Płomienie (Zbierzchowski)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Zbierzchowski
Tytuł Płomienie
Podtytuł Pieśni wojenne o Legionach Polskich
Data wydania 1916
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni Maryana Hasklera
Miejsce wyd. Wiedeń
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron




HENRYK ZBIERZCHOWSKI

PŁOMIENIE











Maryan Haskler Księgarnia Stanisławów logo.jpg




TEGOŻ AUTORA WYSZŁY DOTĄD:

Impresye, poezye, nakł. księgarni Friedleina.
Przed wschodem słońca, powieść, nakł. księgarni Altenberga.
Baśnie, poezye, nakł. księgarni Altenberga.
Grający las, nowele, nakł. księgarni Połonieckiego.
Literat, powieść, nakł. księgarni Gebethnera i Wolffa.
Pająk, nowele, nakł. Towarzystwa wydawn.
Piosenki kabaretowe, poezye, nakł. J. Juffego.
Malarze, powieść, nakł. księgarni Gebethnera i Wolffa.
Stepowa panienka, powieść, nakł. księg. Gebethnera i Wolffa.
Na złotej przełęczy, powieść, nakł. Połonieckiego.
Anioły płaczą, powieść, nakł. księg. Gebethnera i Wolffa.
Małżeństwo Loli, komedya, nakł. księgarni Akademickiej.


W PRZYGOTOWANIU:
Dyabelska przełęcz, powieść, nakładem Tow. imienia Piotra Skargi.





KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.




Page03-Płomienie (Zbierzchowski).jpg




HENRYK ZBIERZCHOWSKI

PŁOMIENIE

PIEŚNI WOJENNE O LEGIONACH POLSKICH








Maryan Haskler Księgarnia Stanisławów logo.jpg







WYDAWNICTWO KSIĘGARNI MARYANA HASKLERA STANISŁAWÓW
1916 — WIEDEŃ (C. K. NADWORNA KSIĘGARNIA MAUR. PERLESA).





W szarym, bezbarwnym codzienności dymie
Marły nam serca i tępiały twarze.
Piękno widzieliśmy w kunsztownym rymie
Składanym oczom najpiękniejszym w darze.
Czasem zajękło zapomniane imię
Z czasów rycerskich i wnet gasło w gwarze,
I tylko w bajkach, przy arfach lub winie,
Marzył się duszom piękny sen o Czynie.

Gdy słońce gasło a w potokach złota
Krwawe na chmurach zakwitały lądy,
Dziwne rojenia szeptała tęsknota
I wtedy nawet bliższą od Giocondy
Była nam blada postać Don Kiszota,
Lub Nibelungów nad światami rządy,
I w takich chwilach, choć na mgnienie powiek
Umierał histryon w nas a wstawał człowiek.

To też, gdy polskie powstały Legiony
I ciałem stało się, co śnili wieszcze,
Serca zabiły jak kościelne dzwony,
Przez ziemię polską dziwne przeszły dreszcze;
Jął się nam spełniać sen dawno marzony
Piękny, jak dotąd nigdy nie był jeszcze —

Powstał znów husarz polski w skrzydeł chrzęście
Walczyć za wolność i ojczyzny szczęście.

Bądź pozdrowiony rycerzyku młody,
Co w paszcze armat patrzysz bez obawy.
Gdy ogień wszystkie ogarnął narody
Tyś za broń chwycił też dla świętej sprawy.
Palą się wioski, w proch się walą grody
Lecz lęk ci obcy, boś ślub złożył krwawy:
Walczyć za Polskę ile sił ci starczy,
A wrócić tylko z tarczą lub na tarczy.

Orlęta drogie, nad polską ziemicą
Gwarno od szumu dzisiaj waszych skrzydeł.
Bóg wam przyświeca w drodze błyskawicą
Na chmurach pełno złotych malowideł.
Śledzimy lot wasz wilgotną źrenicą
Pragnąc ochronić was od zdrad i sideł.
Cudny jest lot wasz i rozpęd wasz szczery,
Boście wnukami tych z pod Somo-Siery.

Wam, coście padli pod kosą najwcześniej,
Zwłokami doły zapełniając pierwsze,
Na znak, że pamięć się wasza nie prześni
Poświęcam strofy te i skromne wiersze.
Cóż bowiem pieśniarz może dać prócz pieśni?
Ofiarowanie czyż może być szczersze?
Niech krzepi żywych, otrze łzę żałoby
Ta pieśń, płynąca ponad pierwsze groby.

Wiedeń, w grudniu 1915.









ROKITNO


SZARŻA UŁANÓW WĄSOWICZA.

I.

Przez świtu róż,
Przez rośną błoń,
Po rozmodlonym lesie
Echo trąbki się niesie...
Na koń! na koń!!
Co? już?!
Sen ciężkie klei powieki,
Gwiazdy zaledwie gasną,
Ranek jeszcze daleki;
Mgła się snuje przez pola,
Niech to pioruny trzasną!
Oto żołnierska dola!

Armaty grają — słysz!
Bracie z leża się zwłócz,
Krótkie przetarcie ócz,
Na piersiach szybki krzyż
Zamiast rannej modlitwy.

Jeden z manierki łyk,
Gdyś co w manierce miał,
I oto ułański szyk,
Jakby z pod ziemi wstał
Gotowy już do bitwy.
Czuj duch!
Na polach zamęt, ruch,
Muzyka armat gra,
Rozpękła mgła.
Widać szmat pola szczery.
Wśród trawy zwolna, lecz wciąż
Coś pełza, jak czarny wąż.
To tyraliery!
Jak orkan, zwolniony z pęt
W węża ruchliwy skręt
Dymiący granat padł,
I pękł...
Huk, dym i jęk,
Wiruje świat.
 
Cały schylony w łęku,
Szablę ściskając w ręku
Od mgły porannej bladszy
Polski ułan się patrzy...
Jak długo tu będziem stać
I patrzeć, jak ginie brać?!
Nie długo już.
Krew swą hamuj, chłopaku
I poryw swój.
Czy słyszysz? cóż to, ach, cóż?!

Trąbka brzmi do ataku.
Baczność! na bój! na bój!!
Rozkaz — błysk w słońcu szabli, —
Życie niech biorą dyabli!
Poszli — jak burza, jak grom
Wesprzeć walący się dom,
Poszli z zachwytem w twarzy,
Szlakiem polskich husarzy.
Wichr im do tańca grał,
W piorunach szli, w błyskawicach,
Wiódł ich i gniew i szał
Polskę mieli w źrenicach.

Hej, co za cudny tan!
Co za krzyk młodych sił!!
Polak jak rycerz żył
I ginie jak wielki pan.
W ręku ma grom, co zabija;
Naprzód! Jezus Maryja!!

Ścichła ziemia i morze
Przygasł armatni huk,
Zakwitły kraśne zorze,
Rozpękł się nieba próg.
I z pośród złotych chmur
Z każdej obłoków cząstki,
Patrzył się Wielki Bóg
I serafinów chór,
Oparty ciekawie na piąstki,
Na krwawą walkę Tytanów,
Na szarżę polskich Ułanów!!








POGRZEB.

II.

 
— Pamiętasz duszo, pamiętasz
Obraz z chłopięcych lat...
Mały, wioskowy cmentarz,
Wysoka trawa co krok
Szemrze u twoich stóp.
Jesteś jakby na łące,
Dokoła drzewa kwitnące
Prawdziwy sad...
..............
Piętnaście tam krwawych zwłok
Rzucono w zimny grób!!
..............
Na kres — na zgon
W żegnania chwili złej,
Po dniu mozołów
I walk i mąk,
Nie grał im dzwon
Farnych kościołów;
Jeno wichr naszych kniej,

Jeno szum naszych łąk...
Na zgon — na kres.
 
Nie było łez
Załamań rąk,
Ni kościelnego kiru
Po dniu mozołów...
Jeno jak łaska Boża
Zakwitła w łunach zorza,
Jeno pokłonił się w pas
Odwieczny stary las,
Jeno na znak zaklęcia
Pośród szumiącej łąki
Na jeden moment krótki
Siostrzyczki — niezabudki
Braciszki — polne dzwonki,
Chcąc swój okazać żal,
Padły sobie w objęcia.
A wśród bladego szafiru,
Gdzie opalowa dal,
Płakały chóry aniołów.
 
Śpij! śpij! polski ułanie,
Ojczyzny wierny synu,
Słuchaj, jak wicher łka.
Piękności twego czynu
Nie zgryzie czasu rdza,
Nie zatrze piętno lat,
Ale w sercach zostanie
Jak bajka, jak cudna wieść

I będzie się snuć i nieść,
Duszom zdzierając smęt,
Sercom zadając lek,
Wśród dworów i wśród chat.
Opowie braciom brat,
Opowie wiekom wiek,
Jak ułan w boje szedł,
Jak ułan w boju padł.
Aż wreszcie w zimnym grobie
Za cały życia trud,
Polska się przyśni tobie,
— Twój sen i cud —
Polska zwolniona z pęt!!










SZLAKIEM LEGIONÓW


PAN PIŁSUDSKI.

 
Z Matejkowskiego niby zszedłeś płótna
I patrzysz na nas swą marsową twarzą.
A w oczach Twoich, co o Polsce marzą
Walczy z powagą jakaś dobroć smutna.
 
Do Twej postaci przystawałby kord,
Kontusz, karmazyn i lity pas słucki.
Lecz szarą kurtkę nosi pan Piłsudski
Wódz Legionistów — postrach russkich hord.

Przez długie lata wytężałeś słuch,
Marząc proroctwo dawne Wernyhory,
Że burzą polskie rozjęczą się bory
I z prochów świętych wstanie Mściciel-Duch.
 
Wiele w narodzie naszym było win
I sen z martwicą dokoła się szerzył.
Tyś jeden czekał cierpliwie i wierzył,
Że przyjdzie chwila na orężny czyn.
 
Rdzewiał po ścianach dziadów naszych kord,
Nad karkiem wnuków wisiał knut nieludzki.

Drzemała Polska — czuwał pan Piłsudski
Wódz Legionistów — postrach russkich hord.

Spadłeś jak piorun na ciemięzców kark
Gdy obrachunku wybiła godzina.
Kto czuł po polsku, słał ci swego syna
W sukurs ojczyźnie bez żalów i skarg.

Znużonych marszem, osłabłych od ran
Z niejednej dzieci swych wywlokłeś matni,
Godnym okazał się nasz wódz ostatni
Tych, co husaryę niegdyś wiedli w tan.
 
Jak lwy żołnierze twoji w atak szli,
Choć krew ściekała po koszuli chustach.
Więc Twe nazwisko dziś na wszystkich ustach
Gdzie tylko w piersi polskie serce tli.

W izbach wieszamy portretów twych płótna,
Skąd patrzysz na nas swą marsową twarzą.
A w oczach Twoich, co o Polsce marzą,
Walczy z powagą jakaś dobroć smutna.
 
Hej! znowu dzwoni wokół polski kord!
Skurczył się z lęku zły potwór kałmucki.
Wiedzie orlęta swoje pan Piłsudski
Wódz Legionistów — postrach russkich hord!








STROFY O KONIU UŁAŃSKIM.

 
Wierny jest koń mój i biały jak śnieg
I niby dziecko oczy ma łagodne.
Oto stworzenie swego pana godne,
Któremu losów mych zwierzyłem bieg.

Często, gdy duszy przesili się moc
W męczących marszach jakąś drogą podłą,
Słodką kołyską jest mi twoje siodło.
— Pan spi a zwierzę czuwa w długą noc.
 
Często, gdy ranny dobierze się chłód
Do zmarzłych członków, co jak drewno skrzepły,
Tulę się cały do twej szyi ciepłej,
Lżej wtedy znosząc niedolę i głód.
 
Znasz mą zuchwałość, mój młodzieńczy szał,
Lecz i tęsknotę mych godzin samotnych.
Bom często szukał w twych oczach wilgotnych
Tego, com w ludziach próżno znaleźć chciał.

Lecz ile razy wśród dymów i mgły
Wizya szrapnela rozpryśnie się złota,

Jakże się zmienia nagle twa istota
Jakie się z oczu twoich sypią skry!
 
Jest wówczas w tobie ten bojowy gniew
Co ludzi w furye przemienia straszliwe.
Na wiatr srebrzystą rozpuściłeś grzywę
A we mnie ogniem zapala się krew.

Lecą za nami kule z wszystkich stron,
Lecz nas swą zimną dłonią nie uchwycą.
Jesteśmy wojny krwawą błyskawicą,
Siejącą wokół zniszczenie i zgon.

A jeśli kiedyś zblednie krasa lic
I młode oczy zgasną w śmierci mroku,
Chciałbym, ażebyś był przy moim boku
Po tamtej stronie — gdzie wieczyste Nic.

Bo wiem, że dobry pozwoli nam Bóg
Przetrawiać wieki na szalonych jazdach,
Tętentem kopyt rozbrzmiewać po gwiazdach
I krzesać złote iskry z mlecznych dróg.
 
A gdy wśród białych, księżycowych skał
Spędzić nam przyjdzie kilka chwil samotnych,
Chcę wówczas szukać w twych oczach wilgotnych
Tego, com w ludziach próżno znaleźć chciał.








POLSKIEMU DZIECKU.

 
Widzę twą płową główkę w lampy blasku
I niespokojną modrych ócz gonitwę.
Na tafli stołu wielką staczasz bitwę
Wśród kaskad śmiechu i rączek oklasku.
 
Bajeczne hufce blaszanych żołnierzy
Wysyłasz drobną dłonią do ataku.
Może w tej chwili twój ojciec — chłopaku —
W rowie strzeleckim gdzieś na deszczu leży.

Z małych armatek lecą kule z grochu,
Blaszane kukły upadają z brzękiem.
Może w tej chwili noc westchnęła jękiem
I ktoś trafiony leży twarzą w prochu.

Śmieje się szczęściem dwoje ócz — marzydeł,
Widząc figurki strzaskane na ćwierci.
W rogu pokoju stanął anioł śmierci,
Rzuca na ścianę cień swych czarnych skrzydeł.
 
Baw się i młodość swą hartuj chłopaku
Wśród szczęku szabli i tętentu podków,

Abyś się godnym stał swych dzielnych przodków,
Cudnych husarzy pancernego znaku.

Baw się, nim dotknie cię swemi skrzydłami
Anioł nieszczęścia i świeżej żałoby,
I nim twa młodość, krocząca przez groby,
Pierwszej utraty zatruje się łzami.

Noś w swojem sercu tę świętą spuściznę,
To hasło dziadów twoich bohaterskie:
— »Najwyższem życiem jest życie żołnierskie,
Najsłodszą śmiercią jest śmierć za Ojczyznę« —








PLACÓWKA.

 
Bezgwiezdny nieba step
Po zgonie słońca...
Śnieg wokół — siny śnieg
Bez końca
Aż gdzieś po świata kres.
Z blizkiego obozu
Dolata w ciszy
Żołnierska pieśń i dymów zapach.
Noc — jak ogromny pies
O czarnych łapach
Oparła się ciężko o brzeg
Stromego wąwozu
I dyszy...
 
Baczność! wytężaj wzrok.
Baczność! wytężaj słuch.
Śnieg tłumi każdy krok
Noc skrywa każdy ruch.
— Niebo wisi tak nizko —
Milczą śnieżne kobierce,
Po których wzrok twój szuka.

Cóż to? coś cicho puka
Tak blizko, całkiem blizko.
To nic — to twoje serce...
 
Lecz teraz — skostniała dłoń
Czyni na piersiach znak krzyża —
Przez śnieżną, głuchą błoń
Coś się do ciebie zbliża.
Próżno przedzierasz mrok,
Krok słychać, chytry krok.
Do oczu broń
A potem pal!
Cóż to? tyś zbladł?!
Odwagi nie masz dość,
Patrzysz źrenicą zgasłą?
Co to za gość:
Zarys powiewnych szat,
W ręku zeschnięta żerdź
I kosy srebrna stal...
Hej! kto tam? stój!
Obcy, czy swój?
Hasło?!!

— »Jam śmierć!!« —








JESIEŃ.

 
Wiem ach! wiem,
Że jesień się zbliża smutna.
Mówią mi o tem liście drzew
Zwarzone śmierci tchem,
Mówi mi wiatru zimny wiew
Co nocą łka,
Mówi mi o tem mgła,
Snująca białe płótna
Wśród sinych pól,
Mówi mi o tem tępy ból,
Ukryty wśród duszy głębin,
I kraśne korale jarzębin,
Płonące w słońcu jak krew.
 
Wiem ach! wiem,
Próżno tę myśl chcę odegnać,
Kończą się radość, słońce, śpiew
Zwarzone śmierci tchem.
Czuję już zimny, mroźny wiew.
Coś kończy się,

Coś wkrótce zginie w mgle,
Trzeba się z czemś pożegnać.
I taki żal,
Że szczęście już odchodzi w dal,
I znika wśród nocy głębin.
O! kraśne korale jarzębin,
Płonące w słońcu jak krew!
 
Wiem ach! wiem,
Że gdzieś, w ten czas jesieni
Giną bracia, jak liście drzew
Zwarzone śmierci tchem.
Że każdy dzień to krwawy siew.
Przez jakiś czar
Widzę tysiące mar
Korowód bladych cieni,
Jak płyną w dal,
Wlokąc swą rozpacz, nędzę, żal,
I nikną wśród nocy głębin.
O! kraśne korale jarzębin,
Płonące w słońcu jak krew!








GÓRAL LEGIONISTA.

(Autentyczne — z opowiadań oficera I. pułku).

  
Zszedł z gór, zwabiony pierwszej branki zgiełkiem.
Gdy w werbunkowem biurze stanął nagi,
Zachwycił wszystkich, więc zamiast ciupagi
Dostał karabin i czapkę z orzełkiem.

Ogromną pilność okazywał w mustrze,
Lecz ludzi z dolin zdawał się mieć za nic.
Tęsknił do swoich szczytów i krzesanic,
I do chmur, w jezior zatopionych lustrze.
 
Z nikim nie bratał się lecz i nie kłócił,
Obozowego unikając ścisku.
Nocą siadywał długo przy ognisku
I patrząc w księżyc smętne piosnki nucił.

Wzrok jego błądził przez niebios manowce,
Chleb i manierka zsuwały się z kolan.
Z chmur zakwitała wizya górskich polan
I srebrne gwiazdy dzwoniły jak owce.

Po ciężkich marszach, gdy zdarzał się biwak
I żołnierz drzemał po długich niedolach,

On niby mara błąkał się po polach.
Mówiono w pułku: płanetnik i dziwak.

Widziałem w bitwach go — tysiąc kartaczy
Z piekielnym hukiem pękało w pobliżu,
On leżał w rowie jak posąg ze spiżu,
Jakby nie wiedział, co to przestrach znaczy.
 
Aż raz zagrała trąbka do ataku.
I wtedym pojął potęgę żywiołu.
Jak niedźwiedź wylazł zwolna z swego dołu,
Płaszcz i tornister zawiesił na krzaku.
 
W garść splunął, strzelbę chwycił jak cepisko
Kolbą do góry, i szedł jak wichr halny,
Rosłą postacią z daleka widzialny
Przez zakurzone dymem bojowisko.
 
Gwizdały wokół głowy kule zdradne;
On szedł pobladły, z zapartym oddechem,
Szeptając cicho ze strasznym uśmiechem:
— »Hej! pockaj, pockaj, niechno cię dopadnę!« —

I dopadł wreszcie i w wrogim znikł rowie;
Jak długo trwała tam ta młocka wściekła,
Jak szalał, ile dusz wysłał do piekła —
Tego poety pióro nie wypowie!

Lecz kiedy wyszedł — cicho było wokół
I tajemniczy uśmiech miał na ustach,
I tak zaświecił w słońcu w krwawych chustach,
Jak wracający z dolin górski sokół.

I znów spojrzało na mnie oczu dwoje
Czystych, jakgdyby nie splamionych grzechem.
Tego, co stało się, jedynem echem
Były ostatnie słowa jego: »Mas za swoje«! —








TESTAMENT.

Łyk rumu w świetle ogniska
Oto ostatni traktament.
Moja godzina już blizka.
Piszmy żołnierski testament.
 
Choć każdy z druhów mych przyzna
Żem mężnie nadstawiał życie,
Nie wielka po mnie spuścizna,
Nie bardzo się wzbogacicie.
 
Świadków mojego mozołu
Szynel i buty podarte,
Połóżcie ze mną do dołu,
I tak nie wiele to warte.
 
Lecz tą poświęconą książkę
W modlitwach zbrukane strony,
Medalion, różową wstążkę,
Oddajcie mej narzeczonej.
 
A gdy się kiedyś po latach
Spotkamy za życia progiem,

Cudowny w gwiazdach i kwiatach
Ślub weźmiem przed Panem Bogiem.

Miast gości to aniołowie
Ustawi się w długim rzędzie,
Mowę Kościuszko wypowie
A drużb Piotr święty będzie.
 
Co twoje — tem innych darzysz,
Gdy cel podróży daleki —
Szablę niech weźmie towarzysz,
Co zamknie moje powieki.

Niechaj odpiera nią razy,
Gdy bój rozpęta się krwawy.
Była w mem ręku bez skazy
Dla świętej dobyta sprawy.

Dogasa zwolna ognisko
Wysechł w manierce traktament.
Noc kona i świt już blizko,
Kończę ten krótki testament.
 
Już rozrządziłem spuścizną
Zdobytą w ciężkiej żołnierce.
Lecz Tobie, droga Ojczyzno
Zostawiam me czyste serce!








ŚNIEŻNA MOGIŁA.

 
O! jak śnieżyca dziś po górach huczy
I wiatr melodyę wyje opętańczą.
Po pustych polach lęk się blady włóczy
I płatki śniegu w dzikich wirach tańczą.
Śmierć przyczajona czyha gdzieś w pobliżu
W graniu wichury szczęka jej kosisko.
Chrystus, wiszący na przydrożnym krzyżu
Na pierś wychudł głowę skłonił nizko
I w świat wyciąga rozpięte ramiona...
Burza na chwilę przycicha i kona
I znów wybucha ze zdwojoną mocą.
Niebo, na którem gwiazdy się nie złocą,
Na szczytach górskich ciężko się oparło
I miecie śniegiem w ziemi twarz zamarłą.
Coraz gęściejsze niosą się tumany,
Jęk, świst, rozgrana wichury swawola:

— Z krzyża spogląda Chrystus zadumany
Na ośnieżone, martwe pola... —
 
Na górskiej zboczy, gdzie wiart[1] dziko śwista
Wisząc jak orzeł na skraju urwiska,

Stoi na czatach żołnierz-Legionista.
Karabin ręką skostniałą przyciska
A wzrok z wyrazem nieprzepartej mocy
Patrzy w oblicze groźne ciemnej nocy.
Kazano — żołnierz z miejsca się nie ruszy.
Nie czuje mrozu — mus to dobry lekarz.
Darmo wichuro złościsz się i wściekasz
I darmo burza śnieżne płatki prószy.
A jeśli nawet legnę na tym śniegu
I nad zwłokami mogiła się spiętrzy,
To będę jednym z długiego szeregu
Co dali życie dla sprawy najświętszej.
 
Zapłacze po mnie kochana dziewczyna
Krótko, bo zawsze była w życiu pusta.
Komu innemu poda słodkie usta,
Każda z was bowiem prędko zapomina.
I gdy tak duma, wiatru zimna fala
Tumany śniegu na piersi mu zwala,
W dzikich podskokach wokół niego pląsa
I ostrym mrozem twarz skostniałą kąsa.
Z trwogą ogląda się na wszystkie strony —
Trza ginąć — niech się dzieje Boża wola!
 
— Z krzyża spogląda Chrystus przerażony
Na ośnieżone martwe pola... —
 
O! jak śnieżyca dziś po górach huczy
I wiatr melodyę wyje opętańczą,
Po pustych polach lęk się blady włóczy,
I płatki śniegu w dzikich wirach tańczą.

Śmierć przyczajona czyha gdzieś w pobliżu,
W graniu wichury szczęka jej kosisko.
Tam, gdzie krynica życia młoda biła,
Piętrzy się zimna, milcząca mogiła.
Skostniałe ciało całun pokrył biały
Skończona wreszcie żołnierza niedola.
 
— Z krzyża spogląda Chrystus skamieniały
Na ośnieżone martwe pola...








RANNEMU LEGIONIŚCIE.

 
Zwróć na mnie oczu swych gasnące gwiazdy.
Nic to, żeś blady, żeś zmizerniał druhu —
Rzecz najważniejsza nie upaść na duchu!
Nie mów mi, jakie walki i podjazdy

Masz już za sobą moje drogie chłopię.
— Żeś wiele cierpiał, widzę po twej twarzy. —
Lecz nie będziemy mieć miny grabarzy,
Choć z nas niejeden grób swój własny kopie.

Nie mów, bo mowa już dzisiaj uboższą
Niż czyn — więc tylko patrzmy sobie w serce.
Niedługo śniegu puszyste kobierce
Pokryją ziemię nam wszystkim najdroższą.

Kończy się jesień gdy żołnierz tak moknie,
Że się do kuli rwie lub do powrozu.
Niedługo kwiaty brylantowe mrozu
Zakwitną tobie na szpitalnem oknie.

Kwiaty te starczą ci za liść wawrzynu,
Lecz gdybyś bracie z nowej wiosny tchnieniem

Był tylko marą albo bladym cieniem
Wiedz, że nie zginie piękno twego czynu.
 
Ale żyć będzie w drzew ojczystych szumie,
Kwitnąć na łąki puszystych kobiercach,
Krzewić się w duszach i we wszystkich sercach,
W żałobie matek i ojców twych dumie.
 
Będziesz pochodnią, podczas nocnej pory
Przyświecającą idącym stuleciom,
Cudowną bajką, przez piastunki dzieciom
Szeptaną, w długie zimowe wieczory.

Widzisz — gawędka chwile cierpień skraca.
Przez łzy się do mnie uśmiechnąłeś druhu.
Rzecz najważniejsza nie upaść na duchu,
Choćby iść trzeba tam, skąd się nie wraca.








WARSZAWA.

 
Warszawo! Słyszysz Warszawo?!
W gruzy legł stary świat.
Potrząsnął ktoś chustą krwawą
U twych więziennych krat.

W Starego Miasta zaułki
Wdarł się armatni huk,
Płyną i płyną skądś pułki
Drżą okna i tętni bruk.

Na Zamku już carskich straży
Zmilkł nienawistny krok.
Coś się wielkiego marzy
Trzydziesty pierwszy rok...
 
Coś się wielkiego roi.
Wytężaj wzrok i słuch!
Czy w srebrnej zjawia się zbroi
Odwieczny mściciel Król-Duch?

Warszawo! Królów stolico!
Przetrwałaś wieku ból.

Zjawiasz się znów błyskawicą
W łunach płonących pól.

Po długich męczeństwa latach
W mroku więziennych ścian,
Niechaj ukryje się w kwiatach
Krew ściekła z serdecznych ran.

I niech na twem czole bladem
Znów w blasku dawnych farb,
Zapłonie z brylantów dyadem,
Królewskich przodków skarb.
 
I niechaj w farnym kościele
Wielki uderzy dzwon.
Idą Legiony — mściciele
Idą z ojczystych stron.

Ruszyli dla świętej sprawy
Gdy wodza rozkaz padł.
Z Krakowa aż do Warszawy
Krwią znacząc każdy ślad.

Śmierć niosąc knutom i pałkom,
Szli kruszyć carską moc.
Śniłaś się tym zuchwałkom
W marszach przez dzień i noc.
 
I serca każdego calem
Czuli cię matko w łzach.
Jak nowa Jeruzalem
Zjawiałaś się im w snach.

Gdy pierzchła noc bez końca
Zrywali się z swych leż.
Pod blask się patrząc słońca
Szukali twoich wież.

I oto żar nagrodzony
I nie daremny trud,
Stoją już polskie Legiony
U twoich świętych wrót.

Nowa, słoneczna era.
Dość już żałobnych chust.
Serce w piersiach zamiera,
Miłość nie schodzi z ust.
 
Stajem się lepsi i szczersi,
Słońce błysło wśród mgły.
Ach! upaść na czyjeś piersi
Wypłakać wszystkie łzy!!
 
Rozstać się już z łańcuchem,
Żyć wśród rodzinnych gniazd,
Być wolnym, szczęśliwym duchem
Wśród wichrów, chmur i gwiazd!!
 








ŻOŁNIERZ.

Niech w księgach wiedzy szpera rabin,
Nauka to jest wymysł dyabli!
Mądrością moją jest karabin
I klinga ukochanej szabli.
 
Nie dbam o szarżę ni o gwiazdki,
Co kiedyś mi przystroją kołnierz.
Wy piszcie klechdy i powiastki,
Ja biję się — jak musi żołnierz.
 
Nie pnę się do zaszczytów drabin,
I generała biorą dyabli!
Podporą moją jest karabin
I klinga ukochanej szabli.
 
Nie tęsknię do kawiarni gwaru
Gdzie mieszka banda dziwolągów.
Gardzę zapachem buduaru,
Gdzie amor psoci wśród szezlągów.
 
Nie nęcą mnie zaloty babin.
Kobieta zdradną — bierz ją dyabli!

Kochanką moją jest karabin
I klinga ukochanej szabli.
 
Niejeden wróg miał na mnie chrapkę
A teraz jęczy w piekle na dnie.
Z śmiercią się bawię w ciuciu babkę
Więc może wkrótce mnie dopadnie.

Ksiądz mię niech grzebie, albo rabin,
Żołnierza się nie czepią dyabli!
Lecz w grób połóżcie mi karabin
I klingę ukochanej szabli.
 








NA URLOPIE.

Po roku urlop, rzecz to nie powszednia.
Jakżesz się na to cieszy każdy żołnierz!
Wyprał z krwi mundur, ubrał czysty kołnierz
I prosto z rowów przyjechał do Wiednia.
 
W wyborze miasta miał nie jedną racyę.
Życie i wykwint skupia się w stolicach.
Więc przez dni pierwsze chodził po ulicach,
Wciąż przeżywając ogromne senzacye.

Wszystko nowością było — więc jak nurek
Nurzał się w zbytków sferze idylicznej.
Cieszył go teatr, tramwaj elektryczny,
A nawet w pewnej ubikacyi sznurek.
 
Rajem się zdała kawiarnia spokojna,
Gdzie piękne damy kwitnęły jak kwiaty,
I gdzie wieczorne tylko »extrablaty«
Przypominały, że na świecie wojna.
 
W tym wieku, gdy się serce ma jak krater,
Człowiek jest skłonny do każdego czynu.

Poznawszy pewną pannę z magazynu
Musiał zapłacić jej piwo i Prater.
 
Pływali łódką, strzelali do celu —
Wszystkich rozrywek zliczyć nie potrafię.
Ona jeździła ślicznie na żyrafie
A on na świni w jakimś karuzelu.

Lecz coraz częściej począł ziewać skrycie
I z całodziennej gdy wracał gonitwy,
Śniły się marsze, placówki i bitwy
I obozowe pośród druhów życie.

Więc wnet pokłócił się z swoją niewiastą
Poznawszy, że jest straszną panteistką.
A że mu nadto obrzydło już wszystko,
To jasne, głupio rozbawione miasto,
 
Ta wieczna sztuka mięsa i ogórek,
Ten tłum po barach i kawiarniach liczny,
Karuzel, teatr, tramwaj elektryczny,
A nawet w pewnej ubikacyi sznurek,

Bo się to wszystko powtarzało w kółku
I wielkiej chwili przeczyło niegodnie —
Skrócił swój urlop o cztery tygodnie
I po dniach siedmiu powrócił do pułku.
 








SZRAPNEL W KAWIARNI.

O! jakże jesteście marni
Wy, którzy przy czarnej kawie,
W dymie spokojnej kawiarni
Radzicie o wielkiej sprawie.
 
Codzienną jedząc zacierkę
Wśród mięsa i sytnych fasol,
Miast prochu wąchacie szperkę,
Miast szabli — macie parasol.

Dzienniki dają ci panie
Żer dla twych łaknień senzacyi,
Zwycięstwo masz na śniadanie,
Zwycięstwo podczas kolacyi.

Więc bawiąc swą galanteryą
Piękne, znudzone damy,
Z miną odzywasz się seryo:
— » Wie pani? znów zwyciężamy«.

Już dziennikarska bibuła
Doszczętnie zjadła wam mózgi,

By dusza prawdę poczuła,
Tęgiej potrzeba wam rózgi.
 
Więc marzę o tem ukradkiem
Bohaterowie wy marni,
By jakimś dziwnym wypadkiem
Szrapnelek wpadł do kawiarni.

Cóż to? pobladłeś jak chusta
Głośno zębami szczękając.
Zamilkły wymowne usta,
Trzęsiesz się cały jak zając.
 
Pójdź w pole — wtedy w okopie
Gdy bitwa sroży się dziko,
Huk armat ci będzie chłopie
Jakby najsłodszą muzyką.
 
Żołnierka stanie się rajem,
Szczęk szabli i tętent podków,
Niezapomnianym zwyczajem
Pradziadów twoich i przodków.
 








CHOINKA ŻOŁNIERSKA.

 
Znikły gdzieś wrogów sylwetki zdradzieckie,
Na tę noc jedną pokój, pokój z wami.
Noc wigilijna, rozśmiana gwiazdami
Leje swe światło na rowy strzeleckie.

Szare postacie niby gnomy z bajki
Wyłażą cicho z rowów ciemnej paszczy,
Strząsają śnieżną pokrywę z swych płaszczy
I zapalają cygara lub fajki.

Nieliczna grupa otoczyła kołem
Miejsce, gdzie młody majstruje coś chłopiec.
Małą sosenkę wetknął w śnieżny kopiec
I patrzy wkoło obliczem wesołem.

Rój cacek znosi wnet żołnierska rzesza;
Podarki z domu od istot tak drogich.
Cukry, błyskotki, cały skarb ubogich
Każdy na drzewku tem ostrożnie wiesza.

Świeczki zatknięto na gałązek brzegu,
Pośrodku mnóstwo szklanych świecidełek,
I wnet choinka tysiącem światełek
Zabłysła cudnie na srebrzystym śniegu.

W niejednem oku błysły mokre krople
Na takie drogie sercu widowisko,
I łza niejedno zwilżyła wąsisko,
Na którem lśniły się lodowe sople.

Lecz w górze — w chmurach — gdzie odblask księżyca
Pieści się z chmurek opalową wełną,
Od jakichś widzów niezwykłych aż pełno.
Gdzie spojrzeć, szczęściem rozjaśnione lica.

Aniołki Boże — śliczne cherubinki,
Oparłszy główki na złożone piąstki,
Patrzą ciekawie z każdej nieba cząstki
Na cud błyszczący żołnierskiej choinki.
 








W ROCZNICĘ STYCZNIOWĄ.

 
Widzę was, widzę — szereg drogich główek —
Na czatach, w lesie lub więziennej celi,
Tak jak was wyczuł Grottgera ołówek,
Jak was wyśpiewał Urbański Aureli.

Wryły się w duszę wasze blade twarze,
Postacie strojne w kożuchy lub burki.
Garstka z was tylko na bój szła w czamarze,
Zbrojna w odwieczne sztućce lub dwururki.
 
Częstokroć kosa chłopska lub puginał
Były jedynem uzbrojeniem waszem.
Bo Polak, skoro powstanie zaczynał
I na armaty nawet szedł z pałaszem.
 
Starce — sprószeni powagą siwizny,
Lub pacholęta z szkolnej ledwo ławy,
Marzliście w lasach swej drogiej ojczyzny
Wśród śniegu, głodu i ciągłej obławy.

Kryły was kopce i mogiły śnieżne
Za wzniosły poryw pięknego szaleństwa.

Szliście w Sybiru pustynie bezbrzeżne
Bolesnym szlakiem polskiego męczeństwa.

Ileż to razy szpieg kryjówkę zdradził
I zasiekały was carskie pałasze,
A potem z wiosną pług chłopski zawadził
O rozrzucone w skibach kości wasze?!

Czyż waszych dziejów przesmutną Gehennę
Może odtworzyć słowa nieudolność?
Marliście cicho, jak liście jesienne,
Na wargach mając cudne słowo: »Wolność«.
 
Lecz waszej walki bohaterski dramat,
Służba ojczyźnie każdem serca tętnem,
Pieśń wasza z zimnych katorg i kazamat
Padła nam w dusze niezatartem piętnem.
 
I znowu bije godzina wolności,
Znów się porwały do walki orlęta.
Legiony Polskie — ta kość z waszej kości
Wstały do boju — rwać nieszczęsne pęta.
 
O cienie drogie, smutne, bohaterskie!
Czci was, kto tylko czuje się Polakiem.
Więc błogosławcie te hufce rycerskie
Co w bój ruszyły waszym świętym szlakiem.

A jeśli kiedyś, w szmer waszej modlitwy
Krzyk tryumfalny aż do chmur się wzbije,
Wiedzcie: Legiony powracają z bitwy;
A krzyk ten to jest wieść, że Polska żyje!








PIERWSZA BRYGADA.

 
Nie dbam o żywot dostatni,
Spoczynku dla mnie ni chwilka.
Wyciąga mię z każdej matni
Węch wyżła a oczy wilka.
Choć deszczby lunął jak z tuszu,
Choć mrózby pod stopą chrupał,
Nie stracę ja animuszu,
Bo gwiżdżę na mróz i upał.
Grad kul dokoła mnie śwista,
Ja stoję jak w dzień parady.
Nie wie co strach — Legionista
Przesławnej pierwszej Brygady!

Nie strasznym mi żaden szaniec
Lufami zjeżony srogo,
Do bitwy idę jak w taniec
Wesoło brzęcząc ostrogą.
Żołnierz ze wszystkiem się otrze,
Gdy ma co włożyć do gęby.
Śmierć do mnie mówi »kumotrze«

I szczerzy swe brzydkie zęby.
Choć dyabłów by przyszło trzysta
Myślisz, że nie dam im rady?!
Mocną ma pięść Legionista
Przesławnej pierwszej Brygady!

Na wojnie, jak na obławie
Trzeba być dobrym myśliwcem.
Dobrze przysłuży się sprawie,
Kto wroga pochwyci żywcem.
Lecz ktoby na mnie miał chrapkę
Zwycięzcy zbrzydnie mu rólka.
Nim żywy wpadnę w pułapkę
Od czegoż ostatnia kulka?
Lepsza już czeluść ognista
Niśli z wrogami układy.
Nie podda się Legionista
Przesławnej pierwszej Brygady!
 
Dowódców swych mamy w cenie,
Bo każdy z nich żołnierz szczery.
Wiedzie nas w walkę wspomnienie
Racławic i Somo-Sierry.
Dewizą naszą: bić wroga!
O sąd nie troszcząc się ludzki.
Matką, ojczyzna nam droga
A ojcem, hetman Piłsudski.
Krew w nas rycerska, ognista,
Szablice nie od parady.
Mocną ma pięść Legionista
Przesławnej pierwszej Brygady!

Więc niechaj blady filister
Rzuciwszy nudną kawiarnię,
Wdziewa co rychło tornister
I do Legionów się garnie.
Gdy dwieście armatek zagra
Rycerska najdzie go wena,
Zabaczy, co to podagra,
Zapomni co to migrena.
Krew przodków zagra ognista
Hej! choćby z dyabłem na szpady!!
Nie wie co strach — Legionista
Przesławnej pierwszej Brygady!








LEĆCIE PŁATECZKI ŚNIEŻNE.

 
Lećcie płateczki śnieżne
O lećcie w siną dal,
Na pola te bezbrzeżne,
Gdzie dźwięczy szablic stal.

Gdzie bracia i druhowie
Z twarzą przy kurkach luf,
Marzną w strzeleckim rowie
Gorzej bezdomnych psów.

Gdzie z ciał zostają strzępy,
Których nie kryje grób.
Gdzie krążą czarne sępy
Czyhając na swój łup.

Czy wiecie śnieżne płatki
Czem wy być macie, czem?
Bielutkie zimy kwiatki
Pędzone wichru tchem?

Czy nie widzicie końca
Waszych wędrownych dróg?
Poco z mrozu i słońca
Stworzył nas dobry Bóg?

Czemu klaskają w rączki
Dzieci, gdy pada śnieg,
A strojny w śnieżne pączki
Skrzy się gałązek brzeg?
 
Gdy krwawy bój się toczy
Wy pocałunkiem swym,
Będziecie zwilżać oczy,
Które wygryza dym.
 
Będziecie dla tych kroci,
Co ranni mrą bez skarg,
Pierwszą kroplą wilgoci,
Osłodą spiekłych warg.
 
Pierwszym zimnym okładem
Dla ran broczących krwią,
Albo na licu bladem
Ożywczą pierwszą łzą.
 
Tych, w których twarz zaskrzepłą
Lodowy wicher dmie,
Grzejcie swą piersią ciepłą
Jak matka dzieci swe.

A tym, co zamiast w krypcie
Leżą u Karpat stóp,
Sypcie płateczki, sypcie
Co roku śnieżny grób!!
 










WRAŻENIA


SIOSTRA MIŁOSIERDZIA.

 
Mrok przez szpitalny skrada się kurytarz
Zapełnia sobą każdy kąt i wyłom.
Tyle sal białych — błąkasz się i pytasz —
Weź przewodnika, nie wierz własnym siłom.

Cały to smutny i rozpaczny światek,
Złożony z cierpień i tragedyi drobnych.
Gdzie spojrzeć, twarze blade jak opłatek
W mroku sal białych, do siebie podobnych.
 
Na szybie okna rysuje się ostro
Czarna sylwetka w zakonnym habicie,
Weź mię za rękę i prowadź mię siostro.
Szukam istoty, droższej mi nad życie.

Lecz gdyby płomień ten już więcej nie tlił
Niech mię pochłonie także nicość pusta!
Twarz zakonnicy dobry blask oświetlił;
W milczeniu palec kładzie na swe usta.
 
Idziemy — kroki nasze tłumi chodnik.
Tak cicho, słychać nudny pobrzęk muszek.

Gdzie się pojawi mój dobry przewodnik
Wybladłe twarze wznoszą się z poduszek.

Zna ona wszystkich — nie trzeba jej znamion.
Blizki jej każdy przez ból i męczeństwo.
Tysiąc w jej stronę wyciąga się ramion
I tysiąc oczu szle błogosławieństwo.

Każdy w niej widzi najdroższe oblicze
I matki, siostry, żony, serce wierne.
O, kwiaty rąk kobiecych tajemnicze!
O, dusze dobre, słodkie, miłosierne!!








BEZIMIENNY.

 
Wysłałem list — garść dobrych słów.
Od chwili tej miesiąc już minął.
Dziś do rąk moich wrócił znów
Z pieczęci: »adresat zaginął«.

Ach, gdybym jakim cudem zgadł,
Co znaczy ta pieczęć złowroga.
Czyś ranny bracie, czyliś padł,
Czyś może w niewoli u wroga?
 
Chciałbym za twoim śladem iść,
Lecz droga ma będzie daremną.
Przepadłeś jako zwiędły liść,
Porwany wichurą w noc ciemną,
 
Coś zdziałał, jakiś cierpiał trud,
Z przyjaciół twych nikt nie odgadnie.
Gdy kłębią się obszary wód,
Czem kropla jest mała gdzieś na dnie?
 
Czem jest żałosny jeden ton,
Gdy wokół milionów męczarnia,

Czem jest iskierki jednej zgon
W pożarze, co wszechświat ogarnia?!

I dalej będzie istniał świat,
Choć tyś jak cień blady przeminął.
Jeden został po tobie ślad
Ta pieczęć: »adresat zaginął«.
 








POCIĄG WOJSKOWY.

 
Stoi na szynach do odjazdu gotów.
Wagonów linia nieskończenie długa...
Z maszyny dymu unosi się smuga.
Żelazne koła rwą się do obrotów.
 
Drzemie w nich żądza rozpędu i ruchów.
Dal woła — błękit tak jasny i czysty.
Maszyna parska jak rumak ognisty,
Trzymany wodzą stalowych łańcuchów.
 
W otwartych oknach uśmiechnięte twarze.
Na czapkach róże bławaty i dzwonki.
Kwiaty pożegnań i kwiaty rozłąki,
Ofiarowane przez najdroższych w darze.
 
Jak wrócę z wojny, wtedy się wyczulę.
Zamiast łez, daj mi lepiej flaszkę rumu!
Dzwoni piosenka wśród maszyny szumu,
Wagony grają jak otwarte ule.

Piosnka potrafi myśli złe odegnać,
W głąb duszy wciska budzącą się żałość.

Cudną jest młodość, męstwo i zuchwałość,
Więc rosną serca w tych, co przyszli żegnać.

Świst, zgrzyt łańcuchów, okrzyki bez końca.
Z maszyny dymu unosi się chmura.
Jeszcze ostatnie, pożegnalne: Hurra!!
I pociąg rusza w złotą kąpiel słońca.
 
Dzień skonał, noc się rozpostarła mglista,
A pociąg pędzi wciąż jak widmo burzy.
Dokąd? jak długo? jaki cel podróży?
O tem wie tylko jeden maszynista.

Mijają długie, leniwe godziny.
Czas się przesuwa nigdy niepowrotny.
On nieruchomy, milczący, samotny,
Stoi jak posąg przy korbie maszyny.
 
Lecz gdy z ogniska iskierki wylecą,
I na sylwecie jego blask swój skupią,
Widać twarz białą, straszną, kościotrupią,
I oczodoły, które próchnem świecą.
 
Zna on wszelaką losów ostateczność,
Wie, że ta podróż jest życia pogrzebem,
I że pod czarnem i bezgwiezdnem niebem
Pociąg jak widmo leci w ciemną wieczność!!








MARZENIA.

 
Często wśród nocy bezsennej,
Gdy wiatr zajęczy jesienny,
A niebo zakwitnie jak łąką,
Duch mój po polach się błąka,
Wśród pocałunków gorących
Do drzew się tuli gorących,
Pod ciche skrada się chaty,
Prostuje umarłe kwiaty,
Skąpane w księżyca srebrze,
A jeśli rosę wyżebrze
U jakichś progów anielich,
Wlewa ją w róż zwiędłych kielich.
— Cudną jest kwiatów opiłość! —
A jeśli wyżebrze miłość,
Co ból i nędzę uśmierca,
Nasyca nią ludzkie serca,
By czuły czysto i szczytnie.
Pięknem jest wszystko, co kwitnie,
A brzydkim ból, co uśmierca.
Kwity niech będą jak serca,
A serca niech będą jak kwiaty!

Niechaj do cichej mej chaty
Przyjdą wędrowce z daleka,
Cała niedola człowieka,
Wszystkie łzy i rozpacze.
Kto smutny, niech się wypłacze,
A kto w duchowej rozterce,
Niechaj otworzy swe serce.
Dlaczego bracie narzekasz?
Noc, to cudowny jest lekarz.
 
Szczęśliwy, kto w cichym drzew szumie
Pociechę odnaleźć umie,
I ten, co w wieczornej ciszy
Tajemną mowę gwiazd słyszy.
Wyjdź tylko na światło z ciemnic;
Świat pełen cudnych tajemnic,
Wszystko ma własną swą mowę,
Gwiazdy, to łzy brylantowe,
Upadłe z anielskich powiek.
Kwiaty też cierpią jak człowiek,
— Tylko swą duszę w słuch zamień. —
Ta woda, ten martwy kamień,
Te trzciny nad wodą nizkie,
Wszystko to będzie ci blizkie;
Motyl pijący z kielicha,
Każda krzewina licha,
Róża płonąca szkarłatnie,
Wszystko to będzie ci bratnie,
Jakby żył gdzieś w pobliżu
Święty Franciszek z Assyżu.

Świat cały płonie błękitnie,
Rosa napełnia serca.
Pięknem jest wszystko, co kwitnie,
A brzydkim ból, co uśmierca.








POBOJOWISKO.

 
Zcichł karabinów trzask,
Warczenie zdradnych kul,
I armat nawalnica...
Na szarość pól
Padł siny blask
Księżyca.

Ach! zakryj lica
I odwróć wzrok!!
Skrwawiony wał
Rozdartych zwłok,
Zszarpanych ciał.
Gdzie zwrócić krok,
Przy trupie trup.
Krew płynie z ran,
Krew płynie z rąk.
Tu oczy w słup,
Tam sine lica
Wpatrzone w krąg
Księżyca...
Piekielny tan,

Gehenna mąk,
Martwica...

Z wieczornych cisz,
Z ziemi we mgłach
Wstał blady Strach,
Przy drodze siadł
Gdzie wiejski krzyż,
I jak zbłąkany pies
Wyje i szczeka...

Oszalał świat.
O życie! życie człowieka!!
Ach! powiedz ziemio
Ziemio rodzona,
Co od stuleci
Patrzysz na zgon
Swych własnych dzieci,
Ach! powiedz ziemio,
Co pijesz krew
I krwiąś karmiona,
Jaki to plon
I jaki siew
Powstanie z twego łona
Ziemio, ziemio czerwona?!
 
Gdzie cel i kres
Tych mąk i łez,
I tych różańców,
Nizanych z krwi,
Strzaskanych szańców

Płonących wsi?
Tych młodych ciał
Walących się pokotem
Przez miecz i szał?

I jaki lek
Przyniesie wiek
Co przyjdzie potem?!
I kiedy już
W światłości zórz
W jakiejś cudu godzinie,
Na szarość pól,
Gdzie łzy i ból,
Z obłoków Chrystus spłynie?
Gdzie białą dłoń położy
Zbawiciel świata blady,
Przesili się niedola
I pokój wejdzie Boży;
 
Popłyną żytem pola
Zakwitną kwieciem sady,
A ludzie, dobrzy, czyści,
Zabaczą swych zawiści,
Połamią ostrza noży,
I jak na znak zaklęcia,
Zbywszy się dawnej zwady,
Upadną w swe objęcia?!








GINĄCYM.

Nie żal mi was,
Co wiek przeżywszy męski,
Wzloty ducha i klęski,
Syci już życia kras,
Gasnąc w jakimś zakątku
Bez radości i słońca,
Bliżsi byliście końca
Aniżeli początku.
Nie żal mi was!
 
Gdy się jest jako mara
Pośród jesiennej mgły,
Gdy serce zmienione w głaz,
Gdy gorzki każdy chleb
I mętna wszelaka czara,
Gdy się już wszystkie łzy
Sedecznie wypłakało,
A w piersi pozostało
Z dawnego czucia ćwierć —
Czyż może być słodsza śmierć,
Jak kula w serce lub w łeb,

Która przychodzi w czas?!
Nie żal mi was!

Tych jeno żal,
Co w wiosny swej rozkwicie
Młode stracili życie
I idą w ciemną dal
Torem przeznaczeń ślepych
Cienie smętne i blade,
Opuszczając biesiadę
I cały życia przepych...
Tych jeno żal!

Droga przed wami pusta.
Niby żórawi klucz
Płyniecie w nieznaną dal,
Na piórach mając krew.
Nie dotkną niczyje usta
Waszych zagasłych ócz —
Kwiatów, spłakanych rosą,
Gdy śmierć je dotknie kosą,
Porwanych harfy strun,
Jutrzenki porannych łun,
Piorunem strzaskanych drzew,
Niewracających fal —
Tych jeno żal!








SŁOTA.

 
Gdy w szyby biją krople dżdżu
I pola w słocie mokną,
Ja zrywam się z twardego snu
Spoglądam w ciemne okno.

Jakiś widmowy, straszny sen
Jeszcze się w duszy roi.
Tam w taki deszcz, na polu, hen,
Mokną gdzieś bracia moi.
 
Przez ciemny, zasłocony świat
Daleko myśl ma leci,
Do tych, co zdala od swych chat,
Tęsknią do żon i dzieci.
 
Hej, w taką noc, gdy pluszcze deszcz,
Co cierpi w polu człowiek!
Na samą myśl uczuwam dreszcz
I sen ucieka z powiek.

I złoszczę się, że jestem syt,
Że mam wygodne łoże.

I duszę jakiś pali wstyd,
Że zasnąć się nie może.

I rwę się do tych sinych pól,
Na których wicher hula,
Aż sen ucisza serca ból
I myśli mgłą otula.

Lecz rano, kiedy dziecko me
Wyciągnie do mnie rączki,
Zamysł się mój rozwiewa w mgłę,
Jak widmo złej gorączki.

Ta siła, co mi każe żyć,
Jest czemś ogromnie szczerem.
Trudno! nie każdy może być
Wojem i bohaterem.
 
Lecz chłoszcze mię stwierdzony fakt
Ironią swą okrutną.
Życie! zawarłem z tobą pakt,
Lecz jest mi smutno, smutno!








STROFY SMUTNE.

Ach! co to jest,
Że każda nasza praca,
Że każdy piękny gest
W nicestwo się obraca,
Że duch, co rwał się wzwyż
Do nieskończonych cisz,
Dziś wlecze się przy ziemi
Z skrzydłami złamanemi —
Ach! co to jest?!!

Gdzie cel, gdzie kres?
Szczęśliwe dnie pamiętasz?
Gdzie spojrzeć — morze łez,
Gdzie spojrzeć — wielki cmentarz
Strachem zjeżony włos,
Szczęki morderczych kos.
Próżno zaciskać pięście,
Umiera młode szczęście.
Gdzie cel, gdzie kres?
 
Wśród naszych pól,
Gdzie kwitnie czar bławatów

Żebraczy chodzi ból
I ścina przepych kwiatów.
Na każdej skibie krzyż.
Wśród nocy czarnych cisz
Mór siedzi z twarzą bladą,
Żeruje sępów stado
Wśród naszych pól.

Ach dość już, dość!
Płynie cicha modlitwa.
Niech zcichnie ludzka złość
I wielka duchów bitwa.
I niech opadnie już
W ciszy ostrzony nóż,
Na wszystkie świata końce
Miłości zejdzie słońce.
Ach, dość już, dość!
 
Tańcuje bies
I gra na naszej stypie.
Przed nami morze łez,
Piasek w oczy się sypie.
Nie przeszedł nieszczęść wiek
W trumnę wbijają ćwiek.
W rąk załamanych chrzęście
Umiera nasze szczęście,
Tańcuje bies.








PRZECZUCIE.

 
Złocą się liście drzew,
Tknięte ręką jesieni.
Zieleń się zmienia w krew
Las się cały rumieni.

Opada rdzawy liść,
Coś ginie i coś kona,
Trzeba mi wkrótce iść,
Gdzie zorza tli czerwona.

Coś mię przyzywa tam,
Jakieś tajemne sprawy.
U złotych nieba bram
Archanioł stanął krwawy.

Jakiś smutek i żal,
Trudno go tak odegnać.
Wola mię krwawa dal...
Trzeba się z wami żegnać.
 
W przydrożny pada kurz
Kwiat marzeń i uniesień.

Może ostatnia już
Ta moja z wami jesień?

Może ostatni raz
Patrzymy sobie w serce,
Złości się dla mnie las
I płoną łąk kobierce?

I z nowej wiosny tchem,
Zgłuszony życia gwarą,
Będę już tylko snem
Bladą, straszącą marą?!








Ślepiec.

 
Pamiętam owo popołudnie parne:
Przed rowem szrapnel jak żmija zasyczał.
Ktoś jęknął głośno — oficer coś krzyczał
I drzwi przedemną zamknęły się czarne.

Przebóg! usuńcie mgłę z palących powiek!
Lęk zjeżył włosy — co się dzieje ze mną?
Gdzie jesteś słońce? dlaczego tak ciemno?
— Są myśli, których znieść nie może człowiek —

Ach, kroplę wody dla zgasłej źrenicy!
Może to tylko ślepota pozorna?
Lecz nagle pewność niezbita, potworna
Przez mózg przebiegła z sykiem błyskawicy.
 
I łzy w mem życiu najgorsze, najkrwawsze
Spłynęły cicho na znak niemej skargi,
Bo ból położył na milczące wargi
Te dwie pieczęcie: »nigdy!« i »na zawsze!«

Nigdy nie ujrzę słonecznej jasności.
Ach, jakżem od was druhowie uboższy!
Nigdy nie ujrzę na twarzy najdroższej
Tego wyrazu, co płynie z miłości.

Na zawsze z piętnem na twarzy jak Kain
Iść będę ścieżką, gdzie zmrok i zgryzota,
Na zawsze dla mnie zamknięto te wrota,
Które prowadzą do zaklętych krain.
 
Nie dla mnie kwiatów czar i pól słoneczność,
Darmo pocieszyć chcesz mię przyjacielu;
Jestem podróżnym, co jedzie w tunelu
I wie, że tunel ten prowadzi w wieczność.

Więc mię nie żałuj, bo jestem z cierpiących
Jedyny, który nie czeka pomocy.
Kto poznał grozę wiekuistej nocy
Ten nie należy więcej do żyjących.

I chociaż czasem łzy płaczę najkrwawsze,
Nikt z was mej strasznej nie usłyszy skargi.
Bo ból położył na milczące wargi
Te dwie pieczęcie: »nigdy!« i »na zawsze!«








NEURASTENIK.

 
Codziennie rano zażywał arszenik
A przed snem wieczór jeden bromu proszek.
Nie wyszedł w słotę bez ciepłych pończoszek,
Znany był wszędzie jako neurastenik.

Toteż zawrzało aż w rodzinnem kółku
Kuzynek, ciotek i wszelakich babin,
Gdy wieść gruchnęła, że ubrał karabin,
Jako ochotnik wstąpiwszy do pułku.

Nikt nie chciał wierzyć, że mógł żyć bez brzytwy
I bez monokla z jedwabną tasiemką.
Z popołudniową co się stanie drzemką
Gdy w rowie leżeć przyjdzie pośród bitwy?

Wuj orzekł — damy pragnąc rozweselać
Kosztem drugiego, co jest brzydkim rysem:
— »On z rowów kartkę wystawi z napisem:
W godzinach drzemki prosi się nie strzelać!« —

A znowu jedna z najzłośliwszych ciotek,
Znana z brodawek, podobnych do fasol,
Rozpowiadała pośród innych plotek,
Że wziął kalosze w pole i parasol.
 
Przyjęto zatem, że wszystko to pozór,
Gest, w którym męztwa szczerego ni znaku.
Rok minął — strawy nie miał ludzki ozór,
Więc zapomniano całkiem o dziwaku.
 
Na tem się kończy historyi tej prolog,
Ale pointa teraz się zaczyna.
Nagle okazał się w pismach nekrolog
Z wieścią o śmierci dziwaka — kuzyna.
 
I te szczegóły: w walkę szedł jak w taniec,
Żołnierz był z niego najlepszy, najszczerszy,
Nieprzyjacielski zdobywając szaniec
Z piersią przeszytą kulami, padł pierwszy.
 
A wuj dowcipniś z najzłośliwszą ciotką,
Grając wieczorem jak zwykle w maryasza,
Rzekł do swej żony z miną kwaśno-słodką:
— »Co? nie mówiłem, że w chłopcu krew nasza?!« —








PIEŚNI MOJE.

 
Czem wy jesteście, czem
O pieśni moje?
Gdy w glebę naszych pól
Wsiąkały krwawe zdroje.
Cóż, że was zrodził ból?
Będziecie tylko snem,
Wielkich wypadków cieniem,
Przepięknem majaczeniem,
Przed którem nie uklęknie,
Którego nie spamięta
Nikt z tych, co rwali pęta,
Nikt z tych, co życie swoje
Ofiarowali pięknie.
Czem wy będziecie, czem?!
O pieśni moje?!
 
Nie byłyście przeżyciem,
Zrodzonem w broni szczęku
Wśród gradu wrogich kul
Wśród błysku srebrnych kos,

Lecz poetycznem śniciem
W mroku cichej godzinie
O pięknym polskim czynie,
Lecz serca trwożnem biciem,
Albo wyrazem lęku
O braci swoich los,
Co pośród obcych pól
Padali gdzieś bez jęku,
Jak ścięty wcześnie kłos
Na kwiatów polu wonnem,
Lecz byłyście podzwonnem
Dla tych, co w nicość szli,
Skąpani w młodej krwi...

Ale nadejdzie czas
Po krwawej zawierusze,
Gdy wy, rycerze czynu,
Strojni w wieńce z wawrzynu
Będziecie sprawiać sąd,
Sądzić czyny niepiękne,
Piętnować każdy błąd.

Widzę już widzę was,
Patrzących w nasze dusze.
Ale się nie ulęknę
Waszej błyszczące[2] zbroi,
Waszych srogich wyroków —
Ale przed wami klęknę
I serce swe otworzę,
Nabrzmiałe wielkim bolem,

A braciszkowie moi
Skowronki wśród obłoków,
Słowiki ponad polem
Tak zaśpiewają pięknie,
Stając w mojej obronie,
Że serce wasze zmięknie,
Opuszczą miecze dłonie,
I zamiast błyskawicy
Zaświeci łza w źrenicy.








SPIS RZECZY:

Str.
DEDYKACYA ............ 5
ROKITNO ............. 7
Szarża ułanów Wąsowicza ...... 9
Pogrzeb ............ 12
SZLAKIEM LEGIONÓW ........ 15
Pan Piłsudski .......... 17
Strofy o koniu ułańskim ....... 19
Polskiemu dziecku ........ 21
Placówka ............ 23
Jesień ............. 25
Góral Legionista .......... 27
Testament ............ 30
Śnieżna mogiła .......... 32
Rannemu Legioniście ........ 35
Warszawa ........... 37
Żołnierz ............ 40
Na urlopie ............ 42
Szrapnel w kawiarni ........ 44
Choinka żołnierska ........ 46
W Rocznicę Styczniową ....... 48
Pierwsza Brygada ......... 50
Lećcie płateczki śnieżne ....... 53
WRAŻENIA ............ 57
Siostra miłosierdzia ........ 59
Bezimienny ........... 61
Pociąg wojskowy ......... 63
Marzenia ............ 65
Ginącym ............ 71
Słota ............. 73
Strofy smutne .......... 75
Przeczucie ........... 77
Slepiec[3] ............. 79
Neurastenik ........... 81
Pieśni moje ........... 83











Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wiatr.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – błyszczącej.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Ślepiec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Zbierzchowski.