Zofia i Emilia/Część pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Elżbieta Jaraczewska
Tytuł Zofia i Emilia
Pochodzenie Powieści narodowe
tom I
Wydawca Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Data wydania 1845
Druk F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ PIERWSZA.
ZOFIA I EMILIA.

Najpożyteczniejszy sposób udzielenia swego doświadczenia, jest częstokroć wyjawienie, jakim sposobem się go nabyło. Do tego, każdy zwykle mniej więcej uderzony jest w życiu oczywistością jakiejś prawdy moralnej, którą w każdej ważnej okoliczności przytacza i stara się drugim dowieść. Ta, nad którą się najwięcej zastanawiałam i o której najlepiej sądzić mogę, jako kobieta: jest błędny kierunek dawany pospolicie w Polszcze wychowaniu naszej płci, którą w nadto poetycznym względzie za piękną płeć uważając, jak płonny kwiat troskliwie tylko pielęgnują, mało starając się nadać tej roślinie mocy i użytku: tak, jakby tylko do bukietu lub nietrwałego wieńca przeznaczona, do użytecznych krzewów nie należała rzędu. I tak, najczęściej u nas, najpierw myślą o rozwinięciu zwykłych tej płci powabów; potem o nadaniu jej powierzchownego wdzięku, ale nie istotnej podpory prawdziwych talentów; nareszcie starają się o zakończenie jej krótkiego i błahego zawodu, jakiem korzystnem małżeństwem, jak gdyby ten święty związek nie był przeciwnie, istotnym tegoż zawodu początkiem.
Tym sposobem wychowane u nas kobiety, uważane z dzieciństwa jak miłe cacka, potem jak istoty przeznaczone iść niewolniczo jednym śladem, nie mając nigdy samo-istnienia; później nareszcie w wieku ułudzeń, uważając się same jako heroiny wdzięcznego młodości romansu, niezdolnemi się stają wypełnić istotne swoje powołanie. Tworzą dla nich albowiem z życia łudzącą komedyą, spuszczając zasłonę na właściwy jego cel i obowiązki, i czyniąc je obcemi całej rozciągłości szczęścia i cnót, zawartych w zawodzie dobrej żony, matki, pani i obywatelki, w smutnej je stawiają konieczności, odrabiania przez drugą połowę życia, odebranego w pierwszej wychowania.
Prowadzona błędnie podług tych zasad i całej surowości dawnych w tej mierze przesądów, Delfina Stawska, pozbawiona od młodych lat rodziców, u ciotki w stolicy od dzieciństwa przebywając, zajaśniała w szesnastym roku na wielkim świecie, całą świetnością urocznego życia poranku. Twarz powabna, kibić kształtna, nieśmiałość pełna wdzięku; coś trwożliwego w spojrzeniu, uprzejmego w uśmiechu, liczne do tego pochwały dawane starannemu jej przez ciotkę wychowaniu i pięknemu posagowi; wszystko odznaczało Delfinę w towarzystwie, jak to świetne zjawisko, które każdego oczy wabi i zachwyca, póki nie zniknie lub nie spowszednieje, odświeżywszy na moment rozmowy znudzonych w mieście próżniaków. Oprócz zaś wdzięku, który zwykle przedstawia widok zaczynającej swój zawód w towarzystwie nowej i urocznej istoty, tak wiele takowe zjawisko porusza sprężyn ukrytych namiętności, tyle wznosi pretensyi i nadziei, tyle wznieca porównań i zazdrości, iż trzeba żyć w tym ciasnym obrębie rozgorączkowanym tylu namiętnościami, co zowią wielkim światem, ażeby wiedzieć, ile tak mały wypadek ruchu i wrażenia sprawić może.
Hrabina Rylińska, ciotka Delfiny, była przytem bogatą, dawała piękne bale i lubiono w dom jej uczęszczać. Liczba więc chwalących i otaczających jej siostrzenicę, znacznie się przez to wzmogła. Drugich zaś ciekawość doprowadzoną była do najwyższego stopnia, użyczanemi od dawna pochwałami tej młodej osobie, spostrzeganej tylko dotąd u ciotki, tak milczącej, tak nieśmiałej i tak powabnej, jak pierwsza tajemnica żywe nadzieje szczęścia w młodym wieku osłaniająca. Z niecierpliwością jedni, z zawiścią drudzy czekali sposobności jej poznania i osądzenia. Okazała się nareszcie w świecie, i tak się wszystkim wydawała piękną i bojaźliwą; że i zazdrość poniekąd jej przebaczała: czyli raczej do dalszego sądu przyczynę tej bojaźliwości złośliwie odsyłając, przesadzonemi tymczasem pochwałami, przykre wewnętrzne uczucia, jako i swe pochlebne pokrywała nadzieje.
Wtenczas właśnie przybył do Warszawy z odbytej po akademji podróży, Edward Sławiński, charakteru spokojnego, słodkiego, przyjaciel nauk a jeszcze więcej ludzi, bardziej obdarzony sercem otwartem, które ich kochać pragnęło, niż przenikliwym rozumem sądzić ich zdolnym. Wracając do zamieszkania ojczystej wioski, gdzie już go nie czekało szczęście zastania rodziców, poznał Hrabinę dawniej z nimi będącą w przyjaźni; ujęty był uprzejmością z którą go prosiła, ażeby jej dom za swój uważał, i nie myśląc, ani że miał znaczny majątek, ani że Delfiny, której Hrabia był opiekunem, mógł być nadwerężony, ujrzał ją, pokochał i odjętą mając miłością sposobność sądzenia o niej bezstronnie, wkrótce się z nią ożenił. Znajdował on w niej skromność, dobroć i łagodność, tak potrzebne kobiecie do uprzyjemnienia domowego pożycia. Hrabia na prędce z nim ukończył rachunek z opieki, Hrabina świetny bal dała na zaręczyny, i niebawnie potem Edward otoczony zewsząd powinszowaniami szczęścia i odgłosem pochwał swojej żony, upojony więcej niż kiedy miłością ku niej, i szczęśliwy, że tak miłą swemu życiu dobrał towarzyszkę, wyjechał z nią na wieś.
Zostawił mocno zasmuconą Hrabinę, której dom tyle stracił ponęty przez odjazd Delfiny, a jeszcze bardziej uradowanego jej męża, z tak szczęśliwego zdania ciążącej mu opieki; gdyż wydawać przyjemnie pieniądze, nie zaś pracować na nie starannie; myśleć o zabawach, a nie o interessach, było zwykłym jego zabiegów przedmiotem.
Z mocnym żalem zdawała się także Delfina porzucać ciotkę i ulubione miejsca, gdzie pierwszą przepędziła młodość. Smucił się temi uczuciami Edward, ale cieszył się oraz, że ich szczęście domowe, oderwane od wielkiego świata, które je zaciemniało, całym swym blaskiem na osobności zajaśnieje. Szanując jednak żal swej żony, w milczeniu tylko ściskał jej rękę, widząc cicho płynące jej łzy rzęsiste, przy opuszczeniu ostatnich ulic Warszawy.
Z obawy zbyt żywych koni, wysiadła Delfina z powozu na promie przewożącym ich przez Wisłę. Widział ją tam Edward z rozczuleniem wpatrującą się pilnie w oddalające się coraz bardziej od nich i ginące, jakby za ciemnym obłokiem, wzniosłe stolicy gmachy. — «To szczególnie — rzekła dziecinnie Delfina — my się od tego oddalamy, a zdaje się, iż to się od nas oddala.» — Uśmiechnął się Edward, zastanawiając się nad tym niewinnym niedoświadczenia wyrazem, tyle w późniejszem życiu mającym prawdy filozoficznej: gdy oddalając się doświadczeniem od ludzi i świata, zdaje nam się w gorzkiem przekonaniu, iż oni się od nas oddalają.
Oddając się następnie zwykłemu dumaniu, przypomniał sobie Edward, ile razy przybywając w młodych latach do tejże stolicy z rodzicami, ciemna otaczająca ją mgła zdawała mu się niejako tajemniczą z obłoków zasłoną, za którą tyle urojeń i szczęścia mieściła jego wyobraźnia; gdy tymczasem nie wydawała mu się teraz, tylko gęstą mgłą z nieczystych miasta wyziewów i licznych jego dymów. Tyle się od siebie różnią wiek ułudzeń z wiekiem doświadczenia.
Nie wiedział Edward, ile po znajomości ogólnej świata i ludzi, możemy znaleźć jeszcze goryczy w poznawaniu charakterów kochanych od nas osób, tak mile nam się pod urokiem pochlebnego uprzedzenia przedstawiających. Doznał tego wkrótce z Delfiną.
Wychowana podług niektórych ogólnych prawideł, dla kilku tylko chwil, czyli raczej dla odegrania kilku świetnych scen w życiu, słysząc zawsze: taką okazywać się trzeba, a nigdy, taką być należy, nie miała wykształconych władz duszy, ani umysłu. Słabego przytem charakteru, jak zwykle ograniczona osoba, uparta jak pieszczone i popsute od towarzystwa dziecko, delikatnego zdrowia, trwożliwego umysłu, nadto siebie kochająca, ażeby drugich kochać mogła; jeszcze długo po straconych słodkich Edwarda ułudzeniach, wydawała się Delfina obcym najłagodniejszą i najlepszą żoną, kiedy już dla męża nie zostało nawet nadziei, znalezienia z nią domowej pomyślności.
We dwa lata, szczęście zostania ojcem, nowe ułudzenia, nowe rzeczywistsze nadzieje, wznieciło w duszy Edwarda. Powiła Delfina córkę, tak piękną, tak do siebie podobną: iż stając się najpierwszym celem jej miłości, na moment całym wdziękiem dobrej matki w oczach męża ją ozdobiła. Chciała nawet koniecznie karmić nowo narodzoną Zofię, lecz wkrótce sprzykrzywszy sobie pełnienie obowiązku wymagającego ofiary rozlicznych jej fantazyi, ciągle kochając się w córce jak w swojej miniaturze, ale uporczywie także obstawając przy swoim kochania sposobie, odebrała Delfina mężowi i tę słodką nadzieję. Stracił ją nawet zupełnie, gdy urodzona we dwa lata później druga córka, która żonę dla przykrej ciąży, części jej wdzięków i przyjemnych tego roku zabaw stolicy pozbawiła, nie tylko z oziębłością, ale nawet ze wstrętem, przy przyjściu na świat od matki powitaną była. Delfina łączyła do tego tak niesprawiedliwego uczucia, drugą jeszcze niesprawiedliwszą obawę, iż podzieli w części w sercu ojca troskliwość i miłość, które jej się jedynie zdawały należne ulubionej od niej Zosi. Biedna więc Emilka, od ojca tylko mile przyjęta, jego staraniu i zdrowej wieśniaczki pokarmowi powierzona, jak sierota tylko wkrótce w domu była uważana.
Niemógł znieść tego długo Edward. Wszczęły się przykre wymówki, widoczne pomiędzy małżeństwem poróżnienia, przerywane tylko odwiedzinami gości lub bytnościami w stolicy, pod czas których Delfina przybierała znowu na moment, ujmującą dawniejszą postać. Lecz te pozory, tak przeciwne rzeczywistości, tak się obrzydłemi nareszcie stały otwartemu charakterowi Edwarda, iż nieznacznie Delfina z Zosią w stolicy, pod pozorem zdrowia, a Edward z Emilką na wsi w Topolówce przemieszkiwać zaczęli.
Przybyła tam wkrótce do Pana Sławińskiego, chcąc mu dopomódz w wychowaniu córki, owdowiała i ulubiona od niego siostra Łucya Mielińska. Przyjął ją mile Edward, nie oskarżając przed nią żony i usiłował odtąd w staraniach łożonych około szczęścia drugich, zapełnić niedostatek swego własnego.
Pani Mielińska starsza siostra Edwarda, najczulszą z nim od dzieciństwa połączona przyjaźnią, była wdową, po sędziwym i światłym mężu, którego razem przyjaciołką, prac towarzyszką, i ciągłą była osłodą w długich cierpieniach, które zgon jego poprzedziły. Po kilku latach szczęśliwego pożycia, ze szczerym żalem go utraciła, i zgodziwszy się najszlachetniej z dziedziczącymi po nim krewnymi, chętnie przy bracie osiadła. Nie mając zaś szczęścia być matką, jako swe dziecię przytuliła do swego łona i przedsięwzięła wychować, biedną i opuszczoną Emilkę.
Porządek, który w domu brata utrzymać umiała: rozsądne starania, które zgodnie z nim koło wychowania Emilki łożyła, coraz bardziej goiły zranione serce Edwarda, którego posępność odnawiając się za każdą podróżą do żony, wkrótce się rozchodziła wśród przyjemnego domowego pożycia. Co mu jednak było najboleśniejszem, to był błędny kierunek dawany wychowaniu Zosi, którą matka zupełnie podług tego, które sama niegdyś odebrała, prowadziła: ale nie mogąc, ani Delfinę w tem przekonać, ani odebrać od niej ulubione dziecko, przedsięwziął ze smutkiem odmienić przynajmniej doświadczenie w pożyteczną przestrogę i zostawioną mu Emilkę inaczej zupełnie wychować.
Ze stałością się zatem opierał powierzchownym matki żądaniom, przywożenia jej czasem z sobą do miasta, twierdząc: że wiejskie powietrze, koniecznem było jej zdrowiu. Łatwo na tem przestawała Delfina, bardziej się w gruncie obawiając, niż życząc przybycia zwieśniaczałej dziewczynki, gdyż czuła: że aniby mogła kochać niepodobnej do swojej Zofji, ani przebaczyć w czemkolwiek ją przewyższającej.
Nauczona przestrzegać przystojności, zastępować powszechną opinią własne zdanie, i zapełniać błahemi zatrudnieniami towarzyskiemi, czczość życia pozbawionego istotnych uczuć i rzeczywistych obowiązków, Delfina osiadłszy nareszcie zupełnie przy ciotce, oświadczyła publicznie: iż chęć pielęgnowania zdrowia drugiej matki i słabość własnego, przymusiły ją uczynić przykrą ofiarę porzucenia na jakiś czas dobrego męża i lubego na wsi pobytu; gdyż nic nie kosztuje wspominać ze słodyczą i uwielbieniem to, co się na zawsze porzuca. Ciche jednak westchnienie i smutne zamyślenie, które zwykle póty trwały w towarzystwie, póki nie były spostrzeżone, ile razy mówiono o niedobranem małżeństwie, o mężu nierozumiejącym swą żonę (gdyż to jest wyrazem przyjętym w świecie na oznaczenie nieumiejącego ją cenić), dawały do poznania: że i Delfina mieściła się w tym rzędzie. Zajęło to chwilowo w towarzystwie osoby lubiące trudnić się innemi, te które początkowo zazdrościły użyczanych jej pochwał, i te nakoniec, dla których powtarzanie szkodliwych dla drugich wieści, i nowe w tej mierze wnioskowania, są jedynem zatrudnieniem.
Hrabina zadowolniona, iż Delfina wróciła jej dom uprzyjemnić, herbatę nalewać, i uskuteczniać, jak zwykła była dotąd, wszelkie jej żądania i częste fantazye, chociaż ją jednak mniej w tej mierze powolną, niż dawniej znajdowała, okazywała także przed swemi przyjaciołkami, mocny żal z wydania jej tak młodo za nieumiejącego ją cenić męża.
Nowo urządzony i ozdobiony dla Pani Sławińskiej appartament w domu Hrabiny, w którym częste dawała eleganckie herbaty, podwoił także powody zajmowania się nią z czułością, jako nieszczęśliwą smutnego losu ofiarą.
Wszystkie te uczucia nareszcie spowszedniały i zestarzały się w towarzystwie. Przestano o tem mówić i po kilku latach nie wspominano już Delfinę, tylko jak niegdyś piękną i dobrze wychowaną osobę, za której gustu wyrokami, chciwie się ubiegano, gdy kupno wyprawy, urządzenie balu, lub ozdobienie appartamentu, zasiągnienie tak ważnej rady potrzebnem czyniło. Sama zaś Delfina, w zgwarnem i mętnem nieustannie życiu, mało czując upływ czasu, spostrzegała jednak pomimowolnie zmianę, którą przenosił w odbieranych przez nią w towarzystwie hołdach i pochwałach. Zaczęła więc powoli przenosić do Zofji próżność, którą czuła osobiście coraz mniej zadowolnioną, a strojąc się wdziękami powtarzającej ją córki, zdobiła się jeszcze postacią dobrej matki, którą w świecie przybierała. Nie wspominała zaś nigdy Delfina o mężu, tylko kiedy potrzeba pisania do niego, lub momentalny jego pobyt w mieście, koniecznem to czyniły: ani o Emilce, którą wszyscy uważali za smutną kalekę na wieczną osobność skazaną.
Przepędziła tak ośm lat Pani Sławińska, oddalona od męża i córki, gdy nareszcie zwiędłe po mocnej chorobie lice Zosi, chęć odnowienia swego appartamentu i usunięcia się na moment z pod zaczynającej się jej przykrzyć przewagi Hrabiny, ażeby tem więcej być od niej żądaną (polityka, którą dobrze znają wszystkie słabe charaktery i pieszczone dzieci) były jej powodem do napisania mężowi, iż go chce przy pięknej porze roku odwiedzić na wsi.
Ten list, skutek kaprysu momentalnego, mocne sprawił wzruszenie w zaciszu przez Edwarda zamieszkanem. Cała przeszłość, doznane przykrości w połączeniu z żoną; lecz także i poprzedzające je nadzieje, odświeżyły się w jego wyobraźni i wzruszyły serce. Zaczął myśleć: iż wiek dojrzalszy i przykre świata doświadczenie, może mu wrócą małżonkę, a jego Emilce matkę. W życiu albowiem samotnem, którego prawie same uczucia są wypadkami, jedna chwila, jedno mocne wzruszenie, niszczy czasem kilkoletni przeciąg czasu, i przeszłość w jednym momencie obecną czyni. Nie rozrywany niczem, nie oderwany żadną zmianą od przeszłości, zamieszkały w samotności człowiek, jest tak, jak niebaczne dziecko, które sądzi: iż bystry potok wróci mu powierzone wianki, lub, że ta sama woda zachowa rysy jego twarzy; gdy tymczasem wytryskując i odnawiając się nieustannie, już dawno upłynęła i uschła w obcych stronach.
Ze smutnym uśmiechem, więcej towarzyszącym politowaniu, jak nadziei, słuchała Pani Mielińska pomyślnych wróżb przez brata w tej mierze czynionych, pierwszy raz nie niszcząc przyłączonej do nich obawy. Wspólnie jednak z nim, liczne starania łożyła dla uprzyjemnienia Delfinie pobytu na wsi, i przysposobienia dziewięcioletniej Emilki do uczynienia na niej miłego wrażenia. I tak, wesoła dziewczynka, z wszelką wolnością dotąd na dworze i w ogrodzie kolejno się ucząca i igrająca, często do pokoju wołaną była, dla przymierzenia różnych ubiorów, które choć piękniejsze niż miała na święta jej lalka, cokolwiek jej mniej wygodnemi, niż codzienne wydawać się zaczęły, przez potrzebę, którą miała ich ochraniania. Z żalem nawet spostrzegli ojciec i ciotka, że ta zmiana nie dodając jej wdzięków, a odejmując wolność, zamiast ładniejszą, mniej zgrabną czyniła Emilkę. Mała, krępa, opalona, chociaż czarne oczy blaskiem żywego połyskujące dowcipu, lice jak brzoskwinie rumiane, a uśmiech otwierający malinowe usta, i białe jak perły pokazujący ząbki, miłe z niej czyniły dziecko; nie miała przecież tego powabu powierzchownego, który zwykle, staranne w innym względzie wychowanie, dziewczynkom nadaje. Serce jej jednak przyzwyczajone kochać nieznaną dotąd matkę i siostrę, całym wdziękiem prawdziwej czułości, zdobiły jej wymowną twarzyczkę, na samą myśl ich przybycia.
Od tygodnia wszystkie truskawki z jej ogródka dla matki, ulubiony pieszczony baranek dla siostry były przeznaczone; kanapka zaś, stoliczek, lalczyna garderoba, garnuszki i inne zabawki, w największym porządku czekały przybycia tej miłej przyjaciołki. Wszystkie jej małe w tej mierze przygotowania, nieustannie towarzyszyły większym w domu na przybycie matki czynionym; tak, jak często w pięknym letnim wieczorze, widziemy jednym powiewem wiatru poruszone, wysoko na górze stojący wiatrak, i mały młynek przez dzieci w piasek wetknięty.
Nadszedł nareszcie dzień, cel tylu zabiegów, obaw i nadziei. Z troskliwością domykał Edward, rąbkowe w Delfiny pokoju okien zasłony, zapobiegając wnijściu komarów, i już po czwarty raz Pani Mielińska z lekkiem napomnieniem, gromadziła pod grzebień ulatujące z pod niego gęste Emilki włosów pierścienie; gdy nagle trzaskanie z bicza, szczekanie psów i wpadnięcie do pokoju zadyszanej szafarki, przyjazd Jejmości oznajmiły. Wyszli wszyscy tłumnie na jej powitanie, i wnet ją przyjeżdżającą ujrzeli.
Zajechała z trzaskiem elegancka landara. Wysiadła z niej piękna trzydziestoletnia osoba, śliczna jedenastoletnia dziewczynka i równająca się im strojem, a szczególniej tonem Panna Rozalia ich służąca. Odrzuciła z gracyą Pani Sławińska muszlinową zasłonę: podała uprzejmie rękę wysadzającemu ją z powozu mężowi, z ciekawością zaś i niejaką obawą uściskała rzucającą się serdecznie w jej objęcia Emilkę. Spojrzała potem z zadowolnieniem na Zosię, którą z macierzyńską dumą przedstawiała ciotce, z powabną, lecz udaną uprzejmością z nią się witając. Emilka tymczasem, serdecznie uściskawszy siostrę, z nieznanem sobie dotąd uwielbieniem, przypatrywała się jej piękności, strojowi i ułożeniu; podczas, gdy stojąca opodal z szyderskim uśmiechem Panna Rozalia, dumnie szafarkę wołała, dla pokazania jej appartamentu Pani przeznaczonego. Zaczęto powóz rozpakowywać; wszyscy poszli do pokoju, i tam dopiero mogły się rozwinąć, wzruszenia w pierwszym momencie tłumnie tylko doświadczane.
Częste pytania Edwarda, na które ledwo czekał odpowiedzi, dowodziły jego pomięszania. Delfina ciekawem okiem oglądała wszystko, badając jakie w czem zaszły zmiany; Pani Mielińska wyszła, a Zosia układnie, cichym głosem, broniła się natarczywej Emilce, chcącej jej od razu i baranka darować i wszystkie zabawki pokazać.
Wróciła nareszcie Pani Mielińska; dano herbatę i owoce, a brzęk filiżanek i gromadzenie się koło jednego stolika, pokryły pomięszanie i zastąpiły na moment stygnącą rozmowę. Jakże ona się albowiem trudną i bolesną staje z temi, z któremi dawniej najpoufalej się było, a jest teraz zupełnie obojętnie; dla których długi przeciąg czasu, inne nawyknienia, nowe towarzystwa, świeższe związki, mimo błąkających się dawnych wyrazów przywiązania, zupełnie nas obcemi uczyniły.
Przyzwyczajenie nieprzeszkadzania żadnemu ogólnemu zatrudnieniu, przytłumiło na moment gościnność Emilki. Skoro tylko herbatę wyniesiono, podwoiła natarczywości z Zosią która patrząc bokiem na Panią Sławińską, i czyniąc sobie z swego posłuszeństwa zasługę odpowiadała jej głośno: «że nie zwykła matki na moment odstępować.» Ucieszona tem Delfina, dodała z zadowolnieniem, jak zwykła była czynić w mieście: «moja córka nigdy się prawie zemną nie rozłącza.» Na te słowa: «moja córka» przytuliła się do niej Zosia całując jej rękę z przymileniem, Emilka się zarumieniła i łzy jej w oczach stanęły; Pan Sławiński szybkim krokiem poszedł do okna, a Pani Mielińska schyliła się dla podniesienia upadłych nożyczek.
Spostrzegła Delfina rażącą stronę, przerywającą harmonią; zarumieniła się nawzajem, obawiając się wrażenia, które mogła uczynić na Pani Mielińskiej. Podwoiła przeto uprzejmości i zaproponowała ogólną przechadzkę.
Wszystkim się lżej zrobiło. Edward był kontent, iż pokaże potem żonie, ozdobiony dla niej appartament, Pani Mielińska cieszyła się myślą, iż pięknie urządzony ogród jej się podoba, a Emilka, którą matka pocałowała w wynagrodzeniu, z tryumfem Zosię do swego ogródka i baranka prowadziła. Lecz i ta nadzieja przyjemności ich zawiodła. Delfina o niczem podług siebie, ale o wszystkiem podług mody sądząc, nie mogła wybaczyć mężowi; iż obok pięknych klombów, zostawił dla cienia, staroświecki szpaler. Zosia, nosząc dla ukształcenia nogi, materyalne tylko trzewiki, skarżyła się na rosę, bała się chrabąszczów, i nie śmiała ani na krok wstąpić do ogródka Emilki, ażeby się nie zaczepić o agrest, ani się dotknąć świeżo umytego baranka, żeby się nie powalać; trwożliwie mu nawet podawała listek z ręki, lękając się ciągle, czy jej nie ukąsi. Zaspokajał ją w tem ojciec z niejaką goryczą, widząc zasmucenie Emilki. Pani Mielińska pocieszyła go, przypomniawszy mu ile Zosia była obcą wiejskim przyjemnościom, i dała jej w zamianę duży bukiet z kwiatów.
Wrócono smutno do domu. Delfina chciała pójść do swego appartamentu, ubrać cieplej Zosię, dla której się bała chłodu wieczornego. Zastali tam Pannę Rozalią wyrzekającą na brak tysiącznych przedmiotów do wygody służących, które Pani zostawiła w appartamencie swoim w mieście; na niedostatek szafy do zawieszania bez pogniecienia jej sukien; drugiej z szklannemi drzwiami do kapeluszy, nareszcie na krzyk pawiów, które Pani spać nie dadzą, i mocny zapach kwiatów w jej pokoju będących; gdyż te na ganku przed domem stać powinny, ażeby nie szkodzić delikatnym nerwom Jejmości. Pełno było goryczy w jej uwagach, i mniemanej dla Pani gorliwości; gdyż nic nie ma bardziej przesadzonego, jak skargi pokrywające prawdziwą przyczynę, nieukontentowania, a rozłączenie się z Panem Grzegorzewskim, kamerdynerem Hrabiny, kochankiem Panny Rozalji, i mała rola, którą czuła, iż będzie grać na wsi, jedynym były jej nieukontentowania powodem. Zaspakajała ją Delfina z uśmiechem, ale razem i z obawą, dowodzącą częste jej kaprysom uleganie. Pan Sławiński oschle jej odpowiedział: iż żałuje, że inaczej być nie może, i prowadząc żonę do stołu, nie mógł jej utaić zadziwienia, które w nim wzbudzał przykry humor Panny Rozalji, sądząc, iż dla niej równie nieprzyjemnym być musiał. Broniła jej z żywością Delfina, twierdząc, iż nie można być przywiązańszą, zręczniejszą, i że jej wiele winna za łożone około Zofji starania. Na te słowa, ścisnęło się serce Pana Sławińskiego, a zarumienione z płaczu oczy Zosi, w tym momencie ich doganiającej, z łatwością go przekonały, iż się stała ofiarą złego humoru Panny Rozalji, potrzebą jej przebierania podwojonego.
Kolacya była smutna i milcząca. Edward miał serce ściśnięte, widząc gościem w domu tę, którą sądził, iż panią jego i uprzyjemnieniem będzie. Emilka patrzała z zadziwieniem na wybór i małą ilość potraw udzielanych Zosi, a ta z większem jeszcze zadziwieniem trącącem zazdrością, na dobry apetyt Emilki. Delfina starała się być uprzejmą z Panią Mielińską: lecz mimowolnie odpowiadała zdaniami powszechnie w świecie przyjętemi i maxymami towarzyskiemi, na wynurzane przez nią myśli i uczucia, i poprawiała z pozorną wyższością każdy jej wyraz nie techniczny, w przedmiotach stroju i mody. Ludzie z ciekawością i obawą spoglądali kolejno na przybyłą panią, i układną panienkę, z przywiązaniem swojej usługując.
Wstano nareszcie od stołu. Dzieci poszły spać, i poufalsza wszczęła się rozmowa; gdy Delfina miejskie wiadomości mężowi opowiadać zaczęła, na wzajem się o dawne pytając sąsiedztwa. Z roztargnieniem podczas jego odpowiedzi, poprawiała sobie włosy, w zawieszonem na przeciwko zwierciedle, oświeconem stojącą przed niem lampą. Zapytała go nareszcie, z niejaką żywością, o młodą mężatkę z tych stron, którą nie dawno w Warszawie poznała: «Radabym ją widzieć, — dodała — gdyż mi się zdawała bardzo dobrze wychowaną,» (było to zwykłe Delfiny i jej ciotki wysłowienie, dla oznaczenia miłego w świecie ułożenia). «Nie ma jej w tych stronach, — odpowiedział Edward z goryczą — pojechała do bliższego miasta, rozwodzić się z mężem.» — «To mnie dziwi, — odpowiedziała z roztargnieniem przeglądając się znowu Delfina: — musiała chyba być połączona z niezdolnym ją ocenić człowiekiem; wcale się albowiem do rzeczy wydawała.» — «Może też wzajemna niezgodność charakterów, — przerwał z żywością przytłumionym głosem Edward, — wspólne ich z sobą pożycie nieznośnem czyniła.» I wstawszy, w mocnem poruszeniu, zaczął szybkim krokiem chodzić. Spostrzegła się znowu Delfina, chociaż wyrzeczone przez nią słowa, skutkiem tylko były powtarzanych zwykle przez nią w towarzystwie zasad, i nie wiedziała już o czem mówić.
Przyszła jej na pomoc Pani Mielińska. Pytała jej się znowu o Warszawę, i przejeżdżającą wten czas przez nią sławną śpiewaczkę. Mówiono ztąd o muzyce, którą Pani Mielińska dobrze posiadając, Emilce użyczała. Pani Sławińska nie źle śpiewała; wiedziała że mąż muzykę lubi, otworzyła fortepian, i zaczęła nucić kilka ulubionych od niego śpiewek. Wdzięk harmonji powoli go ułagodził; stanął za jej krzesłem; konwulsyjne tylko palców na nim przebieranie, dowodziło Delfinie ostatnich miotającej nim burzy wzruszeń. Wkrótce zegar dziesiątą wybił; Delfina wstała od fortepianu pod pozorem wypoczęcia z podróży, a rzeczywiście dla wylania na łono Panny Rozalji, różnych spostrzeżeń: tak, jak zwykła od dawna czynić podczas wieczornego rozbierania, przy używaniu różnych kosmetyków do zachowania piękności służących. Edward zaś w milczeniu, wziąwszy siostrę pod rękę, poszedł z nią do staroświeckiego po rodzicach szpaleru, gdzie wynurzył jej smutek, po utraconej nadziei, odzyskania kiedyś serca żony. Słuchała go w milczeniu; lekkie tylko czasem ręki ściśnienie dowodziło bratu, iż dzieliła jego cierpienie, i już poźno w noc wrócili szukać spoczynku. Jeszcze go był nie znalazł Edward, gdy brzask wschodzącej jutrzenki okna jego ozłocił.
Wesoła, jak wiosenny ptaszek rano się budząca Emilka, zaraz po poświęceniu z ciotką pierwiastków dnia Stwórcy, przypomniała sobie czekające ją w nim szczęście oglądania matki i siostry. Cicho się wykradłszy, i nie wnosząc, iżby jeszcze spały na tak piękny poranek, weszła do nich.
Niemogła spostrzedz zaraz, w zaciemnionym pokoju, obwiązanej spiącej matki; trafiła jednak od razu do łóżeczka Zosi, spiącej obok, w pokoju panny Rozalji i czule ją pocałowała.
Obudziła się z początku nieco przestraszona Zosia; lecz poznawszy siostrę i widząc wszystkich koło siebie w głębokim śnie pogrążonych, zachęciła ją do pozostania z nią, a sama usiadłszy w kuczki, i zrobiwszy jej miejsce na łóżku, zaczęła z nią rozmawiać. «Może będziesz pacierz mówić?» — zapytała jej się Emilka. — «Nie, to nie pilno,» — odpowiedziała Zosia, — «ja zawsze mówię francuzki z mamą, wtedy gdy się ubiera, albo z panną Rozalią; ale, że ta rzadko ma czas i często do niej rano przychodzi Pan Grzegorzewski, z którym bardzo lubi rozmawiać, lub z pokoju wyszedłszy, samej mi się każe modlić; nie mówię go czasem aż do wieczora; pogadajmy więc sobie.» Nie mogła tego zrozumieć Emilka; ponieważ ją jednak ciotka nauczyła, niczemu się powierzchownie nie dziwić w wychowaniu Zofji, i nie mówić o tem tylko z nią: po niejakim przeto milczeniu, znowu rozmawiać z siostrą zaczęła. Pytała jej się już Zosia o ogródek, o agrest, i o baranka, zapewniając ją uciszonym głosem, że byłaby się chętnie niemi bawiła, tylko się bała panny Rozalji, która ją i tak, podczas przebierania, wyburczała. Dodała Zosia atoli, iż pomimo tego, Panna Rozalia często dla niej dobrą była, i w sekrecie przed matką jeść dawała. Jeszcze to mocniej zdziwiło Emilkę.
Poruszenie budzącej się panny Rozalji, było powodem Zosi do zaklinania siostry, ażeby odeszła. Zosia się ułożyła jakby spała, a Emilka cicho się wyślizgnęła i drzwi zamknąwszy pobiegła do ciotki. Ta pierwszy raz na czynione przez nią uwagi, w krótkości jej odpowiedziała; iż nienależało o tem mówić, gdyż wiele jest odcieniów pomiędzy wsią a miastem i różnemi wychowaniami, które dopiero późniejszy wiek i dojrzalszy rozsądek sprawiedliwie ocenić mogą; i że nadewszystko przed sądzeniem o nich, trzeba szanować rodziców. Zrozumiało to, choć nie umysł, ale serce Emilki. Uściskała ciotkę i poszedłszy na dobrydzień do ojca, czułemi swemi pieszczotami, pozostałe jeszcze na jego umyśle rozpędziła chmury.
Pani Sławińska nie przyszła aż na obiad. Po obiedzie czytano, w wieczór się muzyką bawiono; następne dnie tym samym trybem upływały. W częstych chwilach, które Delfina poświęcała regularnej z miastem korrespondencyi, powierzona ojcu lub ciotce Zosia, wesoło się z siostrą po ogrodzie uganiała, pod warunkiem jednak ściśle od matki dołączonym, nie zdejmowania nigdy kapelusika z zasłoną, ani rękawiczek.
Zaczęli goście uczęszczać do Topolówki. Uwielbienie, z którem na Panią Sławińską patrzano, we wszystkiem się do jej gustu stosując, i rad panny Rozalji w modach zasiągano, przewaga i posłuszeństwo, które otrzymały w tym względzie w całej okolicy, nie długo panią i sługę zupełnie zadowolniły; gdyż najpodlejsze kadzidło pachnie próżności, i jeżeli nie przyjemnie, przynajmniej znośniej zaczął czas zchodzić.
Przybyły z Wiednia Pan Hoffel, malarz sprowadzony przez Pana Sławińskiego, dla dawania lekcyi Emilce, która do rysunku zdawała się mieć wrodzony talent, powiększył wkrótce towarzystwo Topolówki, odnowiwszy w Delfinie uprzejmość, odradzającą się w niej przy każdej nowej znajomości, a tem bardziej ciągłym widzu mogącym o niej sądzić.
Dawał lekcye Pan Hoffel obudwom dziewczynkom; co zaś do innych przedmiotów, nie dozwoliła Delfina, ażeby Zosia uczęstniczyła udzielanym przez ciotkę Emilce naukom; spostrzegłszy wyższość, którą w nich młodsza siostra nad nią miała. Niemając jednak sama zdolności zastąpienia dochodzących do niej w stolicy metrów (których jej córka pod dozorem wtenczas panny Rozalji, figlami łub biletami zwykle tylko zbywała); zajmowała tymczasem Zosię co poranek, ażeby jej się lepiej zbyć, uczeniem na pamięć długich francuzkich wierszy. Na wpół je tylko Zosia rozumiała, a powtarzanie ich potem przed matką, z właściwą im deklamacyą, lubo to bardziej naśladowniczo, niż z czucia czynić mogła, więcej jej przykrości i bur przynosiło, niż wszystkie nauki siostrze jej użyczane. Najmilszą też dla niej była lekcya rysunku brana z Emilką od Pana Hoffel, pod dozorem łagodnej Pani Mielińskiej, która nie mącąc młodego umysłu zbyt fukliwem napominaniem, ale kierując cierpliwie jego uwagę ku celowi zatrudnienia, umiała razem, jak pożyteczna drzewu młodemu dawana podpora, i prostować, i wspierać powierzone sobie latorośle.
Najmilsze upodobanie znajdując oddawna w najobszerniejszem dobrze czynieniu, Pani Mielińska, z żalem widziała przywiązującą się coraz bardziej do mieszkańców Topolówki, nieprzeznaczoną z nimi mieszkać Zofią. Wesołość tej albowiem, i wrodzony dowcip, rozkwitające w zaufaniu, a ustawicznie ścieśniane matki prowadzeniem, nieomylnie wróżyć kazały; iż władze jej umysłu, mogące być ku dobremu użyte, łatwo także potrzebą ustawicznego się ukrywania, w zdatność szyderstwa i wykrętów, zamienione być mogą.
W rzeczywistości Zofia, jak wszystkie dzieci, umiała zdrowo myśleć i sprawiedliwie sądzić o rzeczach, chociaż jej się o jej zdanie nigdy nie pytano, a uczuć ani myśli w niczem wyjawiać nie dozwolono, ustawicznie ją wstrzymując temi maxymami: «że milczenie jest ozdobą płci naszej; że nieprzystoi panience ani się głośno śmiać, ani bardzo cieszyć, ani z żywością rozmawiać, ani znudzenia okazywać, ani żwawo biegać, ani mówić niezapytanej.» Niemniej nawet dla tego Zofia czuła i myślała, ale owszem przeciwnie, więcej jeszcze jak inne dzieci; mniej od nich będąc niejako aktorką, a więcej widzem w towarzystwie. Doskonale więc umiała i matkę osądzić, i jej się przypochlebić, i Pannę Rozalią ubłagać, i sekretu jej dotrzymać. I tak, oswojona zbyt wcześnie ze smutną mizantropji, lub polityki przenikliwością, w cnotach pozory, w sposobie prowadzenia życia przyjemnego, zręczność tylko korzystania z cudzych słabości, widzieć się nauczyła. Prowadzona zawsze przykrym wyrazem: «tak trzeba», a nigdy tym daleko mocniejszym, «powinnaś», nie mogąc, ani nieprzestąpić nadto pomnożonych matki zakazów, ani otrzymać od niej przyznania winy Pannie Rozalji, gdy czasem się od kapryśnych jej wyroków do matki odwoływała; zaczęła Zofia zastępować sądzeniem o drugich, właściwe dla nich w jej wieku uczucia, a sztuka podejścia lub wykrętów, przyszła wkrótce na pomoc niemożności otrzymania szczerością, przebaczenia popełnionego błędu lub żądanej przyjemności.
Nie znała ani cienia tych wad, łagodnie prowadzona, szczęśliwa Emilka. Wyćwiczona jednak w pozorach Zofia, zawsze przy gościach więcej od siostry pochwał odbierała, chociaż Emilka od domowych ciągle bardziej kochaną była. Dobre jednak i czułe serduszko Emilki, ciesząc się, iż się Zofia tak powszechnie podoba, cierpiało często, widząc ulubione dotąd w sąsiedztwie towarzyszki, i zwykle ją pieszczące osoby, mało teraz na nią zważające. Nie znała i nie mogła jeszcze zrozumieć Emilka, jaki wdzięk mają dla świata pozory i nowość, i pomimowolnie ją to zasmucało. Z najczulszą też wdzięcznością pokochała, Wojewodzinę Trocką, dawną ojca przyjaciółkę, o ćwierć mili od nich, w Brzoznowie mieszkającą, która jedna w sąsiedztwie zawsze jej tęż samą przyjaźń okazywała. Pierwszy raz nawet na Zosię się obruszyła, gdy ją po powrocie z Brzoznowa przez siostrę ujrzała przedrzyźnianą (talent, któren Zosia doskonale posiadała, i do którego się zwykła uciekać, gdy matkę lub pannę Rozalię w dobry humor wprowadzić chciała). Nie widziała jednak Emilka aby ją matka o to napomniała, póki jej ojciec nie skarcił: co jej się bardzo dziwnem zdawało.
Wiele jeszcze innych odcieniów w charakterze matki i Zofji poczciwa Emilka zrozumieć nie mogła, żadna z nich nie będąc zupełnie szczerą. I tak, gdy wracając z siostrą z orzechów, rydzów, lub innej długiej przechadzki, której przedłużenia Zofia najmocniej pragnęła, widziała ją za powrotem oświadczającą matce z przymileniem, ile bez niej tęschniła, a tę, nie ciekawą żadnych szczegółów przechadzki, ubranie jej tylko poprawującą; ściskało się serce Emilki tym niedostatkiem szczerości i zaufania, chociaż sobie o tem sądzić nie pozwalała; tak, jak wyziew śmiertelny działa na zdrowem ciele, przed odkryciem nawet z kąd pochodzi.
Inne jeszcze wypadki wkrótce zaszłe, do rozwinięcia różnicy charakterów i uczuć z obydwóch wychowań pochodzących, mocno się przyczyniły.
Nadszedł dzień urodzin Zofji. Pan Sławiński chcąc go uświetnić powszechną uroczystością, wybrał go na obrzynki. Wkrótce wszyscy niemi w domu zajęci byli. Zakręt ogólny, duże stoły białem płótnem przykryte, obok ciemno-zielonych kasztanów; wzniesiony wysoki maszt z chorągiewką, na którym powiewała różnofarbna chustka w nagródę, umiejącemu ją zdobyć przeznaczona; kilka beczek pod rozłożystą lipą, na których temczasowo siedziała wiejska muzyka przegrywając wesoło; dwa kramiki napełnione wstążkami i różnemi klejnotami wiejskiemi, które Pan Sławiński swoim córkom do rozdawania przeznaczył; krzątająca się z pośpiechem szafarka, stoły kurzącemi się potrawami zastawiająca; ogromne kosze wypieczonym chlebem i białym jak mleko serem napełnione, które Emilka biegnąc wesoło jak młody konik, po szósty raz tam poprzedzała: kupy gromadzących się wieśniaczek, i dzieci przypatrujących się dworowi i dworskim; śpiewy z daleka słyszane; dwie nareszcie przednice kłosami uwieńczone, na czele gromady się zbliżające, na około i nad wszystkiem szklniąca światłość pięknego dnia letniego, i naszego jasnobłękitnego nieba północy: taki obraz przedstawiały obrzynki w Topolówce. Przypatrywała mu się obojętnie, zasłaniając się przed słońcem Delfina; spoglądała na niego bokiem nieśmiejąca się od niej oddalić Zofia; najciekawszy zaś ze wszystkich tego widoku Pan Hoffel, zabierał się go już kreślić.
Delfina jednak, gotowa stanąć w obrazie korzystnie, ile razy była na widoku publicznym, z uprzejmością ofiarowany sobie wieniec przyjęła, obróciwszy się w koło z poddającą go sobie przednicą. Pan Sławiński hojnie tejże wynagrodził, a dziewczynki przez niego zawołane, z równą ochotą do przeznaczonych im kramików pobiegły. Zosia atoli, lękając się matki, z nieśmiałością różnofarbne wstążki i świecące dary do góry wznosiła, rozdając je cisnącym się dziewczętom; podczas gdy Emilka z najserdeczniejszą wesołością, wołając kolejno znajome, zachęcając nieśmiałe, uprzejmie z każdą mówiąc, sumiennem się tylko troszczyła rozdaniem.
Zasiedli wszyscy do stołów. Śmiały chłopak, już schodził przy powszechnych oklaskach z chustką zdobytą ze ślizkiego słupa. Zaczęto spełniać głośne wiwaty za zdrowie państwa, zagrzmiała muzyka, i syn wójta z nieśmiałą oracyą, gniotąc w ręku kapelusz ponsową wstążką ozdobiony, przyszedł prosić Zosię w taniec. Spojrzała trwożliwie na matkę; lecz rozkaz ojca przed odebraniem jeszcze od niej odpowiedzi, zakończył trudność. Emilka poszła wesoło z drugim młodym gospodarzem; ruszyło za niemi kilkanaście par ochoczo, ciężkiemi podkówkami murawę tłoczących; lecz Zosia mając przechodzić przed gankiem, gdzie siedziała matka, pilnując swojej postawy, i starając się stósować taniec uczony do niezgrabnych zamaszystych kroków swego tanecznika, którego się ledwo końcem palców dotykała, wydawała się jak zaczarowana księżniczka lub Nimfa wśród satyrów; gdy tymczasem wesoła Emilka szczerze wyskakiwała. Nie brakło jej też na tanecznikach, gdy ślicznej panienki, po niemiecku (jak mówili wieśniacy) tańcującej, już nikt nie chciał w taniec prosić.
Odebrane w ten moment listy i paczka jakaś z poczty, pod adressem Pani Sławińskiej, posłużyły jej za powód zawołania dzieci i wrócenia z niemi do pokoju. Zosia już znudzona widowiskiem, którego nie dzieliła wesołości, poszła za nią chętnie, a Emilka niemniej posłusznie z westchnieniem się tylko za sobą oglądając. Otworzono paczkę, dobyła z niej Pani Sławińska dwie sukienki jednakowe, dla obydwóch dziewczynek, które im z pomocą panny Rozalji przymierzać zaczęła. Liczne pochwały, z któremi się rozszerzała nad ich pięknością, wesoły ich różowy kolor, tak ulubiony w dzieciństwie, ukontentowanie być jednakowo ubraną z siostrą, dobroć matki pamiętającej o niej, ucieszyły najprzód Emilkę. Żal jej jednak troszkę było obrzynków, pięknego wieczora, i nie mogła pojąć tak żywej radości matki i siostry, na widok tych modnych ubiorów, widziawszy je tak obojętnemi na ogólną wesołość. Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy Panna Rozalia dodała: «jakże Panienki w tym stroju piękne! jak szczęśliwe! jakże im będą zazdrościć.» Połączenie albowiem tych trzech wyrażeń, szczególnem jej się wydawało.
Dana na ganku wieczerza, z kąd się jeszcze można było przypatrzeć kończącym się obrzynkom, przerwała jej w tej mierze dumanie. Większe jeszcze nazajutrz czekało ją zadziwienie; oglądając tego dnia Pan Sławiński po obiedzie, naszkicowany przez Pana Hoffel rys obrzynków, obiecał mu drugi wiejski obraz pokazać, i zaproponował wszystkim przechadzkę do blizkiego stawu, który w tym czasie spuszczano.
Zajechały niezwłocznie powozy, i wkrótce za laskiem zielonym, w którym wyobraźnie i spomnienia obydwóch dziewczynek, kolejno widziały i przypominały zbierane kwiaty, rydze lub orzechy, spostrzeżono kilka chałup, z których kominów gęste kłęby unoszącego się dymu, jak fantastyczne obłoki po niebie się przesuwały. Ujrzano potem wielki staw, zastawiony młyn, koło niego budkę z chróstu, w której duże rozpalone ognisko oświecało snujących się przed nim żydów o ryby się targujących, i starą wieśniaczkę, co w kuczki siedząc, dla robotników jeść gotowała. Dalej, przy wesołych okrzykach wyciągali pracowicie rybacy ciężkie siecie, i starannie rozplątując uwięzłe w nich różnego rodzaju ryby, wrzucali je w duże naczynia wodą napełnione. Obok bawiące się dzieci, komicznie ich naśladując, ciskały w staw małe płotki, ze wzgardą na bok odrzucone. Z drugiej zaś strony, widać było rozwieszone w festony na wierzbach suszące się sieci, jadące z turkotem po grobli wozy z beczkami, krążące po stawie czółna, zarzucane po nim sieci, za któremi się ciągnęły jak wieńce szerokolistne biało kwitnące wodne rośliny; gdy tymczasem, pluskające się małe rybki, ozłocone od promieni słonecznych, po wierzchu wody igrały; a w odległości figlarny ptak, rybołów zwany, czatując na pastwę, nagle się spuszczał i szybko ze swoją zdobyczą uciekał.
Ten charakterystyczny obraz, w największe zachwycenie wprowadził Pana Hoffel, który po malarsku wszystkie jego szczegóły wskazywał Delfinie. Pan Sławiński z siostrą rozmawiali z rybakami, a Emilka obznajomiona już z przedstawiającym się widokiem, z ukontentowaniem dzieciom rzucającym płotki dopomagała, zalecając: ażeby ostrożnie, nie kalecząc je, to czyniły, i różne gatunki ryb wyszczególniała Zosi, która obawiając się pobryzgania zdaleka stała.
Wilgoć jednak, na którą Pani Sławińska skarżyć się zaczęła, była powodem skłaniającym do powrotu. Pan Hoffel jeden pozostał dla odmalowania obecnej sceny, o której dzieci ciągle, wracając do domu, rozmawiały.
Lecz wkrótce odmienił się cel zajęcia, gdy wjechawszy na dziedziniec, ujrzano świeżo wyprzężoną bryczkę, i dowiedziano się, że poprzedzała Państwa Unieckich, którzy z Warszawy w towarzystwie młodego Podpułkownika Bronisława, najlepszego stolicy tanecznika, na wesele siostry na Ukrainę jechali. Żałując straconych chwil, i nie kontenta z tak poźnego uwiadomienia, ująwszy za ręce dzieci z niezwyczajną żywością, pobiegła Delfina poprawić swoje i ich ubranie; gdy tymczasem Pani Mielińska spokojnie, przyjęciem gości się zatrudniała. Nie mogła pojąć Emilka przyczyny gorączkowego matki pośpiechu, i dla czego goście zawsze tak uprzejmie w Topolówce witani, tak mocno ją swojem przybyciem teraz przerażali.
Niecierpliwa Delfina, zastawszy swój pokój zamknięty, zbiegła z żywością wołać Panny Rozalji, która w niebytności Pana Grzegorzewskiego, z uśmiechem słodkich słówek zastępcy wójta gminy Topolówki słuchając, po ogrodzie się z nim przechadzała. Wróciła z nią wkrótce Pani Sławińska, łając ją z niezwykłem sobie poruszeniem.
Nagotowała w milczeniu zaperzona Panna Rozalia wszystko do ubioru swojej Pani, a ta rozkazawszy jej niebawnie włożyć Zosi wczoraj przywiezioną sukienkę, sama się Emilką zatrudniła. Dała sobie posłuszna i przestraszona dziewczynka bez oporu (lubo do tego niezwyczajną była) i włosy związać, i stanik od sukni zasznurować; gdy nareszcie, za trzeciem wpinaniem przez Delfinę niechcącej wejść w szarfę szpilki, zaczerwienienie jej i łzy mocną boleść zdradziły. Spostrzegłszy to matka, zapytała się jej z żywością, widząc, iż ją po trzeci raz ukłuła, czemu ją pierwej nie przestrzegła? na co jej dziewczynka z czułością odpowiedziała, całując ją w rękę: że jej się najprzód nie śmiała sprzeciwić, a potem gdy już gdzieindziej szpilkę wpięła, przyznaniem się, że ją ukłuła, zasmucić nie chciała. Przycisnęła ją w milczeniu do swego serca oziębła matka, i pierwszy raz poczuła, że odrzucone od niej dziecię, pociechą jej się kiedyś stać może.
Wznoszący się cierpko głos Panny Rozalji i skargi Zosi na nię, zwróciły uwagę Delfiny. Broniła się uporczywie Zosia, kwaśnej Pannie Rozalji; ta albowiem sama rozgniewana, cieszyła się, iż komu innemu sprzeciwić się może, i chciała jej na nową sukienkę ciasny ze wstążek włożyć gorsecik, który, mniej ściskana na wsi za prośbą ojca Zosia, z trudnością wdziać mogła. Rozstrzygła spór Pani Sławińska (jak zwykle) na stronę panny Rozalji, z pochlebstwem mówiącej, ile się w tem ubraniu ładnie figurka panienki wydaje, i kładąc sama gwałtownie gorsecik Zosi, gdy z powodu jej oporu ramiączko pękło, do największego uniesienia doprowadzona, mocno ją uderzyła. Iskrzące się oczy, zbladłe i drżące usta Delfiny, rzewny płacz Zosi, tak mocno przeraziły nieprzyzwyczajoną do podobnych zdarzeń Emilkę, iż padając do nóg matki, łzami zalana, i składając ręce, o przebaczenie siostrze najmocniej błagała.
Usłyszany w ten moment turkot zajeżdżającego powozu, szczególną zmianę w tej scenie uczynił. Zarumieniły się nagle blade lica Delfiny; podniosła szybko klęczącą jeszcze Emilkę, zalecając jej kwaśno, żeby sukni nie gnietła, i pocałowała w czoło Zosię, zamiast czekać przeproszenia dąsającej się dziewczynki. Gorzko jej tylko wymawiała, że zastaną ją z czerwonemi jak królik oczami, i zaczęła kolejno na nie chuchać i różanną wodą przemywać. Poprawiwszy sobie potem włosy w zwierciedle, darowała pannie Rozalji, dla przebłagania, zdjętą z siebie suknią, i szybko z dziećmi do pokoju bawialnego się udała, przyjacielsko już po drodze rozmawiając z Zosią; gdy tymczasem zimna i drżąca ręka Emilki, dowodziła jej ciągle, ile jeszcze zmięszaną była.
Zastali już wszystkich w salonie. Twarz Pani Sławińskiej najmilszy znowu przybrała uśmiech, i z przyjemnością o szczegółach tyczących się stolicy, z gośćmi zaczęła rozmowę. Gdy jednak po wyczerpaniu tejże, Pan Uniecki kollega niegdyś szkolny Pana Sławińskiego, dawne zaczął przywodzić spomnienia, a jego żona znudzona miastem, z ciekawością pytała się Pani Mielińskiej o najlepszy sposób założenia ogrodu i odchowania pięknego bydła, z Podpułkownikiem już tylko Delfina o Warszawie mówiła. Pierwszy raz nawet od przybycia w dom męża, dla zapełnienia czczości prowadzonej z nią rozmowy, wzięła się do gospodarstwa herbaty. Co jej się zaś jeszcze przykrzejszem stało, to było spostrzeżenie, iż po krótkiem zajęciu się Zosią, z żywością rozmawiano o Emilce, którą widząc mocno pomięszaną, dobrze ją znająca ciotka, z jakimsiś zleceniem w tej chwili z pokoju wysłała, ażeby jej dać czas przyjść do siebie. Wbiegła wkrótce zdać sprawę żwawa dziewczynka, której rzeczywiście to nowe zatrudnienie (jak to pospolicie bywa w tym wieku) rozpędziło smutek, i zachęcona przez ojca żywo i dowcipnie na zapytania Pani Unieckiej odpowiadała. Zajęli się nią wszyscy wkrótce z upodobaniem, tak, jak się z przyjemnością słucha, naturalnych dźwięcznych tonów słowika, po mądrze przez wyuczonego kanarka wyexekwowanym kurancie. Delfina mocno cierpiała, i gdyby nie zręczność Pani Mielińskiej w skierowaniu znowu rozmowy ku muzyce, dająca jej sposobność wspomnienia przy fortepianie ulubionych tańców w stolicy, i kilku najnowszych aryi; nie byłaby już mogła utaić dłużej swego nieukontentowania. Zosia nawet, dzieląc już to przykre uczucie, pierwszy raz idąc spać, z niecierpliwością syknęła, gdy Emilka mówiąc jej (jak zwykle) dobranoc, serdecznie obydwoma rączkami objąwszy, do siebie przycisnęła.
Nazajutrz skoro świt goście wyjechali. Delfina skarżąc się na ból głowy, później jak zawsze zeszła. W kilka dni potem, odebrany list z Warszawy, donoszący o ukończeniu odświeżonego appartamentu, podał jej miłą sposobność zapowiedzenia swego wyjazdu. Poczyniła spiesznie przygotowania ucieszona Panna Rozalia. Delfina podwoiła uprzejmości, dla zostawienia o sobie pochlebnego wrażenia w Topolówce; tyle będąc wewnątrz szczerze poruszoną prawdziwym żalem Emilki, ile była mocno oburzona ponurym smutkiem, blizkim rozpaczy, malującym się na twarzy Zofji, z goryczą utrzymując, iż ukrócenie zbytniej dotąd wolności, i powrót do licznych lekcyi w stolicy, jedyną tego były przyczyną.
Nadszedł nareszcie dzień odjazdu. Delfina, przeciwnie swemu zwyczajowi, rano wstała i hojnie wynagrodziwszy wszystkich ludzi w Topolówce, której się nie spodziewała tak prędko oglądać; nie mogła nie przyjąć rannego tam jeszcze obiadu. Pan Sławiński albowiem obiecywał czas opóźnienia wynagrodzić posłaniem o trzy mile koni na przeprząg, chcąc jeszcze nieco Delfinę z Emilką odprowadzić.
Szybko jednak, choć uprzejmie przyspieszała odjazd Pani Sławińska, i zaraz po wstaniu od stołu, wszyscy wyjechali. Ściskało się serce Edwarda, widząc mimo pozorów przystojności, które zawsze Delfina zachować chciała, podwajającą się jej wesołość: za każdym krokiem do miasta ją zbliżającym; gdy tymczasem smutek dwóch dziewczynek za ręce się trzymających, coraz pomnażać się zdawał.
Zastanowił się nareszcie powóz, przeprzężono konie. Odezwał się mocno w ojcowskiem sercu Pana Sławińskiego, głuchy jęk, z którym go Zofia pożegnała, i jeszcze długo z płaczącą Emilką stał zamyślony na gościńcu, kiedy wznoszący się z daleka tuman kurzawy, ostatnie już tylko szybko oddalającej się landary, oznaczał ślady.
Ulżyły żalowi Pana Sławińskiego, chęć rozerwania Emilki, i uprzejme przyjęcie pozostałej w domu siostry; widok atoli próżnych, i sianem jeszcze po pakowaniu napełnionych pokoi żony, które uprzątano, mocno mu serce ścisnął, córki łzy ponawiając.
Rozeszli się wszyscy w wieczór wcześnie, pod pozorem wypoczęcia po szybkiej podróży. Nazajutrz odwiedzili Wojewodzinę, którą mało widywali podczas bytności na wsi, nie lubiącej jej Pani Sławińskiej; a trzeciego dnia wszystko do swego dawnego porządku wróciło.
Odebrano niedługo list uprzejmy od Delfiny z podarunkiem dla Emilki, i czułym i szczegółowym do niej listem siostry. Odpisała jej wiernie, rozrzewniona Emilka. Drugi list Zofji już był obojętniejszy; listy matki znów rzadsze; i tak wkrótce widać było gasnące ostatnie iskierki nieutrzymywanego ognia. Niedługo, korrespondencya między małżonkami, nieczęstsza jak dawniej, spomnienia dzieci o sobie, tylko koło imienin, i przysyłane nawzajem ładne hafty od Zosi ciotce, i początkowe rysunki Emilki matce, ostatnim jeszcze śladem pozostały ledwo odznaczonej, zaczynającej już zarastać pomiędzy niemi, ścieszki. Sąsiedzi zaś i znajomi nie znajdując ani wzmianki o sobie w listach Delfiny do męża, mimo tylu uczynionych jej grzeczności, i nie odbierając, ani obiecanych przez nią desseni do haftowania, ani wzorów na stroje o które prosili pannę Rozalią, przestali mówić o Pani Sławińskiej; zaczęli znowu kochać, równie zawsze uprzejmą Emilkę, i bytność Delfiny, wnet jak sen tylko, w Topolówce spominana była.
Upłynęło tak siedm lat. Już Zofia dziewietnasty, a Emilka siedmnasty rok liczyła. Ten przeciąg czasu rozwinął zupełnie obadwa charaktery, i różność ich wykazał. Delfina niechcąc nadto wcześnie w świat wprowadzić Zofią, aby za starszą jak była w istocie nie uchodziła, tudzież ażeby znajdując się obok niej w towarzystwie, nie zdradzała jej wieku i piękności nie ćmiła; coraz dłużej powierzała ją niebacznej opiece panny Rozalji, nakazując jej łożyć czas z nią przepędzany, na wydoskonalanie się w muzyce, lub czytanie książek naukowych, o których jednak treść nieumiejętna Delfina, nigdy się jej nie zapytywała.
Zawadzało mocno Pannie Rozalji, lubiącej przyjmować i oddawać różne odwiedziny, brżdąkanie na klawikorcie, lub pilnowanie młodej panienki. Stanęła więc pomiędzy niemi wspólna ugoda; Zofia nie zdradzała Panny Rozalji, a ta nawzajem wszelką jej wolność zostawiała. I tak, oprócz chwil, w których wiedziała, iż matka nadejdzie, patrzała Zofia przez okno, lub chciwie dorwawszy się zamkniętych w szafce książek, pięknie oprawnych, lecz najgorzej dobranych, najniebezpieczniejsze w nich obrazy, znajdowała, i najgorsze czerpała zasady. Pani Sławińska ciągle się jednak wzbraniała szukać dla niej guwernantki; sama nigdy jej nie miawszy, twierdziła sentymentalnie, iż nikt starań dobrej matki zastąpić nie może. Zazdrośna przytem była Zofji, której przywiązanie od dzieciństwa wyłącznie posiadać pragnęła; tak, jakby uczucia powzięte w młodości dla tych, którym są winne, nie były przeciwnie najlepszem zabezpieczeniem, rozwijającej się później dla rodziców wdzięczności. Mało oraz prawdziwej pobożności mająca Delfina, lubo szanowała jej pozory, ale zabobonna niezmiernie, wierząc w sny, prognostyki, i różne wróżby (co się w młodych i pięknych jej latach wdziękiem i oryginalnością, a w późniejszych naganną tylko słabością sprawiedliwie wydawało), nie zdołała dobroczynnych zasad religji zaszczepić córce, mimo częstych nakazywanych jej w tej mierze obowiązków, od których się sama przecież wyłamywała. Umysł więc Zofji, i jej dowcip zupełnie błędny wzięły kierunek, a przywiązanie ku matce, nieodżywiane czułością duszy, szacunkiem niewsparte, coraz bardziej stygnąć zaczęło. Łzy nawet Delfiny, i towarzyszące im spazmy, tak często przez nią używane, dla otrzymania czego żądała (chociaż coraz prawdziwsze do nich miała powody), osłabieniem tylko fizycznem wydawało się Zosi. Tak to blizkiemi są, wzgarda od surowego sądu, i zakamieniałość serca, od oziębłości.
Rozkwitała jednak, coraz bardziej piękność Zofji, i wkrótce już matka nie mogła jej dłużej utaić towarzystwu, oraz oprzeć się życzeniom babki z chlubą ją w nim pokazać pragnącej. Przyniosła ona na świat z rozwiniętemi nad wiek władzami umysłu i charakteru, żywy dowcip i gorącą wyobraźnią; a że po czytaniu romansów, koniecznie następnie chęć w nich figurowania, mocno pragnęła poznać przeznaczonego poruszyć jej serce kochanka. Przystojność jednak, którą w świecie ciągle zachować umiała, baczna i podwojona nad nią matki i Hrabiny opieka, nie tak łatwą (choć pomnażając jej w tem chęć) sposobność jej do tego zostawiały. — Podobał jej się nareszcie ten, którego najmniej się dla niej obawiano, dwa lata tylko od niej starszy, młody Adolf Celimski daleki krewny Hrabiego, jak dziecko w tym domu uważany: mieli oni z Zofią wiele styczności. Lubiony od Hrabiego dla wesołości i dowcipu; broniony od niego przed rodzicami, gdy uprzykrzywszy sobie szkoły bez ich pozwolenia je opuścił, później opiece Hrabiego poruczony, i w jego dom przyjęty, dla brania niektórych jeszcze lekcyi; towarzystwo i doświadczenie świata, były dla niego, tak, jak dla Zofji pierwszą nauką.
Hrabia przyzwyczajony żyć dobrze i bez przymusu, odpoczywając czasem po etykietalnej zachowywanej w domu przez żonę przystojności, w wesołych przy fajce rozmowach; lubił nadewszystko śmiać się, i moment obecny mile przepędzać, nie zważając jakim to mogło być okupione kosztem. Bawił się przeto przesuwającym się przed jego oczami towarzystwa obrazem, przez Adolfa szydersko kreślonym, sam z upodobaniem opowiadając mu figle swej młodości. Zalecał mu tylko potem pilną baczność, w nieprzestępowaniu nigdy, surowej od Hrabiny w salonie utrzymywanej przystojności.
Poznać się, odgadnąć pod przybraną postacią i polubić, było skutkiem jednej tylko chwili dla Zofji i Adolfa. Śmierć Hrabiego, która wkrótce nastąpiła, i przeciąg rocznej żałoby, bardziej ich do siebie zbliżyła, i wzmogła jeszcze to uczucie. Znudzona i słaba Hrabina, zaczęła coraz bardziej bawić się żartobliwym dowcipem dwóch młodych kochanków, wskrzeszających w swoich opowiadaniach, zastanowiony dla niej ruch towarzyskiego życia. Pyszniąc się wdziękami i młodością Zofji, tak, jak niegdyś Delfiny, często nawet przeciwko matce obronę jej popierała. Biedna Delfina, tęschne więc i przykre miała chwile, i poniewolnie czasem to wrażenie, w pisanych do męża listach zdradzała; gdyż pomimo wszelkiego starania, to co piszemy, nosi zawsze cechę tego, czem jesteśmy. Wrócić jednak do Topolówki, zkąd Edward coraz rzadkiej ją odwiedzał, nie miała odwagi, a Panna Rozalia, której kochanek przeszedł w służbę Adolfa, i która teraz Zofji była powiernicą, starannie ten wstręt utrzymywała. Dziwnem się wydawać może, iżby przewaga tyle różniącej się urodzeniem i wychowaniem od swej pani osoby, tak długo nad nią trwać mogła. Łatwo to się jednak wyrozumie, zastanawiając się, ile próżność ma powolności dla tych, którzy ją podniecają, a słabość charakteru uległości, dla stalszego umysłu, umiejącego wziąść nad nią górę.
Skończony rok żałoby, powrót zabaw i balów, i Hrabinę ożywił, i Delfinę nieco rozerwał, w nieustannie oświadczanej mężowi niespokojności, nie znajdowania jeszcze korzystnego dla Zofji zamęścia. Inne dla niej jednakowoż nastąpiły zmartwienia. Spostrzegła tajemną miłość Adolfa z Zofią; widziała nawet uśmiechającą się na jej oznaki Hrabinę. Zaczęła przykre córce czynić wyrzuty, i z dziecinnego uczucia wkrótce mocną w niej utworzyła namiętność. Łudziła się jedynie nadzieją, iż odbierane przez Zofią w świecie pochwały i oklaski, zmienią jej miłość dla Adolfa, i zbliżą do niej bogatszą i przystojniejszą partyą; gdyż innego o wyborze męża, mogącego uszczęśliwić córkę nie miała wyobrażenia. Skryte zaś niektóre złe skłonności spostrzeżone przez nią w Adolfie, a mianowicie oziębłość dla niej i szyderskie często z niej urąganie, nie pozwalały jej ani momentu życzyć, ażeby został jej zięciem.
Życie Emilki przez ten czas swobodnie i użytecznie upływało. Korzystała jak najlepiej, przy żywym, niczem niezaćmionym dowcipie i czerstwo zachowanem zdrowiu, z nauk jej przez ojca, ciotkę i Pana Hoffel użyczanych. Wzrost jej się podniósł, kibić ukształciła, poruszenia ułagodziły; dźwięk głosu miała przyjemny, bogaty warkocz wieńczący jej głowę, zastąpił rozrzucone włosów pierścienie. Umiała, oprócz zwykle swej płci udzielanych wiadomości, najwyższą rachunkowość; gdyż Pan Sławiński twierdził, iż nie można dać nadto równowagi lekkiej i łatwej do obłąkania niewieściej wyobraźni. Oprócz posiadanego dokładnie ojczystego języka, umiała dobrze po francuzku i doskonale po niemiecku. Czytanie celniejszych w tych językach Autorów, przez ojca starannie dobieranych, ukształciło jej umysł i duszę, którą rozwinęły potem jeszcze lepiej, częste i poufałe w każdym przedmiocie z ojcem i ciotką rozmowy. Z powierzchownych zaś talentów, w muzyce biegłą była, a malarstwo jak prawdziwa artystka posiadała. Potrafiła przytem, dać przyjemny abrys wiejskiego budynku, i bez wstrętu ładny wyrysować desenik, do jakiejkolwiek kobiecej roboty; bo żadnem swej płci nie gardziła zatrudnieniem. Niepodobnem może zdawać się będzie połączenie tylu wiadomości, ale nic tak nie rozwija i nie zbogaca władz umysłowych, jak ciągłe ich użycie, i do jednego celu zastósowanie; tak, jak skromna oszczędność, ze wszystkiego użytkując i nic nie tracąc, wielkich z czasem nabywa skarbów. Inne zaś zatrudnienia, i serce Emilki rozwijały, i do pełnienia właściwych jej płci obowiązków sposobiły. Wyręczała częstokroć ciotkę w zarządzeniu domem, leczeniu chorych, i spomaganiu nieszczęśliwych; znajdowała w tych zatrudnieniach, rozrywkę i rozkosz właściwe czystej i niewinnej duszy, których, zarażone próżnością i osobistością serca, doznawać już nie są zdolne.
Miała oraz Emilka w sąsiedztwie Wojewodziny w Brzoznowie (z którą jedną ściśle się ojciec przyjaźnił, choć ze wszystkiemi żył dobrze w okolicy) nieprzebrane źródło zabaw i przyjemności. Nie było prawie dnia, żeby nie odwiedzała Emilka szanownej swej przyjaciółki, która przyciśniona wiekiem, i mało z swego krzesła mogąca wstawać, najmilszą w jej towarzystwie znajdowała rozrywkę. Bawiąca ją najprzód swą wesołością Emilka, zaczęła ją wkrótce czule pielęgnować, pisując jej listy, czytując gazety i słuchając ją opowiadającą z upodobaniem, po całych godzinach przy dryzlowaniu, różne szczegóły o dawnych czasach. Nauczyła się także Emilka kolejno, dla zabawy Wojewodziny, podług jej przepisów i rozwlekłych zaleceń starej jej panny wyprawnej Panny Kunegundy, której umiała i doświadczeniu dogodzić, i zrzędzie wybaczać; rozmaite konfitury i soki smażyć; ocet konwaliowy i serek pigwowy robić; różne likwory zaprawiać, i wodę bławatkową lub różanną przepędzać. Przepisywała oraz ciągle w pięknej safianowej książce, darowanej na ten przedmiot Pannie Kunegundzie, wszystkie domowe sposoby leczenia, i różne inne gospodarskie sekreta, dotąd w jej szufladce zamięszane, z rozmaitemi, i na świstkach starannie spisywanemi dziwacznych snów przedmiotami, które potem podług sennika, jako numera na loteryą stawiane bywały. I tak Emilia doskonaliła się coraz bardziej w sposobności, bez której, ani prawdziwie dobrą, ani szczerze kochaną być nie można, zapominania o sobie, dla zajęcia się drugiemi. Często z uśmiechem na nią patrząc, kochająca ją jak córkę Wojewodzina, prosiła Boga w duszy, ażeby mogła być małżonką młodego Władysława Wienieckiego jej wnuka, mającego po niej dziedziczyć. Najprzyjemniejsze albowiem chwile spędzała, gdy Emilka w poufałych rozmowach, wylewała jej całą swoją duszę, pielęgnowała chorych, w szpitalu przez nią dla słabych wieśniaków założonym, lub z poczciwym bakałarzem, pracą uczenia ich dzieci z największą słodyczą i cierpliwością się zatrudniała.
Znalazła wkrótce Emilka w tejże dozorowanej także pieczołowicie przez Wojewodzinę szkółce, nowy cel dla siebie najmilszego zajęcia.
Była tam, między najniepojętniejszemi uczennicami młoda Małgosia, córka poczciwej Wojciechowej, dawnej piastunki Władysława, a teraz gospodyni Wojewodzinej, trudniącej się przy pomocy młodej Czeszki, chodowaniem pięknego jej szwajcarskiego bydła. Żaliła się często Wojciechowa przed Emilką, iż Małgosia późno zacząwszy się uczyć, i zahukana pierwej przez wychowującą ją Pannę Kunegundę, choć dwoma latami starsza od Emilki, niczego się uczyć nie chciała, mimo wszelkich nieszczędzonych kar i napomnień. Mówiła o tem nie raz ze smutkiem ciotce, szczerze kochająca Małgosię, Emilka. Widząc ją nareszcie raz na popisie szkółki, po ponurem zacięciu się, uporczywie milczącą, pomimo wszelkich gróźb, i potem nie źle odpowiadającą, łagodniejszemu przyjacielskiemu przez nią uczynionemu zapytaniu; powzięła myśl odnowienia dobrocią, charakteru dotąd samą surowością bezskutecznie kształconego. Otrzymała z łatwością pozwolenie na to od ojca i ciotki. Przedstawili jej atoli, jaki na siebie bierze obowiązek, i ile powinna się starać ulepszać samą siebie, ażeby jej przestrogi, a jeszcze wymowniej dobre przykłady, skutecznie działać mogły, na młodej uczennicy. Z tryumfem więc Emilka Małgosię do Topolówki zabrała. Od tego momentu, podwoiła niejako pilności, słodyczy i cierpliwości dla uczynienia korzystną udzielanej Małgosi nauki. Kształcąc ją, sama się doskonaliła, i żywemi uczuciami przychylności, obawy i nadziei, doświadczenia macierzyńskich starań niejako nabywała. Z właściwą swemu wiekowi wesołością, uganiając się potem obydwie po ogrodzie, zbierały na wyścigi, różne zioła do apteczki Pani Mielińskiej, tudzież głóg lub berberys do smażenia dla Panny Kunegundy.
Z ukontentowaniem widział Pan Sławiński wesołość córki, ożywioną pozyskaniem równego wieku towarzyszki. Przestrzegał tylko z siostrą, ażeby starania Emilki dla Małgosi, obrzydzając jej stan wiejski, nie stały się jej nadal szkodliwemi. Żądał więc nawzajem, ażeby biegła w gospodarskich zatrudnieniach Małgosia, Emilkę powoli z niemi oswajała; dla Małgosi zaś, odwiedzanie matki, i pomaganie jej w wolnych momentach w poruczonych jej obowiązkach, najmilszą były nagrodą.
Z zadziwieniem w Brzoznowie znajdowano Małgosię coraz lepszą, posłuszniejszą dla matki, uleglejszą dla panny Kunegundy. Z ochotą już nawet, choć ze skromnym rumieńcem, odpowiadała Małgosia na każde pytanie, dające pole rozwinięcia użyczanych jej przez młodą nauczycielkę wiadomości. Ale ta, pierwsza obudziwszy jej duszę, dotąd samą bojaźnią skrępowaną, pierwsza także do jej umysłu i przekonania skutecznie trafić umiała. Jej dobrocią odżywiony charakter Małgosi, zupełnie inną wziął postać; tak, jak ciepłem tchnieniem odmarznięta rzeka, zamiast sinej ściśniętej mrozem powierzchni, tysiącznych, w swem łonie zawartych już nie ukrywa skarbów.
Gdy coraz więcej i Emilka do swojej młodej uczennicy, i ta się do niej przywiązywała, przeszła nareszcie całkiem Małgosia do Topolówki, dla pełnienia podobnych jak matka w Brzoznowie obowiązków. Z upodobaniem jednak, choć często w dzień rozłączone, schodziły się wieczorem dwie młode towarzyszki; w lecie podlewały kwiaty w ogrodzie, a w zimie przędły razem przy kominku: gdyż wyćwiczona w tej pracy Małgosia, Emilkę w niej doskonaliła.
Wkrótce Emilka już szesnaście, a Małgosia ośmnaście lat licząc, zaczęła spostrzegać młoda nauczycielka w dawnej uczennicy, jakieś zamyślenie, którego przyczyny dociec nie mogła. Nie raz zastanowiony kołowrotek i wypadłe z ręki Małgosi wrzeciono, kiedy przychodzący do pokoju, młody ogrodnik Łukasz, jakie owoce lub kwiaty z pomarańczarni Emilce przynosił, lub kładzione mimo koszyka liście od róży, zbierane przez nią z Emilką w lecie, gdy obok nich w ogrodzie pracował; już dawno tajemnicę jej serca odkryły Pani Mielińskiej. Nieznająca zaś jeszcze miłości Emilka, coraz bardziej powiększającym się smutkiem i pomięszaniem Małgosi, najszczerzej się troszczyła. Nie mogła równie pojąć uniesienia radości, z którem ją widziała padającą do nóg ciotce; gdy jej z uśmiechem oznajmiła, iż tego dnia Łukasz oświadczył Panu Sławińskiemu chęć ożenienia się z nią, otrzymawszy już na to zezwolenie rodziców. Uszczęśliwiona nad możność wysłowienia Małgosia, w całej żywości pierwszego poruszenia, czule Emilkę uścisnęła, obfitemi łzami skrapiając jej ręce, które stokrotnie ucałowała. Oddała jej szczerze uściśnienie za uściśnienie i rozczulenie za rozczulenie tkliwa Emilka, nigdy tak mocnych od niej wdzięczności nie odebrawszy dowodów; chociaż wyraz tak wielkiego szczęścia, i widok tak nowego dla niej uczucia, którego i w radości Łukasza najżywsze widziała oznaki, pomimowolnego dumania stały jej się przyczyną.
Zaszła później przyjacielska sprzeczka, gdzie, czy w Topolówce czy w Brzoznowie, odbędzie się Małgosi wesele. Życzenie jednak oświadczone, przez coraz trudniejszą do wyruszenia się Wojewodzinę znajdowania się na niem, i przedstawienia z krząkaniem solennie przez Pannę Kunegundę czynione, iż przystojność wymagała, ażeby wesele Małgosi obchodzone było w domu Jaśnie Wielmożnej Pani, u której służy jej matka, rozstrzygnęły ten spór na stronę Wojewodziny. Chciała ona huczne młodej parze sprawić wesele i wyprawę dać Małgosi; przyczyniła się do tej i Panna Kunegunda, nie szczędząc licznych przestróg, które nadto wcześnie za mąż idącej, podług jej zdania pannie młodej, jako swej dawnej wychowanicy użyczyć sądziła się obowiązaną. Emilka zajęła się ochoczo uszyciem szlubnej sukni, a Pan Sławiński Łukaszowi wygodne pomieszkanie, powiększenie zasług i ordynaryi zapewnił.
Nadszedł nareszcie dzień wesela Małgosi. Panna Kunegunda ustroiła Pannę młodą do szlubu: Wojewodzina, podług dawnego zwyczaju, na kobiercu siedzącej, przypięła rozmarynową koronę na poświęconym łubku. Matka czule pobłogosławiła, a rozrzewniona przy dużym bukiecie druchna Emilia, z uczuciem drugiej matki, do ołtarza ją poprowadziła. Tańcowali długo wszyscy dworscy, w dużej pałacowej sali, w której do późnej nocy, nad swój zwyczaj, siedziała z niemi, sędziwa i kochana od nich Pani.
Ten dzień tak świetny, ostatnim był dniem wesołości w Brzoznowie. Wkrótce potem, paraliżem tknięta szanowna Wojewodzina, ledwo miawszy czas ostatnie religji wypełnić obowiązki, wskazać Panu Sławińskiemu gdzie się testament znajdował, i pobłogosławić klęczącą u nóg jej, w najgłębszym żalu pogrążoną Emilkę; skonała spokojnie, przyciskając krucyfix do swego łona, i zamykając jak do spoczynku, wlepione z ufnością w niebo oczy. Ten moment albowiem śmierci, tak straszny, gdy niespodziewany, oddawna oczekiwanym był w cnotliwem jej życiu; jak noc chwilowa poprzedzająca świetną jutrzenkę wiecznego szczęścia.
Ledwo zasnęła w Bogu, a już najżywsze oznaki żalu słyszeć się dały, w obszernych salach pałacowych, na schodach i dziedzińcu, napełnionym tłumem cisnących się, dla dowiedzenia się o jej zdrowiu, przywiązanych włościan. Wkrótce w odległości słyszane tylko oddalających się powolne kroki, przytłumione jęki, żal szczery, ponura cichość, gorące przy zmarłej wdzięczności i przywiązania modlitwy, prawne formalności i konieczne koło pogrzebu zachody, zastąpiły ruch obawy i nadziei; a zawsze gościnnie otwarty dom Wojewodziny, tak długo przytułek przyjaźni i nędzy, jeszcze raz zajaśniawszy pochodniami jej pogrzebu, ledwo zamieszkałą wkrótce został pustką.
Żal Emilji wstrzymywany jedynie chęcią oddania ostatniej usługi zmarłej przyjaciołce, pokrzepienia po jej stracie zasłużonych starców, i zaspokojenia troszczących się o nią ojca i ciotkę, wybuchnął w całej swej żywości; gdy rozrzewniony cnotliwy Brzoznowski Pleban, przy spuszczaniu trumny do grobu, ostatni raz od zmarłej czule wszystkich pożegnał. Wypadła wtedy z drżącej ręki starego szafarza Tomasza, chwiejąca się świeca. Zemdlała w tym okropnym momencie, cichy jęk wydawszy, zgrzybiała i przywiązana do swej Pani, Panna Kunegunda, której nikt nie widział ani jednej łzy wylewającej, póki ją ostatni raz do trumny nie ubrała, i do ostatniego nie odprowadziła mieszkania. I Emilia już własnych uczuć dłużej przytłumić nie mogła. Wróciła z mocną gorączką do domu, i pierwszy raz w życiu, doznana gwałtowna słabość, całej mocy pierwszego doznanego przez nią w życiu nieszczęścia dowiodła.
Przez ten czas, niespokojny o nią ojciec, inny jeszcze powód miał zmartwienia. Wysłana sztafeta do bawiącego za granicą Władysława, uwiadomiła go o zrobionym na korzyść jego testamencie, przez bezdzietną Wojewodzinę ciotkę matki jego. Spodziewano się go co moment: oświadczył jednak iż za rok dopiero powróci, ponieważ chciał pierwej ukończyć kurs agronomiczny, na który w Szwajcaryi uczęszczał; Komissarza zaś innych dóbr przeznaczał tymczasem, do zarządzenia Brzoznowem. Nadjechał i ten nie długo, ciesząc się, iż mu nowe przybywają zyski: gdyż bytność Pana za granicą, oddawna za korzystną dla siebie dóbr uważał dzierżawkę. Wkrótce Pan Sławiński, z którym się niechciał porozumieć wykrętny pragnący się pozbyć jego opieki Komissarz, widział z żalem obranego dawniej przez siebie poczciwego rządcę Brzoznowa zastąpionego Ekonomem wyboru Pana Komissarza; dobroczynne Wojewodziny zakłady ścieśnione lub zaniedbane, i poddanych uciemiężonych. Widok tak ustawicznej nędzy, której nie mógł zaradzić, a nadewszystko chęć rozerwania nieutulonej w żalu córki, były mu powodem powzięcia myśli jechania z nią i Panią Mielińską na rok do Drezna. Chciał on korzystać z tego przeciągu czasu, tak dla ukończenia edukacyi Emilki, jak i dla utworzenia córce nowego za powrotem zatrudnienia, umyśliwszy założyć dla niej nowy folwarczek Milin zwany, ażeby zarówno i oswoić ją zupełnie z gospodarstwem i przyjemnem jej uczynić. Polecił uiszczenie swych planów w tej mierze Panu Hoffel, malującemu wtedy obrazy do wystawionego przez zmarłą Wojewodzinę Kościoła, podług zawartej jeszcze z nią ugody. Potem Pan Sławiński z siostrą i córką puścił się w podróż do Saxonji, uważając jako czczą formalność, odebrany na doniesienie o tem odpowiedni list żony, w którym oświadczała: iż byłaby chętnie Emilkę do siebie przyjęła i w Warszawie ukończenie jej edukacyi ułatwiła. W istocie zaś, ten list szczerszy był niżeli się można było spodziewać; bo pilnująca słabej i coraz dziwaczniejszej Hrabiny Delfina, sama zaniedbana przez Zofią, gdy słabą była, zaczęła żałować oddalonej Emilki i myśleć z goryczą, iż przywiązańszą i posłuszniejszą w niej córkę byłaby znalazła.
Świetny atoli następnego roku karnawał, i liczne w nim przez Zofią odbierane oklaski, pochlebiając macierzyńskiej próżności, nieco ją pocieszyły; chociaż przy ustawicznem zawsze wyrzekaniu: iż się nie trafia Zofji żadne dobre zamęźcie, gdy tyle innych mniej pięknych i mniej dobrze wychowanych panien co dzień szło za mąż.
Przesłała niebawnie Pani Sławińska Emilce, którą po podróży i przy nowych zatrudnieniach, coraz bardziej do siebie przychodzącą z ukontentowaniem widział ojciec w Dreźnie, lekki rys Zosi w greckim stroju, w którym na kostumowym balu do końca zapust odłożonym, tegoż narodu piękny taniec uskuteczniać miała. Prosiła albowiem Delfina córki, ażeby go na duży olejny przerobiwszy obraz, mogła wygotować na Świętą Zofią, jako najwłaściwsze wiązanie Hrabinie, to samo imie noszącej. Przyłączyła do niego próżna matka, jako dar dla Emilki i swój także w młodości malowany wizerunek, bojąc się niejako wyobrażeniem piękności córki, być w jej pamięci zatartą. Westchnął Pan Sławiński, spojrzawszy na niego, widząc żywą radość córki, przy odebraniu tego upominku, którego jej niewinność prawdziwego celu odgadnąć nie mogła. Emilka zaś, portretem siostry najszczerzej się zajęła. Już mało do niego brakowało, gdy przybywając raz do artysty, w którego malarni pracowała, zastała Emilia wszystkie swe malarskie sprzęty porozrzucane, i dowiedziała się, iż młody Polak przejeżdżający z zagranicy, wstąpił tego dnia dla wypytania się o dawnym swoim nauczycielu rysunków, i z zachwyceniem oglądał piękne rysy młodej greczynki, którą tylko idealnym sądził tworem, i potem niezwłocznie do Warszawy wyjechał. Zabawił ten wypadek Pana Sławińskiego, i żałował straconej, tak miłej za granicą sposobności poznania ziomka.
Odebrał wkrótce list od żony, donoszący mu z radością, jakie wrażenie na wszystkich swym greckim tańcem uczyniła Zofia, a szczególniej na młodym Władysławie Wienieckim, który ją wtenczas pierwszy raz poznawszy, sądził, iż widzi przed sobą czarami ożywioną śliczną postać idealnego Drezdeńskiego obrazu, którego rysy, jak spomnienie najdoskonalszej piękności, w wyobraźni jego utkwiły. Następowały pochlebne matki nadzieje, iż się niezawodnie o nią oświadczy, i zapytanie wcześnie czynione mieszkającemu w sąsiedztwie mężowi o jego majątek. Zasępiło się nieco po odebraniu tego listu czoło Pana Sławińskiego, któremu nie ukrywała Wojewodzina chęci połączenia Władysława z Emilką. Wstrzęsła głową z niezwykłem sobie nieukontentowaniem Pani Mielińska. Po krótkiej jednak walce serca z sumieniem, oznajmili oboje tę wiadomość Emilce, chociaż bez radości, ale także i bez goryczy, a po żywem wzruszeniu, które w niej zawsze wzniecało spomnienie Brzoznowa, ucieszyła się z niemi szczerze, nadzieją pozyskania Zofji w sąsiedztwo.
W istocie, uderzony pięknością Zofji Władysław i nieco w niej zakochany (gdyż potrzeba miłości w młodym wieku z łatwością podobne do niej wznieca uczucia) żadnego jeszcze atoli stanowczego o jej rękę nie uczynił kroku: jakaś pomimowolna obawa dotąd mu tego niedozwalała. Delfina przypisywała to opóźnienie etykietalnej przystojności. Hrabina z nieukontentowaniem widziała zagrożony zniszczeniem ulubiony swej starości zamysł połączenia Adolfa i Zofji, których ciągle była powiernicą, a próżna Zofia cieszyła się z miłości Władysława i z wzbudzonej powszechnie z tego powodu zazdrości, rozniecającej ustawicznie stygnące płomienie Adolfa. Tak mało jednak zdolną była ocenić duszę Władysława, i być od niego zrozumianą, iż pomimo częstego się z nim widywania, pozorna jego konkurencya, ani krokiem nie postępowała, i mało się różniła od zwykłego powszechnie za granicą pięknej płci oddawanego hołdu.
Nadeszła i Święta Zofia. Zaczęli rozjeżdżać się ze stolicy licznie na zimę zgromadzeni mieszkańcy. Wiosna naturę odświeżając, przyjemniejszą wtenczas wieś czyniła. Resztę pozostałych członków rozproszonego towarzystwa, zaprosiła Delfina na herbatę, chcąc jak najwięcej mieć widzów, a zwłaszcza Władysława świadkiem zawieszenia u ciotki przybyłego świeżo z Drezna portretu i otworzenia ładnego appartamenciku przez matkę starannie dla Zofji tajemnie ozdobionego. Poszli najprzód wszyscy do tegoż na górę i znaleźli w nim wszystkie meble i eleganckie drobiazgi, które tylko przyjemnemi i zdolnemi go ozdobić, gust i moda osądziły. Wrócono potem do salonu Hrabiny, bardziej niż zwykle oświeconego, w którym jak poetycznego snu wdzięczne widmo, lub świetne szczęścia spomnienie, wśród sztucznie ustawionych lamp i kwiatów, ukazał się piękny portret Zofji.
Ten widok, odnowił (jak się spodziewała Delfina) uczucia Władysława. Gdy jednak zapytanie o malarza, Panią Sławińską Emilię wymienić przymusiło: błąkające spomnienie, przywiodło mu na pamięć, pochlebną o niej wzmiankę w listach Wojewodziny, którą poznanie Zofji, zupełnie było zatarło w pamięci. Zamyślił się więc poniewolnie Władysław, na dawane jej z przyciskiem pochwały przez Adolfa, sprzeciwiającego się z upodobaniem Delfinie, chcącej znowu ku Zofji skierować rozmowę. Zniecierpliwiona Pani Sławińska, zaraz po herbacie dawszy znak do rozejścia się, pod pozorem słabości, pierwsza się z krzesła podniosła i z salonu wyszła, a Zofia zamiast czułości, z kwaśnym i szydersko wątpiącym uśmiechem, za matką się udała. Zasmucił się Władysław: łożone przez Emilią tkliwe starania koło podeszłej babki, przypomniały mu się, i w jednym momencie jej poważny dom, obok urocznego Zofji portretu, w myśli stanąwszy, zniszczył całą jego ponętę.
Wkrótce przy częstych takowych w charakterze Zofji poczynionych spostrzeżeniach, zniecierpliwiony Władysław usiłowaniem ustawicznem Delfiny zbliżenia go do niej, i niedostatecznością jej odpowiedzi względem Emilki, nie mogąc się nawet dowiedzieć, czy jeszcze w Dreznie bawi, lub na wieś wróciła, postanowił wyjechać do Brzoznowa, zkąd długie skargami napełnione odbierał listy. Pożegnał zatem Hrabinę, która go z ukontentowaniem widziała oddalającego się i Panią Sławińskę, która mu oświadczyła z uśmiechem: iż się spodziewa zobaczyć z nim niezwłocznie, umyśliwszy męża tego lata odwiedzić w Topolówce. Wyjechał Władysław do siebie, zakładając sobie uściskać po drodze dawnego młodości przyjaciela, mieszkającego o dwie mile za Łęczną, gdzie właśnie się wtenczas zwykły na Boże Ciało rozpoczynał jarmark.
Ujrzał Władysław, zbliżając się do Łęczny, zielone łąki, po których jak srebrna wstęga kręty Wieprz się wije; rozrzucone gdzieniegdzie krzaki, samorodnemi uplotami powoju uwieńczone; swobodnych wieśniaków wędki lub więcierze zarzucających w rzekę, i liczne koło nich pasące się trzody; słyszany zdaleka odgłos fujarek, dodawał jeszcze wdzięku tej wiejskiej scenie. Wkrótce dojeżdżając do Łęczny, zupełnie się zmieniła. Zabiegi przemysłu wszystkiemu inną nadawały postać. Postępowały zwolna siwe ukraińskie woły; szły luzem piękne konie derami starannie przykryte; prowadzili równie na sprzedaż i swoje bydełko, pracowici wieśniacy. Widać było przy wyprężonych powózkach, około dużych rozpalonych ognisk, dziwaczne popasujących markitanów gruppy; zdaleka zaś dzikich koni tabuny, z szybkością i zręcznością właściwą mieszkańcom wolnej ziemi, goniąc się lub pierzchając kolejno, fantastyczne, w różnych obrotach, tworzyły igrzyska.
Spotykał ustawicznie Władysław, ciężkie bryki kupieckie szwargoczącemi Żydami napełnione; skromne wózki, starożytne kolaski, w których jechali drzymiąc, lub wolno rozmawiając w poważnym narodowym stroju, ubrani starcy; i modniejsze bryczki, szybko niesione w poręcz zaprzężoną czwórką, w której siedzieli głośno rozprawiając, z czapeczką na bakier, zapuszczonemi wąsami i zapaloną lulką, zawołane jarmarczne amatory. Mijał także nieustannie idących wolno ubogich dziadków, Rzeszowskich Żydów z galanteryami, drelicharzy z Jedrychowa; przemyślnych, szenekatarynką obciążonych wędrowników, i piskliwie swój towar zalecających preclarzy. Ogółem, wszędzie wjeżdżając do tego jarmarcznego miasta, w którem jak w filozoficznej allegoryi, wszystkie pomieszkania są tylko zajezdnemi domami, widać było ruch i pośpiech, ciekawość i odurzenie, skwapliwą chciwość, lub niespokojną zysku nadzieję.
Bawiła ta różność obrazów Władysława; gdy przy skręcie ulicy, spostrzegł, mijający w tym momencie niepakowny elegancki kocz, możniejsze (jak się zdawało) z sąsiedztwa osoby, dla chwilowej zabawy na jarmark przywożący. Siedziały w nim cztery damy, a na przodzie w czarnym kitajkowym płaszczyku i dużym słomianym kapeluszu, ładna, młoda osoba, która nawzajem na powóz Władysława spojrzawszy, coś z szybkością wiozącemu stangretowi u koła wskazała. Zaintrygowany tem Władysław, z ciekawością dla widzenia jej lepiej się wychylił, ale się mu tylko jak błyskawica mignęła. Korzystając z jej niemej przestrogi, stangret zastanowił konie, i spostrzegł w istocie spadające od powozu koło. Przez czas naprawiania, stracił zupełnie Władysław ślad jadącego przed nim kocza. To zniecierpliwiało go nie mało, gdyż każdy znajdując się sam nieczynny i niczem niezainteressowany, wśród zgwarnie zatrudnionych i ubiegających się ludzi, czuje zwykle jakiś rodzaj tęschnoty i niespokojną chęć zajęcia się czemkolwiek, która w bezcelnem i czczem wielkiego świata życiu, nie jednej upajającej namiętności stała się powodem.
Idąc więc Władysław za przyjętym ogólnie w Łęcznie zwyczajem, usiadł zamyślony na ławie przed domem, w którym stanął. Lecz wkrótce znudzony natarczywością różnych żydowskich kupców, częstujących swemi towarami, i powrotem zawsze tych samych przejeżdżanych koni, nieustannie zacinanych, dla otrzeźwienia w nich już dawno wygasłej żywości; chciał przyspieszyć Władysław swój wyjazd z Łęczny, gdy słyszane niedaleko słowa, «szukałaś krzyżyka dla Małgosi Emilko: oto jest kupiec, który ma kilka, tu po podsieniami,» zwróciły ku tej stronie jego uwagę. Poznał przybyłe w koczu damy, i młodą w czarnym płaszczyku osobę, która starszej podając rękę, wesoło z dwoma drugiemi po krzyżyki biegła. Życząc ją poznać (to imie Emilji podwoiło jego w tej mierze ciekawość) poszedł Władysław za niemi. Zastał je już w sklepie. Dama w wieku z młodą osobą będąca, siedziała na krześle, i doradzała łagodnie drugim dwóm, z natarczywą szczebiotliwością wymagającym od kupca rozwinięcia wszystkich towarów; gdy tymczasem długo w nich przerzucając, mało co kupowały. Młoda zaś osoba, w czarnym płaszczyku, spokojnie u siedzącego przed sklepem galanternika krzyżyk oglądała, i z prostotą mało się targując, na liczne jego przysięgi i zaklęcia, żądaną zapłaciła cenę. Już ucieszony Żydek pomyślnym targiem, o połowę taniej, więcej jeszcze krzyżyków sprzedać przyrzekał, twierdząc iż są w podlejszym gatunku, gdy zbliżająca się biedna kobieta, ciemne za sobą dziecko prowadząca, całą jej uwagę na siebie zwróciła. Chwytało biedne dziecię z uśmiechem, jakby w ciuciubabkę grając, podawany sobie przez litościwą przekupkę obwarzanek, niepewną mijając go rączką. Tak młoda kaleka, i owa wesołość niebaczna dziecinnego wieku na tak wielkie nieszczęście, żywo przejęły młodą osobę. Wsunęła z najżywszem politowaniem resztę pozostałych w woreczku pieniędzy, w rękę żebrzącej z niem nieszczęśliwej matki. Przypatrując się potem pilnie zawartym oczom dziewczynki, badała troskliwie, czy nie wpędzony wewnątrz kołtun był tej ślepoty przyczyną? a po odebranej potakującej odpowiedzi matki, użyczyła jej, tak pospolitego i skutecznego na przywrócenie go sekretu, i radziła obłożyć głowę barwinkiem w wódce namoczonym; gdy wołający ją głos ze sklepu, wejść do niego ją przymusił.
Wychodziły wtenczas wszystkie damy, zabierając się przejść przez ciasną błotną uliczkę podniesienia przedzielającą, przez którą szła błogosławiąca Emilkę ciemnego dziecka matka. W tem nagły krzyk, tłumy cisnących się ludzi, poprzedzone popłochem tak łatwo się w ciżbie szerzącym, oznajmiły zdjęcie się z arkanu dzikiego konia, pędzącego w tę stronę. Zaczęto tłumnie krzycząc, uciekać na wszystkie strony; biedną kobietę oderwano od jej dziecka, które mocno popchnięte, padło na środek ulicy: gdy z szybkością błyskawicy, biegnąca młoda osoba, porwawszy je na ręce z najżywszą radością matce oddała, wtedy gdy opodal stojący Władysław, tą samą myślą wiedziony, biegł także w tę stronę.
Już się zbliżał do młodej wybawicielki nieszczęśliwego dziecka, przy odgłosie szczerze jej dawanych pochwał (bo pierwsze uczucie żywo poruszonych ludzi, zawsze jest sprawiedliwe i szlachetne) gdy spotkany przez młodego Officera, którego ledwo znał w Warszawie, i wzięty od niego pod rękę, w inną stronę do stajni, w której konia kupował, zaprowadzonym został. Ledwo mu się wymknął zniecierpliwiony Władysław, ważnym się zasłaniając interessem, i pobiegł za swoją nieznajomą.
Nigdzie już jej nie znalazł: inne tylko damy rozpierając się w bławatnym sklepie, naśladując pierwsze, oczom się jego przedstawiły. Wychodził ztamtąd Władysław, gdy usłyszane imie Panny Emilji, i nadzieja powzięcia wiadomości, kto ona była, do pozostania w sklepie i zatargowania pierwszej fraszki, za szkłem wystawionej, były mu powodem. «Doprawdy, — mówiła przez nos dobitnie jedna z dam tam siedzących, przy której stała wysoka córka bujająca się jak trzcina; — cały kozak z tej Panny Emilji, dobrze jej się udało, choćbym nie rada, żeby się moja córka tak na jarmarku popisywała: nie bardzo to albowiem kobiecie, a tem bardziej Panience przystoi. Moja Hortensya, tak była pomięszana, iż myślałam że oppressyi serca dostanie.» — «Nim się dowiedziałam, kto ona jest — przydała cierpko z przyciskiem druga — twierdziłam po zakonnym jej nieco stroju, i zapytaniach lekarskich ciemnemu dziecku czynionych, że to jest jakaś ex-szara siostra, lub córka jakiego doktora.» — «Doktora? — przerwał z przekąsem, rozmawiający z niemi przy ostrogach, ze szpicdrutą w ręku, z elegancko na szyj zapiętą chustką wyświeżony Jegomość: — w takim razie pewnoby nie umniejszała ojcu pacyentów, lecz zamiast po polsku leczyć chorobę, łacińskiemi receptami starałaby się ją utrzymywać, jako korzystną dla ojca possessyjkę.» — Głośny śmiech nastąpił po tym dowcipnym koncepcie. Trwożliwa powierzchownie Panna Hortensya, najbardziej nim zabawioną się być zdawała.
Galopujący z przestrachem w tej chwili, oklep jadący Żydek, któremu jarmarcznym figlem konia podcięto, zmieniając przedmiot rozmowy, podwoił ogólną wesołość. Uciszyła się nieco nawet, na widok płacącego złotem zniecierpliwionego Władysława, który szybko ze sklepu wyszedłszy, wrócił tam jednak na uprzejme i pełne uszanowania przywołanie kupczyka, zdającego mu resztę. Oburzony tą podłą zawiścią, która w wielkich i małych czynach, w dobrze wychowanych i ordynaryjniejszych ludziach, jest powodem wyszydzenia tego czego nie pojmują, lub naśladować nie są zdolni; napastowany ustawicznie od różnych natrętów, i nieznajdując nigdzie Emilji, wyjechał nareszcie Władysław z Łęczny, ciesząc się, do przyjaciela w blizkości mieszkającego.
Lecz i w tem nadzieja jego zawiedzioną została. Wybiegujący albowiem z karczmy w poblizkiej wiosce na jego zawołanie zadyszany Żydek, uprzedzając wszelkie jego zapytania obietnicą osobnej stancyi, uwiadomił w końcu: że dawny szkolny przyjaciel, a teraz zamożny właściciel sąsiedzkiej wioski, nie dawno za interessem na Ukrainę wyjechał. Zasmucony Władysław, chciał już zanocować w karczmie, ale mnóstwo różnych kupców konie na jarmark prowadzących, a jeszcze bardziej tam wjeżdżająca basztarda, w której siedziała Panna Hortensya z matką, zmieniły jego zamiar; i przypomniawszy sobie, że mieszka nie daleko sędziwy Cześnik, dawny przyjaciel rodziców, do niego skierował drogę.
Zastał cnotliwego staruszka, siedzącego w letnim polskim stroju, pod dużym klonem na środku dziedzińca, trzymającego w ręku książkę do nabożeństwa. Położył ją, zdjął okulary i z najżyczliwszą gościnnością wyszedł naprzeciw wysiadającemu przy bramie Władysławowi. Podwoiła się jego uprzejmość, dowiedziawszy się kogo wita, i z rozczuleniem badał w jego twarzy podobieństwa z ojcem, z którym dawniej w palestrze ścisłą był połączony przyjaźnią. Stary jego piwniczny tymczasem, najszczerzej był rad ludziom i koniom Władysława.
Weszli do domu; zawieszone w sieni przeplatane jarzębiną wieńce z przeszłorocznych obrzynków; rozwieszone zajęcze skóry, wilcze głowy i nogi, rozsiany po ziemi tatarak; w pierwszym pokoju stół kilimkiem nakryty; wysokie szafy, na których staroświeckie stały puhary; w sypialnym pokoju łóżko za kotarą, różne gatunki strzelby i stojące w szafce pękate flaszki wódki gdańskiej, po której złoto pływało; kilka książek do nabożeństwa; na półce, obok nich starożytne Paprockiego i Niesieckiego herbarze; zbiór dawnych gazet; różne portrety osób przy karabelach i w rogówkach, na ścianach zawieszone; — taki był dom staroświecki, w którym się znajdując Władysław, sądził, iż czarodziejskiem omamieniem, do przeszłego cofnął się wieku.
Dano wieczerzą, na której były przy piątku, stokfisz po kapucyńsku, pierogi ruskie, karp z miodownikiem, i grzanki postne do oliwy i piwa, które jedyną suszącego gospodarza były wieczerzą. Usługiwali do niej ochoczo, porządnie, z wiejska ubrani domownicy, których moment przed tem, widział Władysław pracowicie w sieni sieci wiążących. Powiedział mu Pan Cześnik, iż prawie wszyscy jego ludzie żonaci (chociaż sam był kawalerem), z wiejskiego stanu wzięci u niego w domu wychowani, kwartalnie kolejno mu służąc, tym sposobem wszystkim swoim domowym i dworskim obowiązkom, zadosyć uczynić mogli.
Skończyła się wieczerza, a rozmawiając długo po niej poufale ze swoim młodym gościem, sędziwy Cześnik, z przyjemnością go słuchał, zagraniczne opowiadającego gospodarstwo. Potrząsał tylko czasem głową, i pokazawszy nazajutrz szczegółowo swoje włości, temi go pożegnał słowy: «Lubię w tobie, kochany Władysławie, ten zapał i te żywe ku dobremu chęci. Powinno ich być w młodości, jak na wyrost, ażeby je potem smutne ludzi i świata doświadczenie nazbyt nie skurczyło. — Koń, który się w młodości nie zrywa i nie przeskoczy, później nie daleko zajdzie. — Strzeż się jednak wszelkich uprzedzeń; nie czekaj własnego doświadczenia, ażeby być o dobrem i złem przekonanym: lepiej dojrzeć cudzem, a niżeli od własnego zwiędnąć. Słuchaj więc czasem i rady starszych; w ich dykteryjkach wiele się częstokroć mądrych nauk zawiera, tak jak najlepszy tworzy balsam, aromatyczny lep, po wybraniu miodu pracowitych pszczółek, w ulu pozostały. Nie odrzucaj starego obyczaju, dla tego, że dawny: gdyż może jest ważna przyczyna, iż tak długo trwa, lub, że tak uporczywie do niego wracają. Nie zapalaj się do nowości, twierdząc, że dobra, dla tego, że razem z tobą wzrosła. Wszystko piękne, póki świeże i pókiśmy młodzi. Nie bądź nieufny, ale bądź ostróżny z ludźmi, których w gospodarstwie używać będziesz; daruj, lecz nie daj sobie wziąść, gdyż po pierwszem wdzięczność, a po drugiem wzgarda tylko następuje. Nadewszystko, szukaj ludzi sumiennych; gdyż tej obrączkowej staropolskiej zalecie, ani zdatność, ani talenta, ani honor, tak często teraz wzywany, wyrównać nie zdołają. — Niech pierwszą twoją nareszcie gospodarską zasadą będzie, nie przewyższać nigdy dochodów, wydatkiem. Kto się dłuży, zawsze się gubi, jakiekolwiek w tem ma widoki; nierządny człowiek wkrótce stanie się nieuczciwym. Rząd sumienia strzeże. — Przyjmij te życzliwe starca przestrogi i odwiedź, jak ci czas pozwoli, mój skromny domek, a zawsze równie życzliwego znajdziesz w nim przyjaciela».
Z szczerą wdzięcznością przyjął Władysław tę prostą naukę wiejskiego filozofa. Miło brzmiała w pamięci jego, przejeżdżając przez zasobną wioskę Cześnika, widząc wszędzie piękny w pole wychodzący gospodarzów sprzężaj, porządnie ubranych wieśniaków, i starannie na grobli brzozami i topolami sadzonej, utrzymywaną drogę i zabudowane mosty, a dalej przy murowanym browarze, zielone jak winnice wiążące się chmielniki.
Uprzejmość i rzadka dziś gościnność Cześnika, myśl, że po tylu latach, wraca do ojczystej wioski, gdzie tej którą kochał zastać już nie miał, a nadewszystko spomnienie nieznajomej Emilji, napawające dumającą duszę czarownemi obrazami szczęścia i nadziei, niedozwoliły Władysławowi kosztować tej rozkoszy, jaką czuć był winien, na widok, rozkwitającej nowem życiem natury. Smętny więc i zamyślony, puściwszy wolny bieg rozigranej wyobraźni, nie uważał, że już zbliżał się do upragnionego celu swojej podróży.

KONIEC CZĘŚCI I.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elżbieta Jaraczewska.