Strona Guermantes/Część druga/Tom II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marcel Proust
Tytuł Strona Guermantes
Podtytuł Część druga
Tom II
Pochodzenie W poszukiwaniu straconego czasu
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1938
Druk Drukarnia „Linolit”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MARCEL PROUST


(w poszukiwaniu straconego czasu)
STRONA GUERMANTES
Część druga
Przełożył
TADEUSZ ŻELEŃSKI (BOY)
WARSZAWA1938

TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „RÓJ
DRUKARNIALINOLIT“WARSZAWA



Aby wrócić do tych wyroków pani de Guermantes — sztucznych i emocjonujących niby decyzje polityków — Oriana nie mniej niepokoiła Guermantów, Courvoisierów, całe faubourg, a bardziej niż kogokolwiek księżnę Parmy, swemi nieoczekiwanemi dekretami, kryjącemi zasady, które tem bardziej zaskakiwały, im mniej się ich spodziewano. Kiedy nowy poseł grecki dawał bal maskowy, każdy obmyślał kostjum i wszyscy zastanawiali się, jaki będzie kostjum Oriany. Jeden myślał, że zechce być księżną Burgundzką, drugi stawiał hipotezę księżniczki Dujabaru, trzeci — Psyche. Wreszcie, któraś Courvoisier spytała: „Za kogo ty będziesz, Oriano?“ wywołując jedyną odpowiedź, która nie przyszłaby jej na myśl: „Ależ za nikogo!“ co wprawiło w ruch języki, jakgdyby odsłaniając pogląd Oriany na istotną światową pozycję nowego posła i na postępowanie jakiego się należy trzymać wobec niego, to znaczy opinję, którą powinno się było przewidzieć; mianowicie, że księżna „jako taka“ nie ma co robić na balu maskowym u tego nowego posła.
— Nie widzę konieczności chodzenia do posła greckiego, którego nie znam; nie jestem Greczynką, poco miałabym się tam tłuc, nie mam tam nic do roboty, mówiła księżna.
— Ależ wszyscy tam idą, zdaje się że to będzie urocze! wykrzyknęła pani de Gallardon.
— Siedzieć sobie spokojnie przy kominku też jest urocze! wykrzyknęła pani de Guermantes.
Courvoisierowie nie mogli ochłonąć, ale Guermantowie, mimo iż nie naśladując Oriany, pochwalali ją:
— Oczywiście, nie wszyscy mają sytuację taka jak Oriana, aby mogli łamać wszelkie zwyczaje. Ale z drugiej strony, nie można powiedzieć, aby ona nie miała racji, chcąc okazać, że my przesadzamy płaszcząc się przed tymi cudzoziemcami, o których często się nie wie skąd się biorą.
Rzecz prosta, iż wiedząc co za komentarze wywoła niechybnie taki lub inny jej postępek, pani de Guermantes znajdowała tyleż przyjemności w tem aby się zjawić na balu, gdzie nie śmiano liczyć na jej obecność, co aby zostać w domu lub spędzić wieczór z mężem w teatrze w dniu zabawy „gdzie będą wszyscy“, lub, kiedy myślano że ona zaćmi najpiękniejsze djamenty historycznym djademem, wejść bez żadnego klejnotu i w stroju odmiennym od tego, jaki uważano niesłusznie za obowiązujący. Mimo że była antydreyfusistką (wierząc w niewinność Dreyfusa, tak samo jak wiodła życie światowe, wierząc tylko w życie myśli), sprawiła ogromne wrażenie na wieczorze księżnej de Ligne, najpierw tem że siedziała, gdy wszystkie damy wstały na wejście generała Mercier, a potem wstając i wołając ostentacyjnie swoją służbę, kiedy nacjonalistyczny orator rozpoczął wykład, przez co księżna okazała, że nie uważa salonu za miejsce odpowiednie do uprawiania polityki. Podobnie wszystkie głowy obróciły się ku niej na wielkopiątkowym koncercie, skąd, mimo iż wolterjanka, wyszła, bo uważała za nieprzyzwoite wprowadzanie na scenę Chrystusa. Wiadomo czem jest, nawet dla największych dam, moment kiedy się zaczynają zabawy; tak dalece że margrabina d’Amoncourt, która z potrzeby paplania, z manji psychologizowania, a także z braku serca, często dogadywała się do głupstwa, mogła odpowiedzieć komuś, kto przyszedł do niej z kondolencją z powodu śmierci jej ojca, pana de Montmorency: „Tak, to bardzo smutne: takie nieszczęście w chwili gdy człowiek ma na biurku setkę zaproszeń!“ Otóż, w tym momencie, kiedy zapraszano księżnę de Guermantes na jakiś obiad, spiesząc się aby nie była już zajęta, ona odmawiała, dla tej jednej przyczyny, o której światowiec nigdyby nie pomyślał: puszczała się jachtem zobaczyć fiordy, które ją interesowały. Światowcy osłupieli; mimo iż nie zamierzali naśladować księżnej, postępek jej sprawił im rodzaj ulgi, podobnej do tej, jaką nam daje Kant, kiedy, po najściślejszym dowodzie determinizmu, stwierdza iż ponad światem konieczności, istnieje świat wolności. Wszelki pomysł, na któryby się nigdy nie wpadło, podnieca nawet tych, co z niego nie umieją korzystać. Wynalazek statków parowych był drobiazgiem wobec korzystania ze statków parowych we wrogim turystyce okresie season’u. Myśl, że można się dobrowolnie wyrzec stu obiadów lub śniadań, dubeltowej liczby „herbatek“, potrójnej rautów, najświetniejszych poniedziałków w Operze i wtorków w Komedji Francuskiej, poto aby oglądać fiordy, wydała się Courvoisierom równie niepojęta jak Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, ale dała im to samo wrażenie swobody i uroku. Toteż nie było dnia, w którym by się nie rozlegało nietylko: „czy znasz ostatnie powiedzenie Oriany? ale: „czy znasz ostatni pomysł Oriany?“. I o ostatnim pomyśle Oriany, jak o ostatniem powiedzeniu Oriany, powtarzano: „to cała Oriana!“, albo „to najczystsza Oriana“. Ostatnim pomysłem Oriany było naprzyklad to, że mając odpowiedzieć imieniem jakiegoś towarzystwa patrjotycznego kardynałowi X..., biskupowi Mâcon (którego, mówiąc o nim, pan de Guermantes nazywał stale: „pan de Mascon“, bo to się wydawało księciu bardzo vieille France), kiedy każdy starał się sobie wyobrazić, jak list będzie zredagowany i z łatwością znajdował pierwsze słowa: Eminencjo, lub Wasza Dostojność, ale nie umiał wybrnąć z reszty, list Oriany, ku zdumieniu wszystkich, zaczynał się od: „panie kardynale“, z racji starego akademickiego obyczaju, lub od: „mój kuzynie“, ile że ten termin praktykowany był między książętami kościoła, Guermantami i panującymi, przyczem prosili Boga, aby miał adresata „w swojej świętej i godnej pieczy“. Na to by mówiono o „ostatnim pomyśle Oriany“, wystarczało, aby na przedstawieniu, gdzie był cały Paryż i gdzie grano bardzo ładną sztukę, kiedy szukano pani de Guermantes w loży księżnej Parmy, księżnej Gilbertowej, lub w tylu innych lożach do których ją proszono, odkryto ją samotnie, w czarnej sukni i w maleńkim kapelusiku, w fotelu, gdzie siedziała już od lever du rideau. „Lepiej stamtąd słychać, więc skoro zdarza się sztuka, która jest tego warta...“ tłumaczyła się wobec zgorszenia Courvoisierów a zachwytu Guermantów i księżnej Parmy, którzy odkrywali nagle, że „styl“ słuchania sztuki od początku jest bardziej nowy, wyraża więcej oryginalności i inteligencji (co nie mogło zbytnio dziwić ze strony Oriany) niż przychodzenie na ostatni akt po wielkim obiedzie oraz raucie odrobionym po drodze.
Takie były rozmaite rodzaje zdumienia; jakich księżna Parmy mogła się spodziewać, jeśli zagadnęła panią de Guermantes o jakąś kwestję światową lub literacką, co sprawiało, że podczas tych obiadów u księżnej Oriany, jej Królewska Wysokość puszczała się na najbłahszy temat jedynie z niespokojną i zachwyconą ostrożnością osoby kąpiącej się przy silnej fali.
Wśród elementów, odróżniających salon pani de Guermantes od paru innych mniejwięcej równorzędnych i tworzących szczyty faubourg Saint-Germain (jak Leibnitz przyjmuje, że każda monada, odbijając cały wszechświat, przydaje mu coś osobistego) jeden z najmniej sympatycznych składników stanowiło zazwyczaj parę bardzo pięknych kobiet, nie mających innego tytułu obecności prócz swojej urody i sposobu w jaki z niej korzystał p. de Guermantes. Obecność ich zdradzała natychmiast — jak w innych salonach podejrzane obrazki — że w tym domu mąż jest gorącym miłośnikiem wdzięków niewieścich. Wszystkie te damy były do siebie trochę podobne, bo książę miał gust do kobiet dużych, majestatycznych i swobodnych zarazem, coś pośredniego między Wenus milońską a Wiktorią z Samotrake; często blondynki, rzadko brunetki, czasem rude, jak najświeższa zdobycz znajdująca się na tym obiedzie, owa wicehrabina d’Arpajon, którą książę kochał tak namiętnie, że przez długi czas zmuszał ją do dziesięciu depesz dziennie (co trochę drażniło księżnę), korespondował z nią zapomocą gołębi pocztowych kiedy był w Guermantes, i bez której przez długi czas tak był niezdolny się obejść, że pewnej zimy, którą musiał spędzić w Parmie, wracał co tydzień do Paryża spędzając dwa dni w podróży, aby ją zobaczyć.
Zazwyczaj te piękne figurantki były kochankami księcia dawniej, ale nie były już niemi w tej chwili (to była właśnie sytuacja pani d’Arpajon), lub miały niebawem przestać być niemi. Może urok, jaki miała w ich oczach księżna Oriana oraz nadzieja znalezienia się w jej salonie (mimo iż same należały do sfer bardzo arystokratycznych, ale drugoplanowych), kazały im, bardziej jeszcze niż uroda i hojność księcia, ulec jego pragnieniom. Zresztą, księżna nie przeciwstawiała się absolutnie wpuszczeniu ich do swego domu; wiedziała, że w niejednej z tych kobiet znalazła sprzymierzeńca, że dzięki niej uzyskała tysiąc rzeczy na które miała ochotę, a których pan de Guermantes odmawiał bezlitośnie żonie, póki nie był zakochany w innej. Toteż fakt, iż panie te dostawały się do salonu księżnej dopiero w późnej fazie swego miłosnego stosunku, tłumaczył się tem, że książę, za każdym razem kiedy się rzucał w wielką miłość, uważał to raczej za zwykłą miłostkę, dla której zaproszenie do salonu żony zdawało mu się zbyt wysoką ceną. Zdarzało się zresztą, że ofiarowywał tę cenę za znacznie mniej; za pierwszy pocałunek, bo się spotkał z nieoczekiwanym oporem, lub bo przeciwnie wcale nie znalazł oporu. Wdzięczność, chęć zrobienia przyjemności, każą w miłości często obdarzać ponad to co przyrzekły nadzieja i interes.
Ale wówczas ziszczeniu tego daru stawały na przeszkodzie inne okoliczności. Po pierwsze, wszystkie kobiety które odwzajemniły miłość pana de Guermantes (czasem nawet zanim mu jeszcze uległy), były kolejno przez niego internowane. Nie pozwalał im widywać nikogo, spędzał przy nich prawie wszystek czas, zajmował się wychowaniem ich dzieci, którym czasami, jeżeli sądzić o tem z krzyczących podobieństw, zdarzało się księciu przydać brata lub siostrę. Następnie, o ile w początkach stosunku miłosnego zbliżenie z panią de Guermantes — bynajmniej nie zamierzone przez księcia — odegrało jaką rolę w intencjach kochanki, sam stosunek zmienił jej punkt widzenia; książę stawał się dla niej już nie mężem najmodniejszej kobiety w Paryżu, ale człowiekiem, którego świeża kochanka kochała; człowiekiem również, który często dostarczył jej środków zbytku oraz obudził zamiłowanie do zbytku; który przewrócił dawny porządek pierwszeństwa w sprawach snobizmu i interesu; czasami wreszcie wszelkiego rodzaju zazdrość o panią de Guermantes trawiła kochanki księcia. Ale ten wypadek był najrzadszy; zresztą, kiedy dzień prezentacji nadszedł wreszcie (zazwyczaj w chwili gdy dana osoba była już dość obojętna księciu, którego uczynki, jak bywa u wszystkich ludzi, najczęściej dyktowane były uczynkami poprzedniemi, mimo wygaśnięcia pierwotnej pobudki), zdarzało się często, że to pani de Guermantes pragnęła zbliżenia z kochanką, w której spodziewała się znaleźć cenną, a tak bardzo potrzebną aliantkę przeciw swemu straszliwemu małżonkowi. Nie znaczy to, aby — z wyjątkiem rzadkich chwil, w których, kiedy księżna mówiła za dużo, księciu wymykały się w domu słowa a zwłaszcza milczenia, które ją piorunowały — pan de Guermantes chybiał w stosunku do żony t. zw. formom. Ludzie, którzy nie znali księstwa, mogliby się omylić. Czasami w jesieni, między wyścigami w Deauville, wodami, a wyjazdem do Guermantes w okresie polowań, w czasie kilku tygodni które spędza się w Paryżu, książę towarzyszył żonie do cafe-corcert, które lubiła. Publiczność spostrzegała natychmiast, w jednej z owych lóżek, gdzie jest miejsce tylko na dwoje, tego herkulesa w „smokingu“ (skoro we Francji daje się wszelkiej rzeczy, mniej lub więcej brytyjskiej, nazwę, jakiej ta rzecz nie nosi w Anglji), z monoklem w oku, puszczającego od czasu do czasu kłąb dymu z wielkiego cygara tkwiącego w grubej ale pięknej ręce, na której obrączkowym palcu błyszczał szafir. Spojrzenie księcia zazwyczaj zwracało się ku scenie, ale kiedy je kierował na salę, gdzie nie znał zresztą absolutnie nikogo, łagodził je wyraz słodyczy, dyskrecji, uprzejmości, poważania. Kiedy kuplet wydał mu się zabawny a nie zbyt sprośny, obracał się z uśmiechem do żony, aby, z wyrazem porozumiewawczej dobroci, podzielić z nią niewinną wesołość czerpaną z nowej piosenki. Kiedy księżna czuła się zmęczona, pan de Guermantes wstawał, podawał jej płaszcz, poprawiając naszyjniki aby się nie zahaczyły o podszewkę, torował jej drogę z pełnemi szacunku względami, które ona przyjmowała z chłodem światowej lali, widzącej w tem jedynie prostą formę, czasem nawet z ironiczną nieco goryczą zawiedzionej małżonki, która nie ma już żadnych złudzeń; ale widzowie mogli przypuszczać, że niema w świecie lepszego męża niż książę ani osoby godniejszej zazdrości niż ta kobieta, poza którą on mieścił wszystkie zainteresowania swego życia, której nie kochał, której nigdy nie przestawał zdradzać. Mimo tych pozorów (będących inną fizjognomją owej grzeczności, która przesunęła obowiązki z głębi na powierzchnię), w pewnej epoce już odległej, ale żywej jeszcze dla jej uczestników, życie księżnej bywało ciężkie. Pan de Guermantes stawał się z powrotem szczodry i ludzki jedynie dla miłości nowej kochanki, która brała najczęściej stronę księżnej; znów otwierały się przed Orianą widoki hojności dla niższych, miłosierdzia dla ubogich, a nawet później, dla niej samej, nowego i wspaniałego samochodu. Nie znaczy to, aby kochanki księcia były zabezpieczone od irytacji, rodzącej się zazwyczaj dość szybko w pani de Guermantes z oswojenia z osobami, które były w stosunku z nią nazbyt uległe. Niebawem księżna brzydziła je sobie. Otóż, w tej chwili właśnie, stosunek księcia z panią d’Arpajon zbliżał się ku końcowi. Nowa kochanka była na horyzoncie.
Niewątpliwie, miłość, jaką pan de Guermames płonął kolejno do wszystkich tych kobiet, dochodziła pewnego dnia znów do głosu. Miłość ta, umierając, zapisywała te kobiety, niby piękne marmury — piękne dla księcia, który stawał się w ten sposób potrosze artystą, ponieważ je niegdyś kochał, a teraz był wrażliwy na formy, których nie byłby ocenił bez miłości — grupujące w salonie księżnej swoje kształty długo wrogie, pożerane zazdrościami i kłótniami, wreszcie pojednane w pokoju przyjaźni. I sama ta przyjaźń była następstwem miłości, która pozwoliła panu de Guermantes spostrzec w swoich kochankach przymioty, istniejące w każdym człowieku, ale wyczuwalne jedynie dla rozkoszy; tak iż dawna kochanka, przeobrażona w „najlepszego kolegę, który zrobiłby dla nas wszystko“ jest istną kliszą, jak lekarz lub ojciec, nie będący lekarzem ani ojcem, ale przyjacielem. Ale w pierwszym okresie, kobieta, którą pan de Guermantes zaczynał zaniedbywać, skarżyła się, robiła sceny, była wymagająca, zaborcza, swarliwa. Książę zaczynał mieć jej dość. Wówczas, pani de Guermantes miała możność wydobywać na światło prawdziwe lub urojone wady osoby, która ją drażniła. Znana ze swej dobroci, pani de Guermantes przyjmowała telefony, zwierzenia, łzy opuszczonej i nie skarżyła się na to. Śmiała się z tego z mężem, potem z paroma bliskimi; sądziła iż współczucie, jakie okazuje nieszczęśliwej, daje jej prawo bawić się trochę jej kosztem, nawet w jej obecności. I za każdem odezwaniem się tej kobiety, o ile ono potwierdzało charakter śmieszności, w jaką oboje księstwo świeżo ją ustroili — pani de Guermantes, nie krępując się, wymieniała z mężem ironiczne i porozumiewawcze spojrzenia.
Siadając do stołu, księżna Parmy przypomniała sobie, że miała zaprosić do Opery księżnę de...; chcąc wiedzieć, czy to nie wystraszy Oriany, starała się ją wybadać. W tej chwili wszedł pan de Grouchy, którego pociąg, wskutek jakiegoś wypadku, spóźnił się o godzinę. Wytłumaczył się jak mógł. Gdyby jego żona była z domu Courvoisier, umarłaby ze wstydu. Ale pani de Grouchy nie darmo było Guermantką. Kiedy mąż tłumaczył się ze spóźnienia, rzekła:
— Widzę, że spóźniać się nawet w drobnych rzeczach jest tradycją w waszej rodzinie.
— Siadaj, Grouchy, nie daj się zbić z pantałyku, rzekł książę.
— Idąc z duchem czasu, zmuszona jestem uznać, że bitwa pod Waterloo miała swoje dobre strony, skoro przywróciła Francji Burbonów, co więcej w sposób, który im zapewnił niepopularność. Ale widzę, że pan jest prawdziwy nemrod!
— Ustrzeliłem w istocie parę ładnych sztuk. Pozwolę sobie przesłać jutro księżnej tuzin bażantów.
Zdawało się, że jakaś myśl odbiła się w oczach pani de Guermantes. Prosiła, aby pan de Grouchy nie trudził się przysyłaniem bażantów. Dając znak owemu zaręczonemu lokajowi, z którym rozmawiałem wychodząc z sali z Elstirami, rzekła:
— Poullein, pojedziesz jutro po bażanty do pana hrabiego i przywieziesz je zaraz tutaj. Prawda, panie Grouchy, pan nie ma nic przeciw temu, abym zrobiła grzeczność paru osobom. Nie zjemy we dwójkę z Błażejem dwunastu bażantów naraz.
— Ależ pojutrze zupełnie wystarczy, rzekł p. de Grouchy.
— Nie, wolę jutro, zdecydowała księżna.
Poullein zbladł: schadzka z narzeczoną spaliła na panewce. To wystarczyło aby ściągnąć uwagę księżnej, która dbała aby wszystko zachowało znamiona ludzkości. — Wiem, że jutro jest twój wolny dzień — rzekła do Poulleina; — zamienisz się poprostu z Jerzym, który wyjdzie jutro, a zostanie pojutrze.
Ale pojutrze narzeczona Poulleina nie była wolna, nie zależało mu na tym dniu. Z chwilą gdy Poullein opuścił pokój, wszyscy zaczęli komplementować księżnę za jej dobroć dla służby. — Ależ ja postępuję z nimi tylko tak, jak chciałabym aby ludzie postępowali ze mną. — Właśnie! To fakt, że oni mają tu dobre miejsca! — Nie takie nadzwyczajne. Ale sądzę, że mnie lubią. Ten chłopak jest trochę nieznośny, bo jest zakochany; czuje się w obowiązku stroić melancholijne miny.
W tej chwili Poullein wrócił. — W istocie, rzekł pan de Grouchy, nie robi wrażenia zbytniej pogody ducha. Z nimi trzeba być dobrym, ale nie za dobrym. — Uznaję, że ja nie jestem tyranka: w ciągu całego dnia ma tylko pojechać po pańskie bażanty, siedzieć tu po próżnicy, i zjeść swoją porcję. — Dużo ludzi chciałoby być na jego miejscu — rzekł pan de Grouchy, bo zawiść jest ślepa.
— Oriano, rzekła księżna Parmy, miałam któregoś dnia wizytę twojej kuzynki d’Heudicourt; trzeba przyznać, że to jest kobieta o nie pospolitej inteligencji; prawdziwa Guermantes, to mówi wszystko; ale powiadają, że ma zły język.
Książę spojrzał na żonę z rozmyślnem zdziwieniem. Pani de Guermantes zaczęła się śmiać. Księżna Parmy spostrzegła to w końcu. — Ależ... czy ty nie jesteś... mojego zdania...? spytała niespokojna.
— Doprawdy, Jej Wysokość jest zbyt łaskawa, aby się zajmować minami Błażeja. Słuchaj, Błażeju, nie podsuwaj złych myśli o naszych krewnych.
— Uważa, że jest taka zła? spytała żywo księżna Parmy.
— Och, wcale nie. Nie wiem, kto Waszej Wysokości opowiedział, że ona ma zły język. To przeciwnie, wyborna istota, która nigdy źle nie mówiła o nikim, ani nie zrobiła nikomu nic złego.
— A! — rzekła księżna Parmy z ulgą. Ja także nie zauważyłam niczego podobnego. Ale ponieważ wiem, że często trudno jest nie być trochę złośliwą, kiedy się jest tak dowcipną...
— Dowcipną? to chyba jeszcze mniej.
— Jeszcze mniej...? — spytała księżna Parmy zdumiona.
— Słuchaj, Oriano — przerwał książę boleściwym tonem, rzucając na prawo i lewo rozbawione spojrzenia — słyszysz przecie, Jej Wysokość powiada, że to jest kobieta niepospolita.
— Czyż nie jest?...
— Jest conajmniej niepospolicie gruba.
— Niech go księżna nie słucha, on nie jest szczery, ona jest głupia jak gęś (gięś) — rzekła mocnym i zachrypłym głosem pani de Guermantes, która, jeszcze bardziej vieille France niż książę (kiedy się na to nie silił), starała się często przybierać ten ton, nie w stylu żabotów i koronek i zniewieściałości swego męża, ale w istocie o wiele subtelniejszy przez akcent niemal chłopski, mający ostrą i rozkoszną woń ziemi.
— Ale to najlepsza kobieta pod słońcem. I nie wiem nawet, czy głupota w tym stopniu może się jeszcze nazywać głupotą. Nie sądzę, abym kiedy widziała coś podobnego: to casus lekarski, coś patologicznego, rodzaj idjotki, kretynki, niedorozwiniętej, jak w melodramach albo jak w Arlésienne. Kiedy ona jest tutaj, pytam się zawsze, czy nadeszła chwila, w której jej inteligencja się zbudzi, co zawsze przeraża trochę.
Księżna Parmy była olśniona temi określeniami, zarazem zdumiona wyrokiem: — Cytowała mi, zarówno jak pani d’Epinay, twojego „Takiniusza Pysznego“. To rozkoszne — powiedziała.
Pan de Guermantes objaśnił ten dowcip. Miałem ochotę zwierzyć się mu, że jego brat, który twierdził że mnie nie zna, czeka na mnie o jedenastej. Ale nie spytałem się Roberta, czy mogę mówić o tej schadzce, że zaś fakt iż pan de Charlus niemal mi ją naznaczył, był w sprzeczności z tem co powiedział księżnej, uznałem za właściwsze zachować milczenie.
— Takiniusz pyszny jest niezły — rzekł pan de Guermantes — ale pani d’Heudicourt nie opowiedziała prawdopodobnie Waszej Wysokości czegoś o wiele ładniejszego, co Oriana powiedziała jej innym razem w odpowiedzi na zaproszenie na śniadanie.
— Och, nie, proszę opowiedzieć!
— Słuchaj, Błażeju, siedź cicho; po pierwsze, to jest idjotyczne; księżna gotowa przypuszczać, że jestem jeszcze głupsza niż ta idjotka, moja kuzynka. A potem, nie wiem czemu ja mówię: moja kuzynka. To jest kuzynka Błażeja. No, jest zarazem trochę i moją krewną.
— Och! — wykrzyknęła księżna Parmy przerażona myślą, że mogłaby uważać panią de Guermantes za głupią, i zaklinając się, że nic nie zdołałoby pozbawić Oriany miejsca, jakie zajmuje w jej podziwie.
— A przy tem, jużeśmy jej odjęli zalety ducha; ponieważ ta anegdota grozi odjęciem jej niektórych zalet serca, wydaje mi się nie na czasie.
— Grozi odjęciem! nie na czasie! jak ona się dobrze wyraża! — rzekł książę z udaną ironią, aby wzbudzić podziw dla Oriany.
— Słuchaj, Błażeju, nie kpij sobie ze swojej żony.
— Trzeba powiedzieć Waszej Królewskiej Wysokości — podjął książę — że kuzynka Oriany jest niepospolita, dobra, gruba, wszystko co kto chce, ale nie jest specjalnie... jakby to powiedzieć... rozrzutna.
— Tak, wiem, jest straszliwa kutwa, — wtrąciła księżna Parmy.
— Nie byłbym sobie pozwolił na to określenie, ale Jej Wysokość trafiła w sedno. To się wyraża w trybie jej domu, a w szczególności w jej kuchni, która jest wyborna, ale ściśle odmierzona.
— To daje nawet powód do scen dosyć komicznych — przerwał pan de Bréauté, — Wiesz, Błażeju, byłem raz w Heudicourt w dniu, w którym spodziewano się tam Oriany i ciebie. Poczyniono wspaniałe przygotowania, kiedy w ciągu popołudnia lokaj przyniósł depeszę, że nie przyjedziecie.
— To mnie nie dziwi! — rzekła księżna Oriana, która nietylko nie łatwo się udzielała, ale lubiła aby to wiedziano.
— Twoja kuzynka czyta telegram, martwi się, poczem natychmiast, nie tracąc przytomności umysłu i powiadając sobie, że nie potrzeba zbytecznych szyków dla faceta bez znaczenia jak ja, odwołuje lokaja: „Powiedz kucharzowi, żeby wstrzymał kurczęta“, krzyczy. A wieczorem słyszałem, jak pytała kamerdynera: „No i co, a resztki wczorajszej wołowiny? Nie podajecie ich?“
— Zresztą trzeba przyznać, że strawa jest tam doskonała — rzekł książę, który sądził iż używając tego wyrażenia, okaże się ancien regime. Nie znam domu, gdzie by się jadło lepiej.
— I mniej — przerwała księżna.
— To bardzo zdrowo i bardzo wystarczająco dla takiego obżartucha jak ja; człowiek zachowuje apetyt.
— A, jeżeli to kuracja, jest niewątpliwie bardziej hygieniczna niż luksusowa. Zresztą nie je się tam wcale tak dobrze — dodała pani de Guermantes, która nie bardzo lubiła, aby tytuł „najlepszej kuchni w Paryżu“ przyznawano innej kuchni niż jej własnej. — Z moją kuzynką, to jest potrosze tak, jak z autorami cierpiącymi na obstrukcję, którzy rodzą co piętnaście lat jednoaktówkę lub sonet. Wówczas nazywa się to „małe arcydzieło“, istny „klejnocik“, słowem rzecz, której najbardziej nie znoszę. Kuchnia u Zenaidy nie jest zła, ale nie wydawałaby się tak wykwintna, gdyby była mniej oszczędna. Są rzeczy, które jej kucharz robi dobrze, i inne które partoli. Trafiałam tam, jak gdzieindziej, na bardzo liche obiady, ale mniej mi zaszkodziły niż gdzieindziej, bo żołądek jest w gruncie wrażliwszy na ilość niż na jakość.
— Słowem. — zakonkludował książę — Zenaida nalegała, aby Oriana przyszła do niej na śniadanie; że zaś żona nie bardzo lubi wychodzić z domu, broniła się, wypytywała czy pod pozorem małego śniadania nie wpakują jej podstępnie w wielkie tralala, i starała się na próżno wywiedzieć, kto tam właściwie ma być. „Przyjdź, przyjdź, — nalegała Zenaida, zachwalając menu. Dostaniesz purée z kasztanów, paluszki lizać, a przedtem będzie siedem małych bouchées à la reine. — Siedem! — krzyknęła Oriana; — w takim razie będzie nas conajmniej ośmioro“.
Po upływie kilku chwil, księżna Parmy, zrozumiawszy, parsknęła śmiechem podobnym do grzmotu. — A, będzie nas ośmioro, to cudowne! Jak to dobrze zredagowane! — rzekła, odnalazłszy w swojej ekstazie wyrażenie, którego użyła pani d’Epinay i które lepiej się nadało tym razem.
— Oriano, to bardzo ładne, co powiada Jej Wysokość; mówi że to jest dobrze zredagowane.
— Ależ, mój drogi, nie powiadasz mi nic nowego; ja wiem, że księżna Parmy jest inteligentna — odparła pani de Guermantes, która łatwo uznawała jakieś powiedzenie, kiedy zarazem padło z ust Królewskiej Wysokości i podkreślało jej własny dowcip. — Jestem bardzo dumna, że Jej Wysokość aprobuje moje skromne redakcje. Zresztą, nie przypominam sobie, abym to powiedziała. A jeżeli powiedziałam, to poto aby pochlebić kuzynce, bo skoro ona powiedziała siedem bouchées, ilość gąb, o ile wolno się tak wyrazić, przekraczałaby dwanaście.
— Posiadała wszystkie rękopisy pana de Bornier — podjęła księżna Parmy, która starała się zgromadzić słuszne racje, usprawiedliwiające jej zażyłość z panią d ’Heudicourt.
— Musiało się jej przyśnić; sądzę, że go nawet nie znała — rzekła pani de Guermantes.
— Co jest zwłaszcza interesujące, to że ta korespondencja pochodzi od ludzi z różnych krajów — dodała hrabina d’Arpajon, która, spokrewniona z pierwszemi domami książęcemi a nawet panującemi Europy, szczęśliwa była, że może to przypomnieć.
— Ależ tak, Oriano — rzekł pan de Guermantes nie bez intencji. — Przypominasz sobie ten obiad, na którym pan de Bornier siedział koło ciebie.
— Ach, Błażeju — przerwała pani de Guermantes; jeżeli chcesz mi powiedzieć, żem znała pana de Bornier, oczywiście że go znałam, parę razy nawet odwiedził mnie, ale nigdy się nie mogłam zdobyć na to, aby go zaprosić, bo trzebaby mi za każdym razem dezinfekować salon formaliną. Co do tego obiadu, przypominam go sobie bardzo dobrze; to nie było wcale u Zenaidy, która w życiu nie widziała na oczy pana de Bornier i która musi przypuszczać, kiedy ktoś mówi o Córce Rolanda, że chodzi o księżniczkę Bonaparte, o której mówiono że się zaręczyła z synem króla greckiego; nie, to było w ambasadzie austrjackiej. Przemiły Hoyos myślał, że mnie uszczęśliwi, sadzając obok mnie tego zapowietrzonego Akademika. Musiałam sobie zatykać nos jak mogłam przez cały obiad; odważyłam się odetchnąć aż przy rokforze.
Pan de Guermantes, który osiągnął swój tajemny cel, badał ukradkiem na twarzy gości efekt dowcipu żony.
— Mówicie państwo o korespondencji, mnie się wydają urocze listy Gambetty — rzekła pani de Guermantes, która nie obawiała się interesować proletarjuszem i radykałem. Pan de Bréauté zrozumiał całą wartość tej odwagi, powiódł dokoła okiem równocześnie zamglonem i rozczulonem, poczem przetarł monokl.
— Mój Boże, to djabelnie nudne Córka Rolanda — rzekł książę de Guermantes, z zadowoleniem, jakie mu dawało poczucie własnej wyższości nad dziełem, przy którem się tak nudził; może także przez suave mari magno, jakiego doświadczamy przy dobrym obiedzie, wspominając sobie tak straszliwe wieczory. Ale jest tam parę niezłych wierszy, jest poczucie narodowe.
Wtrąciłem, że się bynajmniej nie zachwycam panem de Bornier. „A, ma pan coś przeciw niemu — spytał ciekawie książę, który, ilekroć się mówiło źle o mężczyźnie, przypuszczał, że to musi płynąć z jakiejś osobistej urazy, a kiedy dobrze o kobiecie, że to jest początek miłostki. — Widzę, że pan go ma na wątróbce. Co on panu takiego zrobił? Niech nam pan to opowie. Ależ tak, musicie mieć z sobą na pieńku, skoro pan go krytykuje. To długie, ta Córka Rolanda, ale to ma swój zapaszek.
— Zapaszek, to dobrze powiedziane, jak na tak pachnącego autora — przerwała ironicznie pani de Guermantes. — Jeżeli nasz biedny mały znalazł się kiedy w jego towarzystwie, dość zrozumiałe jest że go ma w... nosie.
— Muszę się zresztą przyznać Waszej Wysokości — podjął książę, zwracając się do księżnej Parmy, że pomijając Córkę Rolanda, ja jestem w literaturze, nawet w muzyce, straszliwie zacofany; niema tak starego rupiecia, któryby mi się nie podobał. Nie uwierzyłaby księżna, ale wieczorem, kiedy żona siądzie do fortepianu, często zdarza mi się prosić ją o jaką starą melodję Aubera, Boïeldieu, nawet Beethovena! Oto co lubię! W zamian za to, co się tyczy Wagnera, ten usypia mnie natychmiast.
— Nie masz racji — rzekła pani de Guermantes; — przy swoich niemożliwych dłużyznach, Wagner miał rzeczy genjalne. Lohengrin jest arcydziełem. Nawet w Tristanie znajdą się tu i ówdzie jakieś ciekawe momenty. A Chór prządek z Latającego Holendra, to istne cudo.
— Prawda, Babal, — rzekł pan de Guermantes zwracając się do pana de Bréauté, my wolimy: „Les rendez-vous de noble compagnie se donnent tous en ce charmant séjour“. To urocze. A Fra Diavolo, a Flet zaczarowany, a Szalecik, a Wesele Figara, a Djamenty korony, oto muzyka! W literaturze tak samo. Naprzykład ja uwielbiam Balzaka, Bal w Sceaux, Mohikanie Paryża.[1]
— Och, mój drogi, jeżeli wsiądziesz na Balzaka, nie skończymy tak prędko. Wiesz, zachowaj to na dzień, kiedy będzie Mémé. On jest jeszcze lepszy, umie Balzaka na pamięć.
Zirytowany przerywaniem żony, książę wytrzymał ją parę chwil pod ogniem groźnego milczenia. I jego myśliwskie oczy robiły wrażenie pary nabitych pistoletów. Tymczasem pani d’Arpajon wymieniła z księżną Parmy, w przedmiocie poezji tragicznej i innej, poglądy, które doszły do mnie wyraźniej aż kiedy usłyszałem, jak pani d’Arpajon mówi:
— Och, wszystko co Wasza Wysokość zechce, przyznaję że on nam pokazuje świat od brzydkiej strony, bo nie umie rozróżniać piękna i brzydoty, lub raczej bo jego nieznośna próżność każe mu sądzić iż wszystko co mówi jest piękne; godzę się z Waszą Wysokością, że w utworze o którym mowa, są rzeczy śmieszne, niezrozumiałe, niesmaczne, że to jest trudne do zrozumienia, że to jest ciężkie do czytania tak jakby było pisane po rosyjsku lub po chińsku, bo rzeczywiście, tam jest wszystko z wyjątkiem francuskiego; ale kiedy sobie zadać ten trud, jakże się to opłaca: on ma tyle wyobraźni!
Nie słyszałem początku tej tyrady. Zrozumiałem wkońcu nietylko to, iż poetą „niezdolnym rozróżnić piękna od brzydoty“ jest Wiktor Hugo, ale i to, że utworem tak trudnym do zrozumienia jak język rosyjski lub chiński jest: „Lorsque l’enfant parait, le cercle de famille applaudit à grands cris“, utwór z pierwszej epoki poety, bliższy może pani Deshoulières niż Wiktora Hugo z Legendy wieków. Daleki od tego aby uważać panią d’Arpajon za śmieszną, ujrzałem ją (ją pierwszą przy tym stole, tak realnym, tak banalnym, gdzie usiadłem z takiem rozczarowaniem), ujrzałem ją oczami ducha w koronkowym czepeczku, z którego wymykają się kręte pukle, jak je nosiły panie de Rémusat, de Broglie, de Saint-Aulaire, wszystkie niepospolite kobiety, które w swoich uroczych listach tak uczenie i tak dorzecznie cytują Sofoklesa, Schillera i Naśladowanie Chrystusa, ale w których pierwsze poezje Romantyków budziły owo przerażenie i znużenie, o jakie przyprawiały moją babkę Ostatnie wiersze Mallarmégo.
— Pani d’Arpajon bardzo kocha poezję — rzekła do pani de Guermantes księżna Parmy, uderzona zapałem tej apostrofy.
— Nie, nie rozumie się na niej absolutnie nic — odparła cicho pani de Guermantes, która skorzystała z tego, że pani d’Arpajon, odpowiadając na jakieś objekcje generała de Beautreillis, zbyt była zajęta własnemi słowami, aby słyszeć to co szepcze Oriana. Robi się literatką, odkąd została na lodzie. Powiem Waszej Wysokości, że to ja dźwigam ciężar tego wszystkiego, bo ona przychodzi płakać na mojem łonie za każdym razem kiedy Błażej nie był u niej, to znaczy prawie codzień. Ostatecznie, to nie jest moja wina, jeżeli ona go nudzi; nie mogę go zmusić, żeby do niej chodził, mimo iż wolałabym raczej żeby był jej trochę wierniejszy, bo wówczas widywałabym ją trochę mniej. Ale ona go nudzi, i niema w tem nic dziwnego. To nie jest zła osoba, ale jest nudna w stopniu o jakim księżna nie może mieć pojęcia. Przyprawia mnie codziennie o takie bóle głowy, że za każdym razem muszę brać proszek piramidonu. A wszystko dlatego, że Błażejowi przyszło do głowy zderadzać mnie z nią w ciągu roku. I mieć do tego lokaja, który zakochał się w podfruwajce i stroi miny, kiedy nie proszę tej młodej osoby aby porzuciła na chwilę swój nierentowny trotuar i przyszła do mnie na herbatę. Och, życie jest rozpaczliwe — zakończyła smętnie Oriana.
Pani d’Arpajon męczyła zwłaszcza księcia de Guermantes dlatego że był od niedawna kochankiem innej; dowiedziałem się, że ową inną jest margrabina Surgis-le-Duc. Właśnie ów lokaj pozbawiony wychodni podawał przy stole. I pomyślałem, że, jeszcze widać smutny, usługuje bardzo niepewnie, bo zauważyłem, że kiedy podawał panu de Châtellerault, wywiązał się tak niezręcznie z zadania, że łokieć księcia kilka razy potrącił łokieć służącego. Młody książę nie pogniewał się bynajmniej na rumieniącego się lokaja; przeciwnie, popatrzył na niego ze śmiechem swemi jasno-błękitnemi oczami. Ten dobry humor zdawał mi się dowodem dobroci. Ale uporczywość jego śmiechu kazała mi przypuszczać, że świadomy goryczy służącego, czuje może, przeciwnie, złośliwą radość.
— Ależ, moja droga, wiesz, że to co nam powiadasz o Wiktorze Hugo, to nie jest odkrycie — ciągnęła Oriana, zwracając się tym razem do pani d’Arpajon, która obróciła głowę z dosyć niespokojną miną. Nie licz na ten zaszczyt, że lansujesz debiutanta. Wszyscy wiedzą, że on ma talent. Co jest okropne, to Wiktor Hugo z ostatnich lat, Legenda wieków, nie wiem już tytułów. Ale w Jesiennych liściach, w Pieśniach zmierzchu, to jest często poeta, prawdziwy poeta. Nawet w Kontemplacjach — dodała księżna, której obecni nie śmieli przeczyć (i mieli potemu powody!) — są jeszcze ładne rzeczy. Ale przyznaję, że wolę już nie zapuszczać się w to po Zmierzchu! A przytem, w pięknych poezjach Wiktora Hugo — a są takie — spotyka się często myśl, nawet głęboką myśl.
I ze szczerem poczuciem, całą siłą intonacji uwypuklając melancholijną myśl, wyodrębniając ją niejako ze swego głosu i wlepiając przed siebie marzące i urocze spojrzenie, księżna powiedziała wolno: ,,O, naprzykład:

Ból to owoc, Bóg tego owocu nie rodzi
Na gałęzi zbyt wątłej jeszcze, by mu sprostać...

albo to:

Umarli trwają krótko, krótko,
Niestety, w trumnie w pył się rozsypują,
Mniej szybko niż w naszych sercach!

I z uśmiechem rozczarowania, marszczącym wdzięcznie jej bolesne usta, księżna zwróciła na panią d’Arpajon marzące spojrzenie jasnych i czarujących oczu. Zaczynałem znać te oczy, zarówno jak jej głos, wlokący się tak ociężale, tak cierpko soczysty. W tych oczach i głosie odnajdywałem wiele z przyrody Combray. Z pewnością, w afektacji, z jaką ten głos uwydatniał chwilami szorstkość ziemi, było wiele rzeczy: czysto prowincjorialne pochodzenie tej gałęzi Guermantów, która pozostała dłużej lokalna, śmielszej, dzikszej, bardziej wyzywającej; następnie, nawyk ludzi naprawdę dystyngowanych i inteligentnych, świadomych że dystynkcja nie polega na cedzeniu słówek; a równocześnie coś z wielkich panów, chętniej fraternizujących ze swymi chłopami niż z mieszczaństwem. Królewskie stanowisko, jakie miała pani de Guermantes, łatwiej pozwoliło jej dawać wyraz tym cechom, podkreślać je. Zdaje się, że ten sam głos miały jej siostry, których nie cierpiała, i które, mniej inteligentne i wydane za mąż prawie po mieszczańsku — jeżeli można się posłużyć tym przysłówkiem, gdy chodzi o pokątną arystokrację zagrzebaną gdzieś na prowincji, albo w Paryżu w szarzyznach faubourg Saint-Germain — miały również ten głos, ale poskromiły go, poprawiły, złagodziły ile mogły. Tak rzadko się zdarza, aby człowiek miał odwagę swojej oryginalności i nie silił się upodobnić do najbardziej renomowanych wzorów! Ale Oriana była o tyle inteligentniejsza, bogatsza, zwłaszcza modniejsza od sióstr, tak dobrze umiała, jako księżna des Laumes, zmienić swój salon w kwaterę księcia Walji, iż zrozumiała, że te dysonanse jej głosu stanowią urok. Z całą odwagą oryginalności i sukcesu, zrobiła w wielkim świecie z tego głosu to, co w teatrze jakaś Réjane lub Jeanne Granier (nie zestawiam tu zresztą, wartości i talentu tych dwóch artystek) zrobiły ze swego; coś cudownego i odrębnego, co może siostry pań Réjane i Granier — na wieki nieznane nikomu — próbowały pokryć jako wadę.
Do tylu źródeł jej lokalnej oryginalności, ulubieni pisarze pani de Guermantes — Mérimée, Meilhac i Halévy — dodali, wraz z kultem prostoty, pasję prozaizmu, w której Oriana sięgała poezji, oraz czysto towarzyską swadę, która wskrzeszała dla mnie krajobrazy. Zresztą, bogacąc te wpływy inwencją artystki, księżna umiała dobrać dla większości słów wymowę, która jej się zdawała najbardziej Ile-de-France, najbardziej Champagne. Mimo iż nie tak całkowicie jak jej bratowa Marsantes, posługiwała się prawie wyłącznie czystem słownictwem, którego mógłby użyć stary autor francuski. I kiedy się było zmęczonym komplikacją i pstrokacizną współczesnej gwary, doznawało się — mimo iż wiedząc że to słownictwo jest znacznie uboższe — uczucia wypoczynku, słuchając pani de Guermantes. Kiedy się z nią było sam na sam i kiedy ona jeszcze zwężała i klarowała swój strumyczek, miało się to samo uczucie, co kiedy się słucha starej piosenki. Wówczas, patrząc na panią de Guermantes, słuchając jej, widziałem — uwięziony w wiekuistem i spokojnem popołudniu jej oczu — błękitne niebo Ile-de-France lub Szampanji, nachylone pod tym samym kątem co u Roberta de Saint-Loup.
Tak więc, w tych różnych formacjach, pani de Guermantes wyrażała równocześnie najstarszą feudalną Francję; następnie — o wiele później — sposób, w jaki księżna de Broglie mogłaby chwalić i ganić Wiktora Hugo za monarchji Lipcowej: wreszcie żywe poczucie literackie zrodzone z Mériméego i Meilhaca. Pierwsza z tych formacyj bardziej mi się podobała od drugiej, lepiej mogła mi wynagrodzić zawody podróży i przybycia do tego faubourg Saint-Germain, tak odmiennego od moich nadziei; ale wolałem jeszcze drugą od trzeciej. Otóż, o ile pani de Guermantes była Guermantes prawie mimowoli, jej pailleronizm, jej admiracja dla Dumasa-syna, były rozmyślne i dobrowolne. Ponieważ ten smak był całkowicie sprzeczny z moim, księżna zasilała moją inteligencję literacko, kiedy mówiła o faubourg Saint-Germain, nigdy zaś nie wydawała mi się równie głupio faubourg Saint-Germain, co kiedy mówiła o literaturze.
Wzruszona ostatniemi wierszami, pani d’Arpajon wykrzyknęła: „Serca relikwie też mają swe prochy! Musi mi to książę wypisać na wachlarzu“ — rzekła do pana de Guermantes.
— Biedna kobieta, żal mi jej! — szepnęła księżna Parmy do pani de Guermantes.
— Nie, niech się księżna nie rozczula; ma tylko to, na co zasłużyła.
— Ale... przepraszam, że tobie to mówię... ale ona go naprawdę kocha!
— Ale wcale nie, niezdolna jest do tego; myśli że kocha, tak jak myśli w tej chwili że cytuje Wiktora Hugo, dlatego że przytoczyła wiersz Musseta. Och — dodała księżna melancholijnym tonem — nikt bardziej odemnie nie wzruszyłby się prawdziwem uczuciem. Ale ja dam księżnej przykład. Wczoraj zrobiła Błażejowi straszliwą scenę. Wasza Wysokość myśli może, że to dlatego że on kocha inną, że już nie kocha jej; wcale nie: dla tego, że nie chce przedstawić jej synów do Jockeyclubu! Czy Wasza Wysokość sądzi, że tak postępuje kochająca kobieta? Nie, ja powiem więcej — zakonkludowała pani de Guermantes — to jest osoba o rzadkim braku serca.
Tymczasem pan de Guermantes z okiem błyszczącem radością słyszał jak żona mówi „ex abrupto“ o Wiktorze Hugo i cytuje zeń parę wierszy. Mimo iż Oriana drażniła go często, w takich chwilach był z niej dumny.
— Oriana jest doprawdy nadzwyczajna. Może mówić o wszystkiem, wszystko czytała. Nie mogła przecie zgadnąć, że rozmowa zejdzie dziś na Wiktora Hugo. Na jakibądź temat ją zagadnąć, gotowa jest; może stawić czoło najuczeńszym. Ten młody człowiek musi być olśniony.
— Ale odmieńmy rozmowę — szepnęła pani de Guermantes do księżnej Parmy — bo ona jest strasznie podejrzliwa. — Musi mnie pan znajdować bardzo niemodną — rzekła zwracając się do mnie; — ja wiem, że to dziś uchodzi za słabość kochać w poezji idee, poezję w której jest myśl.
— Niemodne? — rzekła księżna Parmy z lekkim dreszczykiem, o jaki ją przyprawiała ta nowa fala, której się nie spodziewała, mimo iż wiedziała że rozmowa Oriany gotuje jej zawsze te kolejne i rozkoszne uderzenia, te zapierające oddech wstrząsy, to zdrowe znużenie, po których instynktownie przychodziła jej ochota na kąpiel nożną i na szybki spacer „dla wywołania reakcji“.
— Co się mnie tyczy, nie, Oriano — rzekła pani de Brissac — ja nie mam pretensji do Wiktora Hugo że ma idee, przeciwnie; raczej o to, że ich szuka w tem co jest potworne. W gruncie rzeczy, to on nas przyzwyczaił do szpetoty w literaturze. Dosyć już jest brzydkich rzeczy w życiu. Czemu nie zapomnieć o nich, bodaj wówczas gdy czytamy. Przykry widok, od którego odwrócilibyśmy oczy w życiu, oto co pociąga Wiktora Hugo.
— Wiktor Hugo nie jest przecież tak realistyczny jak Zola? — spytała księżna Parmy. Nazwisko Zoli nie poruszyło ani jednego mięśnia w twarzy pana de Beautreillis. Antydreyfusizm generała był zbyt głęboki, aby czuł potrzebę wypowiadania się. I życzliwe milczenie generała, kiedy ktoś poruszył owe tematy, ujmowało profanów tą samą delikatnością, jaką okazuje ksiądz nie mówiąc nam o obowiązkach religijnych, finansista starający się nic zachwalać interesów które prowadzi, siłacz okazując się łagodnym i nie częstując nas pięścią.
— Wiem, że pan jest krewny admirała Jurien de la Gravière — rzekła do mnie ze świadomą miną pani de Varambon, dama dworu księżnej Parmy, kobieta zacna ale ograniczona, ulokowana u księżnej Parmy niegdyś przez matkę pana de Guermantes. To były jej pierwsze słowa do mnie; i nigdy później, mimo upomnień księżnej Parmy i własnych moich protestów, nie mogłem jej wytłumaczyć, że nie mam absolutnie nic wspólnego z admirałem-Akademikiem, którego nawet nie znałem. Upór tej damy dworu aby we mnie widzieć bratanka admirała, miał coś komicznego. Ale błąd jej był jedynie krańcowym i szematycznym typem tylu lżejszych, delikatniejszych, mimowolnych lub rozmyślnych błędów, towarzyszących naszemu nazwisku w „fiszce“ jaką świat z nas sporządza. Przypominam sobie, że pewien przyjaciel Guermantów, objawiwszy żywą chęć poznania mnie, podał mi jako przyczynę fakt, że ja bardzo dobrze znam jego kuzynkę, panią de Chaussegros: „urocza jest, przepada za panem“. Przez czczy zaiste skrupuł, czułem się w obowiązku stwierdzić, że zachodzi pomyłka, że ja nie znam pani de Chaussegros. „W takim razie zna pan jej siostrę, to na jedno wychodzi. Spotkała pana w Szkocji.“ Nigdy nie byłem w Szkocji, i przez uczciwość starałem się to daremnie wytłumaczyć owemu panu. To sama pani de Chaussegros powiedziała mu, że mnie zna, i wierzyła w to z pewnością szczerze, naskutek jakiejś pierwotnej omyłki, bo zawsze wyciągała do mnie rękę, ilekroć mnie spotkała. Że zaś, w sumie, świat w którym bywałem był ten sam co świat pani de Chaussegros, pokora moja była ni w pięć ni w dziewięć. To że żyłem blisko z Chaussegrosami, było omyłką; ale z towarzyskiego punktu widzenia było ekwiwalentem mojej sytuacji, o ile można mówić o „sytuacji“ tak młodego człowieka, jakim byłem wówczas. Mimo zatem iż przyjaciel Guermantów opowiadał o mnie same rzeczy fałszywe, nie obniżył mnie ani mnie nie wywyższył (ze światowego punktu widzenia) w pojęciu, jakie nadal sobie tworzył o mnie.
W sumie, dla tych co nie grają w teatrze, nuda pędzenia życia wciąż w jednej osobowości rozprasza się na chwilę — tak jakby się wstąpiło na deski sceniczne — kiedy inna osoba stworzy sobie o nas fałszywe pojęcie, uwierzy że jesteśmy blisko z jakąś damą, której wcale nie znamy, i że stwierdzone jest, żeśmy ją poznali w czasie ślicznej podróży, którejśmy nigdy nie odbyli. Takie błędy bogacą życie, urocze są, o ile nie posiadają niewzruszonej sztywności błędu, jaki popełniała i miała popełniać całe życie idjotyczna dama dworu księżnej Parmy, skostniała na zawsze w przeświadczeniu, że ja jestem krewnym nudnego admirała Jurien de la Gravière. „Ona nie jest zanadto mądra — rzekł do mnie książę — a przytem nie trzeba jej zbyt wielu libacyj, sądzę że jest leciutko pod znakiem Bachusa“. W rzeczywistości pani de Varambon piła tylko wodę, ale książę lubił lokować swoje ulubione wyrażenia. „Ależ Wasza Wysokość, Zola nie jest realistą, to poeta! — rzekła pani de Guermantes, czerpiąc natchnienie w studjach krytycznych, czytanych w ciągu ostatnich lat i zaprawiając je osobistym akcentem. Księżna Parmy, przyjemnie wstrząsana dotąd, w czasie pełnej wzruszeń kąpieli duchowej, jaką brała tego wieczora, uważając ją dla siebie za szczególnie zbawienną, dając się nieść paradoksom które rozbryzgiwały się jeden po drugim, tu, wobec tego paradoksu potworniejszego od innych, aż skoczyła z obawy aby jej fala nie przewróciła. I przerywanym głosem, tak jakby traciła oddech, rzekła: „Zola poetą!“
— Ależ tak — rzekła śmiejąc się księżna, uszczęśliwiona tą zadyszką. — Niech Wasza Wysokość zauważy, jak on wyolbrzymia wszystko czego dotknie. Powie mi księżna, że on dotyka jedynie tego co... nie pachnie! Ale robi z tego coś olbrzymiego: to epik gnojówki, Homer kloaki! Nigdy mu dość wielkich liter, aby wypisać słowo generała Cambronne.
Mimo ogromnego zmęczenia, jakie zaczynała odczuwać, księżna Parmy była zachwycona; nigdy się nie czuła lepiej. Tych boskich obiadów, które pani de Guermantes uczyniła czemś tak tonizującem od nadmiaru soli, nie oddałaby za pobyt w Schönbrunie, jedyną rzecz, która jej pochlebiała.
— Pisze je przez wielkie C — wykrzyknęła pani d’Arpajon.
— Raczej, sądzę, przez wielkie G, kochanie — odparła pani de Guermantes, wymieniając równocześnie z mężem wesołe spojrzenie, mające znaczyć: „Czy nie idjotka?“
— O właśnie — rzekła do mnie pani de Cuermantes, darząc mnie uśmiechniętem i słodkiem spojrzeniem, i dlatego że jako doskonała gospodyni domu chciała okazać swoją wiedzę w przedmiocie artysty, który mnie szczególnie interesował, i aby mi dać w potrzebie sposobność okazania mojej wiedzy — o, — rzekła, poruszając lekko wachlarzem z piór, tak była świadoma w tej chwili że wykonuje w całej pełni obowiązki gościnności i aby nie chybić żadnemu z nich, dała znak, aby mi jeszcze raz podano szparagi sauce mousseline — o, zdaje mi się, że właśnie Zola napisał studjum o Elstirze, tym malarzu, którego obrazy oglądał pan przed chwilą: jedyne zresztą obrazy tego malarza które lubię — dodała.
W rzeczywistości, księżna Oriana nie cierpiała malarstwa Elstira; ale uważała za cenne i jedyne wszystko co się znajdowało w jej domu. Spytałem pana de Guermantes, czy zna nazwisko owego pana, figurującego w cylindrze na zabawie ludowej: utożsamiłem go z panem, którego Guermantowie posiadali tuż obok wielki portret, datujący mniej więcej z tej samej epoki, kiedy indywidualność Elstira nie wyraziła się jeszcze całkowicie i pozostawała nieco pod wpływem Maneta.
— Mój Boże — odparł — wiem że to jest człowiek do pewnego stopnia znany i nie pozbawiony talentu w swojej specjalności, ale doprawdy nie mam pamięci do nazwisk. Mam go na końcu języka; pan... pan... ostatecznie, pal sześć, nie pamiętam. Swann by to panu powiedział; to Swann namówił moją żonę na kupno tych rzeczy, a Oriana jest zawsze zbyt uprzejma, zanadto się boi urazić kogoś, jeżeli odmówi: mówiąc między nami, sądzę że kochany Swann ubrał nas w tęgie knoty. Tyle mogę panu powiedzieć, że ten jegomość był dla Elstira czemś w rodzaju mecenasa, lansował go i niejeden raz wydobył go z tarapatów, zamawiając u niego płótna. Przez wdzięczność — jeżeli pan to nazwie wdzięcznością, to zależy od gustu — malarz wpakował go w ten interes, gdzie, wystrojony jak łyk na niedzielę, robi dosyć zabawne wrażenie. To może być bardzo tęgi fachowiec, ale najoczywiściej nie wie, w jakich okolicznościach wkłada się cylinder. Sam jeden w tym cylindrze, pośród tych wszystkich dziewcząt bez kapeluszy, robi wrażenie prowincjonalnego rejenta, który się puszcza. Ale ja widzę, że pan jest bardzo bity w tych obrazach. Gdybym wiedział, byłbym się i ja obkuł, żeby panu móc stawić czoło. Zresztą, dla zgłębienia malarstwa pana Elstir, nie ma co się zapuszczać tak głęboko, co gdyby chodziło o Źródło Ingres’a lub o Dzieci Edwarda pana Delaroche. Ot, można przyznać, że to jest zręcznie pochwycone, sprytne, paryskie, i — dowidzenia. Nie ma potrzeby być erudytą, aby to oglądać. Wiem, że to są proste szkice, ale nie wydaje mi się, aby to było dość wypracowane. Swann miał ten tupet, że chciał nam wmówić jakąś Wiązkę szparagów. Stały nawet tutaj te szparagi przez kilka dni. Było na obrazie tylko tyle: wiązka szparagów, ściśle podobna do tych, które pan właśnie łyka. Ale ja nie połknąłem szparagów pana Elstir. Żądał za nie trzysta franków. Trzysta franków wiązka szparagów! Jednego ludwika, oto co mogą być warte, nawet jako nowalia! To był za gruby kawał. A skoro do tych rzeczy dodaje figury, osoby, nabiera to jakiegoś akcentu gminnego, pesymistycznego, którego nie lubię. Dziwi mnie, że człowiek tak subtelny, umysł tak wyborny jak pański, ceni te rzeczy.
— Doprawdy nie wiem, czemu ty to mówisz, Błażeju — rzekła księżna, która nielubiła, aby deprecjonowano coś, co się mieściło w jej salonach. Daleka jestem od uznawania bez różnicy wszystkiego w obrazach Elstira. Trzeba umieć wybierać. Ale to nie zawsze jest bez talentu. I trzeba przyznać, że te rzeczy, które ja kupiłam, są rzadkiej piękności.
— Oriano, w tym rodzaju wolę tysiąc razy małe studjum pana Vibert, któreśmy oglądali na Wystawie akwarelistów. To drobiazg, przyznaję, zmieściłby się w tej dłoni, ale jest w tem sens, myśl! Ten misjonarz chudy jak szkielet, brudny, obok tego tłuściutkiego prałata, który bawi się z pieskiem, to cały poemacik finezji, nawet głębi.
— Zdaje się, że pan zna pana Elstir — rzekła do mnie księżna. — Jako człowiek jest miły.
— Nawet inteligentny — rzekł książę; kiedy się z nim rozmawia, człowiek dziwi się, że jego malarstwo jest takie pospolite.
— Jest więcej niż inteligentny, jest nawet wcale dowcipny — rzekła księżna z wyrazem smakosza.
— Czy nie zaczął twojego portretu, Oriano? — spytała księżna Parmy.
— Tak, na czerwono à la rak — odparła pani de Guermantes, ale nie to przekaże jego imię potomności. To ohyda, Błażej chciał to zniszczyć.
Zdanie to powtarzała pani de Guermantes często. Ale kiedyindziej sąd jej bywał inny. „Nie lubię jego malarstwa, ale swego czasu zrobił mój ładny portret“. Jeden z tych sądów zwracał się zwykle do osób, które wspominały księżnej o jej portrecie, drugi do osób, które jej o nim nie mówili a które chciała powiadomić o jego istnieniu. Pierwszy jej sąd rodziła kokieterja, drugi próżność.
— Zrobić ohydę z twojego portretu! Ależ w takim razie, to nie portret, to kłamstwo: ja, która ledwie umiem trzymać pendzel w ręce, mam wrażenie, że gdybym cię malowała, poprostu oddając to co widzę, zrobiłabym arcydzieło — rzekła naiwnie księżna Parmy.
— Widzi mnie zapewne tak, jak ja widzę siebie, to znaczy wyprutą z wdzięku — rzekła pani de Guermantes ze spojrzeniem zarazem melancholijnem, skromnem i przymilnem, najsposobniejszem aby ją pokazać inną niż to uczynił Elstir.
— Ten portret musi się dosyć podobać pani de Gallardon — rzekł książę.
— Dlatego, że się nie zna na malarstwie? — spytała księżna Parmy, która wiedziała, że Oriana ma liche pojęcie o kuzynce. Ale to dobra kobieta, nieprawdaż?
Książę de Guermantes przybrał wyraz głębokiego zdumienia.
— Ależ Błażeju, czy nie widzisz, że Jej Wysokość żartuje sobie z ciebie (Jej Wysokości ani się śniło). Wie równie dobrze jak ty, że Galardonka to stara żmija, odparła pani de Guermantes, której słownik, zazwyczaj ograniczony do wszystkich tych antycznych wyrażeń, był smaczny jak owe dostępne w rozkosznych książkach Pampille’a, ale w rzeczywistości dziś tak rzadkie potrawy, gdzie auszpik, masło, sok z mięsa, pulpety, są autentyczne, bez żadnej podejrzanej domieszki, a nawet sól sprowadza się ze słonych bagien Bretanji; z akcentu, z doboru słów, czuło się, że grunt rozmowy księżnej pochodzi wprost z Guermantes. Przez to księżna różniła się głęboko od swego siostrzeńca Saint-Loup, zarażonego tyloma nowemi pojęciami i wyrażeniami; trudno jest, kiedy się jest zmąconym ideami Kanta i nostalgią Baudelaire’a, pisać wyborną francuzczyzną z czasu Henryka IV; tak iż sama czystość mowy księżnej była znakiem ograniczenia, oraz tego, że inteligencja i wrażliwość pozostały w niej zamknięte dla wszystkich nowości. Umysłowość pani de Guermantes podobała mi się, i przez to co wykluczała (a co było właśnie substancją mojej własnej myśli) i przez to wszystko, co właśnie z tej przyczyny mogła zachować, tę powabną krzepkość gibkiego ciała, której nie skaziła żadna wyczerpująca refleksja, żadna troska moralna ani zaburzenie nerwowe. Dusza jej, formacją o tyle dawniejsza od mojej, była dla mnie czemś bliskiem tego, co mi dał chód dziewcząt z „małej bandy“ nad brzegiem morza. Pani de Guermantes ukazywała mi — obłaskawione i ujarzmione przez uprzejmość, przez kult walorów duchowych — energję i wdzięk okrutnej dziewczynki wielkiego rodu z okolic Combray, która od dzieciństwa dosiadała konia, łamała krzyże kotom, wyłupiała oczy królikom i równie dobrze jak została kwiatem cnoty, mogła (tak dalece posiadała ten sam typ elegancji) zostać, sporo lat przedtem, najświetniejszą kochanką księcia de Sagan. Ale niezdolna była pojąć czego w niej szukałem — uroku nazwy Guermantes — i tej prowincjonalnej resztki Guermantes, którą w niej znalazłem. Czy nasze stosunki wspierały się na nieporozumieniu, które musiałoby się ujawnić, z chwilą gdy moje hołdy, zamiast się zwracać do kobiety stosunkowo wyższej za jaką uważała się księżna, skierowałyby się do jakiejś innej. równie miernej a wydzielającej ten sam bezwiedny czar? To tak naturalne nieporozumienie zawsze będzie istniało między młodym marzycielem a światową kobietą; ale jest mu ono bolesne, dopóki jeszcze nie pojął charakteru swojej wyobraźni i nie pogodził się z nieuniknionemi zawodami, jakich musi doznawać w stosunkach z ludźmi, podobnie jak w teatrze, w podróży, nawet w miłości.
Pan de Guermantes oświadczył (dalszy ciąg szparagów Elstira i tych które właśnie podano po kurczętach financière), że szparagi zielone, wyrosłe na powietrzu, i — jak zabawnie powiedział uroczy autor podpisujący się E. de Clermont-Tonnerre — „nie mające niepokojącej sztywności swoich braci“, powinno się jeść z jajkami.
— To, co się podoba jednym, nie podoba się drugim i vice versa, odparł pan de Bréauté. W prowincji Kantonu w Chinach nie mogą wam ofiarować delikatniejszej uczty, niż kompletnie zgniłe jajka ortolana.
Pan de Bréauté, autor studjum o Mormonach w Revue des Deux Mondes, bywał jedynie w najwyższej arystokracji, ale wśród niej bywał jedynie w sferach posiadających pewną renomę inteligencji. Tak iż po jego wizytach (przynajmniej częstych) u jakiejś kobiety, poznawało się, czy ona ma salon. Utrzymywał, że nie cierpi świata i zapewniał oddzielnie każdą diuszessę, że jeżeli szuka jej towarzystwa, to dla jej inteligencji i urody. Wszystkie były o tem przekonane. Za każdym razem, kiedy, z rozpaczą w duszy, decydował się iść na wielki raut do księżnej Parmy, zwoływał wszystkie te panie, aby mu dodawały odwagi, tak iż nie pojawiał się inaczej jak w intymnem kółku. Chcąc, aby reputacja intelektualisty przetrwała jego światowość, stosował pewne zasady „ducha Guermantów“: puszczał się naprzykład w towarzystwie wytwornych dam, w karnawale, na długie podróże naukowe; a kiedy jakaś snobka (tem samem osoba nie mająca jeszcze sytuacji) zaczynała szeroko „bywać“, wkładał dziki upór w to, aby się z nią nie zapoznać, aby się jej nie dać przedstawić. Nienawiść pana de Bréauté do snobów płynęła z jego snobizmu, ale pozwalała wierzyć naiwnym — to znaczy całemu światu — że jest wolny od tej przywary.
— Babal wie zawsze wszystko! — wykrzyknęła pani de Guermantes. Uroczy wydaje mi się ten kraj, gdzie ludzie chcą mieć gwarancję, że im mleczarz sprzedaje jajka dostatecznie zgniłe, jajka z roku komety. Widzę się w Chinach, jak wtem maczam swoją bułeczkę z masłem. — Muszę powiedzieć, że to się zdarza u twojej ciotki Magdaleny (pani de Villeparisis); podają tam rzeczy kompletnie zgniłe, nawet jajka. (Tu pani d‘Arpajon okrzyknęła się). Ależ daj pokój, Fili, wiesz o tem równie dobrze jak ja. Kurczątko już się lęgnie. Nie wiem nawet, jak one mogą tak grzecznie wysiedzieć. To nie jest omlet, ale kurnik, ale przynajmniej nie mówi się o tem w menu. Dobrześ zrobiła, żeś nie przyszła na obiad przedwczoraj, była tam flondra w formalinie. To już robiło wrażenie nie obiadu ale kwarantanny. Doprawdy, Norpois posunął wierność aż do heroizmu: dobrał drugi raz!
— Zdaje się, że pana spotkałem tam na obiedzie, w dniu kiedy ona tak wpadła na pana Bloch (pan de Guermantes, może aby dać izraelickiemu nazwisku bardziej cudzoziemski charakter, nie wymawiał w nazwisku Bloch „ch“ jak „k“, ale jak w niemieckiem hoch) gdy oświadczył nie wiem już o jakim poecie, że jest boski. Daremnie Châtellerault kopał pod stołem pana Bloch; nic nie rozumiał i myślał, że te trącania siostrzeńca przeznaczone są dla jakiejś ładnej kobiety siedzącej obok (tu pan de Guermantes zarumienił się lekko). Nie zdawał sobie sprawy, że drażni naszą kochaną ciotkę swojemi „boskościami“, rozdawanemi na prawo i lewo. Krótko mówiąc, ciotka Magdalena, która ma ostry języczek, odpaliła Blochowi: „Och, drogi panie, co pan w takim razie zachowa dla pana de Bossuet“. (Pan de Guermantes sądził, że przydatek „pan“ oraz „de“ przed sławnem nazwiskiem są nawskroś ancien régime). To było nieopłacone!
— A co odpowiedział ów pan Bloch — spytała z roztargnieniem pani de Guermantes, która, nie znajdując pod ręką żadnej oryginalności, czuła się w obowiązku kopiować germańską wymowę męża.
— Och, ręczę ci, że pan Bloch nie czekał na więcej, wziął nogi za pas.
— Ależ tak, przypominam sobie wybornie, żem pana widziała owego dnia, rzekła z naciskiem pani de Guermantes, tak jakby ta jej pamięć zawierała coś, coby mi mogło szczególnie pochlebić. — Zawsze jest bardzo interesująco u ciotki. Na ostatnim wieczorze, gdzie pana właśnie spotkałam, chciałam pana spytać, czy ten stary pan, co przeszedł koło nas, to nie był François Coppée? Pan musi znać wszystkie nazwiska — rzekła, szczerze zazdroszcząc mi moich stosunków poetyckich, a także przez uprzejmość, aby tem lepiej „postawić“ w oczach swoich gości młodego człowieka, tak biegłego w literaturze.
Upewniłem księżnę, że nie widziałem żadnej sławnej twarzy na wieczorze u pani de Villeparisis.
— Jakto! — rzekła nieopatrznie pani de Guermantes, okazując przez to że jej szacunek dla literatury a wzgarda dla świata są bardziej powierzchowne niż mówiła, a może nawet niż sama przypuszczała; — jakto! nie było wielkich pisarzy? zdumiewa mnie pan, były tam przecież facjaty wręcz niemożliwe!
Przypominałem sobie bardzo dobrze ów wieczór z powodu nader błahego wypadku. Pani de Villeparisis przedstawiła pani Alfonsowej Rotschildowej Blocha, który nie dosłyszał jej nazwiska. Sądząc, że ma do czynienia ze starą i trochę pomyloną Angielką, odpowiadał jedynie półsłówkami na obfite wynurzenia ex-piękności; gdy naraz, pani de Villeparisis, przedstawiając ją komuś innemu, powiedziała, tym razem bardzo wyraźnie: „baronowa Alfonsowa de Rothschild“. Wówczas w tętnice Blocha wdarło się nagle i naraz tyle obrazów milionów i stosunków (obrazów, które należałoby rozważnie dawkować), że uczuł jakby ściśnięcie serca, uderzenie na mózg, i w obecności sympatycznej starej damy wykrzyknął: „Gdybym był wiedział!“ Głupota tego wykrzyknika przyprawiła go o bezsenność przez tydzień. Te słowa Blocha były czemś niezbyt ważnem, ale zapamiętałem je jako dowód, że czasem w życiu, pod wpływem wyjątkowego wzruszenia, mówi się to co się myśli.
— Zdaje się, że pani de Villeparisis nie jest osobą bardzo... moralną — rzekła księżna Parmy. które wiedziała, że się nie bywa u ciotki pani de Guermantes, z tego zaś co sama Oriana natrąciła przed chwilą, odgadła że można mówić o tej damie swobodnie. Widząc w twarzy pani de Guermantes jakby dezaprobatę, dodała:
— Ale inteligencja, kiedy jest tak wysokiej klasy, okupuje wszystko.
— Wasza Wysokość tworzy sobie o mojej ciotce pojęcie, jakie ma o niej świat — odparła księżna; pojęcie w sumie bardzo fałszywe. To samo właśnie nie dalej niż wczoraj, powiadał mi Mémé.
Zarumieniła się, jakieś nieznane mi wspomnienie zamgliło jej oczy. Przyszło mi na myśl, że może pan de Charlus nalegał na księżnę aby mnie odprosiła, tak jak mnie nakłaniał przez Roberta, abym do niej nie szedł.
Miałem wrażenie, że rumieniec — niezrozumiały zresztą dla mnie — jakim wprzód oblał się książę, mówiąc w pewnej chwili o swoim bracie, nie może płynąć z tej samej przyczyny.
— Moja dobra ciotka — ciągnęła księżna — zachowa reputację osoby ancien régime, olśniewającej inteligencji i szalonego zepsucia. Otóż, nie ma umysłowości bardziej mieszczańskiej, poważnej, szarej. Będzie uchodziła za protektorkę sztuki, co znaczy że była kochanką wielkiego malarza, który nigdy nie zdołał jej wytłumaczyć, co to jest obraz. Co zaś do jej życia, nietylko nie była osobą zepsutą, ale była tak stworzona do małżeństwa, tak dalece urodziła się połowicą, że nie mogąc zatrzymać męża, który był zresztą wielka kanalja, każdy ze swoich romansów brała równie serjo, co gdyby to był legalny związek, z temi samemi podejrzliwościami, z temi samemi kwasami i z tą samą wiernością. Zauważcie, że to są czasem najszczersze związki; w sumie jest w świecie więcej niepocieszonych kochanków niż mężów.
— Jednak, Oriano, spójrz na swego szwagra Palameda, o którym wspomniałaś; niema kochanki, któraby mogła marzyć o tem, aby być tak opłakiwaną, jak on opłakiwał swoją biedną żonę.
— Och — odparła pani de Guermantes — niech mi Wasza Wysokość pozwoli nie podzielać w tem całkowicie Jej zdania. Nie każdy lubi być opłakiwany w ten sam sposób; każdy ma swoje predylekcje.
— To fakt, że on żywi dla niej prawdziwy kult od czasu jej śmierci. Prawda, że czasem robi się dla umarłych rzeczy, których nie zrobiłoby się dla żywych.
— Po pierwsze — rzekła pani de Guermantes tonem zadumy, tworzącej kontrast z jej żartobliwą intencją — idzie się na ich pogrzeb, czego się nie robi nigdy dla żyjących.
Pan de Guermantes popatrzył z chytrą miną na pana de Bréauté, jakby chcąc go sprowokować do śmiechu z dowcipu żony.
— Ale w sumie, przyznaję szczerze — podjęła pani de Guermantes — że jeżelibym lubiła być opłakiwana przez człowieka któregobym kochała, to niekoniecznie na sposób mego szwagra.
Twarz księcia spochmurniała. Nie lubił, aby żona rzucała sądy na prawo i lewo, zwłaszcza o panu de Charlus.
— Wymagająca jesteś. Jego żal zbudował wszystkich — rzekł surowo.
Ale księżna miewała z mężem rodzaj zuchwalstwa pogromców lub ludzi żyjących z warjatem i nie lękających się go podrażnić:
— Powiadam, że nie! Cóż chcesz, to jest budujące, nie mówię; chodzi codzień na cmentarz opowiadać jej ile osób miał na śniadaniu, żałuje jej niezmiernie, ale tak jak kuzynki, jak babki, jak siostry. To nie jest żałoba męża. Prawda, że to było dwoje świętych, co daje żałobie charakter nieco specjalny.
Pan de Guermantes, podrażniony paplaniną żony, wlepiał w nią ze straszliwą nieruchomością źrenice nabite jak lufy dubeltówki.
— Nie mówię tego, aby obmawiać poczciwego Mémé, który, nawiasem mówiąc, nie był wolny dziś wieczór — podjęła księżna; uznaję, że on jest dobry jak nikt, jest rozkoszny, delikatny, serce ma takie jak się mężczyznom nie zdarza mieć zazwyczaj. Mémé, to serce kobiety.
— To co mówisz, nie ma najmniejszego sensu — przerwał żywo pan de Guermantes. Mémé nie ma w sobie nic zniewieściałego, nikt nie jest bardziej męski.
— Ależ ja nie twierdzę, że jest bodaj trochę zniewieściały. Zrozum choć co ja mówię — odparła księżna. — Och, ten Błażej, skoro tylko ruszyć jego brata! — dodała, obracając się do księżnej Parmy.
— To bardzo ładne, to urocze. Niema nic piękniejszego, niż dwaj bracia którzy się kochają — rzekła księżna Parmy tak jakby powiedziało wiele osób z ludu, bo można należeć do rodziny monarszej, a zarazem do rodziny tak krwią jak duchem bardzo ludowej.
— Skoro mówimy o twojej rodzinie, Oriano — ciągnęła — widziałam wczoraj twego siostrzeńca Saint-Loup; zdaje mi się, że on chce cię prosić...
Książę de Guermantes zmarszczył jowiszowe brwi. Kiedy nie miał ochoty wyświadczyć jakiejś przysługi, nie chciał aby się żona tego podejmowała; wiedział, że to wyszłoby na jedno i że osoby, których księżna musiałaby o coś prosić, zapisałyby to na wspólne konto małżeństwa, tak samo jakby prosił on sam.
— Czemu mi sam nie powiedział — rzekła Oriana; — siedział tutaj dwie godziny wczoraj, a Bóg wie jaki on potrafi być nudny. Nie byłby głupszy od innych, gdyby miał, jak tylu ludzi z towarzystwa, ten rozum, aby umieć pozostać głupim. Tylko ten pokost wiedzy jest u niego straszny. Chce mieć głowę otwartą... otwartą dla wszystkich rzeczy, których nie rozumie. Gada o Maroku, to okropne!
— Nie może tam wracać z powodu Racheli — rzekł książę de Foix.
— Ale przecież to już zerwane — przerwał pan de Bréauté.
— Tak dalece nie zerwane, żem ją zastał dwa dni temu w garsonierze Roberta; nie robili wrażenia ludzi pokłóconych, ręczę państwu — odpowiedział książę de Foix, który chętnie rozpowszechniał wszystkie pogłoski zdolne udaremnić małżeństwo Roberta, przyczem mogły go zresztą omylić dorywcze nawroty zakończonego w istocie stosunku.
— Ta Rachela mówiła mi o panu, widuję ją czasem przechodząc rano przez Pola Elizejskie; trochę pomylona, jak wy to nazywacie, to co się u was mówi ladacznica, rodzaj Damy kameliowej, w przenośni rozumie się. (Mówił to do mnie prinz Von, który lubił się okazywać człowiekiem au courant francuskiej literatury i paryskich finezyj).
— To właśnie z powodu Maroka... — wykrzyknęła księżna Parmy, starając się nawiązać.
— Czego on może chcieć z tem Maroko — spytał surowo pan de Guermantes; — wie dobrze, że Oriana nie może nic w tym zakresie.
— Myśli że on wynalazł strategję, ciągnęła pani de Guermantes; — przytem on używa niemożliwych słów dla najmniejszych rzeczy, co nie przeszkadza że robi kleksy w listach. Któregoś dnia mówił mi, że jadł boskie kartofle, i że dostał boską lożę do teatru.
— Mówi po łacinie — podlicytował książę.
— Jakto po łacinie? — spytała księżna Parmy.
— Słowo honoru! niech Wasza Wysokość spyta Oriany, czy ja przesadzam.
— Ależ tak! kiedyś powiedział mi w jednem zdaniu, jednym haustem: „Nie znam bardziej wzruszającego przykładu sic transit gloria mundi“; powtarzam to zdanie Waszej Wysokości, bo po dwudziestu pytaniach, uciekając się do lingwistów) zdołaliśmy je zrekonstytuować; ale Robert wyrzucił to na jednym oddechu, ledwie można było poznać że to łacina, robił wrażenie figury z Chorego z Urojenia. I wszystko zmierzało do śmierci cesarzowej austrjackiej!
— Biedna kobieta! — wykrzyknęła księżna Parmy — cóż to była za rozkoszna istota.
— Tak — odparła pani de Guermantes; — trochę postrzelona, trochę zwarjowana, ale to była bardzo dobra kobieta, poczciwa warjatka, bardzo miła, nigdy tylko nie mogłam zrozumieć, czemu ona sobie nie sprawi sztucznej szczęki lepiej dopasowanej, zawsze odklejała się jej przed końcem zdania i biedactwo musiało przerywać, aby nie połknąć szczęki.
— Ta Rachela wspominała mi o panu, mówiła że młody Saint-Loup uwielbia pana, że woli nawet pana od niej — rzekł do mnie prinz Von, jedząc równocześnie jak smok, z cerą czerwoną jak ćwikła, odsłaniając wszystkie zęby w ciągłym śmiechu.
— Ale w takim razie musi być zazdrosna o mnie i niecierpieć mnie — przerwałem.
— W cale nie, mówiła o panu dużo dobrego. Kochanka księcia de Foix byłaby może zazdrosna, gdyby on pana wolał od niej. Nie rozumie pan? Niech mnie pan odprowadzi do domu, wytłumaczę to panu.
— Nie mogę, idę o jedenastej do pana de Charlus.
— O, wczoraj zapraszał mnie na dziś na obiad, ale żebym nie przychodził po trzech kwadransach na jedenastą. Ale jeżeli pan ma zamiar być u niego, może mnie pan odprowadzić choć do Komedji Francuskiej, będzie pan w peryferji — rzekł książę, który myślał z pewnością że to znaczy „w pobliżu“ albo „w centrum“.
Ale rozszerzone oczy prinza Von na szerokiej i pięknej czerwonej twarzy przestraszyły mnie; odmówiłem, powiadając, że przyjaciel ma po mnie wstąpić. Ta odpowiedź nie wydawała mi się niczem obrażającem. Prinz osądził zapewne inaczej, bo nigdy od tego czasu nie odezwał się do mnie.
— Muszę właśnie zajść do królowej Neapolu, jaka ona musi być zmartwiona! — rzekła, lub przynajmniej zdawało mi się że rzekła księżna Parmy. Bo słowa jej doszły mnie jedynie poprzez owe inne bliższe, skierowane do mnie (ale bardzo cicho) przez prinza Von, który bał się może, że jeżeli będzie mówił głośniej, usłyszy go pan de Foix.
— Och, nie, odparła pani de Guermantes; ani trochę.
— Ani trochę! ty zawsze wpadasz w ostateczności, Oriano — rzekł pan de Guermantes, wracając do roli skalistego brzegu, który, przeciwstawiając się fali, zmusza ją aby wyżej rzucała pióropusz piany.
— Błażej wie jeszcze lepiej odemnie, że ja mówię prawdę — odparła Oriana — ale czuje się w obowiązku robić surowe miny z powodu Jej Wysokości i boi się że ja Ją gorszę
— Och, nie, proszę cię — wykrzyknęła księżna Parmy, bojąc się aby z jej powodu nie naruszono w czemkolwiek tych rozkosznych obiadów księżnej de Guermantes, zakazanego owocu, którego sama królowa szwedzka nie miała jeszcze prawa pokosztować.
— Ależ ona samemu Błażejowi odpowiedziała, kiedy jej mówił z miną banalnie smutną: „Wasza Królewska Mość jest w żałobie: po kim, czy to jakie wielkie zmartwienie?“ Odparła: „Nie, to nie jest wielka żałoba, to mała, malutka żałoba, to po siostrze“. To fakt, że ona jest zachwycona, Błażej wie bardzo dobrze; zaprosiła nas na wieczór tego samego dnia i dała mi dwie perły. Chciałabym, żeby traciła siostrę co dzień! Nie opłakuje śmierci siostry, ośmiewa ją do rozpuku. Powiada prawdopodobnie jak Robert, że sic transit, wreszcie sama już nie wiem — dodała przez skromność Oriana, mimo że wiedziała bardzo dobrze.
Zresztą pani de Guermantes mówiła to tylko dla konceptu, i to bardzo lichego, bo królowa Neapolu, jak księżna d’Alençon, również tragicznie zmarła, miała wielkie serce i szczerze opłakiwała swoich. Pani de Guermantes za dobrze znała szlachetne siostry bawarskie, swoje kuzynki, aby tego nie wiedzieć.
— Chciałby nie wracać do Maroko — rzekła księżna Parmy, znów chwytając się imienia Roberta, które jej, bardzo mimowoli, podawała nakształt żerdzi pani de Guermantes. Sądzę, że ty znasz generała de Monserfeuil.
— Bardzo mało — rzekła Oriana, która znała nader blisko tego wojskowego.
Księżna Parmy wytłumaczyła, o co chodzi Robertowi.
— Mój Boże, jeśli go zobaczę... może się zdarzyć że go spotkam — odparła księżna, aby się nie wydawało że odmawia; zdawałoby się, że jej stosunki z generałem de Monserfeuil rozluźniły się nagle, odkąd chodziło o to aby go o coś poprosić. Ta niepewność nie wystarczyła jeszcze księciu, który przerywając żonie, rzekł:
— Wiesz dobrze, że go nie zobaczysz, Oriano; a potem już go prosiłaś o dwie rzeczy, których nie zrobił. Moja żona ma szał usłużności, dodał coraz bardziej wściekły, aby zmusić księżnę Parmy do cofnięcia swojej prośby tak aby to nie zostawiło wątpliwości co do usłużności Oriany i aby księżna Parmy złożyła rzecz na jego nieużytość. Robert mógłby uzyskać co chce od Monserfeuila. Tylko, ponieważ sam nie wie czego chce, prosi go przez nas, bo wie że niema lepszego sposobu aby rzecz pogrzebać. Oriana za często prosiła o coś generała. Teraz, jej prośba, to najpewniejsza gwarancja odmowy.
— Och, w tych warunkach, lepiej żeby Oriana nie tykała tego — rzekła księżna Parmy.
— Oczywiście — zakończył książę.
— Biedny generał, znowu przepadł przy wyborach — rzekła księżna Parmy, aby odmienić rozmowę.
— Och, to nic poważnego, to dopiero siódmy raz, — rzekł książę, który, sam zmuszony zrezygnować z polityki, dosyć lubił niepowodzenia wyborcze innych.
— Pocieszył się, robiąc nowe dziecko swojej żnie.
— Jakto! ta biedna pani de Monserfeuil jest znów w ciąży! — wykrzyknęła księżna Parmy.
— Ależ tak, — odparła pani de Guermantes, to jedyny okręg, gdzie biedny generał ani razu się nie poszkapił.
Miałem być w przyszłości stałym gościem — bodaj w bardzo małem kółku — tych obiadów, których uczestników wyobrażałem sobie niegdyś niby apostołów w Sainte-Chapelle. Zbierali się tam w istocie, jak pierwsi chrześcijanie, nie tylko aby dzielić pokarm materjalny (zresztą wyborny), ale dla rodzaju biesiady towarzyskiej; tak iż w niewiele obiadów przyswoiłem sobie znajomość wszystkich przyjaciół moich gospodarzy, przyjaciół którym mnie przedstawiali z odcieniem życzliwości tak wymownej (jak kogoś, kogoby od wszech czasów po ojcowsku kochali), że nie było ani jednego pośród nich, któryby nie sądził, że obraziłby księżnę i księcia, gdyby, wydając bal, nie pomieścił mnie na liście; równocześnie zaś, spijając Yquemy z piwnicy Guermantów, delektowałem się ortolanami przyrządzanemi wedle rozmaitych recept, które książę wypracowywał i roztropnie odmieniał. Jednakże dla kogoś, kto już niejeden raz zasiadał przy mistycznym stole, gryzienie tych ptaków nie było nieodzowne. Starzy przyjaciele księstwa de Guermantes zachodzili po obiedzie — „en cure-dents“, powiedziałaby pani Swann — bez zaproszenia, i wypijali w zimie filiżankę kwiatu lipowego w blaskach wielkiego salonu, w lecie zaś szklankę oranżady w mroku prostokątnego ogródka.
Nigdy u państwa de Guermantes, w ciągu tych poobiednich siest w ogrodzie, nie widziano nic innego prócz oranżady. Miała ona coś rytualnego. Przydać do niej inne chłodniki, zdawałoby się spaczeniem tradycji, tak jak wielki raut w faubourg Saint-Germain nie jest już rautem, jeżeli będzie komedja lub muzyka. Trzeba, aby się zdawało — choćby było pięćset osób — że się przyszło poprostu odwiedzić księżnę Orianę. Podziwiano moje wpływy, bo zdołałem zdublować oranżadę karafką soku z wiśni lub z gruszek. Znienawidziłem z tej przyczyny księcia d’Agrigente; był jak wszyscy ludzie pozbawieni wyobraźni ale nie zachłanności, którzy dziwują się temu co pijecie i chcą też trochę. Tak iż za każdym razem, pan d’Agrigente, uszczuplając moją porcję, psuł mi przyjemność. Bo tego soku owocowego nigdy nie jest dość dużo aby ugasić pragnienie. Nigdy się nie uprzykrzy ta smakowa transpozycja koloru owocu, który ugotowany cofa się niejako w porę kwiatów. Sok taki, purpurowy jak sad na wiosnę, lub bezbarwny i świeży jak wietrzyk pod drzewami owocowemi, można wdechać i oglądać kropla po kropli, a pan d’Agrigente regularnie przeszkadzał mi się nim nasycić.
Mimo tych kompotów, tradycyjna oranżada przetrwała, zarówno jak kwiat lipowy. Pod tą skromną postacią dopełniała się komunia towarzyska. I w tem z pewnością przyjaciele państwa de Guermantes zostali jednak — jak ich sobie wyobrażałem zrazu — bardziej rozmaici, niżby mi kazało przypuszczać moje rozczarowanie co do nich. Wielu starców kosztowało u księżnej, wraz z niezmiennym napojem, przyjęcia często niezbyt miłego. Otóż, jeżeli to znosili, to nie przez snobizm, sami będąc z tych, ponad których nikt nie mógł być wyższy; ani przez miłość zbytku; o ile lubili zbytek, w niższych regionach socjalnych znaleźliby jeszcze wspanialszy, bo tegoż samego wieczora urocza i przebogata bankierowa dałaby wszystko, aby ich mieć na olśniewającem polowaniu, które przez dwa dni wyprawiała dla króla hiszpańskiego. Odmówili przecież, i przyszli na los szczęścia dowiedzieć się czy pani de Guermantes jest w domu. Nie byli nawet pewni, czy znajdą tam opinje absolutnie zgodne z własnemi, lub uczucia szczególnie gorące; pani de Guermantes rzucała czasem w przedmiocie sprawy Dreyfusa, republiki, praw antyreligijnych lub nawet pod adresem ich samych, ich niedomagań, nudy ich rozmowy, uwagi, które trzeba im było przełknąć, udając że nic nie zauważyli. Bez wątpienia, o ile się trzymali jej salonu, przyczyną tego był wyrafinowany nawyk światowych smakoszów, świadomość doskonałej i nienagannej jakości społecznego menu, o smaku znanym, bezpiecznym i soczystym, bez zapraw i bez fałszu; menu, którego początek i historję znali równie dobrze jak ta która ich niem raczyła, będąc w tej mierze bardziej „urodzeni“, niż przypuszczali sami.
Otóż, między tymi gośćmi którym mnie przedstawiono po obiedzie, przypadkowo znalazł się ów generał de Monserfeuil, o którym mówiła księżna Parmy a którego pani de Guermantes, mimo że był jednym z wiernych jej salonu, nie spodziewała się tego wieczora. Skłonił się usłyszawszy moje nazwisko, tak jakbym był prezesem Najwyższej rady wojennej. Sądziłem, że jeżeli księżna Oriana niemal że odmówiła polecenia swego siostrzeńca panu de Monserfeuil, było to skutkiem jakiejś wrodzonej nieużytości, w której książę — jak w dowcipie, byle nie w miłości — był partnerem żony. Obojętność ta zdawała mi się tem bardziej naganna, ile że z pewnych słów które się wymknęły księżnej Parmy, odniosłem wrażenie, że posterunek Roberta jest niebezpieczny i że przezorniej byłoby postarać się o jego zmianę. Ale tu oburzyła mnie już istotna niegodziwość pani de Guermantes; kiedy bowiem księżna Parmy ofiarowała się że ona sama, na własny rachunek, pomówi z generałem, Oriana zrobiła wszystko, aby odwrócić Jej Wysokość od tego zamiaru.
— Ale nie — wykrzyknęła — Monserfeuil nie ma najmniejszego wpływu w nowym rządzie. Szkoda zachodu.
— Boję się, że on nas może usłyszeć — szepnęła księżna Parmy, starając się skłonić Orianę, aby mówiła ciszej.
— Niech się Wasza Wysokość nie boi, głuchy jest jak pień — rzekła nie zniżając głosu księżna, którą generał słyszał doskonale.
— Bo zdaje mi się, że posterunek pana de Saint-Loup jest nie bardzo bezpieczny. — rzekła księżna Parmy.
— Cóż Wasza Wysokość chce, jest w tem położeniu co wielu innych, z tą różnicą, że on sam prosił aby go tam wysłano. A przy tem tak nie jest, niema żadnego niebezpieczeństwa: inaczej księżna rozumie, że sama bym się w to wdała. Byłabym o tem pomówiła z generałem Saint-Joseph w czasie obiadu. On jest o wiele wpływowszy, i co za pracowitość! Widzi Wasza Wysokość, już odszedł. Zresztą to byłoby o wiele mniej drażliwe niż z tym, który ma trzech synów właśnie w Maroko i nie chciał się starać o ich przeniesienie; mógłby się na to powołać. Skoro Waszej Wysokości zależy na tem, pomówię z generałem Saint-Joseph, jeżeli go zobaczę, albo z Beautreillis. Ale jeżeli ich nie zobaczę, niech Wasza Wysokość zanadto nie biada nad Robertem. Wytłumaczono nam kiedyś, gdzie to jest. Ja myślę, że nigdzie nie mogłoby mu być lepiej.
— Co za ładny kwiat, nigdy nie widziałam podobnego, tylko u ciebie Oriano zdarzają się podobne cuda — rzekła księżna Parmy, która, z obawy aby generał de Monserfeuil nie usłyszał księżnej, chciała odmienić rozmowę.
Poznałem roślinę z gatunku tych, które Elstir malował przy mnie.
— Zachwycona jestem, że się podobają Waszej Wysokości, są urocze, proszę popatrzeć na tę aksamitną obwódkę lila na szyi; tylko, jak się to zdarza osobom bardzo ładnym i bardzo dobrze ubranym, brzydko się nazywają i śmierdzą. Mimo to, lubię je bardzo. Toteż zasmuca mnie trochę, że muszą umrzeć.
— Ależ one są w doniczce, to nie są cięte kwiaty, rzekła księżna.
— Nie — odparła Oriana śmiejąc się; ale to na jedno wychodzi, skoro to są damy! To gatunek kwiatów, gdzie damy i panowie nigdy nie znajdują się na jednej łodydze. Jestem w położeniu ludzi, którzy mają suczkę. Trzebaby mi męża dla moich kwiatów, inaczej nie będę miała młodych!
— Jakie to ciekawe. Ale w takim razie, w naturze...
— No, tak! Są pewne owady, które się trudnią dopełnianiem małżeństwa, jak u koronowanych głów, przez prokurację; tak że oblubieniec i oblubienica nie widzieli się na oczy. Toteż niech mi księżna wierzy, że zalecam służącemu, aby wystawiał tę roślinę ile tylko może w oknie, od dziedzińca czy od ogrodu, w nadziei że się zjawi nieodzowny owad. Ale to wymagałoby takiego trafu! Niech Wasza Wysokość pomyśli, trzebaby aby właśnie wracał od osoby tego samego gatunku a odmienej płci i aby mu przyszło na myśl rzucić bilet wizytowy u mnie. Nie zjawił się dotąd; zdaje mi się, że moja roślinka wciąż ma swój wianek dziewiczy; przyznaję, że wolałabym trochę więcej rozpusty. O, to tak jak to piękne drzewo, tam w dziedzińcu; umrze bezdzietnie, bo to jest gatunek bardzo rzadki w naszych krajach. U niego zadanie dopełniania związku bierze na siebie wiatr; ale mur jest trochę za wysoki.
— W istocie — rzekł pan de Bréauté — powinnaby księżna zniżyć mur bodaj o kilka centymetrów, toby wystarczyło. Trzeba w tych sprawach umieć brać się do rzeczy. Zapach wanilji, którym rozkoszowaliśmy się przed chwilą w pysznych lodach księżnej, pochodzi z rośliny, która zowie się wanilją. Ta wydaje wprawdzie równocześnie kwiaty męskie i żeńskie, ale obecność jakby twardej ścianki między niemi uniemożliwia wszelką komunikację. Toteż nie było sposobu uzyskać z niej owoców, aż do dnia w którym młody murzyn, rodem z Reunionu i nazwiskiem Albins (co, nawiasem mówiąc, jest dosyć komiczne dla czarnego, bo to znaczy biały) wpadł na pomysł, aby zapomocą małego cięcia ułatwić stosunki rozdzielonym narządom.
— Babal jest boski — wykrzyknęła księżna Oriana — on wie wszystko.
— Ale i ty, Oriano, nauczyłaś mnie rzeczy, o których mi się nie śniło — rzekła księżna Parmy.
— Powiem Waszej Wysokości, że to Swann kształcił mnie w botanice. Czasem, kiedy się nam nie chciało iść na jakąś herbatkę lub na jakiś „poranek“, jechaliśmy za miasto; pokazywał mi nadzwyczajne małżeństwa kwiatów, o wiele zabawniejsze niż małżeństwa ludzi, bez lunchu i bez zakrystji. Ale nigdy nie było czasu jechać zbyt daleko. Teraz, kiedy są samochody, to byłoby urocze. Na nieszczęście, wśród tego on sam popełnił małżeństwo jeszcze bardziej zdumiewające, i to zepsuło wszystko. Och! Wasza Wysokość, życie to jest okropna rzecz; człowiek trawi lata na robieniu rzeczy które go nudzą, a kiedy przypadkowo pozna się kogoś zdolnego nam pokazać rzeczy interesujące, ten ktoś musi się ożenić jak Swann! Mając do wyboru rezygnację z botanicznych spacerów a stosunki z osobą kompromitującą, wybrałam pierwszą z tych niedoli. Zresztą, w gruncie, nie potrzebaby chodzić tak daleko. Zdaje się, że nie dalej niż w moim ogródku dzieje się w biały dzień więcej nieprzyzwoitych rzeczy niż w nocy... w Lasku bulońskim. Tylko nie dostrzega się tego, bo między kwiatami odbywa się to bardzo poprostu; widzi się drobny pomarańczowy deszczyk, albo bardzo zapyloną muchę, która ociera nóżki albo bierze tusz z pyłków, zanim zanurzy się w kwiat. I już po wszystkiem, stało się!
— Komoda, na której stoi tao roślina, jest także wspaniała, to empire, o ile mi się zdaje — rzekła księżna Parmy, która, nie obeznana z pracami Darwina i jego następców, niezbyt chwytała sens żarcików Oriany.
— Prawda, to piękne! Szczęśliwa jestem, że się to księżnej podoba, odparła pani de Guermantes. Wspaniały egzemplarz. Powiem księżnej, że ja zawsze uwielbiałam styl empire, nawet wówczas kiedy to nie było w modzie. Przypominam sobie, że w Guermantes naraziłam się na drwiny teściowej, bo kazałam ściągnąć ze strychu wszystkie wspaniałe empiry, jakie Błażej odziedziczył po ciotce Montesquiou i umeblowałam skrzydło pałacu gdzie mieszkałam.
Pan de Guermantes uśmiechnął się. Musiał sobie przypominać, że rzecz odbyła się w sposób bardzo odmienny. Ale żarty księżnej des Laumes na temat złego gustu jej teściowej należały do tradycji sięgającej krótkiego czasu kiedy książę był zakochany w żonie; kiedy zaś miłość pierzchła, przeżyło ją pewne lekceważenie dla ograniczenia umysłowego starej księżnej — lekceważenie nie wykluczające bynajmniej przywiązania i szacunku.
— Państwo Jena mają taki sam fotel z inkrustacjami Wetgwooda; piękny, ale ja znacznie wolę mój — rzekła księżna tym samym tonem bezstronności, co gdyby nie posiadała żadnego z tych dwóch mebli; uznaję zresztą, że oni mają wspaniałe rzeczy, których ja nie mam.
Księżna Parmy zachowała milczenie.
— Ale prawda, Wasza Wysokość nie zna ich kolekcji. Och! powinnaby się księżna absolutnie wybrać kiedy tam ze mną. To jedna z najwspanialszych rzeczy w Paryżu, to jest żywe muzeum.
Propozycja ta była jednem z najbardziej stylowych („styl Guermantes“) zuchwalstw, gdyż księstwo Jena byli dla księżnej Parmy czystymi uzurpatorami: syn ich nosił, jak jej syn, tytuł księcia Guastalla! Toteż, pani de Guermantes, wymawiając te słowa, mimowoli spojrzała na innych gości rozbawionym i roześmianym wzrokiem, tak dalece kult własnej oryginalności przeważał jeszcze względy, jakie miała dla księżnej Parmy. I oni również silili się na uśmiech, równocześnie przerażeni, zachwyceni, a zwłaszcza uszczęśliwieni tem że byli świadkami „ostatniego pomysłu Oriany“ i że będą go mogli opowiadać na ciepło. Zdumienie ich było zresztą umiarkowane; wiedzieli że Oriana posiada sztukę wyzyskiwania wszystkich przesądów Courvoisierów dla tem pikantniejszych i milszych sukcesów. Toż, nie dawniej jak przed kilku laty, zdołała spiknąć u siebie księżniczkę Matyldę z księciem d’Aumale, tym który niegdyś napisał do rodzonego brata księżniczki sławny list: „W mojej rodzinie wszyscy mężczyźni są odważni, a kobiety czyste.“ Otóż książęta krwi pozostają książętami nawet w chwili gdy zdają się zapominać o tem; w rezultacie, książę d’Aumale i księżniczka Matylda tak się sobie spodobali u pani de Guermantes, że bywali potem u siebie, z ową zdolnością zapominania przeszłości, jakiej dowiódł Ludwik XVIII, robiąc swoim ministrem Fouchégo, który głosował za śmiercią jego brata. Pani de Guermantes żywiła ten sam zamiar zbliżenia księżnej Murat z królową Neapolu. Na razie księżna Parmy zdawała się równie zakłopotana, jak mogliby być zakłopotani dziedzice korony Niderlandów i Belgji (książę Oranji i książę Brabantu), gdyby im chciano przedstawić pana de Mailly-Nesle, księcia Oranji, oraz pana de Charlus, księcia Brabantu. Ale już Oriana, którą Swann i Charlus (mimo że ten wytrwał w ignorowaniu książąt Jena) z wielkim trudem nauczyli lubić meble empire, wykrzyknęła: — Całkiem szczerze, nie umiem powiedzieć, jak Wasza Wysokość będzie zachwycona. Przyznaję, że styl empire zawsze robił na mnie głębokie wrażenie. Ale u tych Jena, to doprawdy istna halucynacja. To coś... jakby to księżnej powiedzieć... coś niby przyniesione falą z wyprawy egipskiej... i ten powiew starożytności, wszystko to co zalewa nasze domy, sfinksy usadowione w nogach foteli, węże owijające się o kandelabry, olbrzymia muza, która trzyma mały świecznik, aby nam świecić do partyjki bouillote lub wdrapała się spokojnie na kominek i opiera się o zegar; a potem te wszystkie lampy pompejańskie, łóżeczka w kształcie łodzi, wyglądające tak jakby je znaleziono w Nilu, gotowe wyłonić małego Mojżesza, te antyczne kwadrygi galopujące po nocnych stolikach...
— Nie siedzi się zbyt dobrze na meblach empire — zaryzykowała księżna Parmy.
— Nie — odparła Oriana; ale — dodała z uśmiechem — lubię źle siedzieć na tych mahoniowych fotelach pokrytych wiśniowym aksamitem lub zielonym jedwabiem. Lubię ten brak komfortu wojowników, którzy pojmują tylko krzesło kurulne, którzy krzyżują rózgi liktorskie i piętrzą laury na środku salonu. Upewniam Waszą Wysokość, że u Jenów nie myśli się ani przez chwilę o tem jak się siedzi, widząc przed sobą zwalistą Wiktorię wymalowaną al fresco na ścianie. Mój małżonek będzie mnie uważał za bardzo złą rojalistkę, ale ja jestem w istocie bardzo nieprawomyślna, i ręczę że u tych ludzi człowiek dochodzi do tego, że kocha wszystkie te N, wszystkie te pszczoły. Mój Boże, dosyć długo królowie nie psuli nas zbytkiem chwały, toteż ci rycerze, którzy znosili tyle wieńców laurowych, że obwieszali niemi nawet poręcze krzeseł, uważam że to ma swój szyk! Wasza Wysokość powinna by tam iść.
— Mój Boże, jeżeli tak uważasz — rzekła księżna Parmy — ale zdaje mi się, że to nie będzie łatwe.
— Ależ zobaczy Wasza Wysokość, że wszystko się ułoży bardzo dobrze. To są bardzo dobrzy ludzie, i wcale nie głupi. Zaprowadziliśmy tam panią de Chevreuse — dodała księżna znając potęgę przykładu; — była zachwycona. Syn jest nawet bardzo miły. To co powiem nie jest może bardzo przyzwoite — dodała — ale on ma pokój, a zwłaszcza łóżko, gdzie lubiłoby się spać — bez niego! Jeszcze mniej przyzwoite jest, że byłam go raz odwiedzić, kiedy był chory i w łóżku. Obok niego, na poręczy łóżka była wyrzeźbiona długa wyciągnięta Syrena, urocza, z ogonem z perłowej masy, trzymająca w ręku coś w rodzaju lotosu. Ręczę księżnej — dodała pani de Guermantes wolniej, aby lepiej jeszcze uwydatnić słowa, które jakby rzeźbiła ruchem pięknych warg, wrzecionem długich wyrazistych rąk, i wlepiając w księżnę Parmy łagodne, uparte i głębokie spojrzenie — że z temi gałązkami palmy i z tym wieńcem złotym tuż obok, to było wzruszające, to była zupełnie kompozycja Młodego człowieka i śmierci Gustawa Moreau (Wasza Wysokość zna z pewnością to arcydzieło).
Księżna Parmy, która nie znała nawet nazwiska malarza, potrząsnęła gwałtownie głową i uśmiechnęła się żarliwie, aby wyrazić swój podziw dla tego obrazu. Ale żywość jej mimiki nie zdołała zastąpić tego błysku, którego brakuje naszym oczom, kiedy nie wiemy o czem ktoś do nas mówi.
— To podobno ładny chłopiec? — spytała.
— Nie, bo jest podobny do tapira. Oczy są trochę niby oczy królowej Hortensji z abażuru. Ale, prawdopodobnie uznał, że byłoby trochę śmieszne dla mężczyzny rozwijać to podobieństwo, toteż gubi się to w jego wywoskowanych policzkach, dających mu potroszę minę mameluka. Czuć, że froter musi je przejeżdżać co rano. Swann — dodała wracając do łóżka młodego księcia — uderzony był podobieństwem tej syreny do Śmierci Gustawa Moreau. Ale zresztą — dodała szybciej ale poważnie, aby tem lepiej rozśmieszyć — nie mamy się co przejmować, bo to zwykły katar i młodzieniec jest zdrów jak ryba.
— Powiadają, że on jest snob? — spytał pan de Bréauté z nieżyczliwą, podnieconą miną, oczekując odpowiedzi równie ścisłej co gdyby powiedział: „Mówiono mi, że ma tylko cztery palce u ręki, czy to prawda?“
— Mój B...oże, n...ie, — odparła pani de Guermantes z uśmiechem łagodnego pobłażania. Może troszkę snob z pozoru, bo jest bardzo młody, ale dziwiłabym się, gdyby miał być snob naprawdę, bo on jest inteligentny — dodała tak, jakby dla niej snobizm był czemś nie do pogodzenia z inteligencją.
— On jest sprytny, czasem bywał zabawny — rzekła jeszcze śmiejąc się z miną smakoszki i znawczyni, tak jakby wydanie sądu że ktoś jest zabawny wymagało wesołej miny lub jakby jakiś koncept księcia de Guastalla przypomniał się jej w tej chwili. Zresztą, ponieważ go nigdzie nie przyjmują, ten snobizm niewiele miałby okazji, dodała nie zastanawiając się że nie bardzo zachęca księżnę Parmy.
— Myślę co powie książę Gilbert, który nazywa ją „pani Jena“, jeśli się dowie, że ja byłam u niej.
— Jakto! — wykrzyknęła żywo pani de Guermantes — księżna wie, że to myśmy ustąpili Gilbertowi (żałowała tego gorzko teraz!) cały pokój do gry empire, który mieliśmy po Quiou-Quiou, i który jest cud wspaniałości! Nie było tutaj miejsca, chociaż zdaje mi się, że tu wyglądało to lepiej niż u niego. To skończenie piękne, pół etruskie pół egipskie...
— Egipskie? — spytała księżna Parmy, której słowo „etruskie“ niewiele mówiło.
— Tak, oba potrosze. Swann mówił nam to, wytłumaczył mi, tylko że ja, widzi księżna, jestem wielki nieuk. A potem w gruncie, wie Wasza Wysokość, trzeba sobie powiedzieć, że Egipt empire nie ma żadnego związku z prawdziwym Egiptem, ani ich Rzymianie z Rzymianami, ani ich Etruria...
— Doprawdy — rzekła księżna Parmy.
— Absolutnie, to tak, jak to co nazywano kostjumem Louis XV za drugiego cesarstwa, w młodości Anny de Monchy lub matki kochanego Brigode. Przed chwilą Błażej wspomniał Beethovena. Grano nam któregoś dnia jedną jego rzecz, bardzo ładną zresztą, trochę zimną, gdzie jest temat rosyjski. To doprawdy wzruszające, że on to uważał za rosyjskie. I tak samo malarze chińscy myśleli: że kopjują Belliniego. Zresztą, nawet w tym samym kraju, za każdym razem kiedy ktoś spojrzy na rzeczy w sposób trochę nowy, cztery czwarte ludzi nie widzi nic z tego co on im pokazuje. Trzeba conajmniej czterdziestu lat, aby się nauczyli rozróżniać.
— Czterdziestu lat! — wykrzyknęła księżna Parmy przerażona.
— Ależ tak — mówiła Oriana, akcentem swoich słów (będących niemal powtórzeniem moich, bo właśnie rozwijałem przed nią pokrewne myśli) stwarzając wrażenie tego, co w drukarstwie nazywa się kursywą — to jest coś niby pierwszy osamotniony egzemplarz gatunku, który jeszcze nie istnieje a którego będzie pełno, osobnik obdarzony pewnym zmysłem, którego rodzaj ludzki w jego epoce nie posiada. Nie bardzo mogę cytować samą siebie, bo ja przeciwnie, zawsze kochałam od początku wszystkie interesujące objawy, choćby były nie wiem jak nowe. Ale świeżo byłam z Wielką księżną w Luwrze; przechodziliśmy koło Olimpji Maneta. Teraz się nikt temu nie dziwi. To wygląda na Ingres’a! A przecież Bóg wie, ile ja musiałam kopij kruszyć o ten obraz, w którym nie powiem żebym lubiła wszystko, ale którego autor to jest jednak ktoś! Jego miejsce nie jest może całkiem w Luwrze...
— Czy dobrze ma się Wielka księżna? — spytała księżna Parmy, której ciotka cara była nieporównanie znajomsza niż model Maneta.
— Tak, mówiłyśmy o Waszej Wysokości. W gruncie — ciągnęła Oriana, wciąż trwając przy swojej myśli — faktem jest, że, jak powiada szwagier Palamed, istnieje pomiędzy nami a wszelką inną osobą ściana różnego języka. Uznaję zresztą, że dla nikogo nie jest to tak bardzo prawdziwe jak dla Gilberta. Jeżeli księżnę bawiłoby iść do Jenów, Wasza Wysokość ma za wiele rozumu, aby chcieć uzależniać swoje postępki od tego co o nich może pomyśleć ten nieborak, który jest bardzo kochanym poczciwiną, ale który, ostatecznie, ma pojęcia z innego świata. Czuję się bliższa, jednogatunkowsza z moim stangretem, z mojemi końmi, niż z tym człowiekiem normującym wciąż swoje uczynki wedle tego, coby o jakiejś rzeczy pomyślano za Filipa Śmiałego, lub za Ludwika Otyłego. Niech Wasza Wysokość pomyśli, że kiedy on się przechadza na wsi, odsuwa wieśniaków z dobrotliwą miną laską, mówiąc: „Precz, hultaje!“ Jestem w gruncie równie zdziwiona kiedy on do mnie mówi, co gdyby się do mnie zwróciły któreś z owych „zwłok“, strojących dawne gotyckie grobowce. Choć ten żywy kamień jest moim kuzynem, przeraża mnie i mam tylko jedną myśl, zostawić go w jego średniowieczu. Poza tem, uznaję, że nigdy nie zamordował nikogo.
— Spotkałem go właśnie na obiedzie u pani de Villeparisis — rzekł generał, ale bez uśmiechu i nie wchodząc w ton księżnej Oriany.
— Czy nie było tam pana de Norpois? — spytał prinz Von, który wciąż myślał o Akademji.
— Owszem — odparł generał. — Mówił nawet o pańskim cesarzu.
— Zdaje się, że cesarz Wilhelm jest bardzo inteligentny, ale nie lubi malarstwa Elstira. Nie mam mu tego zresztą za złe — rzekła księżna; — podzielam jego punkt widzenia. Mimo że Elstir zrobił mój piękny portret. A, pan go nie zna. To nie jest podobne, ale ciekawe. On sam jest interesujący w czasie pozowania. Zrobił ze mnie coś w rodzaju staruszki. To imituje Regentki szpitala Halsa. Myślę, że pan zna te boskości, aby użyć wyrażenia drogiego memu siostrzeńcowi — rzekła obracając się do mnie księżna, która, mówiąc, poruszała lekko wachlarzem z czarnych piór. Wyprostowana na krześle, odrzucała szlachetnie głowę, bo, będąc wciąż wielką damą, robiła troszeczkę wielkę damę. Odpowiedziałem, że byłem swego czasu w Amsterdamie i w Hadze, ale że, mając czas ograniczony, poniechałem Harlemu, aby nie mieszać wszystkiego.
— A, Haga! co za muzeum — krzyknął pan de Guermantes.
Natrąciłem, że z pewnością podziwiał tam Widok Delft Ver Meera.
Ale książę był mniej wykształcony niż pyszny. Toteż odpowiedział tylko z arogancką miną, jak za każdym razem, kiedy ktoś wspomniał jakieś dzieło w muzeum lub w Salonie, którego on sobie nie przypominał:
— Jeżeli jest godny widzenia, widziałem!
— Jakto! pan był w Holandji a nie był pan w Harlemie! — wykrzyknęła księżna Oriana. Ależ choćby pan nie miał więcej niż kwadrans czasu, to niesłychana rzecz do widzenia te Halsy. Powiedziałabym, że gdyby ktoś je mógł oglądać tylko z imperjałki omnibusu bez zatrzymania się — gdyby były wystawione na ulicy — powinienby szeroko otwierać oczy.
Te słowa uderzyły mnie niemile jako coś będącego zaprzeczeniem sposobu w jaki się w nas kształtują wrażenia artystyczne; możnaby z powiedzenia księżnej wnosić, że nasze oko jest tu jedynie prostym aparatem do migawkowych zdjęć.
Pan de Guermantes, szczęśliwy że żona mówi tak biegle o rzeczach które mnie interesują, patrzał na sławną postawę księżnej, słuchał co mówiła o Halsie i myślał: „Kuta jest we wszystkiem. Ten młody człowiek może sobie powiedzieć, że ma przed sobą wielką damę w dawnym stylu, w całem znaczeniu tego słowa, taką jakich niema dzisiaj.“
I tak widziałem ich oboje, wyrwanych z tego nazwiska Guermantes, w którem niegdyś wyobrażałem ich sobie wiodących niepojęte życie, teraz podobnych do innych mężczyzn i kobiet, zapóźnionych jedynie nieco w stosunku do współczesności, ale nie jednako, jak tyle małżeństw w faubourg Saint-Germain, gdy żona miała talent zatrzymać się na wieku złotym, a mąż miał nieszczęście wybrać z przeszłości niewdzięczną epokę: ona została jeszcze Louis XV, gdy mąż kultywuje pompatycznie styl Louis-Philippe.
To że pani de Guermantes była podobna do innych kobiet, przyniosło mi zrazu zawód, a potem, przez reakcję i przy współdziałaniu tylu dobrych win, niemal zachwycenie. Jakiś Don Juan d’Austria, jakaś Izabella d’Este, pomieszczeni dla nas w świecie imion, równie mało stykają się z wielką historją, jak strona Méséglise ze stroną Guermantes. Izabella d’Este była z pewnością w rzeczywistości bardzo małą księżniczką, podobną do tych, które za Ludwika XIV nie miały żadnego specjalnego stanowiska na dworze. Ale, ponieważ nam się ona wydaje czemś jedynem, a przez to nieporównanem, nie umiemy jej sobie wyobrazić w mniejszym formacie; tak iż kolacja z Ludwikiem XIV byłaby dla nas tylko czemś interesującem, gdy spotkanie z Izabellą d’Este pozwoliłoby nam oglądać na własne oczy nadprzyrodzoną heroinę romansów. Otóż skoro, studjując Izabellę d’Este i przeniósłszy ją cierpliwie z tego bajecznego świata w świat historji, stwierdzamy że jej życie, jej myśli, nie zawierały nic z owej tajemniczej dziwności, jaką nam zrazu sugerowało jej imię, raz przełknąwszy ów zawód, jesteśmy nieskończenie wdzięczni tej księżniczce, że miała o malarstwie Mantegny wiadomości niemal równe wiedzy pana Lafenestre, dotąd lekceważonej przez nas i uważanej — jakby powiedziała Franciszka — „gorzej psa“.
Wstąpiwszy na niedostępne wyżyny nazwiska Guermantes i schodząc wewnętrznym stokiem życia kiężnej Oriany, zdumiewałem się, spotykając tam poufałe gdzieindziej nazwiska Wiktora Hugo, Franza Halsa i, niestety, Viberta. Było to owo zdziwienie, jakiego doznaje podróżny, który, biorąc miarę dla swoich pojęć o niezwykłości obyczajów w dzikiej dolinie Ameryki Centralnej lub północnej Afryki z geograficznej odległości i dziwności flory, naraz, przebywszy zasłonę olbrzymich aloesów lub mancenili, odkrywa (czasem nawet opodal ruin rzymskiego teatru lub kolumny poświęconej Wenerze) mieszkańców, którzy czytają Meropę lub Alzirę. I ta pokrewna kultura, przez którą pani de Guermantes, stojąca tak daleko, tak ustronnie i o tyle wyżej od znajomych mi wykształconych „pań z miasta“, siliła się, bez interesu, bez pobudek ambicji, zstąpić na poziom tych, których nie miała poznać nigdy, miała coś chwalebnego, niemal wzruszającego przez swoją bezcelowość, coś niby erudycja w starożytnościach fenickich u męża Stanu lub u lekarza.
Mogłabym panu pokazać bardzo pięknego Halsa — rzekła uprzejmie pani de Guermantes; najpiękniejszego, jak twierdzą niektórzy. Odziedziczyłam go po kuzynie z Niemiec. Na nieszczęście, przywiązany jest prawem lenna do zamku — nie zna pan tego wyrażenia, ja także nie — dodała wierna swemu stylowi żartowania (w czem uważała się za osobę nowoczesną) z dawnych zwyczajów, do których jednak była nieświadomie i niezłomnie przywiązana. — Cieszę się, że pan widział moje Elstiry ale byłabym jeszcze bardziej rada, gdybym mogła pana uczcić swoim Halsem, tym właśnie obrazem „lennym“.
— Znam go — rzekł prinz Von; był u wielkiego księcia heskiego.
— Właśnie, jego brat ożenił się z moją siostrą — rzekł pan de Guermantes; zresztą, matka jego była cioteczną siostrą matki Oriany.
— Ale co się tyczy Elstira — dodał prinz Von — pozwolę sobie zauważyć (mimo że nie mam zdania o jego dziełach, których nie znam), że nienawiść, jaką go ściga cesarz, nie powinna świadczyć przeciw niemu. Cesarz, to wspaniała inteligencja.
— Tak, jadłam z nim dwa razy obiad, raz u ciotki Sagan, drugi raz u ciotki Radziwiłłowej, i muszę powiedzieć, że mi się wydał ciekawy. Nie powiem aby był łatwy! Ale ma coś zajmującego, coś „osiągniętego“ — rzekła księżna, biorąc to słowo w cudzysłów — coś niby zielony goździk: to znaczy rzecz która mnie zdumiewa, a która nie bardzo mi się podoba; rzecz zadziwiającą tem, że ją ktoś mógł zrobić, ale co do której uważam że byłoby jeszcze lepiej gdyby jej nie zrobił. Mam nadzieję, że pana nie gorszę.
— Cesarz jest fantastycznie inteligentny — odparł prinz Von; — kocha namiętnie sztukę, ma w rzeczach sztuki smak poniekąd niezawodny, nie myli się nigdy. Jeżeli jakaś rzecz jest piękna, pozna to natychmiast i nienawidzi jej. Jeżeli jakiejś rzeczy nie cierpi, nie można mieć żadnej wątpliwości, że jest wyborna.
Wszyscy się uśmiechnęli.
— Uspokoił mnie pan — rzekła księżna.
— Porównałbym chętnie cesarza — podjął niemiecki książę, który, nie umiejąc wymówić poprawnie po francusku słowa archeolog (wymawiał arszeolog), nie tracił nigdy sposobności posłużenia się niem — do starego archeologa, którego mamy w Berlinie. Przed zabytkami asyryjskiemi stary arszeolog płacze. Ale jeżeli to jest falsyfikat, jeżeli nie jest naprawdę starożytne — nie płacze. Zatem, jeżeli się chce wiedzieć, czy jakiś archeologiczny kawałek jest naprawdę stary, niesie się go do starego archeologa. Jeżeli płacze, kupuje się tę rzecz do muzeum. Jeżeli oczy archeologa pozostaną suchę, odsyła się przedmiot kupcowi i skarży się go o fałszerstwo. Otóż, za każdym razem kiedy jestem na obiedzie w Poczdamie, ilekroć cesarz mówi mi: „Trzeba żebyś to książę zobaczył, to genialne“, notuję sobie w pamięci, żeby się wystrzegać obejrzenia tego; a kiedy słyszę, że piorunuje na jakąś wystawę, pędzę tam coprędzej.
— Czy Norpois nie jest za zbliżeniem anglofrancuskiem? — rzekł pan de Guermantes.
— Naco by się wam to zdało — spytał z niechętną wraz i chytrą miną prinz Von, który nie mógł znosić Anglików. Oni są tacy kłupi. Ja wiem, że nie na wojskową pomoc liczycie u nich. Ale można ich i tak osądzić z tępoty ich generałów. Jeden z moich przyjaciół rozmawiał świeżo z Bothą, wie pan, wodzem Boerów. Botha mówił: „To przerażające, taka armja. Ja raczej dość lubię Anglików, ale niech pan pomyśli, że ja, prosty chłop, natłukłem ich we wszystkich bitwach. I w ostatniej, gdzie uległem liczbie nieprzyjaciół dwadzieścia razy wyższej od nas, poddając się z musu, jeszcze potrafiłem wziąć im dwa tysiące jeńców! A przecież ja dowodziłem tylko chłopami, ale gdyby kiedy ci idjoci zmierzyli się z prawdziwą armją europejską, strach bierze, coby się z nimi stało!“ Zresztą, wystarczy, że ich król, którego państwo znacie równie dobrze jak ja, uchodzi za wielkiego człowieka w Anglji.
Puszczałem mimo uszu te opowiastki w stylu pana de Norpois; nie dostarczały one żadnego pokarmu moim ulubionym marzeniom; gdyby zresztą i posiadały te składniki, musiałyby je mieć w szczególnie ożywczym gatunku, aby obudzić moje wewnętrzne życie w czasie tych światowych godzin, przez które mieszkałem w swoim naskórku, w swoich starannie uczesanych włosach, w gorsie koszuli, to znaczy kiedym nie był zdolny odczuć nic z tego, co było dla mnie w życiu przyjemnością.
— Och, nie jestem pańskiego zdania — rzekła pani de Guermantes, która uważała, że niemiecki prinz okazuje brak taktu; mnie się wydaje król Edward uroczy, taki prosty, a o wiele sprytniejszy niż się mniema. A królowa jest jeszcze teraz najpiękniejszem stworzeniem jakie znam.
— Ależ pani — rzekł prinz Von podrażniony, nie spostrzegając że sam drażni innych — jednak gdyby książę Walji był sobie prywatnym człowiekiem, niema klubu z którego by go nie wyrzucono i nikt nie chciałby mu podawać ręki. Królowa jest czarująca, niezmiernie słodka i ograniczona. Ale ostatecznie, jest coś rażącego w tej parze królewskiej, która jest dosłownie na utrzymaniu swoich poddanych, każe grubym żydowskim finansistom opłacać wszystkie wydatki do jakich jest zobowiązana i robi ich w zamian baronetami. To tak jak książę Bułgarji...
— To nasz kuzyn — rzekła księżna; — bardzo inteligentny człowiek...
— I mój kuzyn także — odparł prinz Von — ale nie uważam przez to, aby to był poszątny człowiek. Nie, powinnibyście się zbliżyć do nas, to jest najgorętsze pragnienie cesarza, ale on chciałby, żeby to wyszło z serca. Powiada: „Chcę uścisku dłoni, a nie machnięcia kapeluszem“. W ten sposób bylibyście niezwyciężeni. To byłoby praktyczniejsze, niż sojusz anglo-francuski, na który dzwoni pan de Norpois.
— Pan zna pana de Norpois, wiem — rzekła do mnie pani de Guermantes, aby mnie nie zostawiać poza kręgiem rozmowy.
Przypomniałem sobie, że pan de Norpois opowiadał, iż robiłem wrażenie że go chcę pocałować w rękę. Myśląc że z pewnością opowiedział to pani de Guermantes, a w każdym razie musiał jej mówić o mnie w sposób złośliwy, skoro, mimo przyjaźni z ojcem, nie wahał się mnie ośmieszać, nie zrobiłem w tej chwili tego, coby zrobił człowiek światowy. Powiedziałby, że nie znosi pana de Norpois i że mu to dał uczuć; a powiedziałby to w tym celu, aby się zdawało że jest dobrowolną przyczyną złośliwości ambasadora, które-to złośliwości stałyby się tem samem jedynie kłamliwym i interesownym odwetem. Rzekłem przeciwnie, iż, ku mojemu wielkiemu zmartwieniu, sądzę, że mnie pan de Norpois nie lubi.
— Zupełnie się pan myli — odparła pani de Guermantes. — Bardzo pana lubi. Może pan spytać Błażeja; o ile ja uchodzę za nazbyt uprzejmą, on nie grzeszy wcale tą wadą. Powie panu, że o nikim nie słyszeliśmy z ust pana de Norpois tyle miłego co o panu. A w ostatnich czasach chciał panu dać w ministerstwie świetne stanowisko. Ponieważ się dowiedział, że pan jest cierpiący i że nie mógłby pan przyjąć tego stanowiska, miał tę delikatność aby o swojej dobrej intencji nie wspominać nawet pańskiemu ojcu, którego niezmiernie ceni.
Pan de Norpois był ostatnią osobą, od którejbym się spodziewał przysługi. Faktem jest, że on był złośliwy a nawet zjadliwy: ci, co dali się, jak ja — sądząc go z łatwych rozczuleń i zbyt harmonijnych dźwięków głosu — wziąć na jego pozory świętego Ludwika wymierzającego sprawiedliwość pod dębem, pomawiali go o prawdziwą perfidję, kiedy się dowiadywali o jakimś złośliwym wybryku na ich temat, pochodzącym od człowieka, który zdawał się kłaść serce w słowa. Te złośliwości były u niego dość częste. Ale to nie przeszkadzało mu mieć swoje sympatje, chwalić tych, których lubił i znajdować przyjemność w tem, aby im oddać przysługę.
— To mnie nie dziwi zresztą, że on pana ceni — rzekła pani de Guermantes; to człowiek inteligentny. I rozumiem doskonale — dodała dla innych, czyniąc aluzję do projektów małżeńskich, których nie znałem — że moja ciocia, która go już nie bardzo bawi jako stara kochanka, wydaje mu się tem bardziej zbyteczna jako młoda małżonka. Zwłaszcza, iż sądzę że i kochanką przestała być oddawna, zamarynowała się w dewocji. Booz-Norpois może powiedzieć, jak w wierszach Wiktora Hugo: „Oddawna już kobieta, z którą-m sypiał społem, zmieniła moje łoże, o Panie, na twoje!“ Doprawdy, moja biedna ciocia jest jak ci artyści z awangardy, którzy grzmieli całe życie przeciw Akademji, a u schyłku formują swoją własną akademję; lub renegaci, którzy fabrykują sobie prywatną religję. W takim razie, lepiej było zatrzymać habit, lub nie wchodzić w dzikie związki. Kto wie — dodała księżna z marzącym wyrazem oczu — może ona tego pragnie w przewidywaniu wdowieństwa. Niema nic smutniejszego, niż żałoba której nie wolno nosić.
— Ba, gdyby pani de Villeparisis została panią de Norpois, sądzę że kuzyn Gilbert przechorowałby to — rzekł generał de Saint-Joseph.
— Książę Gilbert jest uroczy, ale w istocie jest bardzo przywiązany do spraw urodzenia i etykiety — rzekła księżna Parmy. — Spędziłam u niego dwa dni na wsi, w czasie gdy biedna Marja była chora. Była ze mną Maleńka (przydomek, dawany pani d’Hunolstein, dlatego że była olbrzymia). Książę czekał na mnie przed gankiem, ofiarował mi ramię, udając że nie widzi Maleńkiej. Zaszliśmy na pierwsze piętro aż pod drzwi salonu; wówczas, usuwając się aby mnie przepuścić, rzekł: „A, dzień dobry, pani d’Hunolstein“ (zawsze ją tylko tak nazywa od czasu jej separacji), udając że dopiero wówczas spostrzegł Maleńką, aby okazać, że nie schodziłby dla jej przywitania na dół.
— To mnie wcale nie dziwi. Nie potrzebuję Waszej Wysokości mówić — rzekł pan de Guermantes, który się miał za człowieka nadzwyczaj nowoczesnego, bardziej niż ktokolwiek gardzącego modzeniem, a nawet za republikanina — że nie wiele mam wspólnych poglądów z moim kuzynem. Łatwo Wasza Wysokość zgadnie, że w przeważnej ilości rzeczy zgadzamy się jak dzień z nocą. Ale muszę powiedzieć, że gdyby ciotka zaślubiła starego Norpois, na ten raz byłbym zdania Gilberta. Być córką Florymonda de Guize i zrobić taką partję, to, jak powiadają, koń by się uśmiał, cóż jeszcze mam powiedzieć?
Ten ostatni zwrot, który książę wsuwał przeważnie w połowie zdania, był tutaj zupełnie niepotrzebny. Ale czuł ustawiczną potrzebę wtrącania go, co mu kazało przenosić go na koniec okresu, o ile nie znalazł sobie miejsca gdzieindziej. Była to dla niego, między innemi rzeczami, kwestja rytmiki. „Trzeba zresztą stwierdzić — dodał — że Norpois to wyborna szlachta, dobra krew, z dobrego gniazda.“
— Słuchaj, Błażeju, nie warto sobie żartować z Gilberta poto aby mówić jak on — rzekła pani de Guermantes, dla której „dobroć“ urodzenia zarówno jak dobroć wina ściśle polegała, jak dla Gilberta i Błażeja de Guermantes, na jego dawności. Ale, mniej szczera niż jej kuzyn a sprytniejsza od męża, pilnowała się, aby w rozmowie nie zadać kłamu duchowi Guermantów; gardziła urodzeniem w słowach, poprzestając na uznawaniu go w uczynkach.
— Ale czy państwo nie jesteście trochę skuzynowani? — spytał generał de Saint-Joseph. — Zdaje mi się, że Norpois ożenił się z panną de La Rochefoucauld.
— Z tej strony ani trochę: ona była z gałęzi książąt de La Rochefoucauld, a moja babka jest z książąt Doudeauville. To rodzona babka Edzia Koko, najrozumniejszego człowieka w rodzinie — odparł książę, który miał co do rozumu poglądy nieco powierzchowne — a te dwie gałęzie nie zeszły się od Ludwika XIV; toby było trochę dalekie.
— A, to ciekawe, nie wiedziałem o tem — rzekł generał.
— Zresztą — dodał pan de Guermantes — matka jego była, zdaje mi się, siostrą księcia de Montmorency i zaślubiła najpierw jakiegoś La Tour d’Auvergne. Że jednak ci Montmorency ledwie że są Montmorency, a ci La Tour d’Auvergne wcale nie są La Tour d’Auvergne, nie widzę aby mu to mogło przydać wiele chwały. Powiada — i toby było najważniejsze — że on pochodzi od Saintrailles’a, a że my się wiedziemy od niego w prostej linji...
Była w Combray ulica Saintrailles, o której nigdy już od owych czasów nie myślałem. Wiodła od ulicy de la Bretonnerie do ulicy Ptasiej, A że Saintrailles, ów towarzysz Joanny d’Arc, zaślubiając pannę de Guermantes, wniósł w tę rodzinę hrabstwo de Combray, herb jego widniał między herbami Guermantów pod witrażem w kościele św. Hilarego. Ujrzałem stopnie z czarniawego kamienia, kiedy jakiś akcent przywrócił nazwisku Guermantes zapomnianą tonację w jakiej słyszałem je niegdyś, tak różną od tej w której oznaczało uprzejmych gospodarzy, podejmujących mnie dziś obiadem. Jeżeli nazwisko księżnej de Guermantes było dla mnie nazwiskiem zbiorowem, proces ten spełnił się nietylko w historji przez zsumowanie wszystkich kobiet które je nosiły, ale także w ciągu mojej krótkiej młodości, widzącej kolejno w tej jednej księżnej de Guermantes tyle warstw różnych kobiet, z których każda znikała z chwilą gdy następna zdołała się utrwalić. Słowa nie zmieniają tak znaczenia w ciągu wieków, jak zmieniają je dla nas nazwiska na przestrzeni kilku lat! Nasza pamięć i nasze serce nie są dość przestronne na to, aby mogły być wierne. Nie mamy w swojej obecnej myśli dosyć miejsca, aby zachować umarłych obok żywych. Trzeba nam budować na tem co było przedtem a co odnajdujemy jedynie wedle przypadku, takiego jaki odkopał nazwisko Saintrailles.
Wydawało mi się bezcelowe wyjaśniać to wszystko, i nawet trochę przedtem dopuściłem się biernego kłamstwa, nie odpowiadając panu de Guermantes, kiedy mnie spytał: „Czy pan nie zna naszych stron?“ Może nawet wiedział, że je znam i jedynie przez dobre wychowanie nie nalegał.
Pani de Guermantes wyrwała mnie z mojego marzenia.
— Mnie się to wszystko wydaje mordercze. Wie pan, nie zawsze jest u mnie tak nudno jak dziś. Mam nadzieję, że pan niedługo znów przyjdzie na obiad dla kompensaty, tym razem już bez genealogji — rzekła półgłosem księżna, nie zdolna zrozumieć uroku, jaki mogłem znajdować w jej domu i niezdolna wznieść się do tej pokory, aby mnie czarować jedynie jako zielnik pełen niemodnych roślin.
To, czem pani de Guermantes bała się mnie rozczarować, to przeciwnie, pod koniec — bo książę i generał nie przestawali rozprawiać o genealogjach — ratowało mój wieczór od kompletnego zawodu. Jakimż cudem nie doznałbym go dotąd! Każdy z gości przy obiedzie, wypełniając tajemnicze nazwisko, pod jakiem go jedynie znałem i pod jakiem marzyłem o nim na odległość, ciałem i inteligencją w najlepszym razie równemi ciału i inteligencji wszystkich znajomych mi osób, dał mi wrażenie tej samej płaskiej pospolitości, jaką wszelkiemu rozegzaltowanemu czytelnikowi Hamleta może dać wjazd do duńskiego portu Elsinor. Bezwątpienia, owe strefy geograficzne i owa dawność, wnoszące starodrzew i gotyckie wieżyce w ich nazwiska, ukształtowały poniekąd w pewnej mierze ich twarze, dusze i przesądy, ale istniały w nich jedynie jak przyczyna w skutku, to znaczy możliwe poniekąd do odkrycia dla inteligencji, lecz zgoła nie działające na wyobraźnię.
I te dawne przesądy wróciły nagle gościom państwa de Guermantes ich straconą poezję. Z pewnością, wiadomości posiadane przez ludzi szlachetnego rodu i robiące z nich ludzi uczonych i biegłych w etymologji nie słów lecz nazwisk (i to jeszcze tylko w stosunku do przeciętnego ciemnego mieszczucha, bo o ile, przy równej nieinteligencji, dewot lepiej objaśni was w jakiejś kwestji liturgicznej od wolnomyśliciela, w zamian za to antyklerykalny archeolog zawstydzi swego proboszcza we wszystkiem co się tyczy nawet jego własnego kościoła), te wiadomości — jeżeli chcemy pozostać w sferze prawdy, to znaczy w duchu — nie miały dla wielkich panów nawet tego uroku jaki miałyby dla plebejusza. Wiedzieli może lepiej odemnie, że diuszessa de Guise jest księżną de Clèves, d’Orléans i de Porcien, etc., ale znali, nawet przed wszystkiemi temi nazwiskami, twarz pani de Guise, którą tem samem odbijało im to nazwisko. Ja zacząłem od wróżki, choćby miała niedługo zginać; oni od kobiety.
W mieszczańskich rodzinach często rodzą się zazdrości, jeżeli młodsza siostra wyjdzie za mąż przed starszą. Podobnie świat arystokratyczny — zwłaszcza Courvoisierowie, ale także Guermantowie — sprowadzał swoją arystokratyczną wielkość do prostych przewag domowych, wskutek dziecinnady, którą poznałem (był to dla mnie jedyny jej urok) z książek. Czyż nie mamy wrażenia, że Tallemant des Reaux mówi o Guermantach zamiast o Rohanach, kiedy z widoczną satysfakcją opowiada, że pan de Guéménée wołał do brata: „Możesz wejść, tu nie jest Luwr“, i powiadał o kawalerze de Rohan (dlatego że był naturalnym synem księcia de Clermont): „Ten przynajmniej jest księciem!“
Jedyną rzeczą sprawiającą mi przykrość w tej rozmowie, był fakt, iż niedorzeczne historje tyczące uroczego Wielkiego księcia następcy tronu Luxemburgu znajdowały wiarę w tym salonie, podobnie jak wśród przyjaciół Roberta. Stanowczo to była istna epidemja, mająca trwać może nie dłużej niż dwa lata, ale ogarniająca wszystkich. Powtarzano te same bajki i dodawano do nich inne. Zrozumiałem, że nawet sama księżna de Luxembourg, niby broniąc swego bratanka, dostarczała oręża przeciw niemu.
— Niesłusznie go pan broni — rzekł do mnie pan de Guermantes, podobnie jak przedtem Saint-Loup. — Ot, zostawmy nawet opinję naszych krewnych, która jest jednomyślna; ale niech pan spyta o niego służby, która ostatecznie zna nas najlepiej. Pan de Luxembourg darował swemu bratankowi małego murzynka. Murzynek wrócił płacząc: „Wielkie książę mnie bić, ja nie łajdak, wielkie książę złe, to bajeczne“. A ja mogę coś o tem wiedzieć, to jest kuzyn Oriany.
Nie sposób zresztą powiedzieć, ile razy w ciągu tego wieczora słyszałem słowa kuzyn i kuzynka. Z jednej strony, pan de Guermantes za każdem nazwiskiem które padło wykrzykiwał: „Ależ to kuzyn Oriany!“ z tą samą radością z jaką człowiek zgubiony w lesie czyta na końcu dwóch rozbieżnych strzałek na tabliczce informacyjnej, wraz z bardzo nieznaczną cyfrą kilometrów: Belvédere Casimir-Perier i Croix du Grand-Veneur i upewnia się, że jest na dobrej drodze. Z drugiej strony, tych słów kuzyn i kuzynka używała w całkiem innym sensie (stanowiącym tutaj wyjątek) ambasadorowa turecka, która przyszła po obiedzie. Pożerana światową ambicją i obdarzona istotną zdolnością asymilacji, ambasadorowa uczyła się równie łatwo historji Odwrotu dziesięciu tysięcy jak perwersji seksualnej u ptaków. Niepodobna byłoby złapać ją na jakim błędzie co do najświeższych prac niemieckich, czy traktowały o ekonomji politycznej, o chorobach umysłowych, o rozmaitych formach samogwałtu, czy o filozofji Epikura. Była to zresztą kobieta niebezpieczna, gdyby ktoś jej zaufał, bo, żyjąc w ustawicznym błędzie wskazywała ci jako kobiety arcylekkie nieskazitelne cnoty, ostrzegała cię przed jakimś jegomościem ożywionym najczystszemi intencjami, i opowiadała historje które zdawały się zaczerpnięte z książki, nie dlatego że takie poważne, ale że tak nieprawdopodobne.
Ambasadorową mało przyjmowano w owej epoce. Bywała w ciągu kilku tygodni u kobiet zupełnie świetnych, jak księżna de Guermantes, ale naogół trzymała się z konieczności, co się tyczy bardzo arystokratycznych rodzin, skromniejszych gałęzi, z któremi Guermantowie nie utrzymywali stosunków. Łudziła się, iż robi wrażenie kobiety nawskroś światowej, cytując wielkie nazwiska ludzi mało ustosunkowanych, z którymi żyła blisko. Toteż pan de Guermantes, myśląc iż chodzi o osoby często bywające u niego na obiedzie, drżał radośnie, że się odnajduje między swymi i wydawał okrzyki:„ Ależ to kuzyn Oriany. Znam go jak swoją kieszeń. Mieszka przy ulicy Vaneau. Matka jego była z domu d’Uzès“. Ambasadorowa zmuszona była wyznać, że jej egzemplarz pochodzi z pośledniejszych gatunków. Starała się nawiązać swoich przyjaciół do przyjaciół pana de Guermantes, dopadając go z ukosa: „Tak, tak, wiem dobrze, o kim pan mówi. Nie, to nie ci, to ich kuzyni“. Ale to desperackie zdanie, rzucone przez biedną ambasadorową, zamierało szybko. Bo pan de Guermantes, zniechęcony, odpowiadał: „A, w takim razie, nie wiem o kim pani myśli“. Ambasadorowa nie odpowiadała nic, bo o ile znała zawsze jedynie kuzynów tych których trzeba było znać, często ci kuzyni nie byli nawet krewnymi. Poczem ze strony pana de Guermantes rozlegały się nowe: „Ależ to kuzynka Oriany“, które-to słowa zdawały się przedstawiać dla pana de Guermantes w każdem jego zdaniu ten sam pożytek, co dla poetów łacińskich niektóre epitety, wygodne, bo dostarczały im daktylu lub spondeju w heksametrze. Bądź co bądź, wybuch: „Ależ to kuzynka Oriany“ wydał mi się zupełnie naturalny w zastosowaniu do księżnej Gilbertowej, która była w istocie bardzo bliską krewną Oriany. Zdaje się, że ambasadorowa nie przepadała za księżną Marją. Szepnęła do mnie po cichu: „To idjotka. Ależ nie, nie jest wcale taka ładna. Przesadzona reputacja. Zresztą — dodała z miną zarazem skupioną, niechętną i stanowczą — ona mi jest zasadniczo antypatyczna“. Ale często kuzynostwo rozciągało się o wiele dalej; ile że pani de Guermantes czuła się w obowiązku mówić „ciociu“ do osób, z któremi aby znaleźć wspólnego przodka, musiałaby sięgnąć conajmniej do czasu Ludwika XV. Tożsamo, za każdym razem kiedy niedole epoki sprawiły, że miljarderka zaślubiła jakiegoś księcia, którego praszczur ożenił się, jak praszczur pani de Guermantes, z córką ministra Louvois, największem szczęściem Amerykanki, za pierwszą wizytą w pałacu Guermantes, gdzie była zresztą dość licho przyjęta i gruntownie obmówiona, było mówić „ciociu“ do pani de Guermantes, która zezwalała na to z macierzyńskim uśmiechem. Ale było mi dość obojętne, czem było „urodzenie“ dla pana de Guermantes i dla pana de Beauserfeuil; w rozmowach, jakie wiedli na ten temat, szukałem jedynie poetyckiej przyjemności. Nie doświadczając jej sami, dostarczali mi jej tak, jakby to robili rolnicy lub rybacy mówiąc o uprawie roli lub o połowie, realnościach nazbyt zrośniętych z nimi, aby w nich mogli kosztować uroków, które ja osobiście podejmowałem się z nich wydobyć.
Czasem nazwisko przywodziło na myśl nietyle rasę, ale jakiś szczególny fakt, datę. Słysząc, jak pan de Guermantes przypomina, że matka pana de Bréauté była z domu Choiseul a babka Lucingę, miałem wrażenie, że pod banalną koszulą ze zwykłemi perłowemi spinkami widzę krwawiące się w dwóch kryształowych kulach te dostojne relikwie: serce pani de Praslin i serce księcia du Berri; drugie były bardziej zmysłowe, długie i delikatne włosy pani Tallien lub pani de Sabran.
Bardziej oświecony od żony co do przodków, pan de Guermantes posiadał wspomnienia, czyniące jego rozmowę czemś nakształt pięknej starej siedziby nie zawierającej istotnych arcydzieł, ale pełnej autentycznych obrazów, miernych i majestatycznych, w całości mających wielki styl. Gdy książę d’Agrigente spytał, czemu książę X..., mówiąc o księciu d’Aumale, powiedział „mój wuj“, pan de Guermantes odparł: „Dlatego, że brat jego matki, książę wirtemberski, zaślubił córkę Ludwika Filipa“. Wówczas ujrzałem cały relikwiarz, podobny tym, jakie malowali Carpaccio lub Memling, od pierwszego kwadrata, gdzie księżniczka, na godach weselnych swego brata, księcia Orleanu, zjawia się ubrana w codzienną suknię, okazując tem swoje niezadowolenie, że odtrącono posłów, wyprawionych aby prosić dla niej o rękę księcia Syrakuz, aż do ostatniego kwadrata, gdzie rodzi chłopca, księcia wirtemberskiego (rodzonego wuja księcia on, z którym jadłem obiad), w tym zamku Wyobraźni, jednem z miejsc równie arystokratycznych jak niektóre rody. I one także trwają dłużej niż jedno pokolenie, wiążą się z niejedną historyczną osobistością. Tu zwłaszcza żyją obok siebie wspomnienia margrabiny Bayreuth, również nieco ekscentrycznej księżniczki (siostry księcia Orleanu), której podobno spodobała się nazwa zamku jej małżonka; dalej króla bawarskiego, i wreszcie księcia X..., którego adres to była właśnie nazwa tej miejscowości: dopiero co prosił pana de Guermantes, aby tam do niego napisał, bo odziedziczył ten zamek i wynajmował go, jedynie na czas cyklów wagnerowskich, również rozkosznemu oryginałowi, księciu de Polignac. Kiedy pan de Guermantes, chcąc wytłumaczyć w jaki sposób spokrewniony jest z panią d’Arpajon, musiał tak daleko a tak poprostu wspinać się po łańcuchu, poprzez złączone dłonie trzech czy pięciu prababek, aż do Marji Ludwiki lub do Colberta, to było znów to samo: wielkie wydarzenie historyczne ukazywało się przelotnie jedynie zamaskowane, wynaturzone, ograniczone, w nazwie miejscowości, w imionach jakiejś kobiety, dobranych w ten sposób, ponieważ była wnuczką Ludwika Filipa i Marji Amelji, widzianych już nie w charakterze króla i królowej Francji, ale tylko w tej mierze, w jakiej, jako dziadkowie, zostawili spadek. (Widzimy z innych racyj, w skorowidzu do dzieł Balzaka, gdzie najznamienitsze osobistości figurują jedynie wedle swego związku z Komedją Ludzką, że Napoleon zajmuje o wiele mniej miejsca niż Rastignac, i zajmuje je tylko dlatego, że rozmawiał z pannami de Cinq-Cygne). Podobnie arystokracja, w swojej ciężkiej budowli o nielicznych oknach skąpo przepuszczających światło, okazując ten sam brak polotu, ale tę samą masywną i ślepą potęgę co architektura romańska, zamyka całą historję, zamurowuje ją, zasępia.
Tak więc, przestrzenie mojej pamięci pokrywały się stopniowo nazwiskami, które szeregując się, grupując się w ich wzajemnym stosunku, wchodząc ze sobą w coraz to liczniejsze związki, naśladowały owe skończone dzieła sztuki, gdzie żadne dotknięcie pendzla nie jest odosobnione, gdzie każda partja czerpie z innych swoją rację bytu, im znowuż narzucając swoją.
I Kiedy nazwisko pana de Luxembourg wróciło na tapetę, ambasadorowa turecka opowiedziała, że kiedy dziadek jego żony (ten, co posiadał ów olbrzymi majątek zrobiony na mące i na makaronie) zaprosił pana de Luxembourg na śniadanie, ten odmówił, kreśląc na kopercie adres: „Pan de X..., młynarz“, na co dziadek odpowiedział: „Bardzo żałuję, że kochany pan nie mógł przyjść, tem bardziej że byliśmy w małym kółku, sami swoi, i że znaleźliby się przy stole jedynie młynarz, jego syn i pan“. Ta historja wydała mi się wstrętna; nietylko nie uwierzyłbym nigdy, aby mój drogi de Nassau, pisząc do dziadka swojej żony (po którym zresztą miał dziedziczyć), nazywał go „młynarzem“, ale także niezdarność tej powiastki biła od pierwszych słów, ile że słowo „młynarz“ pomieszczono zbyt oczywiście na to, aby sprawdzić tytuł bajki La Fontaine’a[2]. Ale w faubourg Saint-Germain głupota — kiedy się z nią połączy złośliwość — jest taka, iż wszyscy uznali, że to jest cudownie trafione i że dziadek (którego natychmiast na ślepo okrzyknięto niepospolitym człowiekiem) okazał więcej dowcipu od przyżenionego wnuka.
Książę de Châtellerault chciał skorzystać z tej historyjki, aby opowiedzieć inną, którą słyszałem w kawiarni: „Wszyscy się kładli“; ale od pierwszych słów, kiedy wspomniał o pretensji pana de Luxembourg aby pan de Guermantes wstawał przed jego żoną, pani de Guermantes przerwała mu i rzekła: „Nie, on jest bardzo śmieszny, ale jednak nie do tego stopnia.“
Byłem święcie przekonany, że wszystkie historyjki odnoszące się do pana de Luxembourg są równie fałszywe i że, ilekroć się znajdę w obecności jednego z ich uczestników lub świadków, usłyszę to samo zaprzeczenie. Pytałem jednak sam siebie, czy protest pani de Guermantes płynie z troski o prawdę czy z pychy. Jeżeli to była pycha, ustąpiła miejsca złośliwości, bo księżna dodała, śmiejąc się:
— Zresztą i mnie spotkała mała awanja, bo on mnie zaprosił na podwieczorek, chcąc mnie zapoznać z Wielką księżną Luxemburską: w ten sposób i z tak dobrym smakiem nazywa własną żonę, pisząc do ciotki. Wyraziłam mu swój żal i dodałam: „Co do „Wielkiej księżnej Luxemburskiej“, w cudzysłowie, powiedz jej, że jeżeli zechce przyjść do mnie, jestem w domu od godziny piątej co czwartek.“ Spotkał mnie i drugi afroncik. Kiedy byłam w Luxemburgu, zatelefonowałam do niego, prosząc aby podszedł do telefonu. Jego Wysokość szedł na śniadanie, kończył śniadanie, dwie godziny upłynęły bez rezultatu; wówczas użyłam innego środka: „Proszę poprosić hrabiego de Nassau do telefonu“. Dotknięty do żywego, przybiegł w tej chwili.
Wszyscy śmieli się z opowiadania księżnej i z innych analogicznych, to znaczy — jestem o tem przekonany — kłamliwych, bo nie spotkałem człowieka inteligentniejszego, lepszego, subtelniejszego, powiedzmy wręcz bardziej uroczego, niż ten Luxemburg-Nassau. Dalszy ciąg okaże, że to ja miałem słuszność. Muszę uznać, że pośród tych wszystkich niegodziwości, wymknęło się pani de Guermantes ładne powiedzenie.
— On nie zawsze był taki, rzekła. Zanim stracił rozum, zanim się zrobił jak ów człowiek z bajki, który myśli że został królem, nie był głupi i nawet w pierwszym okresie, po swoich zaręczynach, mówił o tem w sposób dosyć sympatyczny, jak o nieoczekiwanem szczęściu. „To istna bajka, muszę odbyć wjazd do Luxemburgu w karocy z feerji“, powiadał do swego wuja d’Ornessan, który mu opowiedział, bo państwo wiecie, że Luxemburg to nie jest duże: „Karoca z feerji! boję się, że nie zdołasz wjechać: radzę ci już lepiej wózek zaprzężony w kozy“. Nietylko Nassau nie obraził się, ale pierwszy powtarzał ten żart i śmiał się z niego. Ornessan jest bardzo dowcipny, i ma po kim być dowcipny; matka jego jest z domu Montjeu. Bardzo jest źle z biednym Ornessan.
To nazwisko miało tę zaletę: że przerwało niestrawne złośliwości, które byłyby się ciągnęły w nieskończoność. Zaczem pan de Guermantes wytłumaczył, że prababka pana d’Ornessan była siostrą Marji Kastylskiej de Montjeu, żony Tymoleona Lotaryńskiego, a tem samem ciotki Oriany. Tak iż rozmowa wróciła do genealogij, podczas gdy idjotka ambasadorowa turecka szeptała mi: „Robi pan wrażenie, że pan jest bardzo dobrze notowany u księcia de Guerrnantes: niech się pan ma na baczności“; a kiedy jej prosiłem o wyjaśnienie: „Mam na myśli, pan mnie zrozumie w pół słowa, że to jest człowiek, któremu można by bezpiecznie powierzyć córkę, ale nie syna“. Otóż, przeciwnie, jeżeli był kiedy człowiek kochający namiętnie i wyłącznie kobiety, był nim książę de Guermantes. Ale błąd, przeciwieństwo prawdy, były dla ambasadorowej jakgdyby elementem, poza którym nie mogła się poruszać. „Jego brat, Mémé, który mi jest zresztą z innych przyczyn (nie kłaniał się jej) głęboko antypatyczny, bardzo martwi się narowami księcia. Toż samo ich ciotka Villeparisis. Ubóstwiam ją. Oto święta kobieta, prawdziwy typ dawnych wielkich dam! To nietylko wcielona cnota, ale i takt. Jeszcze mówi „panie“ do ambasadora Norpois, którego widuje codzień i który, nawiasem mówiąc, zostawił w Turcji wyborne wspomnienie.
Nawet nie odpowiedziałem ambasadorowej, aby dalej słuchać genealogij. Nie wszystkie były ważne. Zdarzyło się nawet w ciągu rozmowy, że jeden z nieoczekiwanych aliansów, który mi objaśnił pan de Guermantes, był mezaliansem, ale nie bez wdzięku, kojarząc bowiem za monarchji Lipcowej księcia de Guermantes i księcia de Fezansac z dwiema uroczemi córkami znakomitego żeglarza, dawał w ten sposób dwom księżnym nieoczekiwany smak egzotycznie-mieszczańskiego, louisfilipicznie-indjańskiego wdzięku. Lub, za Ludwika XIV, jakiś Norpois zaślubił córkę księcia de Mortemart, którego znamienity tytuł ujął w owej odległej epoce nazwisko Norpois (które mi się zdawało szare i które mogłem uważać za świeże) i wycyzelował je, dając mu piękność medalu. Zresztą, w takich wypadkach, nietylko mniej znane nazwisko zyskiwało na tem zbliżeniu; drugie, zbanalizowane własną świetnością, bardziej uderzało mnie pod tą nową i dyskretniejszą fizjognomją, tak jak wśród portretów olśniewającego kolorysty często najbardziej zaskakuje nas portret robiony na czarno. Nowa ruchliwość jakiej nabywały wszystkie te nazwiska, zgrupowane obok innych, od których zdawały się tak dalekie, wypływała nietylko z mojej ignorancji; te same chassć-croisé, jakie robiły w mojem pojęciu, wykonywały one nie mniej łatwo w epokach, gdy tytuł, zawsze przywiązany do posiadłości ziemskiej, szedł za nią z jednej rodziny do drugiej, tak iż w pięknej feodalnej budowli, jaką jest tytuł księcia de Nemours lub księcia de Chevreuse, mogłem odkryć kolejno, osiadłych niby w gościnnym domu Bernarda l’Hermite, jakiegoś Guise’a, księcia Sabaudzkiego, Orleana, Luynes’a. Czasem wielu z nich rościło sobie prawa do jednej skorupki: np. królewska rodzina Holandji oraz pp. de Mailly-Nesle do księstwa Oranji; baron de Charlus i królewska rodzina belgijska do księstwa Brabancji; tylu innych do tytułów książąt Neapolu, książąt Parmy, książąt Reggio. Czasem było odwrotnie; skorupka była od tak dawna opuszczona przez wymarłych właścicieli, że nigdy nie przyszłoby mi na myśl, iż jakaś nazwa zamku mogła — ostatecznie w epoce niezbyt odległej — być nazwiskiem rodziny. Toteż, kiedy na jakieś pytanie pana de Monserfeuil pan de Guermantes odpowiedział: „Nie, moja kuzynka była wściekła rojalistka, to była córka margrabiego de Féterne, który odegrał pewną rolę w Szuanerji“, wówczas, widząc jak ta nazwa Féterne, która od czasu Balbec była dla mnie nazwą zamku, staje się (czegobym o niej nigdy nie pomyślał) nazwiskiem rodziny, doznałem tego samego zdumienia, co kiedy w feerji wieże i ganek ożywiają się i stają się osobami. W tem znaczemu można powiedzieć, że historja, nawet poprostu genealogiczna, wraca życie starym kamieniom. Byli też, zapewne w świecie paryskim ludzie, którzy odegrali w nim rolę równie znaczną jak książę de Guermantes lub książę de la Trémoille, równie wysoko urodzeni, a bardziej poszukiwani dla swojej elegancji lub dowcipu. Zapomniano dziś o nich, bo nie mieli potomków, tem samem nazwisko ich, którego się już nie słyszy, wydaje się nieznane; co najwyżej nazwa rzeczy, pod którą nie spodziewamy się odkryć nazwy ludzi, przeżyła w jakimś zamku, w jakiejś odległej wsi. Maluczko, a podróżny, który kędyś w Burgundji zatrzyma się w małej wiosce Charlus aby zwiedzić miejscowy kościół, jeżeli nie jest natyle dokładny lub jeżeli zanadto się spieszy aby badać nagrobki, nie będzie wiedział, że owo „Charlus“ było nazwiskiem człowieka, który trzymał równy krok z największymi.
Refleksja ta przypomniała mi, że trzeba iść i że, podczas gdym słuchał wywodów genealogicznych pana de Guermantes, zbliżała się godzina spotkania z jego bratem. Kto wie, myślałem dalej, czy kiedyś samo Guermantes nie stanie się wyłącznie nazwą miejscowości, wyjąwszy dla archeologów, którzy, zatrzymawszy się przypadkiem w Combray, będą mieli cierpliwość przed witrażem Gilberta Złego wysłuchać objaśnień następcy naszego Teodora lub odczytać przewodnik proboszcza. Ale dopóki wielkie nazwisko nie wygasło, utrzymuje ono w pełnym blasku tych co je nosili; i z pewnością zainteresowanie moje świetnością tych rodów płynęło stąd, że, wychodząc z dnia dzisiejszego, można iść za niemi, stopień po stopniu, gdzieś daleko poza wiek XIV, odnaleźć pamiętniki i korespondencje wszystkich przodków pana de Charlus, księcia d’Agrigente, księżnej Parmy, w przeszłości, w której nieprzenikniona noc skryłaby początki jakiejś mieszczańskiej rodziny, i gdzie, pod świetlną i retrospektywną projekcją danego nazwiska, rozpoznajemy początek i trwałość pewnych neuropatycznych cech, przywar i wybryków jakichś Guermantów. Patologicznie niemal podobni do dzisiejszych, z wieku na wiek budzą niespokojną ciekawość swoich korespondentów, bądź dawniejszych od księżnej Palatynatu i pani de Motteville, bądź późniejszych od księcia de Ligne.
Zresztą moje zaciekawienie historyczne było mniejsze od rozkoszy estetycznej. Cytowane nazwiska miały ten skutek, że odcieleśniały gości księżnej — jakiegoś księcia d’Agrigente lub de Cystira których maska ich ciała oraz wspólnej inteligencji lub nieinteligencji zmieniła w przeciętnych ludzi; tak iż w sumie, słomianka przedpokoju księżnej stała się dla mnie nie — jak w to wierzyłem — progiem, ale kresem zaczarowanego świata nazwisk. Sam książę d’Agrigente, kiedym usłyszał, że matka jego, z domu Damas, była wnuczką księcia Modeny, wyzbył się — niby przypadkowej chemicznej domieszki — twarzy i słów nie pozwalających go rozpoznać i stworzył z Damas i Modeną, które były jedynie tytułami, nieskończenie powabniejszą kombinację. Każde nazwisko, przemieszczone przyciąganiem innego, z którem nie posądzałem go o żadne powinowactwo, opuszczało niezmienne miejsce, które zajmowało w moim mózgu, gdzie poszarzyło je przyzwyczajenie, i kojarząc się z Mortemartami, Stuartami lub Burbonami, rysowało wraz z nimi pełne wdzięku gałązki o zmiennym kolorycie. Nawet nazwisku Guermantes, wszystkie te piękne, wygasłe i tem żarliwiej rozpalane nazwiska, z któremi — jak się o tem dowiedziałem świeżo — było ono związane, dawały jakiś nowy, czysto poetycki sens. Conajwyżej, na zakończeniu każdego pęczka dumnej łodygi, mogłem oglądać jak ona zakwita jakiemś obliczem króla lub dostojnej księżniczki, jak ojciec Henryka IV lub księżna de Longueville. Ale ponieważ te twarze, różne w tem od twarzy gości, nie były dla mnie zamulone żadnym osadem materjalnego poznania i światowej pospolitości, w swoim pięknym rysunku i zmiennych refleksach zachowały jedność z temi nazwiskami, które, w regularnych odstępach, każde odmiennego koloru, odcinały się od drzewa genealogicznego Guermantów, żadną obcą i nieprzeźroczystą materją nie ćmiąc przeświecających, zmiennych i wielobarwnych pączków, które niby przodkowie Jezusa na starożytnych witrażach z rodowodem Jessgo, kwitły po obu stronach szklanego drzewa.
Kilka razy już chciałem się wymknąć, a pobudką moją, bardziej od wszelkiej innej racji, było upośledzenie, jakie moja obecność narzucała temu zebraniu. Tak długo roiłem je jako coś tak pięknego, i byłoby z pewnością piękne, gdyby nie miało w mojej osobie krępującego świadka! Nieobecność moja, z chwilą usunięcia się profana, pozwoli uczestnikom ukonstytuować się wreszcie w sekretne ciało. Będą mogli święcić misterja dla których się zebrali, bo z pewnością nie zeszli się poto aby rozmawiać o Franzu Halsie i o skąpstwie, i to rozmawiać w ten sam sposób co ludzie nie urodzeni. Mówiono same błahostki, z pewnością dlatego że ja tam byłem; widząc poszczególnie wszystkie te piękne kobiety, doświadczałem wyrzutów, że obecnością swoją przeszkadzam im w najwykwitniejszym z salonów wieść tajemnicze życie faubourg Saint-Germain. Ale, mimo żem chciał najszybciej zniknąć, księstwo de Guermantes dawali dowód prawdziwego poświęcenia, przedłużając moją obecność. A co jeszcze ciekawsze, niektóre damy, które przyszły skwapliwie, zachwycone, wystrojone, iskrzące się klejnotami, aby wziąć udział — z mojej winy — poprostu w fecie, nie wiele się różniącej od wieczorów dawanych poza faubourg Saint-Germain, tak samo jak człowiek czuje się w Balbec jak w mieście niewiele różniącem się od tego co nasze oczy przywykły oglądać — niektóre damy odeszły nie tak jakby powinny odejść, z uczuciem zawodu, ale dziękując entuzjastycznie pani de Guermantes za rozkoszny wieczór, tak jakby w inne dnie (w te, kiedy mnie nie było) nie działo się tam nic innego.
Czy doprawdy na obiady takie jak dzisiejszy wszystkie te osoby stroiły się i nie wpuszczały „pań z miasta“ do swoich tak zamkniętych salonów; na obiady takie jak ten, i takie same wówczas gdy mnie nie było? Na chwilę powziąłem to podejrzenie, ale było ono zbyt niedorzeczne. Prosty rozsądek pozwalał je oddalić. A przy tem, gdybym je przyjął, cóżby zostało z nazwiska Guermantes, już tak zdegradowanego od czasów Combray?
Zresztą te żywe kwiaty były szczególnie łatwe do zadowolenia przez inną osobę, lub pragnące jej zrobić przyjemność, bo niejedna z tych dam, do której się zaledwo przez cały wieczór odezwałem, i to tak głupio, żem się rumienił na samą myśl o tem, postarała się, przed opuszczeniem salonu, oświadczyć mi, wlepiając we mnie swoje piękne pieszczotliwe oczy i poprawiając girlandę storczyków okalającą jej piersi, jaką przyjemnością było dla niej poznanie mnie. Poczem natrącała — dyskretna aluzja do zaproszenia na obiad — o swem pragnieniu „zorganizowaia czegoś“, skoro „ułoży dzień“ z panią de Guermantes. Żaden z tych żywych kwiatów nie opuścił salonu przed księżną Parmy. Nie wolno wychodzić przed Królewską Wysokością. Obecność księżnej Parmy była jedną z dwóch nie podejrzewanych przezemnie przyczyn, dla których pani de Guermantes tak usilnie starała się mnie zatrzymać. Z chwilą gdy księżna Parmy wstała, było to jakby hasło swobody. Wszystkie damy, zgiąwszy kolano przed Jej Wysokością, która podniosła każdą, otrzymały od niej, wraz z pocałunkiem, jakgdyby wybłagane na kolanach błogosławieństwo — pozwolenie zakrzątnienia się za okryciem i karetą. Tak że przed bramą odbywał się jakby przegląd wywoływanych kolejno wielkich nazwisk z historji Francji. Księżna Parmy zabroniła pani de Guermantes odprowadzać ją na dół z obawy aby się nie zaziębiła, a książę dodał: „No, Oriano, skoro Jej Wysokość zezwala, przypomnij sobie, co ci powiedział doktór“.
„Zdaje mi się, że księżna Parmy była bardzo rada z tego obiadu z panem“. Znałem tę formułę. Książę de Guermantes przebył cały salon, aby mi jej udzielić z uprzejmą i ważną miną, tak jakby wręczał dyplom lub podawał ciasteczka. I z przyjemności, którą zdawał się odczuwać w tej chwili, a która dawała chwilowo tak słodki wyraz jego twarzy, zrozumiałem, że rodzaj obowiązków, jaki to dlań przedstawiało, był z tych, z których się będzie wywiązywał aż po ostatni kres życia, jak z owych honorowych i łatwych funkcyj, które zachowuje się nawet będąc ramolem.
W chwili gdym miał odejść, dama dworu księżnej Parmy wróciła do salonu, zapomniawszy zabrać wspaniałych sprowadzonych z Guermantes goździków, które księżna ofiarowała Jej Wysokości. Dama dworu była dość czerwona, czuło się że ją spotkała pucówka, bo księżna Parmy, tak dobra dla wszystkich, nie mogła powstrzymać zniecierpliwienia wobec głupoty swojej suiwantki. Toteż ta biegła szybko, unosząc goździki, ale, aby zachować swobodną i figlarną minkę, rzekła przechodząc koło mnie: „Jej Wysokość uważa, że ja się zapóźniłam; chciałaby już odejść i mieć równocześnie goździki. Trudno, ja nie jestem mały ptaszek, nie mogę być w kilku miejscach naraz.“
Niestety! racja nie dopuszczająca wstawania przed Jej Wysokością nie była jedyną. Nie mogłem wyjść natychmiast, bo była i inna racja: było nią to, że sławny zbytek nieznany Courvoisierom, jakim Guermantowie — bogaci czy nawpół zrujnowani — umieli raczyć swoich przyjaciół, to nie był zbytek jedynie materjalny, ale, jak tego często doświadczyłem z Robertem de Saint-Loup, także zbytek uroczych wyrazów, uprzejmych gestów, cała elegancja słowna, podsycana istotnem bogactwem wewnętrznem. Że jednak w próżniactwie światowem bogactwo to pozostaje bez użytku, wyładowywało się ono często szukając ujścia w jakimś ulotnym i przez to tem lękliwszym wylewie, który u księżnej Oriany mógłby dał złudzenie serdeczności. Czuła ją zresztą w chwili gdy jej dawała upust, bo wówczas w towarzystwie przyjaciela lub przyjaciółki znajdowała rodzaj upojenia, zgoła nie zmysłowego, podobnego temu jakie w niektórych osobach wznieca muzyka; zdarzało się jej odpiąć od stanika kwiat, medalion, i dać je komuś, z kim pragnęłaby przeciągnąć wieczór, czując z melancholią, że takie przedłużenie doprowadziłoby jedynie do czczych rozmówek, w które nie przeszłoby nic z dreszczu przelotnego wzruszenia; rozmówek podobnych do pierwszych ciepłych dni wiosennych przez wrażenie zmęczenia i smutku jakie zostawiają. I nie należało zbyt poważnie brać upajających ponad wszystko przyrzeczeń, wygłaszanych przez owe kobiety, które, dlatego że z taką siłą odczuwają słodycz chwili, czynią z niej — z delikatnością i szlachetnością nieznaną normalnym istotom — arcydzieło wzruszające wdziękiem i dobrocią, i nie mają już nic do oddania z siebie z nadejściem innej chwili. Serdeczność ich nie trwa dłużej niż egzaltacja, która ją dyktuje; subtelność, która kazała im wówczas odgadnąć cobyśmy chcieli usłyszeć i powiedzieć nam to wszystko, pozwoli im równie dobrze, w kilka dni później, podchwycić nasze śmiesznostki i bawić niemi innego gościa, z którym właśnie będą kosztowały jednego z owych tak ulotnych „momentów muzycznych“.
W przedsionku zażądałem od lokaja moich snow-boots, wziętych dla ochrony od śniegu, którego spadło nieco płatków rychło zmienionych w błoto. Nie zdałem sobie sprawy, że to jest nie eleganckie; ale, pod wpływem pogardliwego uśmiechu wszystkich, uczułem zawstydzenie, które doszło szczytu, kiedym ujrzał że księżna Parmy nie wyszła i że mnie widzi jak wkładam swoje amerykańskie kalosze. Księżna podeszła ku mnie: „Och, co za wspaniała myśl — wykrzyknęła — jakie to praktyczne: to się nazywa człowiek inteligentny! Wie pani, będziemy musieli kupić takie“, rzekła do damy dworu, podczas gdy ironia lokajów zmieniała się w szacunek, goście zaś tłoczyli się dokoła mnie, aby się dowiedzieć, gdzie ja mogłem znaleźć te cuda.
— Dzięki temu, nie potrzebuje się pan niczego obawiać, nawet gdyby znów spadł śnieg i gdyby pan szedł daleko, nie ma już pór roku! rzekła do mnie księżna Parmy.
— Och, co do tego, Wasza Królewska Wysokość może być spokojna — przerwała dama dworu ze sprytną miną: nie będzie już śnieg padał.
— Co pani może wiedzieć? spytała cierpko przezacna księżna Parmy, którą jedynie głupota jej damy dworu umiała wyprowadzić z równowagi.
— Mogę zaręczyć Waszej Królewskiej Wysokości; że nie może śnieg padać, to jest fizyczne niepodobieństwo.
— Ależ czemu?
— Nie może już padać, bo zrobiono co trzeba aby temu zapobiec: posypano sól!
Naiwna dama nie spostrzegła gniewu księżnej i wesołości innych osób, bo zamiast zmilczeć, rzekła do mnie z miłym uśmiechem, nie biorąc w rachubę moich zaprzeczeń w przedmiocie admirała Jurien de la Gravière:
— Zresztą cóż to znaczy? Pan musi być zahartowany jak marynarz. Dobra krew nie zawodzi.
Odprowadziwszy księżnę Parmy, pan de Guermantes rzekł do mnie, biorąc moje palto: „Pomogę panu wdziać kożuch“. Nie uśmiechał się już nawet używając tego słowa, bo właśnie najpospolitsze wyrażenia stały się, wskutek afektownej prostoty Guermantów, arystokratyczne.
Egzaltacja kończąca się jedynie melancholią, ponieważ była sztuczna — oto co, mimo iż całkiem odmiennie niż pani de Guermantes, odczuwałem znalazłszy się w dorożce, która mnie wiozła do pałacu pana de Charlus. Możemy wedle ochoty oddawać się jednej lub drugiej z tych sił: jedna wznosi się z nas samych, promieniuje z naszych głębokich wrażeń, druga nawiedza nas z zewnątrz. Pierwsza w naturalny sposób niesie z sobą radość, tę którą wydziela życie twórców. Drugi prąd, ten który próbuje wnieść w nas ruch, ożywiający inne osoby, nie jest połączony z przyjemnością; ale możemy ją znaleźć przez odbicie, w upojeniu tak sztucznem, że szybko obraca się w nudę, w smutek; stąd martwa twarz tylu światowców, i tyle u nich stanów neurastenicznych, wiodących niekiedy do samobójstwa. Otóż w pojeździe który mnie wiózł do pana de Charlus, byłem pastwą tego drugiego rodzaju podniecenia, bardzo odmiennego od tego które czerpiemy z osobistych wrażeń, jak to, które poznałem w innych pojazdach, raz w Combray w kabrjolecie doktora Percepied, skąd widziałem rysujące się w zachodzie słońca wieże Martainville, innego dnia w Balbec, w landzie pani de Villeparisis, kiedym się starał odcyfrować reminiscencję nastręczoną przez grupę drzew. Ale w tym trzecim pojeździe miałem przed oczyma ducha jedynie rozmówki z obiadu u pani de Guermantes, które mi się wydawały tak nudne, naprzykład opowiadanie prinza Von o cesarzu niemieckim, o generale Botha i o armji angielskiej! Wstawiłem je w wewnętrzny stereoskop, poprzez który, z chwilą gdy nie jesteśmy już samymi sobą, gdy, obdarzeni duszą światową, pragniemy czerpać życie jedynie z drugich, dajemy głębię wszystkiemu co oni powiedzieli, co zrobili. Niby człowiek pijany, pełen tkliwości dla usługującego mu garsona, zachwycałem się swojem szczęściem — nie odczutem co prawda przezemnie w danej chwili — żem jadł obiad z kimś, kto zna tak dobrze Wilhelma II i opowiada o nim anegdoty dalibóg bardzo dowcipne. Przypominając sobie, wraz z niemieckim akcentem prinza, historję generała Botha, śmiałem się na cały głos, jakby ten śmiech, podobny pewnym oklaskom, zwiększającym wewnętrzny podziw, potrzebny był temu opowiadaniu, aby wzmocnić jego komizm. Przez powiększające szkła, nawet te opinie pani de Guermantes, które mi się wydały głupie (naprzykład o Frantzu Halsie oglądanym z tramwaju), nabierały życia, zdumiewającej głębi. I muszę powiedzieć, że to podniecenie — które zresztą opadło szybko — nie było całkiem niedorzeczne. Tak samo jak pewnego pięknego dnia możemy być szczęśliwi, że znamy osobę absolutnie dla nas bezwartościową, ponieważ osoba ta okaże się przyjaciółką młodej panienki w której się kochamy i której ona może nas przedstawić, nabierając dla nas w ten sposób pożytku i uroku, których w naszych oczach zdawała się na zawsze pozbawiona, tak samo niema słów, zarówno jak stosunków, co do których możnaby być pewnym, że się nam nigdy na nic nie zdadzą. To co pani de Guermantes mówiła o obrazach, które byłoby interesujące oglądać nawet z tramwaju, było mylne ale zawierało cząstkę prawdy, która mi się stała cenna kiedyś.
Tak samo zacytowane przez nią wiersze Wiktora Hugo, były, trzeba przyznać, z epoki wcześniejszej od tej, w której Hugo stał się więcej niż nowym człowiekiem, kiedy ukazał w pełni rozkwitu nieznany jeszcze rodzaj literacki, obdarzony subtelniejszemi organami. W tych poezjach, Wiktor Hugo jeszcze sam myśli, zamiast poprzestać — jak natura — na tem, aby dawać do myślenia. Wyrażał wówczas „myśli“ w formie bardziej bezpośredniej, niemal w tym sensie, w jakim brał to słowo książę de Guermantes, kiedy, uważając za staromodne i zbyteczne aby uczestnicy wielkich fet w Guermantes wpisywali w album zamkowe, obok swojego podpisu, refleksje filozoficzno-poetyckie, uprzedzał nowoprzybyłych błagalnym tonem: „Kochany, tylko nazwisko, bez myśli!“ Otóż te właśnie „myśli“ Wiktora Hugo (prawie równie nieobecne w Legendzie wieków, jak arje i melodje w drugim okresie Wagnera) lubiła pani de Guermantes w pierwszym Wiktorze Hugo.
I nawet nie całkiem mylnie. Były wzruszające, i już dokoła nich — mimo iż forma nie miała jeszcze głębi, jaką miała osiągnąć później — plusk obfitych słów i bogatych rymów czynił je czemś innogatunkowem od tych wierszy, jakie można znaleźć naprzykład u Corneille’a, gdzie okresowy i powściągany romantyzm, tem bardziej może dla nas wzruszający, nie przeniknął jednak aż do fizycznych źródeł życia, nie przeobraził nieświadomego i podatnego uogólnieniom organizmu, kryjącego myśl. Toteż źle zrobiłem, żem się zasklepiał dotąd w ostatnich tomach Wiktora Hugo. Z owych pierwszych, zapewne, jedynie maleńka część zdobiła rozmowę pani de Guermantes. Ale właśnie cytując tak oderwany wiersz, zdziesięciokrotnia się jego siłę atrakcji. Wiersze, które wniknęły w moją pamięć lub odżyły w niej w czasie tego obiadu, przyciągały znowuż magnetycznie utwory, w których przywykły się znajdować, i to z taką mocą, że moje naelektryzowane ręce nie mogły dłużej niż czterdzieści osiem godzin opierać się sile wiodącej mnie do tomu w którym znajdowały się Orientales i Chants du Crépuscule. Przeklinałem młodego lokajczyka, że swojej wiosce uczynił dar z mego egzemplarza Feuilles d’Automne i posłałem go bezzwłocznie, aby mi kupił inny. Odczytałem te tomy od deski do deski i odzyskałem spokój aż wówczas kiedy nagle ujrzałem, oczekujące mnie w świetle w którem je skąpała pani de Guermantes, zacytowane przez nią wiersze. Dla wszystkich tych przyczyn, rozmowy z księżną Orianą podobne były do owych wiadomości, jakie czerpiemy w bibliotece pałacowej, przestarzałej, niekompletnej, niezdolnej nasycić inteligencję, pozbawionej prawie wszystkiego co lubimy, ale nastręczającej czasem jakąś ciekawą informację, nawet cytat pięknej stronicy której nie znaliśmy i którą radzi przypomnimy sobie później, wraz z myślą że jej poznanie zawdzięczamy wspaniałej pańskiej siedzibie. Wówczas, dzięki temu żeśmy znaleźli przedmowę Balzaka do Pustelni parmeńskiej lub niewydane listy Jouberta, gotowi jesteśmy przeceniać wartość życia któreśmy tam pędzili i o którego jałowości zapominamy naskutek tej gratki jednego wieczora.
Z tego punktu widzenia, o ile wielki świat nie mógł w pierwszej chwili odpowiedzieć temu czego oczekiwała moja wyobraźnia i miał tem samem uderzyć mnie zrazu nietyle różnicą, ale raczej swojem podobieństwem ze wszystkiemi innemi światami, mimo to objawił mi się on pomału jako coś bardzo odrębnego. Wielcy panowie, to są prawie jedyni ludzie, od których człowiek się uczy tyle co od chłopów; rozmowa ich bogaci się wszystkiem co dotyczy ziemi, dawnych siedzib, dawnych zwyczajów; — wszystkiem tem, czego świat pieniądza głęboko jest nieświadom. Przyjąwszy że najumiarkowańszy w swych poglądach arystokrata dogonił wreszcie epokę w której żyje, matka jego, wujowie, cioteczne babki, łączą go, kiedy wspomina swoje dzieciństwo, z tem, czem mogło być życie prawie nieznane dzisiaj. W śmiertelnym pokoju dzisiejszego nieboszczyka, pani de Guermantes zauważyłaby natychmiast wszystkie uchybienia zwyczajom, choćby ich nawet nie sformułowała. Raziło ją, gdy na pogrzebie widziała kobiety pomieszane z mężczyznami, gdy istnieje osobne nabożeństwo przeznaczone dla kobiet. Co się tyczy całunu, o którym Bloch myślałby że użytek jego ograniczony jest do pogrzebów (z powodu sznurów całunu, o których mówi się w sprawozdaniach z pogrzebów), pan de Guermantes przypomniałby sobie czas, gdy, będąc jeszcze dzieckiem, widział jak trzymano sznury przy ślubie pana de Mailly-Nesle. Podczas gdy Saint-Loup sprzedał swoje szacowne „drzewo genealogiczne“: stare portrety Bouillonów, listy Ludwika XIII, aby kupić obrazy Carrière’a i meble modern style, państwo de Guermantes (wiedzeni może uczuciem, w którem namiętna miłość sztuki grała mniejszą rolę i które mniej przynosiło im zaszczytu) zachowali swoje cudowne meble Boule’a, przedstawiające całość o ileż szacowniejszą dla artysty! Literat byłby również zachwycony ich rozmową, będącą dlań — bo zgłodniały nie potrzebuje drugiego zgłodniałego — żywym słownikiem wszystkich owych wyrażeń, które z każdym dniem coraz bardziej idą w zapomnienie; krawatów à la Saint-Joseph, dzieci Marji, etc. żyjących już tylko u tych, którzy chcą być miłymi i dobrowolnymi konserwatorami przeszłości. Przyjemność jakiej doznaje pośród nich — bardziej niż w towarzystwie innych literatów — pisarz, przyjemność ta nie jest bez niebezpieczeństwa, bo ów pisarz gotów jest uwierzyć, iż rzeczy minione mają czar same przez się; gotów jest przenieść je jako takie do swego utworu, martwego wówczas od urodzenia, wydzielającego nudę, w której autor się pociesza, mówiąc: „To ładne, bo to jest prawdziwe, tak właśnie się mówi“.
Owe arystokratyczne rozmowy miały zresztą u pani de Guermantes ten urok, że się toczyły w wybornej francuzczyźnie. Z tej racji uprawniały one wesołość księżnej wobec słów takich jak „ezoteryczny“, „kosmiczny“, „pityjski“, „hiperboliczny“, jakich używał Saint-Loup — tak samo jak wobec jego mebli od Binga.
Mimo to, opowiastki, które słyszałem u pani de Guermantes — bardzo różne od tego, co mogłem odczuć wobec krzaku głogów lub jedząc magdalenkę — były mi obce. Możnaby rzec, iż wszedłszy na chwilę we mnie i wziąwszy mnie w posiadanie jedynie fizyczne (ile że miały charakter socjalny a nie indywidualny) pragnęły corychlej wyjść ze mnie... Miotałem się w powozie jak pytonissa. Czekałem nowego obiadu, gdziebym sam mógł się stać rodzajem prinza Von..., pani de Guermantes, i opowiedzieć te historje. Na razie, wprawiały one w drżenie moje wargi, które szeptały je, i napróżno starałem się przytrzymać swoją myśl, zawrotnie unoszoną odśrodkową siłą. Toteż z gorączkową żądzą nie dźwigania już dłużej tego ciężaru samotnie w powozie, gdzie zresztą zastępowałem brak partnera mówiąc głośno sam do siebie, zadzwoniłem do bramy pana de Charlus. Długi monolog, w którym powtarzałem sobie wszystko com miał mu opowiedzieć (nie myśląc już prawie o tem, co on mnie mógłby mieć do powiedzenia) wypełnił mi cały czas pobytu w salonie, dokąd mnie lokaj wprowadził. Byłem zresztą zbyt wzruszony, aby cokolwiek widzieć. Tak bardzo potrzebowałem aby pan de Charlus wysłuchał opowiadań które mi pilno było wydzielić z siebie, żem odczuł gwałtowny zawód na myśl, że on może śpi i że będę musiał zawrócić do domu samotnie trawiąc swoje pijaństwo słów.
Spostrzegłem w istocie, że czekam już dwadzieścia pięć minut, że może mnie zapomniano w tym salonie, o którym, mimo tak długiego czekania, mógłbym conajwyżej powiedzieć że był olbrzymi, zielonkawy, i że były tam jakieś portrety. Potrzeba mówienia przeszkadza nietylko słyszeć ale widzieć; w tym wypadku wszelki brak zewnętrznego opisu jest już opisem stanu wewnętrznego. Miałem wyjść z salonu aby zawołać kogoś, a jeśli nikogo nie znajdę, odszukać drogę do przedpokoju i kazać sobie otworzyć, kiedy, właśnie w chwili kiedy wstałem i postąpiłem kilka kroków na mozaikowej posadzce, wszedł kamerdyner i z zakłopotaną miną oświadczył:
— Pan baron miał ważne sprawy, zajęty był aż do tej pory. Jeszcze kilka osób czeka na niego. Zrobię co w mojej mocy aby pan baron przyjął pana, kazałem już dwa razy telefonować do sekretarza.
— Nie, niech się pan nie trudzi; umówiłem się z panem baronem, ale już jest późno i skoro jest dziś zajęty, przyjdę innego dnia.
— Och, nie, niech pan nie odchodzi — wykrzyknął kamerdyner. — Pan baron mógłby się gniewać. Jeszcze raz spróbuję.
Przypomniałem sobie, com słyszał o służących pana de Charlus i o ich przywiązaniu do pana. Nie można było całkowicie powiedzieć o nim tego co o księciu de Conti, że stara się podobać tak samo lokajowi jak ministrowi, ale p. de Charlus tak dalece umiał zrobić ze swego najdrobniejszego żądania rodzaj łaski, że wieczorem, kiedy, przebiegłszy wzrokiem lokajów zebranych dokoła niego w pełnej szacunku odległości, powiedział: „Coignet, lichtarz!“ albo „Ducret, koszula!“ inni oddalali się mrucząc z zawiści, zazdrośni o tego, którego spotkało to wyróżnienie. Dwaj nawet, którzy się niecierpieli, próbowali nawzajem wydrzeć sobie łaski pana, nasuwając mu się pod najgłupszym pretekstem z usługą, w nadziei że im przypadnie tego wieczora lichtarz lub koszula. Jeżeli się zwrócił do którego z nich wprost z rzeczą nie należącą do jego obowiązków; co więcej, jeżeli w ogrodzie w zimie, wiedząc że któryś z jego stangretów jest zakatarzony, powiedział mu po upływie dziesięciu minut: „Nakryj głowę“, inni nie odzywali się do tego szczęśliwca przez dwa tygodnie, zazdroszcząc łaski jaka go spotkała.
Czekałem jeszcze dziesięć minut, poczem, poprosiwszy mnie żebym nie siedział zbyt długo, ponieważ pan baron jest zmęczony i musiał odprawić kilka bardzo ważnych osób zamówionych oddawna, wprowadzono mnie do niego. Ten ceremonjał dokoła pana de Charlus mniej robił na mnie wrażenie wielkości niż prostota jego brata Guermantes; ale już drzwi się otwarły, ujrzałem barona w chińskim szlafroku, z gołą szyją, wyciągniętego na kanapie. W tej samej chwili uderzył mnie widok błyszczącego cylindra spoczywającego na krześle wraz z futrem, tak jakby baron dopiero co wrócił do domu.
Lokaj wyszedł. Sądziłem, że pan de Charlus podejdzie do mnie. Bez żadnego ruchu, wlepił we mnie nieubłagane oczy. Zbliżyłem się, pozdrowiłem go; nie podał mi ręki, nie odpowiedział ani słowa, nie poprosił abym usiadł. Po chwili spytałem go, tak jakbym się spytał źle wychowanego lekarza, czy muszę koniecznie stać. Zrobiłem to bez złej intencji; ale wyraz zimnego gniewu na twarzy p. de Charlus stał się jeszcze groźniejszy. Nie wiedziałem zresztą, że u siebie na wsi, w zamku w Charlus, baron, który lubił się bawić w króla, miał zwyczaj po obiedzie rozkładać się na fotelu w palarni, pozwalając gościom stać dokoła siebie. Prosił jednego o ogień, drugiemu ofiarowywał cygaro, poczem, po upływie kilku chwil, mówił: „Ależ Argencourt, siadaj proszę, weź sobie krzesło, mój drogi, etc.“, umyślnie przedłużając ich stanie, jedynie aby pokazać, że to on im pozwala usiąść. „Siadaj pan na krześle Louis XIV“, — odparł z rozkazującą miną, raczej aby mnie oddalić od siebie, niż aby mi ofiarować krzesło. Siadłem na fotelu opodal. „A, to pan nazywa krzesłem Louis XIV! widzę że pan jest wykształcony“ — wykrzyknął drwiąco. Byłem tak zdumiony, że nie ruszyłem się, ani by odejść (tak jakby należało), ani aby się przesiąść, jak chciał baron.
— Mój panie — rzekł, ważąc każde wyrażenie i w najbardziej impertynenckich słowach dublując spółgłoski — rozmowa, której zgodziłem się panu udzielić na prośbę osoby nie życzącej sobie abym ją wymieniał, będzie końcowym punktem naszych stosunków. Nie będę panu ukrywał, żem się spodziewał czegoś lepszego; spaczyłbym może nawet znaczenie słów — czego, przez prosty szacunek dla samego siebie, nie powinno się czynić nawet z kimś, kto nie zna ich wartości — mówiąc panu, żem miał dla niego sympatję. Sądzę jednak, że „życzliwość“, w swoim sensie najoczywiściej protekcyjnym, nie przekraczałaby ani tego com odczuwał, ani tego co zamierzałem ujawnić. Zawiadomiłem pana tuż po swoim powrocie do Paryża, dałem panu znać jeszcze do Balbcc, że pan może liczyć na mnie...
Przypominając sobie scenę, po której pan de Charlus rozstał się ze mną w Balbec, zaprzeczyłem gestem.
— Jakto! — wykrzyknął z gniewem, i w istocie twarz barona, skurczona i blada, tak bardzo się różniła od jego zwyczajnej twarzy, jak morze, na którem, w burzliwy poranek, zamiast zwykłej promiennej powierzchni, ujrzymy tysiąc wężów spienionej śliny — pan twierdzisz, żeś nie otrzymał mego zlecenia — oświadczyn niemal — że pan ma o mnie pamiętać. Co zdobiło książkę, którą panu przesłałem?
— Bardzo ładny ornamencik — odparłem.
— A — odparł baron ze wzgardliwą miną — młodzi Francuzi nie tęgo znają arcydzieła swojego kraju. Coby się powiedziało o młodym berlińczyku, któryby nie znał Walkirji! Trzeba zresztą przypuszczać, że pan jesteś ślepy, skoroś mi mówił żeś spędził dwie godziny przed tem arcydziełem. Widzę, że pan się tak samo nie znasz na kwiatach jak na stylach; niech pan nie protestuje co do stylów — krzyknął baron tonem najwyższej wściekłości — pan nie wiesz nawet na czem siedzisz! Częstujesz swój zadek kozetką Directoire jako berżerką Louis XIV! Któregoś dnia weźmiesz pan kolana pani de Villeparisis za sedes i licho wie co na nie urządzisz. Podobnie nie poznałeś nawet w oprawie książki Bergotte’a ornamentu niezapominajek z kościoła w Balbec. Czy był jaśniejszy sposób powiedzenia panu: „Nie zapomnij o mnie!“.
Patrzałem na pana de Charlus. Niewątpliwie jego wspaniała i odpychająca głowa biła głowy wszystkich jego blizkich; możnaby rzec postarzały Apollo; ale zdawało się, że oliwkowa wątrobiana ciecz tryśnie z jego złych ust. Co się tyczy inteligencji, niepodobna zaprzeczyć, że, dzięki szerokiemu kątowi widzenia, ogarniała ona wiele rzeczy, które miały pozostać na zawsze nieznane księciu de Guermantes. Ale jakiemibądź pięknemi słowy baron barwił swoje nienawiści, czuło się, że nawet jeżeli w nich grała to obrażona duma, to zawiedziona miłość, uraza, sadyzm, przekora, idee fixe, człowiek ten jest zdolny zamordować kogoś i dowodzić potem całą siłą logiki, wymowy, że miał rację to uczynić i że mimo to przerasta o sto głów swego brata, bratową, etc. etc.
— Jak we Włócznikach Velasqueza — ciągnął — zwycięzca posuwa się ku temu, który jest najpokorniejszy (tak jak przystało wszelkiej szlachetnej istocie), tak ja czując się wszystkiem, gdy pan jesteś niczem, zrobiłem pierwszy krok ku panu. Odpowiedziałeś pan głupio na to, co nie mnie przystoi nazwać wielkością. Ale ja się nie dałem zniechęcić. Nasza religja głosi cierpliwość. Cierpliwość, jaką okazałem wobec pana, będzie mi policzona, mam nadzieję; i ów fakt, żem się tylko uśmiechnął z tego, co można było poczytać za impertynencję — o ile można mówić o impertynencji ze strony pana wobec kogoś, kto pana przerasta o tyle stóp. Ale dziś, młody panie, niema już mowy o tem wszystkiem. Poddałem pana próbie, którą jedyny wybitny człowiek naszego świata bardzo inteligentnie nazywa próbą nadmiaru uprzejmości, słusznie określając ją jako najstraszliwszą ze wszystkich, jedyną zdolną oddzielić ziarno od kąkolu. Nie wyrzucałbym nawet panu, żeś ją przeszedł bez powodzenia, bo rzadcy są ci co z niej wychodzą zwycięsko. Ale przynajmniej — i to jest konkluzja ostatnich słów, jakie zamienimy na ziemi — chcę być zabezpieczony od pańskich potwarczych urojeń.
Nie przyszło mi dotąd na myśl, że przyczyną gniewu pana de Charlus mogło być jakieś ujemne wyrażenie, które mu powtórzono; sięgałem do swejej pamięci: nie mówiłem o nim z nikim. Jakiś złośliwy język musiał coś zmyślić całkowicie. Zaręczyłem panu de Charlus, że nie mówiłem o nim absolutnie nic.
— Nie sądzę (dodałem), abym mógł pana pogniewać tem, żem powiedział pani de Guermantes, iż jesteśmy w przyjaźni.
Uśmiechnął się ze wzgardą, podniósł głos do najwyższych rejestrów, i tu biorąc łagodnie najostrzejszą i najbardziej arogancką nutę, rzekł wracając nadzwyczaj powoli do naturalnej intonacji, jakby oczarowany po drodze niezwykłością tej zstępującej gamy:
— Och, drogi panie, sądzę, że pan sam sobie czynisz krzywdę, obwiniając się, żeś powiedział iż jesteśmy „w przyjaźni“. Nie spodziewałem się wielkiej ścisłości słownictwa od kogoś, kto wziąłby łatwo mebel Chippendale za rokokową ambonę, ale ostatecznie, nie sądzę — dodał z coraz to bardziej drwiącą pieszczotą głosu, zakwitającą na jego ustach czarującym uśmiechem — nie sądzę, abyś pan powiedział — i wierzył — że jesteśmy w przyjaźni! Co do tego, żeś się pan pochwalił, iż byłeś mi przedstawiony, żeś rozmawiał ze mną, że mnie znasz trochę, żeś uzyskał niemal bez natręctwa nadzieję stania się kiedyś moim protegowanym, to uważam przeciwnie z pańskiej strony za bardzo naturalne i inteligentne. Znaczna różnica wieku między nami pozwala mi uznać bez ironji, że ta prezentacja, te rozmowy, ta mglista przynęta stosunków były dla pana, nie moją rzeczą jest powiedzieć zaszczytem, ale ostatecznie co najmniej korzyścią. Uważam, że głupstwo pańskie leży nie w tem żeś to rozgłosił, ale żeś tego nie umiał zachować. Dodam nawet — rzekł nagle przechodząc na chwilę z wyniosłego gniewu do słodyczy tak nasyconej smutkiem, iż myślałem że zacznie płakać — że kiedyś pan zostawił bez odpowiedzi propozycję jaką panu uczyniłem w Paryżu, wydało mi się to czemś tak niesłychanem ze strony pana, tak dobrze, zdawałoby się, wychowanego, z dobrej mieszczańskiej rodziny (jedynie przy tym przymiotniku głos jego zadrgał świstem impertynencji), że byłem gotów naiwnie uwierzyć we wszystkie bajeczki, które nie zdarzają się nigdy, w zgubione listy, w omyłki w adresie. Uznaję, że to była z mojej strony wielka naiwność, ale święty Bonawentura wolał raczej uwierzyć w to że wół może latać, niż w to że jego brat mógł skłamać. Ostatecznie, wszystko to jest skończone, propozycja nie nadała się panu, niema już o tem mowy. Zdaje się jedynie, że pan mógłbyś (tu doprawdy zadrgały łzy w głosie barona) napisać do mnie, bodaj przez szacunek dla mego wieku. Miałem dla pana na myśli rzeczy nieskończenie ponętne, których panu bynajmniej nie wyjawiłem. Wolałeś pan odmówić na nieznane — to pańska rzecz. Ale, powtarzam panu, zawsze można napisać. Ja, na pańskiem miejscu, a nawet na swojem, byłbym to zrobił. Wolę nawet z tego powodu swoje miejsce niż pańskie; mówię z tego powodu, ponieważ sądzę że wszystkie miejsca są równe, i więcej mam sympatji dla inteligentnego robotnika niż dla niejednego księcia. Ale mogę powiedzieć, że wolę swoje miejsce, bo wiem, że w całem swojem życiu, które zaczyna być dosyć długie, nigdy nie zrobiłem tego coś pan zrobił. (Głowa pana de Charlus odwróciła się w cieniu; nie wiem, czy z oczu jego spłynęły łzy, jak możnaby przypuszczać z głosu). Mówiłem, żem zrobił sto kroków ku panu; to miało ten skutek, żeś pan zrobił dwieście kroków wstecz. Teraz na mnie kolej oddalić się — i koniec znajomości! Nie zapamiętam pańskiego nazwiska, ale zapamiętam postępowanie, aby, w dniach kiedy byłbym skłonny przypuszczać, że ludzie mają serce, delikatność, lub że mają bodaj na tyle inteligencji aby nie wypuszczać szansy, nie łatwo powtarzającej się w życiu — aby sobie przypomnieć, że kto tak mniema ten szacuje ludzi zbyt wysoko. Nie, to żeś pan powiedział że mnie znasz, kiedy to była prawda — bo teraz przestanie być prawdą — mogę uznać jedynie za naturalne; uważam to za hołd, to znaczy za rzecz miłą. Na nieszczęście, gdzieindziej i w innych okolicznościach mówiłeś pan rzeczy zupełnie inne.
— Proszę pana, ja przysięgam, żem nie powiedział nic, coby pana mogło obrazić.
— A kto mu powiada, że ja jestem obrażony? — wykrzyknął baron wściekły, prostując się gwałtownie na szezlongu, na którym spoczywał dotąd nieruchomo, podczas gdy blade spienione węże jego twarzy kurczyły się, a głos stawał się naprzemian ostry lub poważny niby ogłuszająca i rozpętana burza. (Donośny głos, jakim mówił zazwyczaj, sprawiający że się ludzie na ulicy oglądali, zstokrotnił się nakształt forte, gdy zamiast na fortepianie, weźmie się je w orkiestrze i co więcej zmieni w fortissimo. Pan de Charlus ryczał.) Czy pan myśli, że jest w pańskiej mocy obrazić mnie? Nie wie pan, do kogo pan mówi? Czy pan myśli, że zatruta ślina pięciuset pańskich lilipucich przyjaciół — gdyby nawet stanęli jedni na drugich — zdołałaby dosięgać bodaj moich dostojnych stóp?
Od pewnej chwili chęć przekonania pana de Charlus, że nigdy nie mówiłem ani nie słyszałem o nim nic złego, ustąpiła szalonej wściekłości, wywołanej jego słowami, które, mojem zdaniem, dyktowała jedynie potworna pycha. Były może skutkiem, częściowo bodaj, owej pychy. Prawie wszystko inne płynęło z uczucia, którego jeszcze nie znałem; nie było zatem moją winą, żem go nie wziął w rachubę, Mógłbym conajwyżej, w braku tego nieznanego uczucia — gdybym pamiętał słowa pani de Guermantes — dumę barona zaprawić domieszką szaleństwa. Ale w tej chwili, szaleństwo nie przyszło mi nawet na myśl. Wedle mnie, była w panu de Charlus sama pycha, we mnie sama wściekłość. W chwili gdy pan de Charlus przestał na chwilę ryczeć, aby mówić o swoich „dostojnych stopach“, z majestatyczną miną, niemal wymiotując wzgardą na pokątnych oszczerców, wściekłość moja przestała już panować nad sobą. Czułem odruchową potrzebę walenia w coś, resztka zaś zastanowienia kazała mi szanować człowieka o tyle starszego odemnie, jak również — dla jej artystycznej wartości — niemiecką porcelanę, stojącą w pobliżu barona. Rzuciłem się na jego nowy cylinder, strąciłem go na ziemię, zdeptałem, siliłem się rozgnieść go zupełnie. Zerwałem rondo, przedarłem na pół główkę, nie zważając na krzyki pana de Charlus; poczem, przebiegłszy pokój, otwarłem drzwi. Ku memu zdumieniu, po obu stronach drzwi stali dwaj lokaje, którzy oddalili się wolno, aby się mogło zdawać, że znaleźli się tam jedynie przypadkiem. (Dowiedziałem się później ich nazwisk: jeden nazywał się Burnier, drugi Charmel.) Nie oszukało mnie ani na chwilę to tłumaczenie podsuwane mi ich niedbałym krokiem. Było nieprawdopodobne; trzy inne hipotezy wydały mi się wiarogodniejsze: jedna, że baron przyjmuje czasem gości, przeciw którym mógłby potrzebować pomocy (ale czemu?); uważa tedy za potrzebne mieć w pobliżu odsiecz. Druga, że zwabieni ciekawością, podsłuchiwali poprostu, nie przypuszczając abym wyszedł tak szybko. Trzecia, że cała scena, którą mi zrobił pan de Charlus, była przygotowana i odegrana; że sam polecił im aby słuchali, przez gust do teatralności, połączony może z jakiemś „nunc erudimini“, z którego każdy mógł wyciągnąć naukę.
Gniew mój nie uśmierzył gniewu barona, ale moje wyjście z pokoju najwyraźniej przejęło go szczerą boleścią. Odwołał mnie, kazał mnie zawrócić, i w końcu, jakby zapomniał, że przed chwilą, mówiąc o swoich „dostojnych stopach“, czynił mnie niejako świadkiem własnej deifikacji, pobiegł pędem, dopadł mnie w sieni i zagrodził sobą drzwi. „No, rzekł, nie bądź pan dzieckiem, wróć na minutę; kto mocno kocha, ten mocno karci, jeżeli więc pana skarciłem, to dlatego że pana bardzo kocham“.
Gniew mój opadł, puściłem mimo uszu słowo „karcić“ i udałem się za baronem, który, przywoławszy lokaja, kazał mu bez żadnej urazy zabrać strzępy cylindra, który zastąpiono innym.
— Jeżeli mi pan zechce zdradzić, kto mnie nikczemnie spotwarzył — rzekłem do pana de Charlus — zostaję, aby się dowiedzieć o tem i aby skarać szalbierza.
— Jakto, więc pan nie wie? Czy pan nie zachowuje w pamięci tego co pan mówi? Czy pan myśli, że osoby, które mi oddają tę usługę aby mnie ostrzec, nie proszą na wstępie o sekret? I czy pan myśli, że ja chybię sekretu temu, komu go przyrzekłem?
— Zatem nie może mi pan powiedzieć? spytałem, ostatni raz szukając w głowie (gdzie nie znajdywałem nikogo), komu mogłem coś mówić o panu de Charlus.
— Czyś pan nie słyszał, żem przyrzekł sekret swemu informatorowi — rzekł baron świszczącym głosem. Widzę, że ze skłonnością do ohydnego paplania łączy pan zwyczaj daremnych nalegań. Powinieneś pan bodaj umieć skorzystać z naszej ostatniej rozmowy i mówić poto aby coś powiedzieć, a nie kręcić się w kółko dokoła niczego.
— Panie baronie — rzekłem, cofając się — pan mnie znieważa; wobec tego, że mnie pan kilkakrotnie przewyższa wiekiem, jestem bezbronny, gra jest nierówna. Z drugiej strony, nie mogę pana, przekonać; przysiągłem panu, żem nic nie mówił.
— Zatem ja kłamię! — wykrzyknął straszliwym głosem, robiąc taki skok, że się znalazł o dwa kroki odemnie.
— Oszukano pana.
Wówczas słodkim, serdecznym, melancholijnym głosem, niby w owych symfoniach, granych bez pauzy między częściami, i gdzie lube idyliczne scherzo następuje po gromach pierwszego ustępu, baron rzekł niespodzianie:
— To bardzo możliwe. W zasadzie, powtórzone słowa rzadko bywają prawdziwe. To pańska wina, jeżeli, nie skorzystawszy ze sposobności widzenia mnie którą panu ofiarowałem, nie dał mi pan, zapomocą szczerych i codziennych słów stwarzających zaufanie, jedynej i stanowczej rękojmi przeciw słowu, które pana czyniło zdrajcą. W każdym razie — prawdziwe czy fałszywe — słowo to zrobiło swoje. Nie mogę się już wyzwolić z wrażenia, jakie na mnie sprawiło. I nie mogę nawet powiedzieć, że kto mocno kocha mocno karci, bo choć pana mocno skarciłem, nie kocham już pana.
Mówiąc to, baron zmusił mnie abym usiadł. Zadzwonił. Nowy lokaj wszedł do pokoju.
— Przynieś coś do picia i każ zaprzęgać.
Powiedziałem, że mi się nie chce pić, że jest późno i że mam zresztą swój powóz.
— Prawdopodobnie zapłacono go i odprawiono — rzekł baron; niech się pan tem nie zajmuje. Kazałem zaprzęgać, aby pana odwieziono... Jeżeli się pan boi, że jest za późno... mógłbym panu dać pokój tutaj...
Powiedziałem, że matka byłaby niespokojna.
— Och, tak, prawdziwe czy fałszywe, słowa zrobiły swoje. Moja nieco przedwczesna sympatja zakwitła zbyt rychło; i jak te jabłonie, o których pan tak poetycznie mówił w Balbec, nie wytrzymała pierwszego przymrozka.
Gdyby sympatja pana de Charlus wciąż była jeszcze żywa, baron nie mógłby postępować inaczej; powtarzając bowiem, że wszystko między nami skończone, zatrzymywał mnie, dawał mi pić, ofiarowywał nocleg i obiecywał mnie odesłać. Robił nawet wrażenie, że boi się chwili gdy się ma rozstać ze mną i zostać sam — owym rodzajem nerwowego lęku, jakiego jego bratowa i kuzynka Oriana doświadczała godzinę wprzódy, kiedy mnie zmuszała abym, został jeszcze trochę, z tą samą ulotną sympatją do mnie, z ta samą żądzą przedłużenia minuty.
— Na nieszczęście, dodał pan de Charlus, nie mam daru wskrzeszania tego co raz sczezło. Moja sympatja dla pana już umarła. Nic jej nie może wrócić życia. Sądzę, iż nie ubliżę samemu sobie, wyznając że jej żałuję. Czuję się zawsze trochę jak Booz Wiktora Hugo: „Jestem wdowiec, samotny, wieczór na mnie pada“.
Szedłem z baronem przez wielki zielony salon. Powiedziałem, na ślepo, że salon jest bardzo piękny. — Prawda? — odparł. Trzeba coś kochać. Boazerje rzeźbił Bagard. Dosyć ładnie, jak pan widzi, dostosowano je do krzeseł beauvais i do konsoli.. Uważa pan: powtarzają ten sam dekoracyjny motyw. Były już tylko dwie rezydencje, gdzie jest coś podobnego: Luwr i dom pana d’Hinnisdal. Ale oczywiście z chwilą gdym postanowił zamieszkać przy tej ulicy, znalazł się stary pałac Chimay, którego nikt nigdy nie widział, bo zjawił się tylko dla mnie. W sumie, to niezłe. Mogłoby zapewne być lepiej, ale ostatecznie — niezłe. Prawda, są tu ładne rzeczy; portrety moich wujów, króla polskiego i króla angielskiego, — Mignard. Ale co ja panu mówię, wie pan to równie dobrze jak ja, skoro pan czekał w tym salonie. Nie? A! widocznie wprowadzono pana do błękitnego salonu — rzekł tonem bądź pogardy dla mego braku ciekawości, bądź tonem osobistej wyższości, jakby się nie zatroszczył o to gdzie mi kazano czekać. O, w tym gabinecie są wszystkie kapelusze księżniczki Elżbiety, księżnej de Lamballe i Królowej. To pana nie interesuje; możnaby rzec, że pan nie widzi. Może pan jest dotknięty zanikiem nerwu optycznego. Jeżeli pan przekłada ten rodzaj piękności, oto Tęcza Turnera, która zaczyna błyszczeć między temi dwoma Rembrandtami na znak naszego pojednania. Słyszy pan: Beethoven przyłącza się do niej.
I w istocie rozległy się pierwsze akordy trzeciej części Symfonii pastoralnej, „radość po burzy“, wykonane nie daleko nas, z pewnością na pierwszem piętrze. Spytałem naiwnie, jakim cudem grają to tutaj i co to za muzykanci.
— Ha cóż? Nigdy nie wiadomo. To są harmonje niewidzialne. To ładne, prawda, rzekł tonem lekko impertynenckim, który jednak przypominał trochę wpływ i akcent Swanna. Ale pan troszczy się o to tyle co gęś o fiołki. Chce pan wracać do domu, choćbyś miał chybić szacunku Beethovenowi i mnie. Wydaje pan sam na siebie sąd i wyrok, dodał baron serdecznie i smutno, kiedy nadeszła chwila pożegnania. Daruje pan, że go nie odprowadzę, jakby grzeczność nakazywała. Pragnąc nie ujrzeć już pana nigdy, nie dbam o to, aby z nim spędzić jeszcze pięć minut. Zmęczony jestem i mam dużo do czynienia.
Jednakże, widząc że pogoda jest piękna, dodał: — Zresztą dobrze, odwiozę pana. Jest wspaniały księżyc, pojadę go oglądać do Lasku, skoro pana odstawię na miejsce. Jakto, pan się nie umie golić, nawet kiedy masz proszony obiad, przepuścił pan kilka włosów — rzekł baron, ujmując mój podbródek w dwa jakby namagnesowane palce, które, zawahawszy się chwilę, pobiegły ku moim uszom jak palce fryzjera. — Ha! to byłoby przyjemne oglądać ten „błękitny blask księżyca“ w Lasku z kimś takim jak pan — rzekł z nagłą i jakby mimowolną słodyczą, poczem smutno dodał: — Bo pan jest i tak bardzo miły, mógłby pan być milszy niż ktokolwiek, dodał dotykając po ojcowsku mego ramienia. Dawniej, muszę to panu powiedzieć, wydawał mi się pan bardzo nieciekawy.
Powinienem był pomyśleć, że wciąż mu się wydaję takim. Wystarczało mi przypomnieć sobie wściekłość, z jaką mówił do mnie niespełna przed pół godziną. Mimo to, miałem wrażenie, że p. de Charlus jest w tej chwili szczery, że jego dobre serce góruje nad tem, co mi się wydało stanem niemal szaleństwa z podejrzliwości i dumy. Powóz stał, a baron przedłużał jeszcze rozmowę.
— No, rzekł, niech pan siada; za pięć minut będziemy u pana. I powiemy sobie dobranoc, które położy kres, i to na zawsze, naszym stosunkom. A skoro się mamy rozstać na zawsze, lepiej żebyśmy to zrobili, jak w muzyce, na doskonałym akordzie.
Mimo tych uroczystych zapewnień że się nie ujrzymy nigdy, przysiągłbym, iż pan de Charlus, niekontent że się zapomniał przed chwilą i bojąc się że mi sprawił przykrość, chętnie ujrzał by mnie jeszcze raz. Nie myliłem się, bo po chwili rzekł:
— Haha, ale ja zapomniałem najważniejszego. Przez pamięć pańskiej drogiej babci, kazałem oprawić dla pana ciekawe wydanie pani de Sévigné. Drobiazg ten nie pozwala, aby to nasze spotkanie było ostatniem. Trzeba się pocieszyć świadomością że rzadko się w jednym dniu likwiduje zawikłane sprawy. Niech pan pomyśli, jak długo trwał kongres wiedeński.
— Ależ ja mógłbym posłać po to, nie trudząc pana — rzekłem uprzejmie.
— Będziesz ty cicho, głuptasie mały — odparł baron z gniewem; — wolałby pan oszczędzić sobie tej śmieszności, aby uważać za małą rzecz honor, iż będziesz prawdopodobnie przyjęty przezemnie (nie mówię napewno, bo może poprostu lokaj odda panu te książki).
Opamiętał się:
— Nie chcę się z panem rozstawać na tych słowach. Nie trzeba dysonansu przed wiekuistą ciszą akordu dominantowego.
Miałem wrażenie, że to dla własnych nerwów baron obawia się powrotu tuż po ostrych słowach zwady.
— Nie chciał pan przejechać się ze mną do Lasku — rzekł tonem nie pytającym lecz twierdzącym, i — jak mi się zdawało — nie dlatego że nie chciał mi tego zaofiarować, ale że jego miłość własna bała się odmowy.
— Więc tak — rzekł zwłócząc jeszcze: to chwila, kiedy, jak powiada Whistler, mieszczuchy wracają do domu (może baron chciał mnie wziąć na ambicję) a kiedy należy zacząć patrzeć. Ale pan nawet nie wie, co to jest Whistler.
Zmieniłem temat i spytałem, czy księżna Jena jest osobą inteligentną. Pan de Charlus zatrzymał mnie i rzekł tonem nieskończonej wzgardy:
— Och, drogi panie, robi pan aluzje do nomenklatury, z którą nie mam nic do czynienia. Jest może arystokracja u mieszkańców Taiti, ale przyznaję, że jej nie znam. Nazwisko, które pan wymówił, rozległo się jednak — szczególna rzecz — przed kilku dniami w moich uszach. Zapytano mnie, czybym się zgodził, aby mi przedstawiono młodego księcia de Guastalla. Pytanie zdziwiło mnie; książę de Guastalla nie potrzebuje mi się przedstawiać, z tej prostej racji, że jest moim kuzynem i że mnie zna od wieków. Jest to syn księżnej Parmy i jako bardzo dobrze wychowany młody krewny nigdy nie zaniedbuje przedłożyć mi swoich służb w dzień Nowego roku. Ale, po zasięgnięciu informacji, okazało się, że nie chodzi o mego krewniaka, ale o syna osoby którą pan właśnie wspomniał. Ponieważ nie istnieje księżna tego nazwiska, przypuszczałem, że chodzi o jakąś nędzarkę sypiającą pod mostem Jena, która przybrała malowniczo tytuł „księżnej Jena“, tak jak się mówi Pantera z Batignolles albo Król stali. Ale nie, chodziło o bogatą osobę, której bardzo piękne meble podziwiałem na wystawie; meble mające nad nazwiskiem posiadacza tę wyższość, że nie są fałszywe. Co do rzekomego księcia Guastalla, mógłby to być makler giełdowy mojego sekretarza: pieniądz daje tyle rzeczy! Ale nie, to Cesarz, zdaje się, zabawił się w to, aby dać tym ludziom tytuł, zgoła nie wakujący. Może to był dowód wszechpotęgi, albo ignorancji, albo złośliwości: bądź co bądź, uważam, że to był bardzo niemiły figiel spłatany mimowolnym uzurpatorom. Ale ostatecznie, nie mogę panu wyjaśnić tego wszystkiego, moja kompetencja kończy się na faubourg Saint-Germain, gdzie, pośród wszystkich Courvoisierów i Gallardonów, znajdzie pan, jeżeli pan zdoła się tam dostać, stare jędze jakby wyrwane z Balzaka, które pana zabawią. Oczywiście, to nie ma nic wspólnego z czarem księżnej Marji de Guermantes, ale bezemnie i bez mojego Sezamu, jej salon jest niedostępny.
— To podobno bardzo piękne, prawda proszę pana, pałac księżnej Marji de Guermantes.
— Och, to nie jest bardzo piękne. To jest najpiękniejsze w świecie; po samej księżnej Marji, oczywiście.
— Czy księżna Marja jest czemś więcej od księżnej Oriany?
— Och, to nie ma żadnego związku.
Trzeba zauważyć, że gdy ludzie światowi mają trochę wyobraźni, koronują i detronizują, wedle swoich sympatji i swoich uraz, osoby których sytuacja zdawała się najtrwalsza i najbardziej ustalona.
— Księżna Błażejowa de Guermantes (nie nazywając jej Orianą, baron chciał może stworzyć większą przepaść między nią a mną) jest urocza, wyższa ponad wszystko co pan może przeczuwać. Ale ostatecznie, ona jest czemś niewspółmiernem ze swoją kuzynką. Tamta reprezentuje ściśle to, co przekupki z Hal mogą widzieć w osobie księżnej Metternich, ale Mettemichowa myślała że to ona wylansowała Wagnera, dlatego że znała Wiktora Maurel. Księżna Marja, lub raczej jej matka, znała prawdziwego Wagnera. To jest urok, nie mówiąc o niezrównanej piękności tej kobiety. I choćby same ogrody Estery!
— Czy nie można ich zwiedzić?
— Alez nie, trzebaby być zaproszonym, a nie zapraszają nigdy nikogo bez mojej interwencji.
I cofając natychmiast wysuniętą na chwilę przynętę nadziei, baron podał mi rękę, bo przybyliśmy pod mój dom.
— Moja rola jest skończona, młody człowieku, dodam tylko tych kilka słów. Kto inny może ofiaruje panu pewnego dnia swoją sympatję, jak ja to uczyniłem. Obecny przykład niechaj panu po służy za naukę. Niech pan nie zrazi tego człowieka. Sympatja jest zawsze cenna. To, czego nie można zrobić w życiu samemu (bo są rzeczy, których nie można żądać, ani dokonać ich, ani pragnąć, ani dowiedzieć się samemu), można zrobić w kompanji, i na to nie potrzeba trzynastu, jak w powieści Balzaka, ani czterech, jak w Trzech Muszkieterach. Żegnam.
Baron musiał być zmęczony i widocznie wyrzekł się zamiaru oglądania księżyca, bo poprosił mnie, abym kazał stangretowi wracać. W tej samej chwili uczynił żywy ruch, jakby chciał coś zmienić. Ale ja już powtórzyłem rozkaz i aby się nie zapóźniać dłużej, zadzwoniłem do bramy, zapomniawszy, że miałem opowiedzieć panu de Charlus o cesarzu niemieckim, o generale Botha, rzeczy przed chwilą tak naglące ale przepłoszone nieoczekiwanem i piorunującem przyjęciem barona.
Za powrotem, ujrzałem na biurku list, który młody lokaj napisał do jednego ze swoich przyjaciół; widocznie zapomniał go na biurku. Od czasu jak nie było matki, służący ów nie cofał się przed żadną poufałością; zawiniłem niewątpliwie, odpłacając mu to i czytając list bez koperty, szeroko rozłożony i — co było mojem usprawiedliwieniem zapraszający mnie niejako do czytania.

„Drogi przyjacielu i kuzynie!
Mam nadzieję, że zdrowie twoje jest zawsze dobre i że tak samo miewa się cała twoja rodzinka, w szczególności mój młody chrześniak Józef, którego nie miałem jeszcze okoliczności poznać, ale którego wolę od was wszystkich jako swojego chrześniaka; relikwie serca też mają swe prochy, niech świętokradzka ich oszczędzi ręka. Zresztą, drogi przyjacielu i kuzynie, kto ci mówi, że jutro ty i twoja droga żona, a moja kuzynka Marja, nie będziecie oboje strąceni na dno morza niby majtek przywiązany do szczytu masztu, bo to życie jedynie mroczną jest doliną. Drogi przyjacielu, muszę ci powiedzieć, zdumienie twoje nie zdziwi mnie wcale, że oddaję się teraz namiejętnie poezji, bo trzeba przecie jakoś zabić czas. Toteż, drogi przyjacielu, nie bądź zanadto oburzony, że jeszcze nie odpowiedziałem na twój ostatni list; jeśli nie przebaczenie, przybądź zapomnienie. Jak wiesz, matka naszej pani zgasła w niewysłowionych cierpieniach które ją dość utrapiły, bo było do niej aż trzech lekarzy. Pogrzeb był piękny, bo wszystkie stosunki naszego pana przyszły tłumem, jak również kilku ministrów. Dwie godziny szło się na cmentarz, na co wszyscy szeroko otworzycie oczy w waszej wiosce, bo ze starą Michu z pewnością nie będzie takich ceregielów. Toteż moje życie będzie już tylko długiem łkaniem. Używam sobie co wlezie na motocyklu, na którym nauczyłem się świeżo jeździć. Cobyście powiedzieli, drodzy przyjaciele, gdybym tak przybył do was z błyskawiczną szybkością do Ecorces. Ale zamilczeć o tem nie będzie w mej mocy, bo pijaństwo niedoli nad rozum silniejsze. Bywam u księżnej de Guermantes, u osób których nazwiska nigdy nawet nie słyszałeś w naszej ciemnej krainie. Toteż z przyjemnością przyślę wam książki Racine’a, Wiktora Hugo, Wybór pism Chenedolle’a, Alfreda de Musset, bo chciałbym ziemię co mi dała życie wyleczyć z ciemnoty, która wiedzie nieuchronnie do zbrodni. Nie mam ci już nic do powiedzenia, i posyłam ci, jako pelikan, długą zmęczony podróżą, moje pozdrowienia, zarówno jak twojej żonie, memu chrześniakowi i twojej siostrze Róży. Oby można było nie rzec o niej: I różą będąc, żyła ile żyją róże, jak powiedzieli Wiktor Hugo, sonet Arversa, Alfred de Musset, wszyscy ci wielcy geniusze, którzy z tego powodu zginęli w płomieniach stosu jak Joanna d’Arc. Oczekuję twojej najbliższej wieści, przyjm me całunki jak całunki brata.

Perigot (Józef).“

Przyciąga nas wszelkie życie ukazujące nam coś nieznanego, ostatnie złudzenie. Mimo to, tajemnicze słowa, któremi pan de Charlus rozpalił moją wyobraźnię dla księżnej Marji de Guermantes jako istoty nadzwyczajnej i różnej od wszystkiego co znałem, nie wystarczają aby wytłumaczyć moje zdumienie — po którem rychło nastąpiła obawa, żem padł ofiarą czyjegoś figla, zmierzającego ku temu, aby mnie wyrzucono za drzwi z domu, gdziebym się zjawił bez zaproszenia — kiedy, mniej więcej w dwa miesiące po owym obiedzie u księżnej Oriany i kiedy księżna Oriana była w Cannes, otwarłszy kopertę, nie mającą z pozoru nic nadzwyczajnego, wyczytałem na karcie te słowa:

Księżna Marja de Guermantes, z domu księżniczka bawarska, będzie u siebie w domu dnia etc.

Bez wątpienia, być zaproszonym do księżnej Marji nie było może ze światowego punktu widzenia czemś trudniejszem niż być na obiedzie u księżnej Oriany, a moje słabe wiadomości heraldyczne pouczyły mnie, że tytuł prince nie jest wyższy od tytułu duc[3]. Następnie, powiadałem sobie, że inteligencja kobiety światowej nie może tak dalece różnić się gatunkiem od inteligencji innych kobiet światowych jak to utrzymywał pan de Charlus, ani od wszelkich kobiet w ogólności. Ale moja wyobraźnia, podobna do Elstira w trakcie oddawania efektu perspektywy, bez uwzględnienia wiadomości z fizyki, które mógł skądnikąd posiadać, malowała mi nie to com wiedział, ale to co ona widziała; to co ona widziała, to znaczy co jej ukazywało nazwisko. Otóż, nawet kiedy nie znałem diuszessy Oriany, nazwisko Guermantes, poprzedzone tytułem princesse, niby nuta, kolor albo cyfra (głęboko zróżnicowane od otaczających walorów przez właściwy im matematyczny lub estetyczny „znak“), budziło we mnie zawsze coś całkiem odmiennego. Przy tym tytule, człowiek odnajduje się zwłaszcza w pamiętnikach z czasów Ludwika XIII i Ludwika XIV, dworu angielskiego, królowej szkockiej, księżnej d’Aumale; wyobrażałem sobie pałac księżnej Marji mniej lub więcej odwiedzany przez księżnę de Longueville i przez wielkiego Kondeusza, których obecność czyniła mało prawdopodobnem abym się tam dostał kiedy.
Wogóle, to co mi powiedział pan de Charlus, podcięło niby biczem moją wyobraźnię; pozwalając jej zapomnieć, jak bardzo rzeczywistość rozczarowała ją u pani de Guermantes (z nazwiskami osób jest jak z nazwami miejscowości), baron pchnął tę wyobraźnię w stronę księżnej Marji. Zresztą, jeżeli pan de Charlus oszukał mnie na jakiś czas co do urojonych wartości i odmian ludzi światowych, to jedynie dlatego, żem sam się łudził w tej mierze. Może tak było dlatego, że baron nic nie robił, nie pisał, nie malował, nie czytał nawet nic w sposób poważny i głębszy. Że jednak przerastał o kilka stopni ludzi światowych, tedy, mimo iż czerpał treść rozmowy z nich i ich obrazu, nie rozumiano go. Mówiąc jako artysta, mógł co najwyżej wydobyć zwodniczy urok światowców. Ale mógł go wydobyć jedynie dla artystów, dla których baron mógłby być tem co ren dla Eskimosów: szacowne to zwierzę wyrywa dla nich na jałowych skałach porosty, mchy, których nie umieliby odkryć ani spożytkować, ale które, przeżute przez rena, stają się dla mieszkańców dalekiej Północy posilnym pokarmem.
Dodam do tego, że obrazy wielkiego świata, jakie kreślił pan de Charlus, nabierały wiele życia dzięki pomieszaniu jego wściekłych nienawiści i jego żarliwych sympatyj. Nienawiści kierowały się zwłaszcza przeciw młodym ludziom, adorację budziły szczególniej niektóre kobiety.
O ile pan de Charlus pomieścił pośród nich księżnę Marję de Guermantes na najwyższym tronie, o tyle tajemnicze jego słowa o „nie dostępnym pałacu Aladyna“, w jakim mieszka jego kuzynka, nie wystarczają aby wytłumaczyć moje zdumienie.
Mimo tego, co w takich sztucznych powiększeniach zależne jest od rozmaitych subjektywnych punktów widzenia (do czego jeszcze powrócę), faktem jest, że przecież istnieje we wszystkich tych istotach jakaś przedmiotowa rzeczywistość, a tem samem różnice między niemi.
W jaki sposób zresztą mogłoby być inaczej? Ludzkość, z którą obcujemy i która tak mało podobna jest do naszych marzeń, jest jednak ta sama, którą widzieliśmy w pamiętnikach, w listach wybitnych ludzi i którą pragnęliśmy poznać. Najzupełniej nieznaczący starzec, z którym sąsiadujemy przy obiedzie, jest tym, który — jak to czytaliśmy ze wzruszeniem w książce o wojnie r. 1870 — napisał ów dumny list do księcia Fryderyka-Karola. Nudzimy się przy obiedzie, bo wygnano zeń wyobraźnię, a bawi nas książka, bo wyobraźnia dotrzymuje nam w niej towarzystwa. Ale i tu i tam chodzi o te same osoby. Lubilibyśmy znać panią de Pompadour, która popierała tak skutecznie sztukę, ale znudzilibyśmy się z nią tak samo jak z nowoczesnemi Egerjami, do których nie możemy się wybrać z ponowną wizytą, tak są nieciekawe.
Mimo to, faktem jest, że te różnice istnieją. Ludzie nigdy nie są całkiem jednakowi; ich sposób odnoszenia się do nas — przy równej, aby tak rzec, życzliwości — zdradza różnice, które w ostatecznym rachunku wyrównują się. Kiedym poznał panią de Montmorency, lubiła mi mówić rzeczy nieprzyjemne; ale kiedy potrzebowałem jakiej przysługi, wówczas, aby mi ją wyświadczyć, rzucała na szalę wszystkie swoje wpływy, nie oszczędzając niczego. Podczas gdy inna dama, jak np. pani de Guermantes, nie chciała mi nigdy zrobić przykrości, mówiła o mnie jedynie to coby mi mogło sprawić przyjemność, zasypywała mnie wszystkiemi uprzejmościami stanowiącemi duchowe bogactwo Guermantów, ale gdybym ją poprosił o cokolwiek poza tem wszystkiem, nie zrobiłaby dla mnie ani kroku, jak w owych pałacach, gdzie gość ma do swojego rozporządzenia samochód, kamerdynera, ale gdzie niepodobna uzyskać szklanki jabłecznika nie przewidzianej programem. Kto był moją prawdziwą przyjaciółką; czy pani de Montmorency, tak rada zawsze ilekroć mogła mnie drasnąć a zawsze gotowa mi usłużyć, czy pani de Guermantes, odczuwająca dotkliwie najmniejszą przykrość jaką mi ktoś zrobił a niezdolna do najmniejszego wysiłku aby mi być użyteczną? Z drugiej strony, powiadano, że księźna Oriana mówi jedynie o błahostkach, a kuzynka jej, przy inteligencji zupełnie miernej, o rzeczach zawsze interesujących. Formy intelektu są tak rozmaite, tak sprzeczne, nie tylko w literaturze ale w „świecie“, że nie sami Baudelaire i Mérimée mają prawo gardzić sobą wzajem. Właściwości te tworzą w każdej osobie całokształt spojrzeń, rozmów, czynów, tak zwarty, tak despotyczny, że kiedy jesteśmy w ich towarzystwie, całość ta wydaje się nam czemś wyższem od wszystkiego innego. U pani de Guermantes, słowa jej, wyprowadzone niby teoremat z jej umysłowości, wydawały mi się jedynie właściwe w danej chwili. I byłem w gruncie jej zdania, kiedy mi mówiła, że pani de Montmorency jest głupia i że ma umysł otwarty na wszystkie rzeczy których nie rozumie, lub kiedy, dowiadując się o jakiejś jej złośliwości, księżna mówiła: „Pan ją nazywa dobrem stworzeniem, dla mnie to jest potwór“. Ale ta tyrania rzeczywistości jaką mamy przed sobą, ta oczywistość lampy, przy której odległa już jutrzenka blednie jak proste wspomnienie, znikały, kiedy byłem daleko od pani de Guermantes i kiedy inna dama mówiła mi, stawiając się na równej stopie ze mną i sądząc księżnę jako coś będącego o wiele poniżej nas: „Oriana nie interesuje się w gruncie rzeczy niczem ani nikim“, a nawet (co w rozmowie z panią de Guermantes zdawałoby się niepodobne do wiary, tak bardzo ona sama głosiła rzecz przeciwną): „Oriana jest snob“. Ponieważ żadna matematyka nie pozwala zmienić pani d’Arpajon i pani de Montpensier w jednolite wartości, niepodobnaby mi odpowiedzieć, gdyby mnie spytano, która z nich wydaje mi się wartościowsza.
Otóż, pomiędzy swoistemi rysami salonu księżnej Marji de Guennantes, najpowszechniej cytowano pewien ekskluzywizm, wynikający po części z królewskiego urodzenia księżnej, a zwłaszcza z kopalnych niemal arystokratycznych przesądów księcia Gilberta, przesądów z których księstwo Błażejowie nieraz żartowali przedemną, a które, rzecz prosta, musiały mi czynić czemś jeszcze nieprawdopodobniejszem owo zaproszenie. Mnieby miał zaprosić człowiek, dla którego istniały jedynie królewskie i książęce Wysokości! Trzeba wiedzieć, że książę Gilbert przy każdym obiedzie robił scenę, ponieważ nie dano mu przy stole miejsca, do którego miałby prawo za Ludwika XIV; — miejsca, które, dzięki swojej nadzwyczajnej erudycji w kweestjach historji i genealogji, znał on jeden. Z tej przyczyny, wielu ludzi z towarzystwa rozstrzygało na korzyść księstwa Błażejów różnice, dzielące ich od ich kuzynostwa. „Księstwo Błażejowie są o wiele bardziej nowocześni, inteligentniejsi, nie zajmują się, jak tamci, wyłącznie liczbą pokoleń, ich salon wyprzedza o trzysta lat salon ich kuzyna“, to były potoczne zdania, których wspomnienie przejmowało mnie teraz dreszczem, kiedym patrzał na owo zaproszenie, mające w tem świetle o wiele więcej szans że mi je przesłał jakiś kawalarz.
Gdyby jeszcze księstwo Błażejowie nie byli w Cannes, spróbowałbym się dowiedzieć przez nich, czy otrzymane zaproszenie jest prawdziwe. Wątpliwość moja nie wynikała nawet (jak sobie pochlebiałem przez chwilę) z uczucia, które byłoby obce człowiekowi światowemu i które tem samem literat, choćby pozatem należał do kasty światowców, powinienby odtworzyć, aby być całkowicie „objektywnym“ i odmalować każdą klasę odmiennie. Niedawno w istocie znalazłem w uroczym tomie pamiętników niepewności analogiczne do tych, w jakie mnie wpędziło zaproszenie księżnej Marji. „Jerzy i ja (albo Hély i ja, nie mam pod ręką książki aby sprawdzić) płonęliśmy tak bardzo chęcią dostania się do salonu pani Delessert, że otrzymawszy zaprosznie, uważaliśmy za ostrożniejsze upewnić się, każdy na swoją rękę, czyśmy nie padli ofiarą jakiego figla“. Otóż, piszący te słowa jest nie kim innym tylko hrabią d’Haussonville (później zięciem księcia de Broglie), a drugi młody człowiek, który na „swoją rękę“ upewnia się czy się nie stał igraszką mistyfikacji, to jest — wedle tego czy się nazywa Jerzy czy Hély — jeden z dwóch nierozłącznych przyjaciół pana d’Haussonville, pan d’Harcourt albo książę de Chalais.
W dniu w którym miał się odbyć wieczór u księżnej Marji, dowiedziałem się, że księstwo Błażejowie przybyli wczoraj do Paryża. Bal księżnej Marji nie byłby ich ściągnął, ale jeden z ich krewnych był bardzo chory, a przy tem księciu zależało wielce na jakiejś reducie, która się odbywała tej nocy. On sam miał się tam zjawić jako Ludwik XI, a żona jego jako Izabela Bawarska. Postanowiłem wybrać się do nich rano. Ale księstwo, wyszedłszy wcześnie, jeszcze nie wrócili; czyhałem zrazu z saloniku, który mi się wydał dobrem obserwatorjum, na powrót powozu. W rzeczywistości źle wybrałem swoją placówkę, skąd ledwie widziałem nasz dziedziniec, oglądając w zamian inne dziedzińce, co, mimo iż pozbawione pożytku, rozerwało mnie na chwilę. Nietylko w Wenecji ma się owe widoki na kilka domów naraz, które skusiły tylu malarzy, ale i w Paryżu. Nie jest to przypadek że wspominam tu Wenecję. Jej dzielnice ubogich przywodzą mi na myśl niektóre ubogie dzielnice paryskie, z ich wysokiemi rozszerzającemi się kominami, którym ranne słońce daje tak żywo różowe i czerwone tony; to cały ogród, kwitnący ponad domami i kwitnący w odcieniach tak rozmaitych, iż możnaby rzec, że nad miastem wznosi się ogród jakiegoś miłośnika tulipanów z Delft czy z Harlemu. Zresztą, nadzwyczajna bliskość domów, których okna wychodzą na wspólny dziedziniec, zmienia każde okno w obraz, gdzie kucharka marzy spoglądając w dół, gdzie nieco dalej młodej dziewczynie czesze włosy stara kobieta z twarzą czarownicy, ledwie dającą się rozróżnić w mroku; i tak, każdy dziedziniec, tłumiąc hałas swojem oddaleniem, pozwalając oglądać milczące gesty w prostokącie umieszczonym pod szkłem zamkniętego okna, tworzy dla sąsiada wystawę stu zawieszonych obok siebie holenderskich obrazów.
Zapewne, z pałacu Guermantes nie miało się widoków tego samego typu, ale też miało się ciekawe, zwłaszcza z osobliwego punktu trygonometrycznego gdzie się ulokowałem i gdzie nie zatrzymywało nic oka aż do odległych wyżów, które tworzyły nieokreślone tereny, poprzedzające swoim bystrym spadkiem pałac księżnej Sylistrji i margrabiny de Plassac, wielce szlachetnych krewniaczek pana de Guermantes, których zresztą nie znałem. Aż do tego pałacu (należącego do ich ojca, pana de Brequigny), nic — tylko nie wysokie, obrócone w najrozmaitszych kierunkach budynki, które, nie zatrzymując wzroku, przedłużały odległość swojemi skośnemi płaszczyznami. Kryta czerwoną dachówką wieżyczka remizy, gdzie margrabia de Frécourt trzymał powozy, kończyła się iglicą wyższą, ale tak cienką, że nie zasłaniała nic i przywodziła na myśl ładne dawne budowle szwajcarskie, które strzelają w górę samotne u stóp gór. Wszystkie te niepewne i rozbieżne punkty, na których odpoczywało oko, oddalały — bardziej niż gdyby go od nas dzieliło kilka ulic i mnogie przypory — pałac pani de Plassac, w istocie dość bliski, ale pozornie odległy niby krajobraz alpejski. Kiedy jego szerokie kwadratowe okna, rozelśnione słońcem niby płat miki, otworzono dla sprzątania, wówczas widząc na różnych piętrach niewyraźnych lokajów trzepiących dywany, można było znaleźć tę samą przyjemność co oglądając na obrazie Turnera lub Elstira podróżnego w dyliżansie lub przewodnika na rozmaitych stopniach wysokości św. Gotarda. Ale groziło mi, że z punktu, gdzie się ulokowałem, mógłbym nie zobaczyć wracających państwa de Guermantes; tak iż, kiedy popołudniu zdołałem wrócić na czaty, umieściłem się poprostu na schodach, skąd miałem oko na wylot wjazdowej bramy. Na tych schodach przycupnąłem, mimo że nie mogłem tam podziwiać alpejskich piękności pałacu pana de Brequigny, tak olśniewających z ich mikroskopijnymi z powodu odległości a sprzątającymi w tej chwili lokajami.
Otóż to czekanie na schodach miało mieć dla mnie następstwa tak doniosłe, miało mi odsłonić tak ważny krajobraz już nie turnerowski ale moralny, że wolę opóźnić relację o tem o parę chwil, poprzedzając ją wizytą u Guermantów, kiedym się dowiedział że księstwo wrócili.
Książę Błażej przyjął mnie sam w bibljotece. W chwili gdym wchodził, wyszedł stamtąd mały człowieczek z włosami całkiem białemi, z niepoczesną miną, w czarnym „motylku“, takim jakie nosili rejent w Combray i niektórzy przyjaciele mojego dziadka. Człowieczek ów, niepozomy i nieśmiały, skłonił mi się głęboko kilka razy, nie chcąc wyjść aż ja wejdę. Książę krzyknął mu z bibljoteki coś czego nie zrozumiałem, tamten zaś odpowiedział nowemi ukłonami skierowanemi do ściany, bo książę nie mógł go widzieć, mimo to powtarzanemi bez końca, jak owe zbyteczne uśmiechy ludzi rozmawiających przez telefon. Mówił dyszkantem; odkłonił mi się jeszcze raz z uniżonością totumfackiego. Mógł to być zresztą jakiś plenipotent z Combray, tak dalece miał ową prowincjonalną minę drobnych ludzi, skromnych tamtejszych starców.
— Zaraz zobaczy pan Orianę — rzekł książę, kiedy wszedłem. Swann ma przyjść za chwilę przynieść jej odbitki swojego studjum o monetach zakonu maltańskiego i, co gorsza, olbrzymią fotografję, gdzie kazał odbić dwie strony tych monet; teteż Oriana wolała ubrać się najpierw, aby móc z nim być aż do pery obiadu. Jesteśmy już tak zawaleni gratami, że nie wiemy gdzie je chować; pytam sam siebie, gdzie my wpakujemy tę fotografję? Ale mam żonę nazbyt uprzejmą, która zanadto lubi robić przyjemność. Myślała, że to będzie milusie z jej strony prosić Swanna o pokazanie jej wszystkich tych wielkich mistrzów Zakonu, których medale znalazł na Rodos. Bo ja mówiłem panu: Malta, a to jest Rodos; ale to jest ten sam zakon św. Jana z Jerozolimy. W gruncie rzeczy, ona się tem interesuje jedynie dlatego, że Swann się tem zajmuje. Nasza rodzina jest bardzo wmieszana w całą tę historję; nawet dziś jeszcze, mój brat, którego pan zna, jest jednym z najwyższych dygnitarzy zakonu maltańskiego, Ale gdybym ja mówiło tem wszystkiem Orianie, nawet by mnie nie słuchała. W zamian za to, wystarczyło, aby poszukiwania Swanna co do Templarjuszy (niesłychana jest ta pasja ludzi jednej religji de studjowania religji drugich!) zawiodły go do historji kawalerów rodyjskich, spadkobierców Templarjuszów, a już Oriana z punktu ciekawa jest gąb tych kawalerów! To byli bardzo mali chłoptasie obok takich Lusignanów, królów Cypru, od których my pochodzimy w prostej linji. Ale jak dotąd Swann się nimi nie zajmował; toteż Oriana nie chce nic wiedzieć o Lusignanach.
Nie mogłem odrazu powiedzieć księciu po co przyszedłem. Kilka krewniaczek lub przyjaciółek, jak księżna Sylistrji i księżna de Montrose, zaszło z wizytą do pani de Guermantes, która często przyjmowała przed obiadem, a nie zastawszy jej, wstąpiły na chwilę do księcia. Pierwsza z tych dam (księżna Sylistrji), ubrana z wielką prostotą, sucha ale z miną dość uprzejmą, trzymała w ręce laskę. Bałem się zrazu, czy nie jest ranna lub kaleka. Przeciwnie, była bardzo zwinna. Ze smutkiem mówiła księciu o jakimś jego bliskim kuzynie — nie od strony Guermantów, ale jeszcze świetniejszym, o ile to było możliwe — którego zdrowie, bardzo zagrożone od pewnego czasu, pogorszyło się nagle. Ale widoczne było, iż książę, współczując z losem swego krewniaka i powtarzając „Biedny Mama! to taki dobry chłopiec“, skłania się ku optymistycznej djagnozie. W istocie, obiad, na który się książę wybierał, bawił go; wielki wieczór u księżnej Marji nie nudził go również; ale zwłaszcza o pierwszej w nocy miał z żoną iść na wielką kolację i na bal kostjumowy: kostjumy Ludwika XI dla księcia, a Izabeli bawarskiej dla księżnej były już gotowe. I książę nie miał ochoty, aby cierpienie dobrego Amaniana d’Osmond zmąciło mu te wszystkie fety.
Dwie inne damy z laską, pani de Plassac i pani de Tresmes, obie córki hrabiego de Brequigny, zaszły następnie do Błażeja i oświadczyły, że stan kuzyna nie zostawia już żadnej nadziei. Wzruszywszy ramionami i chcąc odmienić rozmowę, książę spytał ich, czy idą wieczór do księżnej Marji. Odpowiedziały że nie, z powodu Amaniana, który jest konający; odprosiły się nawet z obiadu, na który szedł książę i którego uczestników wyliczyły mu: brat króla Teodozjusza, infantka Marja Annunziata etc. Ponieważ margrabia d’Osmond był ich krewnym w dalszym stopniu niż Błażeja, abstynencja ich wydała się księciu pośrednią krytyką jego postępowania. Toteż mimo że zstąpiły z wyżyn pałacu Brequigny aby zobaczyć księżnę (lub raczej aby jej oznajmić niepokojący stan kuzyna, nie dający się pogodzić ze światowemi uciechami), nie zostały długo. Uzbrojone w kije alpejskie, Walpurga i Dorota (takie były imiona dwóch sióstr) ruszyły stromą drogą na swoją górę. Nigdy nie przyszło mi na myśl spytać państwa de Guermantes, co oznaczały te laski, tak częste w pewnej koterji faubourg Saint-Germain. Może uważając całą parafję za swoją dziedzinę a nie lubiąc brać fiakrów, damy te robiły dalekie kursy, w których jakieś dawne złamanie nogi, wynikłe z nadużycia polowań i upadków z konia, lub poprostu reumatyzmy pochodzące z wilgoci „lewego brzegu“ i starych pałaców, zmuszały je do użytku laski. A może, nie zamierzając wyprawy tak dalekiej, zeszedłszy jedynie do ogrodu (niezbyt odległego od ogrodu księżnej Oriany) aby zerwać trochę owoców na kompot, zaszły powiedzieć dobranoc pani de Guermantes, nie przynosząc bądźcobądź z sobą sekatora ani polewaczki.
Książę zdawał się wzruszony tem, żem przybiegł do nich w sam dzień ich powrotu. Ale twarz jego zachmurzyła się, kiedym oznajmił, że przychodzę spytać księżnej, czy jej kuzynka naprawdę mnie zaprosiła. Dotknąłem jednej z usług, jakich państwo de Guermantes nie lubili oddawać. Książę oświadczył że jest za późno, że w razie gdyby księżna Marja nie przesłała mi zaproszenia, wyglądałoby że się przymawiam o nie; już raz (po wiedział książę) kuzynostwo odmówili mu tego; toteż nie chce w żadnej mierze, aby się wydawało że on się miesza do listy ich gości, że się „wtrąca“; a wreszcie nie wie nawet, czy on i jego żona, mając proszony obiad, nie wrócą zaraz potem do siebie, w którym to wypadku, wobec pominięcia rautu księżnej Marji, najlepszą wymówką byłoby ukryć swój powrót do Paryża; gdyby nie to, niechybnie pospieszyłby wyjaśnić moją sprawę, pisząc do niej słówko lub telefonując, z pewnością zresztą zapóźno, bo najprawdopodobniej lista gości musi być już zamknięta. „Nie zaszło nic między wami?“ rzekł książę z podejrzliwą miną, bo Guermantowie boją się zawsze i tego aby nie być au courant ostatnich nieporozumień, i tego aby ktoś nie szukał pojednania ich kosztem. Książę miał zwyczaj brać na siebie wszystkie decyzje, które mogły mu się wydawać nie zbyt przyjemne: „Wie pan co, drogi panie — rzekł nagle, jakby ta myśl przyszła mu niespodzianie do głowy — mam ochotę wcale nawet nie wspominać Orianie, że mi pan o tem mówił. Pan wie, jaka ona jest uprzejma; co więcej, ona pana niezmiernie lubi, chciałaby, mimo wszystko cobym jej mógł powiedzieć, pisać do kuzynki; tem samem, gdyby była zmęczona po obiedzie, nie będzie już wymówki, będzie musiała iść na raut. Nie, stanowczo, nie powiem jej nic. Zresztą zobaczy ją pan za chwilę. Ani słowa o tem, proszę. Jeżeli się pan zdecyduje iść na raut, nie potrzebuję mówić, jak nam będzie miło spędzić wieczór razem.
Względy ludzkości są nazbyt święte, aby ten, wobec którego się ich wzywa, nie skłonił się przed niemi — wierząc lub nie wierząc w ich szczerość; nie chciałem ani na chwilę robić wrażenia człowieka, który kładzie na szali swoje zaproszenie naprzeciw zmęczenia pani de Guermantes; przyrzekłem tedy nie wspomnieć księżnej o celu mojej wizyty, ściśle tak, jakbym wziął za dobrą monetę komedyjkę odegraną przez pana de Guermantes. Spytałem księcia, czy sądzi iż mogę spotkać u księżnej Marji panią de Stermaria.
— Chyba nie — odparł z miną znawcy; znam nazwisko które pan wymienia, bo widuję je czasem w rocznikach klubów; to nie jest zupełnie typ osób bywających u Gilberta. Spotka pan tam jedynie ludzi nadzwyczaj dystyngowanych i bardzo nudnych, jakieś tytuły które się miało za wygasłe a które wydobyto na tę okazję, wszystkich ambasadorów, dużo Koburgów, zagraniczne altessy, ale niech się pan nie spodziewa ani cienia Stermaria. Gilbert rozchorowałby się od samego takiego przypuszczenia! O, pan kocha malarstwo, muszę panu pokazać wspaniały obraz, który kupiłem od mego kuzyna, po części w drodze wymiany za Elstiry, których stanowczo nie lubimy. Sprzedano mi go jako Filipa de Champagne, ale ja sądzę, że to jest jeszcze coś więcej. Mam panu zdradzić moją myśl? myślę, że to jest Velasquez i to z najlepszej epoki — rzekł książę, patrząc mi w oczy, czy aby poznać może wrażenie, czy aby je wzmocnić.
Wszedł lokaj.
— Księżna pani każe spytać księcia pana, czy książę zechce przyjąć pana Swann, bo księżna pani jest jeszcze nie gotowa.
— Wprowadź pana Swann — rzekł książę spojrzawszy na zegarek i sprawdziwszy że jeszcze ma kilka minut, zanim się pójdzie ubierać. Oczywiście, żona, zamówiwszy go na tę godzinę, jest nie gotowa! Niema potrzeby mówić przy Swannie o tym wieczorze u Marji Gilbertowej — rzekł książę. Nie wiem, czy on jest zaproszony. Gilbert bardzo go lubi, bo myśli, że on jest naturalnym wnukiem księcia de Berri, to cała historja! (Inaczej, niech pan pomyśli! mój kuzyn dostaje ataku, kiedy widzi Żyda o sto kroków!) Ale teraz to się komplikuje sprawą Dreyfusa; Swann mógłby chyba zrozumieć, że bardziej niż ktokolwiek powinienby przeciąć wszystkie kontrakty z tymi ludźmi; otóż, wręcz przeciwnie, on wygaduje niesłychane rzeczy.
Książę przywołał lokaja, aby się dowiedzieć czy służący, którego posłano do kuzyna d’Osmond, wrócił. Plan księcia był następujący: ponieważ słusznie uważał kuzyna za umierającego, zależało mu na tem, aby mieć o nim nowiny przed śmiercią, to znaczy przed przymusową żałobą. Raz będąc kryty oficjalną pewnością że Amanian jeszcze żyje, książę drapnąłby na swój obiad, na raut księżnej Marji i na redutę, gdzie wystąpiłby w kostjumie Ludwika XI i gdzie miał bardzo pikantną schadzkę z nową kochanką. A po nowiny posłałby aż nazajutrz, kiedy już fety byłyby skończone Wówczas wdziałoby się żałobę, o ileby chory umarł.
— Nie, proszę księcia pana, nie wrócił jeszcze.
— Kroćset djabłów, robi się tutaj wszystko na ostatni moment — rzekł książę na myśl że Amanian może mieć czas klapnąć przed wieczornym dziennikiem i zepsuć mu redutę. Kazał podać sobie Temps, gdzie nie było nic.
Nie widziałem Swanna od bardzo dawna; zastanawiałem się chwilę, czy on dawniej strzygł wąsy, czy nie nosił włosów „na jeża“, bo wydawał mi się w czemś zmieniony; poprostu był bardzo „zmieniony“, bo był bardzo chory, a choroba sprowadza w twarzy zmiany równie głębokie co zapuszczenie brody lub zmiana uczesania. (Swann cierpiał na chorobę, która zabiła jego matkę, a wystąpiła u niej właśnie w wieku w którym on był obecnie. Nasze egzystencje są w istocie, wskutek dziedziczności, równie pełne kabalistycznych cyfr, rzuconych uroków, co gdyby istniały naprawdę czarownice. I tak jak jest pewne trwanie życia ludzkiego wogóle, jest również pewne jego trwanie dla poszczególnych rodzin, to znaczy dla tych członków rodziny, którzy są do siebie podobni.)
Swann był ubrany z elegancją, która, jak elegancja jego żony, kojarzyła to czem był teraz z tem czem był dawniej. W obcisłym perłowo-szarym tużurku uwydatniającym jego wysoką postać, smukły, w białych rękawiczkach z czamemi prążkami, nosił ów szary cylinder rozszerzający się u góry, jaki Delion robił już tylko dla niego, dla księcia de Sagan, dla pana de Charlus, dla margrabiego de Modène, dla Karola Haas i dla hrabiego Ludwika de Turenne. Zdziwił mnie jego przemiły uśmiech i serdeczny uścisk dłoni, jakim Swann odpowiedział na mój ukłon, bo sądziłem, że po tak długim czasie nie pozna mnie odrazu; wyraziłem mu swoje zdziwienie; przyjął je z wybuchem śmiechu, z lekkiem oburzeniem i z nowym uściskiem dłoni, tak jakbym, przypuszczając że on mnie nie poznaje, kwestjonował solidność jego mózgu lub szczerość jego uczuć. A jednak tak było: zidentyfikował mnie (dowiedziałem się o tem znacznie później) aż w kilka minut potem, słysząc moje nazwisko. Ale żadna zmiana w jego twarzy, w jego słowach, w tem co mówił do mnie, nie zdradziła odkrycia, na które naprowadziło go jakieś słówko pana de Guermantes — tak mistrzowskie było opanowanie Swanna w formach światowego życia. Wnosił w nie wreszcie tę samą swobodę manier oraz owo coś indywidualnego, nawet w sposobie ubierania się, jakie charakteryzują Guermantów. I tak ukłon, jakim stary clubman powitał mnie (nie poznając), to nie był zimny i sztywny, czysto oficjalny ukłon światowca, ale ukłon pełen szczerej uprzejmości, prawdziwego wdzięku, jaki rozwijała np. księżna de Guermantes (posuwając się aż do uśmiechnięcia się pierwsza kiedy kogo spotkała, zanim ów zdążył się jej ukłonić), w przeciwieństwie do mechanicznych ukłonów, właściwych damom faubourg Saint-Germain. Tak samo kapelusz, który, wedle ginącego już zwyczaju, Swann postawił koło siebie na ziemi, miał (czego się nie robiło zazwyczaj) podszewkę z zielonej skóry, dlatego że to się (jak sam mówił) mniej wala, ale w istocie dlatego że to było bardzo eleganckie.
— Słuchaj, Karolu, ty który jesteś wielki znawca, chodź coś obejrzeć; a potem, moje dzieci, poproszę was o pozwolenie zostawienia was tu na chwilę, gdy ja pójdę włożyć frak; sądzę zresztą, że Oriana zaraz przyjdzie.
I książę pokazał Swannowi swego „Velasqueza“.
— Ależ mnie się zdaje, że ja to znam — rzekł Swann ze skrzywieniem ludzi cierpiących, dla których samo mówienie jest już zmęczeniem.
— Tak — rzekł książę, zaniepokojony tem że znawca ociąga się z wyrażeniem swego podziwu. Widziałeś to zapewne u Gilberta.
— A, w istocie, przypominam sobie.
— Jak przypuszczasz, co to jest?
— Ba, skoro to było u Gilberta, to jest prawdopodobnie jeden z waszych przodków — rzekł Swann z mieszaniną ironji i szacunku wobec wielkości, którą uważałby za niegrzeczne i śmieszne lekceważyć, ale o której, przez dobry smak, nie chciał mówić inaczej niż żartem.
— Ależ oczywiście — rzekł szorstko książę. To Bozon, nie wiem już który numer Guermantów. Ale takie rzeczy ja mam gdzieś. Wiesz, że ja nie jestem taki feudał jak mój kuzyn. Słyszałem, jak padały przed tym portretem takie słowa jak Rigaud, Mignard, nawet Velasquez — rzekł książę, wlepiając w Swanna wzrok inkwizytora i manjaka, starając się i wyczytać jego myśl i wpłynąć na odpowiedź. — Zresztą — zakończył książę (kiedy bowiem doprowadził do tego, że wywołał sztucznie sąd jakiego pragnął, umiał po paru chwilach uwierzyć że ten sąd jest dobrowolny) — powiedz sam, bez pochlebstw. Czy sądzisz, że to jest jeden z tych wielkich mogołów, których wymieniłem?
— Nnnie — rzekł Swann.
— Ależ w takim razie... ostatecznie, ja się na tem nic nie rozumiem; nie moją rzeczą rozstrzygać, czyj jest ten knot. Ale ty, miłośnik, mistrz w tej materji, komu go przypisujesz? Znasz się przecie na tyle, aby mieć o tem zdanie? Komu to przypisujesz?
Swann zawahał się chwilę przed tem płótnem, które mu się najwidoczniej wydawało okropne: — Złośliwości ludzkiej! — odparł ze śmiechem księciu, który nie mógł powstrzymać odruchu wściekłości.
Uspokoiwszy się, książę rzekł: — Jesteście bardzo mili obaj, zaczekajcie chwilę na Orianę, ja się tylko wyfraczę i wracam. Powiem mojej połowicy, że wy tu czekacie na nią.
Rozmawiałem chwilę ze Swannem o sprawie Dreyfusa; spytałem, czem się dzieje, że wszyscy Guermantowie są antydreyfusiści.
— Po pierwsze dlatego, że w gruncie wszyscy ci ludzie są antysemici — odparł Swann, który wiedział przecie z doświadczenia że nie wszyscy, ale który, jak wszelcy ludzie mający bardzo żarliwe przekonanie, wolą, dla wytłumaczenia że niektóre osoby go nie dzielą, podsunąć im jakąkolwiek rację, przesąd na który niema rady — raczej niż racje nadające się do dyskusji. Zresztą, doszedłszy przedwczesnego kresu życia, nienawidził tych prześladowań niby zmęczone, szczute zwierzę i skłaniał się do religji ojców.
— Co do księcia Gilberta — rzekłem — to prawda, mówiono mi, że on jest antysemitą.
— Och, o tym nawet nie mówię. Jest nim do tego stopnia, że kiedy był oficerem i szalenie go rozbolały zęby, wolał raczej cierpieć, niż poradzić się jedynego dentysty w okolicy, żyda. Innym razem, zniósł raczej aby się spaliło całe skrzydło zamku, gdzie się wszczął ogień, niż żeby miał poprosić o sikawkę w sąsiednim zamku, należącym do Rothschildów.
— Czy pan idzie może dziś wieczór do niego?
— Tak — odparł Swann — mimo że się czuję nieszczególnie. Ale uprzedził mnie, że ma mi coś do powiedzenia. Czuję, że będę zbyt cierpiący w tych dniach, aby iść do niego lub aby go przyjąć, toby mnie zanadto denerwowało, wolę pozbyć się tego zaraz.
— Ale książę Błażej nie jest antysemitą.
— Widzi pan że tak, skoro jest antydreyfusistą — odparł Swann, nie spostrzegając, że popełnia to, co się w logice nazywa petitio principii. — Co nie przeszkadza, iż bardzo mi jest przykro, żem zawiódł tego człowieka — co ja mówię! tego księcia — nie podziwiając jego rzekomego Mignarda, czy już sam nie wiem czego.
— Ale przynajmniej — rzekłem wracając do sprawy Dreyfusa — księżna Oriana jest niewątpliwie inteligentna.
— Tak, urocza jest. Mojem zdaniem była jeszcze bardziej urocza, kiedy była księżną de Laumes. Intelekt jej nabrał czegoś bardziej kanciastego, wszystko to było miększe w młodziutkiej wielkiej damie. Ale wreszcie, młodzi czy mniej młodzi, mężczyźni czy kobiety, cóż pan chce, wszyscy ci ludzie są z innej rasy, nie można mieć bezkarnie tysiąca lat feudalizmu we krwi. Oczywiście, oni uważają, że to nie gra żadnej roli w ich przekonaniach.
— Ale Robert de Saint-Loup jest przecież dreyfusistą.
— Och, tem lepiej; zwłaszcza że pan wie, matka jego jest bardzo przeciw. Mówiono mi że on jest za, ale nie byłem pewny. To mnie bardzo cieszy. Nie dziwi mnie to, on jest bardzo inteligentny. To jest dużo.
Dreyfusizm zrobił Swanna zadziwiająco naiwnym i oddziałał na jego psychikę jeszcze znamienniej niż niegdyś małżeństwo z Odetą; to nowe zdeklasowanie (które możnaby raczej nazwać powrotem do swojej klasy) było dlań jedynie zaszczytne, skoro go wracało na drogę, którą szli jego bliscy i z której wykoleiły go arystokratyczne stosunki. Ale Swann, właśnie w chwili gdy on, tak jasnowidzący, mógłby, dzięki danym odziedziczonym po przodkach, widzieć prawdę jeszcze ukrytą światowcom, okazywał się mimo to komicznie zaślepionym. Wszystkie swoje podziwy i wzgardy poddawał próbie nowego kryterjum — dreyfusizmu. To że antydreyfusizm pani Bontemps kazał mu ją uznać za głupią, nie było dziwniejsze, niż to, że kiedy się ożenił, odkrył w niej inteligencję. Nie było również bardzo poważne to, że nowa fala dosięgnęła w nim również sądów politycznych, każąc mu zapomnieć, że traktował swego czasu jako człowieka przedajnego, angielskiego szpiega (była to niedorzeczność kół Guermantów) tego samego Clemenceau, którego — jak oświadczał teraz — zawsze jakoby uważał za wielkie sumienie, za człowieka ze stali, jak Cornély. „Nie, nigdy nie mówiłem inaczej. Pomyliło się panu“. Ale, przekraczając sądy polityczne, fala obalała u Swanna sądy literackie, i nawet sposób wyrażania ich. Barrès postradał wszelki talent; nawet utwory z czasu jego młodości były słabe, ledwie czytelne. „Próbuj pan, nie doczyta pan do końca. Co za różnica z takim Clemenceau! Osobiście, ja nie jestem antyklerykałem, ale jakże się czuje przy nim, że Barrès nie ma kręgosłupa! To bardzo wielki pan, ten Clemenceau. Co za język!“
Zresztą, antydreyfusiści nie mieliby prawa krytykować tych aberacyj. Oni znowuż tłumaczyli, że ktoś jest dreyfusistą, dlatego że jest z pochodzenia Żydem. Jeżeli praktykujący katolik, jak Saniette, również był za rewizją procesu, to dlatego (mówiono), że jest na garnuszku u pani Verdurin, która stała się dziką radykałką. Ona była przedewszystkiem przeciw „klechom“. Saniette jest bardziej głupi niż zły i nie wie ile mu krzywdy wyrządza pryncypałka. A kiedy ktoś podnosił, że Brichot, też przyjaciel pani Verdurin, jest członkiem Patrie française, to dlatego (odpowiadano) że jest inteligentniejszy.
— Czy go pan widuje czasem — rzekłem do Swanna mówiąc o Robercie de Saint-Loup.
— Nie, nigdy. Napisał do mnie kiedyś, żebym poprosił księcia de Mouchy i paru innych, aby głosowali za nim w Jockeyu, gdzie przeszedł zresztą śpiewający.
— Mimo Dreyfusa!
— Nie podnoszono tej kwestji. Zresztą, powiem panu, że od czasu tego wszystkiego, nie pokazuję się w tej budzie.
Wszedł pan de Guermantes, a niebawem jego żona, już gotowa, wysoka i wspaniała, w czerwonej atłasowej sukni wyszytej pajetkami. Miała we włosach wielkie purpurowe pióro strusie, a na ramionach tiulową szarfę tegoż koloru.
— Jakie to ładne, ta zielona podszewka w kapeluszu — rzekła księżna, której oka nic nie uchodziło. Zresztą u Lola wszystko jest ładne, zarówno to co nosi jak to co mówi, co czyta i co robi.
Tymczasem Swann, jakgdyby nie słysząc, patrzał na księżnę tak jakby patrzał na płótno mistrza; poczem poszukał jej spojrzenia, czyniąc ustami ruch mający znaczyć: „Psiakość!“ Pani de Guermantes parsknęła śmiechem.
— Moja toaleta podoba się panu, uszczęśliwiona jestem. Ale ja muszę powiedzieć, że mnie się ona nie bardzo podoba — ciągnęła z nachmurzoną minką. Mój Boże, jakie to nudne, ubierać się, iść między ludzi, kiedyby się tak lubiło zostać w domu.
— Co za wspaniałe rubiny!
— Mój drogi Lolo! widać przynajmniej, że pan się zna na tem, nie jest pan jak to zwierzę Monserfeuil, który się spytał czy są prawdziwe! Muszę przyznać, że nie widziałam nigdy równie pięknych. To prezent od Wielkiej Księżnej. Na mój gust są trochę za duże, trochę przypominają pełny po brzegi kieliszek bordo, ale włożyłam je, bo spotkamy dziś wieczór Wielką Księżnę u Marji Gilbertowej — dodała pani de Guermantes, nie domyślając się, że te słowa obalały twierdzenie jej męża.
— Co tam jest u księżnej Marji? — spytał Swann.
— Prawie nic — pospiesznie odpowiedział książę, którego pytanie Swanna utwierdziło w mniemaniu że Swann nie jest proszony.
— Ależ, Błażeju, co ty mówisz! Rozesłano wici na wszystkie strony, będzie tłum taki, że się będą zabijali. Co będzie ładne — mówiła patrząc na Swanna z subtelną minką — o ile nie wybuchnie burza, która wisi w powietrzu, to te cudowne ogrody. Pan je zna. Byłam tam miesiąc temu, w chwili kiedy bzy już kwitły; nie podobna wyobrazić sobie, jakie to było piękne. A przy tem ten wodotrysk, to naprawdę Wersal w Paryżu.
— Co to za rodzaj kobiety, księżna Gilbertowa? — spytałem.
— Ależ wie pan już, skoro pan ją widział tutaj, że jest piękna jak dzień, że jest także trochę idjotka, bardzo miła, mimo całej swojej germańskiej dumy, pełna serca i gaff.
Swann był zbyt sprytny, aby nie widzieć, że pani de Guermantes stara się w tej chwili robić esprit Guermantes, i to tanim kosztem, bo odgrzewała jedynie, w mniej doskonałej formie, swoje stare słówka. Mimo to, aby dowieść księżnej, że rozumie jej chęć okazania się dowcipną i tak jakby nią była w tej chwili istotnie, uśmiechnął się nieco wymuszenie, powodując we mnie owym swoistym rodzajem nieszczerości to samo zażenowanie, jakiego doznawałem niegdyś, słysząc rodziców mówiących z panem Vinteuil o zepsuciu pewnych kół (podczas gdy wiedzieli dobrze, iż zepsucie panujące u niego w Montjouvain jest znacznie większe), lub Legrandina wysilającego się dla głupców, dobierającego subtelnych epitetów, o których doskonale wiedział, że nie może ich zrozumieć publiczność bogata lub elegancka, ale ciemna.
— Ej, Oriano, co ty opowiadasz — rzekł pan de Guermantes. Marja głupia? Ona wszystko czytała, jest muzykalna jak skrzypce.
— Ależ, mój drogi mali Blazejku, ty jesteś jak nowonarodzone dziecko! jakby nie można było łączyć tego wszystkiego i być trochę idjotką. Idjotka, to zresztą przesadzone; nie, ona jest mgławicowa, ona jest Hesse-Darmstadt, Cesarstwo Rzymskie i „och, och, och“! Już sama jej wymowa denerwuje mnie. Ale uznaję zresztą, że to jest urocza warjatka. Zresztą sama ta myśl, aby zstąpić ze swego niemieckiego tronu i wydać się po mieszczańsku za prywatnego człowieka! To prawda, że go sobie dobrała. A, prawda — rzekła zwracając się do mnie — pan nie zna Gilberta. Dam panu o nim pojęcie: swojego czasu, rozchorował się i położył do łóżka, dlatego że ja rzuciłam bilet pani Carnot... Ale, mój drogi Lolo — rzekła księżna aby zmienić rozmowę, widząc że historja biletu rzuconego pani Carnot wyraźnie drażni pana de Guermantes — wie pan, że mi pan nie przysłał fotografji naszych kawalerów rodyjskich, których kocham dla pana i z któremi tak chciałabym zawrzeć znajomość.
Ale książę nie przestawał się wpatrywać bystro w żonę:
— Oriano — rzekł — trzeba przynajmniej opowiadać prawdę i nie łykać jej połowę. Trzeba powiedzieć — sprostował, zwracając się do Swanna — że ówczesna ambasadorowa angielska (niezła kobieta, ale trochę pomylona i specjalistka od takich gaff) wpadła na dość dziki koncept, aby nas zaprosić z prezydentem Republiki i jego żoną. Byliśmy — nawet Oriana — trochę zdziwieni, zwłaszcza że ambasadorowa dosyć miała z nami wspólnych znajomych, aby nas nie zapraszać właśnie na tak dziwne zebranie. Był tam jeden minister który coś ukradł, wreszcie nie mówmy o tem, nie byliśmy uprzedzeni, wpadliśmy jak w pułapkę; trzeba zresztą uznać, że wszyscy ci ludzie byli bardzo grzeczni. Ale to już było zupełnie dosyć. Oriana, która nie często robi mi ten zaszczyt aby zasięgać mojej rady, uznała iż powinna w ciągu tygodnia rzucić bilet w pałacu Elizejskim. Gilbert posunął się może za daleko, widząc w tem plamę na nazwisku. Ale nie trzeba zapominać, że, poza wszelką polityką, pan Carnot, który zresztą wywiązywał się bardzo przyzwoicie ze swoich obowiązków, był wnukiem członka trybunału rewolucyjnego, który w ciągu jednego dnia posłał na śmierć jedenastu naszych.
— W takim razie, Błażeju, czemuś jeździł co tydzień na obiad do Chantilly? Książę d’Aumale był zupełnie tak samo wnukiem członka trybunału rewolucyjnego, z tą różnicą że Carnot był zacny człowiek, a Filip Egalité obrzydliwa kanalja.
— Przepraszam że przerywam księżnej, ale chcę powiedzieć, że ja przysłałem fotografję — rzekł Swann. Nie rozumiem, że jej nie oddano.
— Mnie to mniej dziwi — rzekła księżna. Moja służba mówi mi tylko to, co uważa za stosowne. Prawdopodobnie nie lubią Zakonu świętego Jana.
Pani de Guermantes zadzwoniła.
— Wiesz Oriano, że kiedym jeździł na obiad do Chantilly, to bez entuzjazmu.
— Bez entuzjazmu ale z nocną koszulą, na wypadek gdyby cię książę zatrzymał na noc, co zresztą robił rzadko, jako skończony cham, jak wszyscy Orleanowie. Czy wiesz, kogo dziś spotkamy na obiedzie u pani de Saint-Euverte? — spytała pani de Guermantes męża.
— Poza gośćmi których wiesz, zaproszono w ostatniej chwili brata króla Teodozjusza.
Na tę wiadomość, rysy księżnej wyraziły radość, a słowa znudzenie. — Och, Boże, znowu ci króle!
— Ale ten jest miły i inteligentny — rzekł Swann.
— Tak zupełnie to nie — odparła księżna, robiąc wrażenie że szuka słów, aby dać więcej oryginalności swojej myśli. — Czy pan zauważył, że najmilsi z Królewskich Wysokości mimo wszystko nie są całkiem mili. Ależ tak, upewniam pana! Trzeba im zawsze mieć zdanie o wszystkiem. A ponieważ nie mają żadnego, obracają pierwszą część swego życia na to aby nas pytać o opinje, drugą aby nas niemi częstować z powrotem. Muszą koniecznie mówić, że to a to było dobrze grane, a to mniej dobrze grane. Niema żadnej różnicy. Ot, ten smarkacz wice-Teodozjusz (nie przypominam sobie jego imienia) spytał mnie, jak się nazywa motyw orkiestralny. Odpowiedziałam mu — rzekła z błyszczącemi oczami i parskając śmiechem pięknemi czerwonemi wargami: „Nazywa się: motyw orkiestralny“. I cóż! w gruncie nie był zadowolony. Och, mój drogi Lolo — ciągnęła pani de Guermantes, jakież to umie być nudne, te proszone obiady! Są wieczory, że wolałoby się umrzeć. Prawda, że umrzeć, to jest może równie nudne, bo nie wiemy przecie co to jest.
Zjawił się lokaj. Był to ów młody narzeczony, który miewał zatargi z odźwiernym, aż księżna w swojej dobroci zaprowadziła pozorny spokój.
— Czy mam iść dziś wieczór po wiadomości o panu margrabi d’Osmond? — spytał.
— Ależ nigdy w życiu, nie wcześniej aż jutro rano. Nie chcę nawet, abyś był w domu dziś wieczór. Lokaj pana margrabiego, którego znasz, mógłby tutaj przyjść z wiadomością i żądać żebyś poszedł nas szukać. Wyjdź z domu, idź gdzie chcesz, ladaco, śpij poza domem, ale nie chcę tu ciebie wcześniej niż jutro rano.
Olbrzymia radość trysnęła z twarzy młodego lokaja. Będzie mógł wreszcie spędzić długie godziny ze swoją przyszłą, której prawie wcale nie mógł widywać, od czasu jak, po nowej scenie z odźwiernym, księżna wytłumaczyła mu przyjaźnie, że lepiej będzie aby, dla uniknięcia konfliktów, wogóle nie korzystał z wychodni. Na myśl, że będzie miał wreszcie wolny wieczór, pływał w szczęściu, które księżna zauważyła i zrozumiała. Uczuła jakby ukłucie w sercu i swędzenie całego ciała na widok tego szczęścia, którego ktoś kosztował bez jej wiedzy, kryjąc się przed nią, które drażniło ją i budziło jej zazdrość.
— Nie, Błażeju, przeciwnie, niech zostanie tutaj i nie rusza się z domu.
— Ależ Oriano, to nie ma sensu, wszyscy twoi ludzie są w domu; prócz tego, będziesz miała o północy krawcową i kostjumera na tę redutę. On nie zda się tu na nic, a ponieważ on jeden jest w przyjaźni z lokajem biednego Mama, tysiąc razy wolę wyprawić go daleko.
— Słuchaj, Błażeju, daj pokój; będę mu miała właśnie coś do polecenia w ciągu tego wieczora, ale nie wiem ściśle o której godzinie. Nie ruszaj się, pamiętaj, ani na minutę — rzekła do zrozpaczonego lokaja.
Jeżeli były wciąż sprzeczki w domu i jeżeli służba na ogół nie trzymała się długo u księżnej, osoba której trzeba przypisać tę stałą wojnę była nie do ruszenia z miejsca; ale osobą tą nie był odźwierny. Bez wątpienia, do „grubszej roboty“, do kłopotliwszych szykan, do awantur które się kończyły guzami, księżna posługiwała się tem narzędziem; odźwierny, odgrywając zresztą swoją rolę, nie podejrzewał że mu ją nałożono. Jak cała służba, podziwiał dobroć księżnej; a niezbyt jasnowidzący lokaje, rzuciwszy swoje miejsce, często odwiedzali Franciszkę, powiadając, że dom księcia de Guermantes byłby najlepszy w Paryżu, gdyby nie odźwierny. Księżna posługiwała się nim, tak jak się wygrywało długi czas klerykalizm, masonerję, niebezpieczeństwo żydowskie etc...
Wszedł lokaj. — Czemu mi nie doręczono paczki, którą pan Swann przysłał? Ale słuchaj no (wiesz, Swann, że Mama jest bardzo chory), czy Juljan, który poszedł do pana margrabiego d’Osmond po wiadomości, wrócił?
— Wrócił w tej chwili, proszę księcia pana. Oczekują z chwili na chwilę, że pan margrabia odda ducha.
— A, żyje! — wykrzyknął książę z westchnieniem ulgi. — Oczekują, oczekują, oczekują! Dopóki tli się życie, póty jest nadzieja — rzekł do nas książę z radosną miną. — Już mi go malowano umarłym i pogrzebionym. Za tydzień będzie zdrowszy odemnie.
— To panowie lekarze powiedzieli, że pan margrabia nie przeżyje wieczoru. Jeden chciał wrócić w nocy, ale najstarszy doktór powiedział, że niema poco. Pan margrabia jużby powinien nie żyć, przetrwał jedynie dzięki enemom z kamforą.
— Cicho siedź, idjoto! — wykrzyknął książę u szczytu wściekłości. — Kto się ciebie pyta o to wszystko? Nie zrozumiałeś nic z tego co ci mówiono.
— To nie mnie, to Juljanowi.
— Będziesz ty cicho — ryknął książę. Poczem, obracając się do Swanna: — Co to za szczęście, że on żyje. Odzyska pomału siły. Żyje po takim ataku! To już świetnie. Nie można żądać wszystkiego naraz. To nie musi być przykre, taka mała lewatywka z kamforą.
I książę, zacierając ręce, mówił:
— Żyje, żyje, czego chcieć więcej! Po tem co on przeszedł, to już wcale ładnie. Pozazdrościć takiej żywotności. Haha, ci chorzy, chodzi się koło nich, nie to co z nami. Dziś rano hultaj kucharz zrobił mi baraninę z sosem béarnaise, kapitalną, przyznaję, ale właśnie dlatego tyle zjadłem, że mi dotąd leży w żołądku. Co nie przeszkadza, że nikt nie przysyła dowiadywać się o moje zdrowie, jak o tego drogiego Amaniana. Zanadto się o niego dowiadują. To go męczy. Trzeba mu dać wytchnąć. Zabija się tego człowieka, posyłając do niego co chwila.
— No i co — rzekła księżna do odchodzącego lokaja — prosiłam, żeby przyniesiono tę opakowaną fotografję, którą przysłał pan Swann.
— Proszę księżnej pani, to takie wielkie, że nie wiedziałem czy to przejdzie przez drzwi. Zostawiliśmy w sieni. Czy księżna pani każe przynieść?
— Więc nie, powinniście mi byli powiedzieć; ale skoro to takie wielkie, obejrzę za chwilę schodząc.
— Zapomniałem też powiedzieć księżnej pani, że pani hrabina Molé zostawiła dziś rano bilet dla księżnej pani.
— Jakto, rano? — rzekła księżna z wyrazem, niezadowolenia, uważając że tak młodej kobiecie nie przystało zostawiać biletów rano.
— Około dziesiątej, proszę księżnej pani.
— Pokażcie mi te bilety.
— W każdym razie, Oriano — podjął książę wracając do poprzedniej rozmowy — kiedy mówisz, że Marja miała dziwny pomysł wychodząc za Gilberta, to ty masz osobliwy sposób pisania historji. Jeżeli kto był głupi w tem małżeństwie, to Gilbert, że zaślubił właśnie tak bliską krewną króla Belgów, który przywłaszczył sobie tytuł księcia Brabancji, należący do nas. Słowem, jesteśmy z tej samej krwi co Hesse, i ze starszej linji. To zawsze głupie mówić o sobie — rzekł, zwracając się do mnie — ale fakt jest, że kiedyśmy byli nietylko w Darmstadt ale nawet w Kassel i w całym elektoracie Heskim, landgrafowie bardzo uprzejmie spieszyli ustąpić nam pierwszego kroku i miejsca, jako pochodzącym ze starszej linji.
— Ależ ostatecznie, Błażeju, nie powiesz mi, że ta osoba, która była majorem wszystkich pułków swego kraju, którą zaręczano z królem szwedzkim...
— Och, Oriano, to już szczyt; rzekłby kto, że ty nie wiesz, iż dziadek króla szwedzkiego orał ziemię w Pau, kiedy my, od dziewięciuset lat, trzymaliśmy prym w całej Europie.
— To nie przeszkadza, że gdyby ktoś krzyknął na ulicy: „O, jedzie król szwedzki“, wszyscy pognaliby go oglądać aż na plac Zgody, a kiedy kto powie: „O, pan de Guermantes“, nikt nie wie kto to taki.
— Także racja!
— Zresztą nie mogę zrozumieć, w jaki sposób, z chwilą gdy tytuł księcia Brabancji przeszedł do królewskiej rodziny belgijskiej, możecie rościć do niego pretensje.
Lokaj wrócił z biletem hrabiny Molé, lub raczej z tem co zostawiła jako bilet. Powołując się na to że nie ma biletu przy sobie, wyjęła z kieszeni list adresowany do siebie, i zatrzymując list, zagięła kopertę mieszczącą nazwisko: Hrabina Molé. Ponieważ koperta była dość duża, zgodnie z modnym tego roku formatem listowego papieru, ten ręcznie pisany „bilet“ miał niemal podwójny rozmiar zwykłego biletu wizytowego.
— To nazywają „prostotą pani Molé“ — rzekła z ironją księżna. Chce w nas wmówić, że nie miała biletów, aby pokazać swoją oryginalność. Ale my znamy się na tem, prawda Lolo, za starzy jesteśmy i za wielkie oryginały sami, aby się uczyć dowcipu od damulki, bywającej od czterech lat. Urocza jest, ale nie przypisuję jej natyle autorytetu, aby sobie mogła wyobrażać, iż zdoła zadziwić świat równie tanim kosztem, zostawiając kopertę zamiast biletu wizytowego i to o dziesiątej rano! Stara mysz pokaże małej myszce, że się umie zdobyć na to samo.
Swann nie mógł się wstrzymać od śmiechu, myśląc że księżna, trochę zresztą zazdrosna o sukcesy pani Molé, znajdzie w „dowcipie Guermantów“ jakąś impertynencką odpowiedź na tę wizytę.
— Co się tyczy tytułu księcia Brabancji, mówiłem ci sto razy, Oriano... — podjął książę, któremu księżna przerwała w pół słowa, mówiąc do Swanna: — Ale mój drogi Lolo, ja tęsknię za pana fotografją.
A! extinctor draconis labrator Anubis — rzekł Swann.
— Tak, to ładne co pan o tem powiedział, robiąc porównanie ze świętym Jerzym w Wenecji. Ale nie rozumiem czemu Anubis.
— Jak wygląda ten, co jest przodkiem Babala? — spytał pan de Guermantes.
— Chciałbyś widzieć jego babalkę — rzekła pani de Guermantes sucho, aby pokazać że sama gardzi tym kalamburem. — Ja chciałabym ich zobaczyć wszystkich — dodała.
— Słuchaj, Karolu, zejdźmy zanim powóz zajedzie — rzekł książę; złożysz nam wizytę w sieni, bo żona nie da nam spokoju, póki nie zobaczy twojej fotografji. Ja jestem, szczerze mówiąc, mniej niecierpliwy — dodał z zadowoloną miną. Ja jestem człowiek spokojny, ale ona gotowa nas uśmiercić.
— Jestem zupełnie twojego zdania, Błażeju — rzekła księżna; chodźmy do sieni, będziemy przynajmniej wiedzieli, czemu schodzimy z twojego gabinetu na dół, podczas gdy nie dowiemy się nigdy, czemu pochodzimy od hrabiów Brabancji.
— Powtarzałem ci sto razy, w jaki sposób ten tytuł dostał się do domu heskiego — rzekł książę (podczas gdyśmy szli obejrzeć fotografję, a ja myślałem o fotografjach, które mi Swann przywoził do Combray), w drodze małżeństwa pewnego Brabanta w 1241 z córką ostatniego landgrafa Turyngji i Hesji; tak że to raczej tytuł księcia heskiego wszedł w dom brabancki, niż tytuł księcia brabanckiego w dom heski. Przypominasz sobie zresztą, że naszem zawołaniem było zawołanie diuków Brabantu: Limbourg à qui l’a conquis„Limburg temu, kto go zdobył“ — aż do czasu, kiedyśmy zmienili herb Brabantów na herb Guermantów, w czem uważam żeśmy popełnili błąd, a przykład Gramontów nie zmieni mojego zdania...
— Ależ — odparła pani de Guermantes — skoro zdobył go król Belgów... Zresztą, belgijski następca tronu nazywa się księciem brabanckim.
— Ależ, kochanie, to co mówisz nie trzyma się kupy, fałszywe jest od podstaw. Wiesz równie dobrze jak ja, że istnieją tytuły pretendentów, które obowiązują nadal, jeżeli terytorjum zajęte jest przez uzurpatora. Naprzykład, król hiszpański mieni się również księciem Brabancji, stwierdzając przez to stan posiadania mniej dawny od naszego, ale dawniejszy niż posiadanie króla Belgów. Nazywa się także księciem Burgundji, królem Indyj Zachodnich i Wschodnich, księciem Medjolanu. Otóż nie posiada już Burgundji, Indyj ani Brabancji, tak jak ani ja ani książę heski nie posiadamy Brabancji. Król hiszpański mieni się mimo to królem Jerozolimy, cesarz Austrji również, a ani jeden ani drugi nie ma Jerozolimy.
Książę przerwał na chwilę, zmieszany tem, że nazwa Jerozolimy mogła zakłopotać Swanna z przyczyny „spraw aktualnych“, ale ciągnął tem szybciej: „To co mówisz w tym wypadku, mogłabyś powiedzieć o wszystkiem. Byliśmy książętami d’Aumale, które-to księstwo przeszło równie prawidłowo do domu francuskiego jak Joinville i jak Chevreuse do domu d’Albert. Nie zgłaszamy rewindykacji co do tych tytułów, jak co do tytułu margrabiego de Noirmoutiers, który był nasz i który przypadł całkiem prawidłowo domowi de la Tremoïlle; ale z tego że niektóre cesje są ważne, nie wynika aby ważne były wszystkie! Naprzykład — rzekł książę zwracając się do mnie — syn mojej szwagierki nosi tytuł księcia d’Agrigente, który my mamy po Joannie Szalonej, jak La Tremoïlle tytuł księcia Tarentu. Otóż, Napoleon dał ten tytuł księcia Tarentu żołnierzowi, który mógł być tęgim wiarusem, ale w danym przedmiocie cesarz rorządził tem, co do niego nie należało, bardziej jeszcze niż Napoleon III kreując księcia de Montmorency, bo Périgord miał bodaj matkę Montmorency, podczas gdy Tarent Napoleona I miał jedynie życzenie Napoleona żeby był Tarentem. Co nie przeszkodziło, że Chaix d’Est-Ange, robiąc aluzję do twojego wuja Condé, spytał cesarskiego prokuratora, czy znalazł tytuł księcia de Montmorency w rowach Vincennes.
— Słuchaj, Błażeju, nie mam nic przeciw temu, aby wędrować za tobą do rowów Vincennes, a nawet do Tarentu. I w związku z tem, mój drogi Lolo, oto co chciałam panu powiedzieć, gdy mi pan mówił o swoim świętym Jerzym z Wenecji. Mamy właśnie zamiar z Błażejem spędzić przyszłą wiosnę we Włoszech i na Sycylji. Gdyby się pan tak wybrał z nami, pomyśl Lolo, coby to była za różnica! Nie mówię już o przyjemności takiego towarzystwa, ale niech pan sobie wyobrazi, z tem wszystkiem co mi pan nieraz opowiadał o pamiątkach podboju normandzkiego i o pamiątkach starożytności, niech pan sobie wyobrazi, czem by się stała taka podróż, odbyta z panem! Myślę, że nawet Błażej, co ja mówię, nawet Gilbert, skorzystaliby na tem, bo czuję, że zgoła pretensje do korony Neapolu i wszystkie te historje zainteresowałyby mnie, gdyby mi je pan tłumaczył w starych kościołach romańskich, albo w miasteczkach wiszących u skały, jak na obrazach prymitywów. Ale musimy obejrzeć pańską fotografję. Rozwińcie — rzekła księżna do lokaja.
— Ależ, Oriano, nie dziś! obejrzysz to jutro, błagał książę, który dawał mi już znaki przerażenia, widząc ogrom fotografji.
— Ale mnie bawi oglądać to z Lolem — rzekła księżna z uśmiechem zarazem sztucznie pożądliwym i sprytnie psychologicznym, bo pragnąc być miła dla Swanna, mówiła o rozkoszy oglądania tej fotografji niby o przyjemności z jaką chory zjadłby pomarańczę, lub tak jakby równocześnie układała eskapadę z przyjaciółmi i objaśniała biografa o swoich przynoszących jej zaszczyt gustach.
— No więc Swann przyjdzie do ciebie specjalnie — oświadczył książę, któremu żona wreszcie musiała ustąpić. Spędzicie przed tem trzy godziny razem, jeżeli was to bawi — rzekł ironicznie. Ale gdzie ty pomieścisz zabawkę tych rozmiarów?
— Ależ w sypialni; ja chcę to mieć przed oczami.
— A, tak, to doskonale: jeżeli w twojej sypialni, mam nadzieję nie ujrzeć tego nigdy — rzekł książę nie uważając, że mimowoli odsłania niebacznie negatywny charakter swoich stosunków małżeńskich.
— Więc proszę, odpakujesz to bardzo starannie — zaleciła pani de Guermantes służącemu (mnożyła upomnienia przez uprzejmość dla Swanna). Staraj się nie zniszczyć koperty.
— Trzeba nam szanować nawet kopertę — rzekł do mnie książę, wznosząc ręce do nieba. — Ale wiesz, Swann — dodał; ja, który jestem tylko biednym bardzo prozaicznym mężem, najbardziej w tem wszystkiem podziwiam to, żeś ty mógł znaleźć kopertę podobnych rozmiarów. Gdzieś ty to wyszperał?
— To zakład fotograficzny; często miewa tego rodzaju wysyłki. Ale to chamy, bo widzę, że napisali tutaj poprostu pani de Guermantes, bez dodatków.
— Przebaczam im — rzekła z roztargnieniem księżna, poczem, uderzona nagle myślą, która ją rozweseliła, powściągnęła lekki uśmiech; ale, wracając szybko do Swanna, spytała: — Więc co, nie mówi Lolo, czy pojedzie z nami do Włoch?
— Droga pani, sądzę że to nie będzie możliwe.
— Ha, pani de Montmorency ma więcej szczęścia. Był pan z nią w Wenecji i Wicenzy. Powiedziała mi, że z panem widzi się to, czego by się nigdy nie widziało inaczej, o czem nikt nigdy nie mówił; że pan jej pokazał nawet wśród rzeczy znanych rzeczy niesłychane; że mogła w ten sposób zrozumieć szczegóły, koło których bez pana przeszłaby dwadzieścia razy nie zauważywszy ich. Stanowczo, większe ma u pana łaski od nas...
— Weźmiesz tę ogromną kopertę z fotografji pana Swanna — rzekła księżna do służącego — i złożysz ją, zagiętą w mojem imieniu, dziś o wpół do jedenastej wieczorem u pani hrabiny Molé.
Swann parsknął śmiechem.
— Chciałabym jednak wiedzieć — rzekła pani de Guermantes — w jaki sposób na dziesięć miesięcy naprzód może pan wiedzieć, że to będzie niemożliwe.
— Droga księżno, powiem pani, jeżeli pani na tem zależy, ale przedewszystkiem widzi pani, że ja jestem bardzo chory.
— Tak, Lolo, uważam że pan wcale nie dobrze wygląda, nie jestem zadowolona z pańskiej cery; ale ja nie proszę pana o to za tydzień, proszę o to za dziesięć miesięcy. Przez dziesięć miesięcy ma się pan czas leczyć, wie pan.
W tej chwili, lokaj przyszedł oznajmić, że powóz zajechał.
— No, Oriano, na koń — rzekł książę, który już od dobrej chwili parskał z niecierpliwości tak jakby był sam jednym z koni które czekały.
— No więc, w jednem słowie: przyczyna, która panu nie pozwoli pojechać do Włoch? — pytała księżna, wstając aby się z nami pożegnać.
— Ależ, droga księżno, przyczyna ta, że wówczas od kilku miesięcy... nie będę żył. Zdaniem lekarzy, których radziłem się z końcem ubiegłego roku, choroba na którą cierpię i która może zresztą zmieść mnie odrazu, nie zostawia mi w każdym razie więcej niż trzy lub cztery miesiące życia, a jeszcze to jest maximum — odparł Swann, uśmiechając się, podczas gdy lokaj otwierał szklane drzwi, aby przepuścić księżnę.
— Co mi pan opowiada! — wykrzyknęła księżna, zatrzymując się przez sekundę w drodze ku powozowi i podnosząc swoje piękne oczy, błękitne i melancholijne, ale pełne niepewności. Znalazłszy się poraz pierwszy w życiu między dwoma tak odmiennemi obowiązkami, jak wsiąść do karety aby jechać na proszony obiad, a objawić współczucie człowiekowi który ma umrzeć, nie znalazła w kodeksie światowym nic, coby jej wskazało właściwą drogę, i nie wiedząc któremu z dwóch obowiązków ma dać pierwszeństwo, uznała za właściwe udać że nie wierzy aby druga alternatywa mogła istnieć, tak aby móc iść za pierwszą, wymagającą w tej chwili mniej wysiłku; zaczem pomyślała, że najlepszym sposobem rozwiązania konfliktu jest zaprzeczyć mu.
— Żartuje pan — rzekła do Swanna.
— Byłby to żart w uroczym guście — odparł ironicznie Swann. — Nie wiem, poco to pani opowiadam, nie mówiłem pani o swojej chorobie dotąd. Ale, ponieważ księżna mnie pytała, obecnie zaś mogę umrzeć lada dzień... Ale zwłaszcza nie chcę aby się pani spóźniła, ma pani obiad — dodał Swann, ponieważ wiedział, że dla drugich własne ich światowe obowiązki więcej znaczą niż śmierć przyjaciela i ponieważ wrodzona grzeczność kazała mu się postawić na ich miejscu. Ale księżnej znowuż grzeczność pozwalała mglisto spostrzec, że ten obiad, na który szła, musi dla Swanna mniej znaczyć niż własna jego śmierć. Toteż, wciąż posuwając się w stronę powozu, pochyliła plecy mówiąc: „Niech się pan nie troszczy o ten obiad. To niema żadnego znaczenia!“
Ale te słowa wprawiły w zły humor księcia, który wykrzyknął:
— Słuchaj, Oriano, zamiast się tak rozgadywać i oddawać się jeremiadom ze Swannem, pamiętaj, że pani de Saint-Euverte przestrzega tego, aby siadać do stołu punkt o ósmej. Trzebaż wiedzieć czego ty chcesz; już dobrych pięć minut konie czekają. Przepraszam cię, Karolu — rzekł obracając się do Swanna — ale jest już za dziesięć ósma. Oriana jest zawsze spóźniona, trzeba nam więcej niż pięć minut aby dotrzeć do starej Saint-Euverte.
Pani de Guermantes skierowała się z determinacją do powozu, żegnając ostatni raz Swanna. — Wie pan, pomówimy o tem jeszcze, nie wierzę ani słowa w to co pan mówi, ale trzeba o tem pomówić. Przestraszono pana idjotycznie, niech pan przyjdzie na śniadanie w dniu który pan sam oznaczy (dla pani de Guermantes wszystko streszczało się zawsze w śniadaniu), powie mi pan dzień i godzinę...
I, podnosząc czerwoną spódnicę, postawiła nogę na stopniu. Miała wejść do karety, kiedy widząc tę nogę, książę wykrzyknął straszliwym głosem:
— Oriano! nieszczęsna, coś ty chciała zrobić! Nie zmieniłaś trzewików. Przy czerwonej sukni! Leć prędko włożyć czerwone pantofelki, albo — rzekł do lokaja — ty powiedz prędko pokojowej księżnej pani, żeby tu zniosła czerwone pantofelki.
— Ależ mój drogi — odparła zcicha księżna, zażenowana tem, że Swann, który wychodził ze mną ale chciał przepuścić powóz, może usłyszeć — skoro jesteśmy spóźnieni...
— Ależ nie, mamy masę czasu. Jest dopiero za dziesięć ósma, nie potrzeba dziesięciu minut na to aby zajechać do parku Monceau. A przytem, co chcesz, choćby miało być wpół do dziewiątej, poczekają; nie możesz przecie jechać w czerwonej sukni i w czarnych pantofelkach. Zresztą nie będziemy ostatni, nie bój się, mają być Sassenage’owie, wiesz że nigdy nie zjawiają się przed trzema kwadransami na dziewiątą.
Księżna pobiegła do swego pokoju. — No i co — rzekł do nas pan de Guermantes, biedni mężowie, dosyć z nich sobie świat nakpi, ale mają zalety. Bezemnie, Oriana poszłaby na obiad w czarnych pantofelkach.
— To nie jest brzydkie — rzekł Swann; zauważyłem czarne pantofelki i nic mnie nie raziły.
— Nie będę ci przeczył — odparł książę — ale zawsze to bardziej elegancko aby były tego samego koloru co suknia. A przytem, bądź spokojny: ledwo przyjechałaby na miejsce, spostrzegłaby się i wtedy ja musiałbym dyrdać po czerwone pantofelki. Jadłbym obiad o dziewiątej. Do widzenia, dzieci — rzekł odpychając nas lekko — idźcie sobie, zanim Oriana zejdzie. Nie dlatego aby nie lubiła widzieć was obu. Przeciwnie, dlatego że zanadto was lubi. Jeżeli was jeszcze tu zastanie, znów zacznie gadać, jest już bardzo zmęczona, przyjedzie na obiad — trup. A wreszcie, przyznam się wam szczerze, że umieram z głodu. Jadłem śniadanie ot, na chybcika, na wysiadanem z pociągu. Był wprawdzie ten przeklęty sos béarnaise, ale mimo to przyznam się że nie gniewałbym się, ale to wcale a wcale, żeby już siąść do stołu. Za pięć ósma! Och, kobiety! Rozchorujemy się oboje na żołądek. Oriana jest o wiele mniej odporna niżby ktoś przypuszczał.
Książę nie robił sobie najmniejszej ceremonji z tem aby mówić o niedomaganiach żony i swoich własnych do umierającego; poprostu dlatego że go bardziej interesowały, wydawały mu się ważniejsze. Toteż jedynie przez dobre wychowanie i przez jowialność, spławiwszy nas grzecznie, szeroko krzyknął stentorowym głosem z drzwiczek karety do Swanna, który już był w dziedzińcu: „A ty, Swann, nie daj sobie wmawiać głupstw lekarzom, u djaska! To są osły. Jesteś zdrów jak tur. Pochowasz nas wszystkich!“

Przypisy

  1. Bal w Sceaux jest jednym z najbłahszych drobiazgów Balzaka, Mohikanie Paryża nie są Balzaka (przyp. tłum.)
  2. Młynarz, jego syn i osioł.
  3. Zaznaczyliśmy już wyżej, że polska tytulatura nie zna tej różnicy, tem samem zarówno tytuł Oriany de Guermantes (duchesse) jak Marji de Guermantes (princesse) wypadło tłumaczyć przez „księżna“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Marcel Proust i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.