów. Thomson The Land and the Book, I. 406 i nast.
  636. Mat. XII, 1—14; Marek II, 23—28; Łuk. VI, 1—5; XIII, 14 i nast.; XIV, 1 i nast.
  637. Mat. XII, 34; XV, 1 i nast. 12 i nast.; XXIII w całości; Marek VII, 1 i nast.; 15 i nast.; Łuk. VI, 45; XI, 39 i nast.
  638. Według mego mniemania galilejscy poganie mieszkali głównie na pograniczu t. j. w Kades; ale serce krainy, z wyjątkiem Tyberyady, było zupełnie żydowskie. Granica, na której kończą się ruiny świątyń a zaczynają synagogi, dziś jeszcze jest widoczna na wysokości jeziora Huleh (Samachonitis). Ślady rzeźby pogańskiej, odkrytej rzekomo w Tell-Hum, budzą wątpliwości. Pobrzeże a zwłaszcza miasto Akka, nie należy do Galilei.
  639. Patrz str. 125—127.
  640. Roz. XIII i nast.
  641. Mat. XX, 25; Marek X, 42; Łukasz XXII, 25.
  642. Mat. VIII, 5 i nast.; XV, 22 i nast.; Marek VII, 25 i nast.; Łukasz IV, 25 i nast.
  643. Mat. XXI, 41; Marek XII, 9; Łuk. XX, 16.
  644. Iz. II, 2 i nast.; LX; Amos IX, 11 i nast.; Jerem. III, 17; Malach. I, 11; Tob. XIII, 13 i nast.; Orac. Sibyl. III, 715 i nast. Porów. Mat. XXIV, 14; Dzieje Apost. XV, 15 i nast.
  645. Mat. VIII, 11—12; XXI, 33 i nast.; XXII, 1 i nast.