Król i osioł oraz inne humoreski/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Król i osioł oraz inne humoreski
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MARK TWAIN
KRÓL I OSIOŁ
ORAZ
INNE HUMORESKI
Edward Wende i S-ka logo.png




WARSZAWA, E. WENDE i S-KA
Poznań  —  Fiszer  i  Majewski; Łódź i Katowice —
Ludwik Fiszer; Toruń i Siedlce — Tow. Wyd. „Ignis“





Odbito w Zakł. Graficznych
„Drukarnia Bankowa“
Warszawa,
Moniuszki 11
1925
PIORUNY

— Tak, łaskawy panie — rzekł Mac Williams, — ciągnąc rozpoczęte opowiadanie — obawa przed piorunami — to jedna z najnieprzyjemniejszych chorób ludzkich, jakie możemy zanotować! Najczęściej spotykamy ją u kobiet, ale niekiedy ta choroba zdarza się także i u mężczyzny, a nawet i u małego pieska. Strach ten tem bardziej jest niemiłym, że odbiera człowiekowi zupełnie panowanie nad sobą. Ani jeden rodzaj lęku nie działa na nas w sposób podobny. Nadomiar złego osobnik, ogarnięty tą chorobą, nie zastanawia się nad nią i nie wstydzi się jej. Kobieta, która nie lęka się ani djabła ani myszy, traci wszelkie panowanie nad sobą, gdy tylko mignie błyskawica. Wprost litość bierze wtedy patrzeć na nią...
A zatem obudziłem się, jak już panu mówiłem, naskutek rozdzierającego duszę krzyku:
— Mortimer! Mortimer!
Słowa te huczały mi w uszach, a nie mogłem zrozumieć, skąd pochodzi wołanie. Przebudziwszy się ostatecznie, wyciągnąłem przed siebie ręce w ciemności i rzekłem:
— Ewelino, czego krzyczysz? Co się stało? Gdzie jesteś?
— Zajrzyj do alkowy... Powinieneś się wstydzić, że możesz tu leżeć i spać, gdy na dworze taka burza!...
— Co znowu? Czyliż może się wstydzić ten, kto śpi?
— Tak, boś ty przecież nigdy nie próbował się wstydzić... Mortimerze!... Wszak sam wiesz o tem dobrze.
Po chwili dobiegł mych uszu przytłumiony szloch, i szorstkie słowa, które już — już miały się wyrwać z moich ust, gdzieś się ulotniły. Zamiast tego rzekłem:
— Doprawdy, żałuję, moja droga... Jestem szczerze zasmucony... wcale nie miałem zamiaru... Chodź tu i...
— Mortimerze!
— Chryste Panie! O cóż ci chodzi, moja droga?
— Czy ty leżysz w łóżku?
— Naturalnie.
— Wstawaj czemprędzej! Myślałam, że ty więcej troszczysz się o swe życie dla mnie i dla dzieci, niż dla samego siebie.
— Ależ moja droga...
— Nie mów do mnie, Mortimerze! Ty wiesz dobrze, że niema gorszego i bardziej niebezpiecznego miejsca, niż łóżko w czasie takiej burzy. We wszystkich książkach możesz to wyczytać. A ty leżysz sobie w niem i spokojnie wystawiasz swe życie na niebezpieczeństwo! Bóg wie, poco, chyba tylko przez skłonność do kłótni, dowodzeń, roztrząsań i...
— Ależ, Ewelino, jak Boga kocham... Nie jestem wcale w łóżku, ja...
Zdanie moje przerwała błyskawica, po której rozległ się przeraźliwy krzyk mistress Mac Williams i straszne uderzenie piorunu.
— Masz więc! Masz rezultat! O, Mortimerze, jak możesz być na tyle zepsutym, aby zaklinać się w takiej chwili?...
— Ależ ja wcale się nie zaklinam. I piorun bynajmniej nie był rezultatem tego, co powiedziałem. Stałoby się to nawet, gdybym ani słowa nie powiedział i ty to dobrze wiesz, Ewelino, a również powinnaś wiedzieć przynajmniej to, że skoro atmosfera przesiąknięta jest elektrycznością, to...
— Naturalnie, teraz zaczniesz dowodzić, dowodzić, dowodzić... Nie rozumiem, jak możesz tak postępować, wiedząc dobrze, że tu niema piorunochronu i że twoja biedna żona i dzieci znajdują się w śmiertelnem niebezpieczeństwie...
— Co ty robisz? zapalasz zapałkę? — W takiej chwili! Tyś chyba zupełnie rozum postradał!...
— Do djabła! O cóż ci chodzi? Przecież tu ciemno, jak w duszy niewierzącego! i...
— Rzuć, rzuć to natychmiast! Czyś już naprawdę postanowił zrobić z nas wszystkich ofiary? Przecież wiesz chyba, że nic tak nie przyciąga pioruna, jak światło!...
Jest! — (Krat... — trach... — trach... — trach... — trach...) Oooo... słuchaj!... Widzisz, coś ty narobił!...
— Nie, wcale tego nie widzę. Zapałka mogłaby wywołać błyskawicę, ale — o ile mi wiadomo — nie może ściągać burzy! Za to mogę ci ręczyć. Jednakowoż nawet błyskawicy nie wywołuje, ponieważ gdyby piorun runął w moją zapałkę, to byłby to traf zupełnie wyjątkowy, jeden na miljon, że tak powiem. Raz nawet w Dollimont, taki szczególny wypadek...
— Wstydź się, Mortimerze! Patrzymy teraz śmierci w oczy, a ty w tak uroczystej chwili zdolny jesteś do takich przemówień... Jeżeli ty nie masz chęci żyć... Mortimerze!...
— Cóż znowu?
— Czy modliłeś się dziś wieczorem?
— Ja, ja... Chciałem, ale akurat w tej samej chwili począłem obliczać, ile razy będzie trzynaście pomnożone przez dwanaście i... (Fet... krat!... bum!... bum!... — trrach!...)
— Oooo! przepadliśmy, przepadliśmy bezpowrotnie! Jak mogłeś wyrazić się w podobny sposób w takiej chwili?!
— Ależ przecież wtedy nie było jeszcze takiej chwili! Przecież nie było ani jednego obłoczka na niebie! Skądże mogłem wiedzieć, że wkrótce zacznie się taka kanonada z powodu takiego małego przekroczenia! Wymówki twe zupełnie nie są na miejscu, a to tem bardziej, że to się zdarza tak rzadko. Nie opuszczam przecież ani jednej modlitwy — odkąd sprowadziłem swoją bezbożnością trzęsienie ziemi — cztery lata temu...
— Mortimerze, co ty mówisz?! Zapomniałeś chyba zupełnie o żółtej febrze!
— Moja droga! wciąż mi ciskasz w twarz ten wyrzut co do żółtej febry! — Tymczasem jest on pozbawiony wszelkiej podstawy... Memfis leży tak daleko — a czyliż podobna, by moje przeoczenie religijne mogło zaraz dosięgnąć tak oddalonego miejsca? Nie, gotów już jestem raczej wziąć na siebie trzęsienie ziemi, ponieważ to odbywało się w sąsiedztwie, ale nie mogę odpowiadać za wszelkie...
(Fet... krat!... bum... bum... bum... trrrach!...)
— O, mój Boże, mój Boże! mój Boże!... Jestem jak najmocniej przekonana, że piorun uderzył w cośkolwiek — o Mortimerze! Nie ujrzymy już więcej dnia jutrzejszego, i jeżeli to może przynieść ci korzyść, to zapamiętaj sobie, że twoje okrutne słowa... Mortimerze!
— Noo?...
— Twój głos, Mortimerze — brzmi tak, jak gdybyś stał obok komina?
— Zbrodnię tę właśnie popełniłem w tej chwili.
— Wynoś się stamtąd natychmiast! Tak jak gdybyś umyślnie postanowił zgubić nas wszystkich. Czyliż nie wiesz, że niema lepszego przewodnika dla pioruna, jak komin? No, gdzież ty się teraz znajdujesz?
— Stoję przy oknie.
— Na Boga! Tyś chyba zmysły postradał! Odejdź stamtąd, odejdź natychmiast! Nawet dzieci przy piersiach, i te już wiedzą, że nie wolno stać przy oknie podczas burzy... Boże! Boże! Wiem, że więcej nie ujrzę dnia jutrzejszego... Mortimerze!
— No co?
— Co to za szelest?... Co ty robisz?
— Staram się wyszukać w szafie marynarkę.
— Rzuć ją czemprędzej! Jestem przekonana, żeś ty gotów ubrać się w taką odzież, chociaż wiesz dobrze, że wszyscy poważni uczeni zgadzają się w tem, iż tkaniny sukienne przyciągają pioruny. O, Panie! Panie! Niedość, że życie człowieka narażone jest na niebezpieczeństwo wskutek przyczyn naturalnych, a tu jeszcze on sam robi to wszystko, co zwiększa niebezpieczeństwo... Nie śpiewaj, proszę cię! Jak możesz robić coś podobnego!
— Nie wiem, co w tem jest złego.
— Mortimerze, wszakże nie raz, a sto razy mówiłam ci, że śpiew powoduje wstrząśnienie powietrza, które przerywa wpływ fluidu elektrycznego, a zatem... Boże mój, dlaczegoż to przyszła ci myśl otwierania drzwi?
— Zmiłuj się, kobieto; cóż ci to szkodzi?
— Co szkodzi? Przecież to śmierć! Każdy, ktokolwiek choć odrobinę zainteresował się tym przedmiotem, wie, że robiąc przeciąg, jak gdyby zapraszamy w ten sposób grom do siebie... Ale ty źle zamknąłeś drzwi... zamknij je mocniej... i prędzej chodź tu, gdyż zginiemy wszyscy! O, jakie to okropne być w takiej chwili zamkniętą z warjatem!... Co ty tam robisz, Mortimerze?
— Nic. Chcę poprostu otworzyć kran z wodą. W pokoju gorąco i duszno. Pragnę odświeżyć sobie twarz i ręce.
— Tyś się wściekł chyba! Właśnie woda najbardziej przyciąga pioruny! Zamknij kran czemprędzej. O Boże, przecieżem pewna, że nic na świecie już nas nie zbawi? Mortimerze, a to co takiego?
— To?... To obraz. Zrzuciłem go niechcący.
— A więc ty stoisz koło ściany! Odejdź zaraz! I znów o mało co nie zakląłeś! Jak ty możesz być aż do tego stopnia zepsutym człowiekiem, żeby narażać na niebezpieczeństwo całą rodzinę?... Mortimerze, czyś zamówił dla siebie jasiek, jakem cię o to prosiła?
— Nie, zapomniałem o tem.
— Zapomniałeś? To cię może życie kosztować. Gdybyś miał jasiek, to mógłbyś go na środku pokoju położyć, i leżeć na nim. — Wtedy czułbyś się zupełnie bezpiecznym. Chodź tu, ale chodź prędzej, dopóki jeszcze nie narobiłeś nowych nieostrożności.
Próbowałem wleźć do alkowy, ale tam niepodobna się było zmieścić we dwoje, — przy drzwiach zamkniętych, doprawdy, mogliśmy się tam podusić. Usiłowałem wyleźć, lecz nie mogłem, wreszcie po pewnym czasie udało mi się to zrobić. Ale żona znowu mnie zawołała:
— Mortimerze, zresztą może się coś da zrobić dla twego ocalenia. Podaj mi książkę niemiecką, która leży na końcu półki i podaj świecę. Tylko nie zapalaj jej, nie, daj mi zapałkę ja sama zapalę. W książce tej są odnośne wskazówki.
Znalazłem książkę, za cenę rozbitej wargi i kilkunastu drobiazgów, które zrzuciłem w ciemności. Małżonka moja zamknęła się w alkowie wraz ze swą świecą i dała mi spokój na kilkanaście minut. Następnie znowu zawołała:
— Mortimerze, a to co?
— Nic. Poprostu... Kot.
— Kot? O, biada nam! Złap go czemprędzej i schowaj do umywalni! Prędzej, mój drogi, prędzej! Koty mają w sobie elektryczność! Jestem pewna, że włosy mi posiwiały w ciągu tej nocy.
I znowu usłyszałem głuche szlochanie. — Gdyby nie to — to za nic w świecie nie poważyłbym się na takie ryzykowne przedsięwzięcie w ciemności.
Nie zwlekając, rzuciłem się w pogoń za kotem, przez krzesła i wszelkiego rodzaju przeszkody, zaopatrzone w dodatku w ostre kanty. Ostatecznie udało mi się schwycić i wepchnąć kota do komody, zdobycz ta kosztowała mnie dużo, gdyż mebli w tej gonitwie połamałem co najmniej za czterysta dolarów, a i nogi moje dość ucierpiały. Wkrótce z zamkniętej alkowy doleciały mnie głuche słowa:
— W książce tej, Mortimerze, powiedziane, że najlepiej stanąć na stole w pośrodku pokoju. Nogi stołu winny być izolowane zapomocą złego przewodnika elektryczności. To znaczy, żeś powinien wstawić nogi w szklane banieczki... (Fet... krach!... bum!... bum!... trrrach!...!) Oj, oj, oj! Słyszałeś, jaki piorun? Mortimerze, śpiesz się, dopóki jeszcze piorun nie uderzył w ciebie!
Znalazłem tedy i szczęśliwie doniosłem szklanki, ale udało mi się zachować z nich w całości tylko cztery, reszta potłukła się. Dokonawszy izolacji nóg stołu, zwróciłem się po dalsze instrukcje.
— Mortimerze, tu oto stoi: „Während eines Gewitters entferne man Metalle, wie z. B. Uhren, Ringe, Schlüssel u. s. w. von sich und halte sich auch nicht an solchen Stellen auf, wo viele Metalle beieinander liegen, oder mit anderen Körpern verbunden sind, wie an Herden, Ofen, Eisengittern und drgl”.[1] Co to znaczy, Mortimerze? Jak to rozumieć, czy tak, że należy metale trzymać przy sobie, czy też przeciwnie, powinno się trzymać w odległości?
— Doprawdy nie wiem. Zdaje mi się, że sens tego określenia jest nieco niejasny. — Zresztą, wszystkie niemieckie wskazówki bywają mniej lub więcej niejasne. Jednakże myślę, że sens tego zdania jest taki, iż należy trzymać metale przy sobie.
— Tak, jeżeli rozpatrzeć tę rzecz, to rzeczywiście jak gdyby tak wypadło... Przecież i piorunochrony opierają się na tej zasadzie, jak ci wiadomo. Włóż swój hełm strażacki, Mortimerze! Odlany jest z metalu.
Wydobyłem i nałożyłem hełm, to tak niezgrabne i ciężkie okrycie głowy, szczególnie nieprzyjemne w taką noc letnią, w dusznym, zamkniętym pokoju. Zwłaszcza, że nawet mój nocny szlafrok, jak mi się wydawało w tej chwili, obciskał moje ciało bardziej, niż to było potrzebne...
— Mortimerze, sądzę, że trzeba zabezpieczyć środek twego korpusu. Włóż, proszę cię, szablę milicjanta.
— Teraz, Mortimerze, musisz w jakikolwiek sposób zabezpieczyć nogi; proszę cię, załóż ostrogi.
Milcząc, spełniłem i to; starając się przytem opanować niezadowolenie, o ile to było w mych siłach.
— Mortimerze, w książce stoi: „Das Gewitterläufen ist gefährlich, weil die Glocke selbst, sowie der durch das Läuten veranlasste Luftzug und die Höhe des Turmes den Blitz anziehen können“.[2] Mortimerze, czy ma to znaczyć, że niebezpiecznie jest nie dzwonić we dzwony kościelne podczas burzy?
— Tak, jak się zdaje, to właśnie miano tu na myśli; mniemam, że powinno to znaczyć, iż biorąc pod uwagę wysokość dzwonnicy i brak przeciągów, byłoby bardzo niebezpiecznie (sehr gefährlich) nie dzwonić we dzwony podczas burzy. Prócz tego czyś nie spostrzegła, że w tem zdaniu...
— Mniejsza o to, Mortimerze. Nie trać cennego czasu na puste rozmowy! Przynieś wielki obiadowy dzwonek, wisi na prawo w przedpokoju. Prędzej! Mortimerze, mój drogi! Jesteśmy teraz prawie bezpieczni... O, mój drogi, teraz wierzę, że ostatecznie będziemy ocaleni!
Nasz mały letni domek stoi na szczycie wysokiego wzgórza, panującego nad doliną. W sąsiedztwie znajduje się kilka ferm, a najbliższa jest odległą od nas o trzysta lub czterysta jardów.
Kiedy stojąc na krzesełku, dzwoniłem przez siedm czy ośm minut tym okropnym dzwonkiem, naraz ktoś całą mocą szarpnął za nasze okiennice i jaskrawe światło ślepej latarki wtargnęło do pokoju. A jednocześnie ktoś ochrypłym głosem zawołał:
— Co tu się dzieje?!
Mnóstwo głów ludzkich wsunęło się w okno i wszystkie oczy ze zdumieniem spoglądały na mój nocny strój i na moje bojowe atrybucje.
Upuściłem na ziemię dzwonek i, zawstydzony, zeskoczyłem z krzesełka, mówiąc:
— Nic, moi przyjaciele... Tylko zaszedł tu pewien nieład, spowodowany przez burzę. Usiłowałem odciągnąć pioruny...
— Burza? Pioruny? Co panu jest, panie Mac Williams? Taka cudowna, gwieździsta noc... Wszakże żadnej burzy nie było!
Wyjrzałem przez okno i ze zdumienia nie byłem w stanie wymówić przez kilka chwil ani słowa.
Wreszcie rzekłem:
— Nic a nic nie rozumiem. Widzieliśmy najwyraźniej błyskawice przez story i okiennice i słyszeliśmy grzmoty...
— Jaka szkoda, że nie pomyśleliście o tem, aby podnieść story i spojrzeć na szczyt tego wysokiego wzgórza! Oto słyszeliście huk armaty, to zaś co widzieliście, to były przecież fajerwerki...
Albowiem — trzeba wam wiedzieć — telegraf przyniósł pewne wiadomości o północy. Wybrany został Garfield i oto cała awantura.
— Tak, mister Twain, jak już powiedziałem panu zaraz na początku — dodał mister Mac Villiams — wskazówki, tyczące się zabezpieczenia ludzi przed skutkami piorunów, są tak dobre i jest ich tak wiele, że jest to dla mnie wprost niezrozumiałem, dlaczego niektórzy ludzie godzą się na to, by uderzał w nich piorun.
Powiedziawszy to, ujął za torbę podróżną i parasol, i wyszedł, ponieważ pociąg dochodził już do miasta, w którym Mac Williams stale mieszkał.



DZIEJE NIEGRZECZNEGO CHŁOPCZYKA

Był sobie na świecie niedobry chłopiec, którego nazywano Jim — mimo iż, jeśli państwo zechcecie wejrzeć w te sprawy, przekonacie się, że źli chłopcy w książkach szkolnych prawie zawsze noszą imię James. Dziwne, że ten właśnie nazywał się Jim, ale na to niema rady.
Jim ten nie miał chorej matki — pobożnej matki, która byłaby chora na suchoty i chętnie zeszłaby do grobu, by odpocząć wreszcie, gdyby nie kochała była tak bardzo swego syna i nie lękała się, że ludzie będą dlań zbyt surowi i bezlitośni, skoro jej zbraknie. Większość złych chłopców w książkach szkolnych zwie się James’ami i posiada chore matki, które uczą ich modlitwy wieczornej, nucą im żałosnym a czułym głosem kołysankę do snu, a potem całują ich na dobranoc, klęczą koło ich łóżka i płaczą.
Z tym jednak chłopcem sprawa się miała zupełnie inaczej. Nazywał się Jim, a matka jego była jak najzdrowsza, nie miała ani suchot, ani wogóle nic takiego. Była zdrowa, jak ryba, i wcale nie odznaczała się pobożnością, przytem wcale nie niepokoiła się o Jima. Mówiła, że jeżeli Jim nawet skręci szyję, to mała będzie szkoda. Niech skręci! Usypiała go zawsze klapsami i nigdy nie całowała na pożegnanie; przeciwnie, wychodząc z pokoju, targała go za uszy.
Razu pewnego ów zły chłopak ukradł klucz od śpiżarki, wlazł tam, najadł się konfitur, a do słoika dolał nafty, aby matka nie zauważyła braku. I podczas tej operacji nie ogarnął go wcale nagły lęk, ani głos tajemniczy nie szepnął mu wcale: „Czy to dobrze nie słuchać mamy? Czy to nie grzech tak robić? Dokąd idą niegrzeczni chłopcy, zjadający konfitury swych dobrych, miłych mam?“ I nie ukląkł zły Jim wcale i nie przyrzekł nigdy więcej nie być złym i nie wstał z lekkiem, szczęśliwem sercem i nie poszedł powiedzieć tego swej mamusi i prosić ją o przebaczenie, a ona nie pobłogosławiła go ze łzami dumy i wdzięczności w oczach. Nie. Tak dzieje się ze wszystkimi innymi niegrzecznymi chłopcami w książkach szkolnych, lecz — chociaż jest to bardzo dziwne — z Jimem wszystko działo się inaczej. Jim pożarł konfitury, rzekł „klawo!“ (według swej wulgarnej manjery) — poczem zalał słoik naftą i znowu rzekł: „klawo!“ i zaśmiał się, dodając, że „stara wścieknie się chyba, gdy to ujrzy“... Gdy zaś ujrzała, Jim począł zaklinać się, że nic o niczem nie wie, poczem matka zbiła go rózgą, i płakał on, nie ona. Wszystko w tym chłopcu było niezwykłe, — wszystko z nim działo się inaczej, niż dzieje się z niegrzecznymi James’ami w książkach szkolnych.
Razu pewnego Jim wlazł na jabłoń fermera Ecrone’a poto, by kraść jabłka; gałąź złamała się, to prawda, ale Jim nie spadł i nie złamał sobie ręki i nie pogryzł go duży pies fermera i Jim nie przeleżał kilku tygodni w łóżku i nie wpadł w skruchę i nie stał się grzecznym chłopcem. O, nie! Nakradł jabłek, ile wlazło, poczem najspokojniej w świecie zlazł z drzewa; z psem doskonale dał sobie radę, cisnąwszy weń z całej siły cegłą, gdy pies nadbiegł, by go rozszarpać. Jest to rzeczywiście dziwne, gdyż nic podobnego nigdy nie zdarzyło się w tych miłych książeczkach w kolorowych okładkach, przedstawiających mężczyzn w fałdzistych surdutach, podobnych do jaskółczego ogona, w kapeluszach podobnych do dzwona i nazbyt krótkich spodzienkach, kobiety zaś w sukniach kończących się gdzieś pod pachami i bez krynolin. Nic podobnego nie zdarza się w żadnej książce szkolnej naszych amerykańskich szkółek niedzielnych.
Innym razem Jim skradł mały scyzoryk swemu nauczycielowi, a lękając się, że zostanie wykryty i obity, wsunął scyzoryk w czapkę George’a Wilsona, syna biednej wdowy pani Wilson, chłopca moralnego, najbardziej przykładnego chłopca we wsi, który zawsze słuchał matki i nigdy nie mówił nieprawdy, kochał swe lekcje i ubóstwiał szkółkę niedzielną. I kiedy scyzoryk wypadł mu z czapki i biedny George zwiesił głowę i poczerwieniał, jak gdyby w poczuciu winy, a zasmucony nauczyciel musiał zarzucić mu kradzież i już, już zamierzał opuścić rózgę na jego drżące plecy — siwowłosy, nieprawdopodobny sędzia z sądu pokoju nie ukazał się nagle pomiędzy nimi, nie wyciągnął uroczyście ręki i nie oświadczył:
— Nie ruszajcie tego szlachetnego chłopca, tam oto stoi przestępca! Przechodziłem właśnie podczas pauzy koło szkoły i — niezauważony przez nikogo — widziałem, jak dokonane zostało przestępstwo!
I po tem wszystkiem Jim’a nie obito rózgami, a czcigodny sędzia, z zalanemi od łez oczami, nie wygłosił uczniom kazania i nie wziął Georga Wilsona za rękę i nie oświadczył, że taki chłopiec godzien jest lepszego losu i nie kazał mu przyjść później do siebie, by mieszkał z nim pod jednym dachem, zamiatał mu biuro, palił w piecu, biegał za posyłkami, rąbał drzewo, studjował prawo, był pomocnym żonie sędziego w gospodarstwie, zaś z całego pozostałego czasu korzystał dla swej zabawy, a za to wszystko otrzymywał po czterdzieści centów na miesiąc i rozkoszował się swem szczęściem. Nie; tak byłoby się działo w książkach, ale tak nie stało się z Georgem. Żaden stary krętacz sądowy nie wmieszał się do tej sprawy, to też przykładny chłopiec George Wilson dostał lanie, Jim zaś cieszył się z tego, dlatego, że Jim, proszę państwa, nienawidził przykładnych chłopców. Jim mówił, że „wstrętne mu są te zmokłe kury“. Ot, jak się wyrażał ten zły, niegrzeczny chłopiec.
Ale najdziwniejszem ze wszyskiego, co działo się z Jim’em, było to, że pojechał on łódką w niedzielę i nie utonął; innym zaś razem spotkała go burza, gdy łapał ryby w niedzielę i nie został zabity przez piorun!
Państwo możecie przejrzeć wszystkie książki szkółek niedzielnych wstecz od dnia dzisiejszego aż po dzień narodzenia Chrystusa i nigdzie nie spotkacie nic podobnego. O nie! przeciwnie, przeczytacie tam, że wszyscy niegrzeczni chłopcy, którzy jeździli łódką w niedzielę, niechybnie musieli utonąć i że wszystkich niegrzecznych chłopców, których spotkała burza podczas łowienia ryb w niedzielę — koniecznie musiał zabić piorun. Łódki z niegrzecznymi chłopcami zawsze wywracają się w niedzielę i zawsze bywa burza, gdy niegrzeczni chłopcy w niedzielę łapią ryby. W jaki więc sposób ocalał Jim — to doprawdy jest dla mnie zagadką.
Ten Jim, jak się zdaje, był zaczarowany, tak, napewno tak być musiało. Wszystko mu uchodziło płazem. Jim nawet podsunął słoniowi w menażerji paczkę tytuniu i słoń nie zmiażdżył mu czaszki trąbą. Innym razem zakradł się do bufetu po wodę miętową i wcale nie napił się przez omyłkę witrjolu. „Zwędził“ ojcu fuzję, z którą polował co niedzielę i mimo to ani razu nie ustrzelił sobie trzech czy czterech palców. Raz w gniewie walnął swą najmłodszą siostrzyczkę w czoło, ale ona nie męczyła się w bólu w ciągu długich dni letnich i nie umarła ze słowami czułości na wargach, słowami, które zdwoiły cierpienia jego szarpiącego się serca. Nie, ona to przeżyła. A wreszcie, Jim uciekł z domu i wstąpił do marynarki, ale wróciwszy do ojczyzny, nie zatęsknił i nie poczuł się osamotnionym na świecie, dowiedziawszy się, że drodzy jego sercu śpią na spokojnym cmentarzu, a porośnięty winem dom jego dzieciństwa tak się zapadł w ziemię, że pozostał po nim tylko dach. O, nie! Jim wrócił do domu pijany, jak szewc, i na samym progu ojczyzny — dostał się do komisarjatu.
Wreszcie wyrósł i ożenił się, spłodził chmarę dzieci i raz w nocy zmiażdżył im wszystkim głowy siekierą; uszło mu to jakoś bezkarnie, zbogacił się wreszcie na swoich podłościach i oszustwach; a teraz jest najbardziej niepoprawnym hultajem w swojej wsi ojczystej, cieszy się ogólnem poważaniem i został wybrany do Sejmu.
Sami więc, państwo, widzicie, że żadnemu niegrzecznemu James’owi z podręczników szkółek niedzielnych nigdy się nie wiodło tak dobrze, jak temu bezbożnemu, zaczarowanemu Jim’owi.



NASZ WŁOSKI CICERONE

Doprawdy, nie mogę się powstrzymać, aby nie poświęcić tu kilku słów chwale Michała Anioła Buonarotti...
Aczkolwiek wielbię wszechmocny genjusz Michała Anioła, człowieka wielkiego zarówno w poezji, malarstwie, rzeźbie jak i architekturze, słowem we wszystkiem, do czego przyłożył rękę — to jednak nie mogę się zgodzić na to, aby mię ktoś Michałem Aniołem częstował na śniadanie, na drugie śniadanie, na obiad, na podwieczorek i na kolację, pominąwszy drugie tyle razy w przerwach między tem a owem. Pozatem lubię rozmaitość. A tymczasem ot, choćby w Genui, wszystko zrobiono podług planów i wzorów Michała Anioła; w Medjolanie znów, czego sam nie narysował lub nie namalował — to zostało narysowane lub namalowane przez jego uczniów; jezioro Como również przez niego zostało namalowane i wogóle, czy w Padwie, czy w Weronie, czy w Bolonji lub Wenecji — nie usłyszysz, bracie, nic innego od ciceronów, prócz Michała Anioła Buonarotti!
We Florencji on również wszystko malował, lub do wszystkiego, co widzimy, robił wzory, a jeżeli nawet sam się do czego nie przyłożył swą artystyczną ręką, to wtedy zadowalniał się tem, że siadał sobie na swym ulubionym kamieniu, aby się przypatrywać robocie... Kamienie te, naturalnie, pokazywali nam przewodnicy i trzeba było je podziwiać. W Pizie również wszystko, co widzieliśmy, było zrobione podług planów Michała Anioła, oprócz prastarej wieży, ale i tę wieżę napewnoby on robił, gdyby nie to, że stoi tak krzywo... Również on, a nie kto inny, dał projekt na katedrę św. Piotra, on dał projekt grobowca papieża, projekt Panteonu, projekty mundurów gwardji papieskiej, regulacji Tybru, projekt Watykanu, Kolosseum, Kapitolu, skały Tarpejskiej, pałacu Barberinich, kościoła św. Jana z Lateranu, Kampanji, via Appia, siedmiu wzgórz Rzymu, łaźni Karakalli, wodociągów Klaudjusza i Cloaci Maximae. On, nieśmiertelny, stworzył to miasto wieczne, w którem namalował wszystko, co się dało namalować, chociaż rzeczoznawcy i podręczniki wszystkiemu temu zaprzeczają. To też mój serdeczny przyjaciel, dr. Daniel, zawołał razu pewnego na cicerona:
— Dość tego! Na miłość boską, dość tego!... Nie chcę nic więcej słyszeć!... Ani słowa! Lepiej powiedz odrazu, że Pan Bóg stworzył całe Włochy podług planów waszego Michała Anioła!...
To też nigdy, ani razu w mojem życiu, nie odczuwałem takiej pogody ducha, nie doznałem takiego spokoju, takiej błogości i ulgi, jak wczoraj, gdym się dowiedział, że ten Michał już umarł.
Tę radosną nowinę zakomunikował mi, oczywiście, nasz cicerone. Cicerone ten oprowadzał nas wprost całe mile w tym lesie rzeźb i malowideł, po śmiertelnie długich krużgankach Watykanu, a potem znów całe mile między szeregami posągów i obrazów w dwudziestu innych muzeach. On to pokazał nam wielki obraz w kaplicy Sykstyńskiej, freski, freski i freski, tak liczne, iż dałoby się niemi z łatwością pokryć cały firmament nieba — a wszystkie one są dziełem ręki Michała Anioła!
Poczęło to nas już wreszcie nużyć, to też postanowiliśmy urządzić sobie z nim pewien figiel, a raczej zabawkę taką, zapomocą której już nieraz udawało się nam zapanować nad kłamstwem ciceronów. Oto poczęliśmy mu zadawać mocno bezsensowne pytania, znamionujące prostaków. Cóż, gdy indywiduom takim brak wszelkiej przenikliwości, dlatego też nie mają najmniejszego pojęcia o sarkazmie.
Cicerone, pokazując nam ręką jakąś figurę, rzekł:
— Statu bronzo.
Na to my z całą obojętnością obrzuciliśmy wzrokiem rzeźbę, doktór zaś zapytał:
— Czy także Michała Anioła?
— Nie. Niewiadomo czyja.
Później znów, gdy cicerone pokazywał nam prastare Forum Romanum, doktór rzekł znowu:
— Michała Anioła?
Cicerone wytrzeszczył naprzód oczy, poczem rzekł:
— Nie, o tysiąc lat wcześniejsze od chwili jego urodzin.
Toż samo powtórzyło się przy obelisku egipskim:
— Michała Anioła?
— Oh, mio Dio! Ależ, signore, to jest o całe dwa tysiące lat starsze od Michała Anioła!
Zadawane mu stale w ten sposób pytania tak go wreszcie zdenerwowały, iż czasami czuliśmy, że z obawy przed tak idjotycznemi zapytaniami lęka się on pokazać nam coś nowego. Nieboraczek usiłował nam wreszcie udowodnić, że tylko za część tego, co się znajduje na kuli ziemskiej, Michał Anioł może ponosić odpowiedzialność — ale my na te argumenty jego, z zasady, byliśmy głusi...
Wśród niemożliwych wysiłków oczu i mózgu, podczas oglądania tylu cudów sztuki, rozmaitość staje się wprost koniecznością — inaczej możnaby przecie zwarjować. To też biedny cicerone, chcąc nie chcąc, musiał znosić cierpliwie zadawane mu przez nas katusze... Że zaś go to nie bawiło, to cóż nas to obchodzi. My bawiliśmy się wprost piekielnie!
Na tem miejscu byłbym w stanie poświęcić cały rozdział temu malum necessarium, jakiem dla próżnujących są t. zw. „przewodnicy europejscy”. Niejeden z turystów po Europie z łatwością mógłby się obejść bez takiego cicerone, zgóry jednak będąc upewnionym, że obejście się bez przewodnika jest wprost niemożliwem — przynajmniej chce się kosztem jego ubawić, aby choć w ten sposób wynagrodzić sobie konieczność przebywania doprawdy w niezbyt przyjemnem towarzystwie... Ja również wybrałem to ostatnie, a jeżeli moje na tem polu eksperymenty przydadzą się komu, będzie to dla mnie jedynie przyjemnością.
Przewodnicy genueńscy z wielką chęcią ofiarują się oprowadzać turystów amerykańskich, ponieważ ci ostatni pełni są jak największej czci oraz podziwu dla najmniejszej chociażby relikwji po Krzysztofie Kolumbie. To też nasz cicerone, dowiedziawszy się, kto jesteśmy, — nie posiadał się wprost z radości, skacząc koło nas z tego powodu z taką gutaperkową elastycznością, iż można było mniemać, że zjadł materac sprężynowy. Był w jak najlepszym nastroju, pełen werwy, a gorejąc z oczekiwania, co chwilę nas poganiał.
— Za mną, gentlemani! Za mną!... Teraz ujrzycie, gentlemani, listy samego Krzysztofa Kolumba, pisane przez niego, pisane jego własną ręką! Za mną, gentlemani!...
Wprowadził nas do Ratusza. Zgrzytnęło, licho wie, ile kluczy i otwarto, licho wie, ile zamków, zanim ujrzeliśmy nareszcie rozpostarte przed nami listy Kolumba. W tej chwili oczy cicerona miotały błyskawice nieopisanej radości... Krążąc jak kot koło nas w ustawicznych podskokach, dotykał palcami pergaminu i darł się: — A co, nie powiedziałem? Gentlemani! Czym może skłamał? Patrzcie: listy Krzysztofa Kolumba!! Przez niego samego pisane!...
My zaś patrzyliśmy na pergamin zupełnie obojętnie, bez najmniejszego wzruszenia. Doktór przyglądał się listom przez chwilę z wielką bacznością, poczem rzekł najobojętniej w świecie:
— A zatem... jak pan powiedział?... jak się nazywa ten, co to miał pisać?
— Krzysztof Kolumb!... Wielki, sławny, nasz Krzysztof Kolumb!
Znowu poczęło się skrupulatne oglądanie pergaminów.
— Hm... Czy to on sam pisał, czy też ktoś inny?...
— Ależ co znowu! Sam pisał!... Są to listy Krzysztofa Kolumba, przez niego samego napisane!...
Doktór odłożył pergamin i rzekł:
— Doprawdy, widziałem w Ameryce czternastoletnich chłopców, którzy potrafili pisać ładniej.
— Co pan mówi?! Przecież to wielki Krzysztof...
— Wielki czy nie wielki, to nas nic nie obchodzi; nie pytam się wcale, kto on jest, dość, że listy są obskurnie nabazgrane, wstydziłby się pisać takiemi kulasami....
Nie myśl pan, panie cicerone, że się panu uda zaćmić nam oczy, dlatego, że jesteśmy turyści amerykańscy... No, no... Co do tego, to, mój panie, jesteśmy stare amerykańskie wróble... Masz pan nam istotnie do pokazania coś, co jest rzeczywiście ładnie napisane — to i owszem, nóżki na stół — a nie to fora ze dwora, obejdziemy się bez ciebie! Toż to wyzysk! Nie, szkoda czasu, chodźmy dalej...
Poszliśmy dalej.
Cicerone był mocno zawstydzony. Czuliśmy jednak, że zamierza dokonać z nami jeszcze jednej próby, ukrywając narazie przed nami coś, co nas prawdopodobnie napełni zdumieniem...
— Ach, gentlemani!... Proszę! Za mną... za mną! Zaraz pokażę wam piękny, cudny, niesłychany biust Krzysztofa Kolumba! — Wspaniały! Doprawdy, wspaniały kawałek! Coś, co budzi zachwyt!...
Przyprowadził nas i postawił przed owym cudownym biustem — był on rzeczywiście cudny — poczem odszedłszy dwa kroki, stanął w obmyślonej zgóry pozie i zapytał:
— A co?! Prawda?... Spójrzcie tylko, gentlemani, na ten cudny biust wielkiego Krzysztofa Kolumba!... toż to biust!... Czyż jest coś podobnego na świecie?... A jaki piedestał!... Prawda? Co!
Doktór spojrzał z za binokli, kupionych specjalnie na oglądanie dzieł sztuki i rzekł:
— Jak... powiadasz pan?... jak się zwie ten gruby jegomość?
— Krzysztof Kolumb!... Wielki Krzysztof Kolumb!...
— Krzysztof Kolumb? Wielki Krzysztof Kolumb?! Ale cóż on zrobił właściwie?...
— Ależ... Odkrył Amerykę!... Amerykę odkrył!...
— Odkrył Amerykę? Hm... To chyba nieprawda... Kto powiedział? My... przecież jesteśmy z Ameryki, a nic o tem nie słyszeliśmy, aby... Hm... Powiadasz pan, Krzysztof Kolumb nazywa się? No, nie powiem, żeby brzydkie nazwisko. Czy on żyje jeszcze?
Corpo di Baccho! Umarł! Umarł przed trzystu laty!
— A na co umarł?
— Nie wiem. Tego nie wiem.
— Może na ospę?
— Nie wiem, gentlemani, tego nie wiem, na co umarł...
— A może na tyfus plamisty?
— Możliwe... bardzo możliwe... ale nie wiem napewno... W każdym razie musiał na coś umrzeć...
— Czy rodzice jego jeszcze żyją?
— To nie-możli-we...
— A zatem, pozwól pan, który z tych biustów jest jego — a który piedestał?
Santa Maria!... Przecież widzicie, gentlemani, że to jest biust, a to piedestał.
— Aha!... Widzę już, teraz to widzę... Doprawdy, wcale niezły pomysł... A czy to dopiero po raz pierwszy zrobiono z niego to popiersie?
Ale efekt tego kapitalnego żartu przepadł, gdyż ciceronowie włoscy najczęściej nie umieją się poznać na subtelności ani humoru, ani dowcipu amerykańskiego.
Z dowcipem amerykańskim udało nam się zapoznać także i ciceronów Rzymu. Oto wczoraj trzy albo cztery godziny przepędziliśmy w Watykanie — w tej przecudownej skarbnicy arcydzieł i fenomenalnych dzieł sztuki. Zaiste, nieraz wybuchał w nas podziw, jednakowoż — w otoczeniu ciceronów — udawało się nam nad nim zapanować. Ciekawym, czy też wogóle kto ze zwiedzających Watykan był w stanie dokazać tej sztuki? Skutek był taki, że cicerone nasz wprost tracił zmysły wobec kamiennej oziębłości Jankesów...
Biegał jak warjat, tam i sam, omal nie łamiąc nóg, wysilał całą swą biegłość cicerona, aby wynaleść wreszcie coś, coby nas przejęło zdumieniem.
Wszystko nanic! Niczem nie mógł nas wytrącić z równowagi. Okazało się, że na sam ostatek ukrył coś, co, jego zdaniem, było największą osobliwością Watykanu: królewską mumję egipską — w istocie — najlepiej może przechowany okaz ze wszystkich, znajdujących się na kuli ziemskiej.
Przyprowadził nas do niej.
Teraz tak już był pewien wrażenia, że w jednej chwili odzyskał całą swą dawną pewność siebie i entuzjazm, zwarzony naszą oziębłością.
— Spójrzcie, gentlemani! Czy widzicie? Oto królewska mumja egipska!...
Doktór, jak zazwyczaj, z całą świadomą obojętnością podniósł binokle do oczu.
— Ee... za pozwoleniem... hm... jak pan powiedział? Jak brzmi nazwisko tego gentlemana?
— Nazwisko?... Nie ma nazwiska... Przecież to mumja, Królewska mumja egipska!...
— Aha... Tu w Rzymie przyszła na świat?
— Ah! Cóż znowu! To mumja egipska.
— Ahm... hm... A zatem rodem z Francji?
Corpo di Baccho!... Nie z Francji!... Ani z Rzymu!... Cóż znowu! Pochodzi z Egiptu!...
— Pochodzi z Egiptu? Pierwszy raz słyszę! Pewno jakaś mało znana mieścina... Mumja... Egipt... Mumja... Czego taka spokojna? I czego taka poważna? A może ona nie żyje?...
Sacra loto! Nie żyje! Od trzech tysięcy lat!...
Tu doktór jak nie rzuci się na niego z pięściami:
— Słuchaj pan — wrzaśnie, — cóż to znowu za kpiny!... Kpisz pan z nas sobie, czy co?... Jak śmiesz!... Dlatego, że masz przed sobą turystów, cudzoziemców, którzy poto tu do was, do Europy przyjechali, aby się czegoś od was nauczyć, to zaraz... Do stukroćset djabłów! Ruszaj sobie precz wraz ze swemi zgniłemi trupami, pókiś cały... Trzy tysiące lat! Masz, bracie, jakiego przyzwoitego, świeżego nieboszczyka, to go nam pokaż! To rozumiem jeszcze... A nie, to fora ze dwora, bo inaczej, mości panie, możesz się kości nie doliczyć!...



DZIEJE GRZECZNEGO CHŁOPCZYKA

Żył sobie razu pewnego grzeczny chłopczyk, który się nazywał Jacob Blewens. Chłopiec ten zawsze słuchał rodziców, bez względu na to, jak dalece bezsensowne i głupie były ich rozkazy; poza tem zawsze uczył się swych lekcyj i nigdy nie spóźniał się do szkółki niedzielnej. Nie grywał nigdy w palanta, nawet wtedy, gdy prosty rozum mówił mu, że jest to najpożyteczniejsza rzecz, jaką może robić. Nikt z pośród innych chłopców nie mógł zrozumieć tego chłopca, tak dziwnie poczynał sobie. Nie chciał naprzykład kłamać, choćby to nie wiem jak było dogodne i możliwe. Powiadał, że kłamać nie jest rzeczą dobrą — i basta. Słowem, był on tak uczciwy, że aż śmieszny. Dziwactwa tego Jacob’a przechodziły wszystko na świecie. Nie chciał naprzykład grywać w kamyki w niedzielę, nie chciał niszczyć gniazd ptasich, nie chciał podawać rozpalonych monet małpom kataryniarzy, jak widzimy, nie interesowały go żadne rozumne rozrywki. Inni chłopcy próbowali wytłumaczyć i zrozumieć jego postępowanie, ale nie mogli dojść do żadnego zadowalniającego rezultatu... Jak już powiedziałem, utworzyli sobie jeno jakiś mglisty pogląd, że jest on „chory“, a przeto wzięli go pod opiekę i nie pozwalali nikomu go krzywdzić.
Ten grzeczny chłopczyk czytywał wszystkie książki, jakie rozdawano w szkole niedzielnej, sprawiały mu one niezmierną przyjemność. W tem właśnie tkwiła cała tajemnica. Wierzył on w dobrych chłopców, o których piszą czytanki szkółek niedzielnych; żywił ku nim całkowite zaufanie.
Ogromnie pragnął spotkać choć raz jakiego z nich żywego, nigdy to jednak się nie stało. Prawdopodobnie wszyscy oni umarli przed nim. Kiedy czytał o jakim szczególnie grzecznym chłopcu, to czemprędzej zaglądał na koniec książki, by dowiedzieć się, co się z nim stało, ponieważ gotów był iść choćby tysiące mil, byle tylko móc go ujrzeć, ale było to bezcelowem: grzeczny chłopiec zawsze umierał w ostatnim rozdziale i była w nim rycina, przedstawiająca pogrzeb, a dokoła grobu stali wszyscy jego krewni i dzieci ze szkoły niedzielnej w nazbyt krótkich spodeńkach, zbyt wielkich kapeluszach i wszyscy płakali w chusteczki do nosa, na które poszło co najmniej półtora jarda materjału. I zawsze tak się kończyło. Nigdy nie mógł poznać ani jednego z tych grzecznych chłopców z tego powodu, że zawsze umierali oni w ostatnim rozdziale.
Jacob żywił szlachetną ambicję dostania się do podręcznika szkółki niedzielnej. Pragnął dostać się do takiej książki z rycinami, które wyobrażałyby, jak Jacob dumnie odmawia kłamstwa wobec matki, a ta z radości przyciska go do serca; jak stoi na ganku i daje centa biednej żebraczce z sześciorgiem dzieci i oświadcza jej, że może swobodnie wydać te pieniądze, lecz nie powinna być rozrzutną, ponieważ rozrzutność jest grzechem; i wreszcie, jak wspaniałomyślnie nie zgadza się poskarżyć na niegrzecznego chłopca, który stale czyhał na niego na rogu ulicy, gdy Jacob wracał ze szkoły, i bił go prętem po głowie, poczem gonił za nim do domu, krzycząc: he! he! — Na tem polegała ambicja młodego Jacoba Blewensa. Pragnął dostać się do czytanki szkółki niedzielnej. Co prawda, niekiedy było mu jakoś trochę nieswojo, gdy przypominał sobie, że grzeczni chłopcy zawsze umierają. Podobało mu się życie, to też była to najbardziej przykra karta w dziejach chłopczyka z czytanki szkółki niedzielnej. Wiedział, że być grzecznym chłopcem — rzecz to niezbyt zdrowa. Wiedział, że być takim nienaturalnie grzecznym chłopcem, jak chłopcy w tych czytankach, jest rzeczą gorszą od suchot, wiedział, że ani jeden z nich nie był w stanie znieść tego długo, to też smutek go ogarniał na myśl, że jeśli to umieszczą w książce, to on jej nigdy nie ujrzy; jeśli zaś książka będzie wydana przed jego śmiercią, to nie będzie miała powodzenia bez ryciny na końcu książki, wyobrażającej jego pogrzeb. Jakiż bowiem sens miałaby umoralniająca książka, skoro nie mogłaby podać ludziom rady, jaką on dał, umierając, współobywatelom. Tak, i ostatecznie postanowił zrobić najlepsze, co mógł uczynić w danych okolicznościach: — żyć cnotliwie i wlec swą taczkę, póki starczy sił, mając wpogotowiu swą mowę przedśmiertną, gdy nadejdzie jego godzina.
Cóż kiedy jakoś wszystko wypaczało się temu chłopcu! Nic nie działo się tak, jak trzeba, nie tak, jak pisano o grzecznych chłopczykach w czytankach. Tam wszystko kończyło się tak jak trzeba, a tylko źli chłopcy łamali nogi. Ale gdy Jacobowi nie z czytanki zginęła jakaś śrubka, wszystko wzięło inny obrót. Gdy ujrzał, że Jim Black kradnie jabłka i stanął pod drzewem, aby odczytać mu kazanie o złym chłopcu, który spadł z jabłoni sąsiada i złamał sobie rękę, to Jim istotnie runął z drzewa, ale runął na niego, jemu łamiąc rękę, podczas gdy sam nawet się nie zadrapał. Jacob nie mógł tego zrozumieć. W książkach nigdy nie wyczytał nic podobnego.
Innym razem, gdy kilku niegrzecznych chłopców wtrąciło ślepego starca do błota, a Jacob nadbiegł, by go podnieść, i otrzymać odeń błogosławieństwo, to ślepcowi ani na myśl nie przyszło błogosławić go, przeciwnie, uderzył go kijem po głowie, mówiąc, że niechno go tylko jeszcze raz przyłapie na tem!
— Pchnąłeś mnie — powiada — do błota, a teraz udajesz, że mnie chcesz podnieść.
Nie zgadzało się to z żadną moralną opowieścią w czytankach, Jacob starannie przejrzał je wszystkie, by się o tem przekonać.
Jacob niezmiernie pragnął znaleźć kulawego psa, bezdomnego, głodnego, zewsząd przepędzanego; chciał go sprowadzić do domu, odżywić i wzamian posiąść jego dozgonną życzliwość.
I oto znalazł wreszcie takiego psa i poczuł się szczęśliwym. Sprowadził go do domu, nakarmił, lecz gdy chciał go pogłaskać, pies rzucił się nań i poszarpał mu całe ubranie, pozostawiając tylko nieduże strzępki zprzodu, skutkiem czego Jacob miał wygląd iście niezwykły! Zainterpelował w tej sprawie liczne autorytety, gdyż nie mógł wytłumaczyć sobie tego wypadku. Pies był tego samego gatunku, co w książkach, lecz poczynał sobie zupełnie inaczej. I tak we wszystkiem. Cokolwiek przedsięwziął ten chłopiec — zawsze kończyło się dlań niepomyślnie. Te same czyny, za które chłopcy w czytankach otrzymywali nagrody, stawały się dlań najbardziej niepomyślnemi imprezami, w jakie mógł, się był wplątać.
Razu pewnego, idąc do szkółki niedzielnej, ujrzał, jak kilku niegrzecznych chłopców zamierza jeździć po głębokiej wodzie łódką żaglową. Widząc to, przeraził się. Wiedział bowiem z czytanek, że chłopcy, którzy jeżdżą łodziami żaglowemi w niedzielę, zawsze toną.
I oto pobiegł, by ich o tem uprzedzić, ale właśnie wtedy potknął się o jakiś patyk, i tam wpadł do rzeki. Jakiś przechodzący człowiek wyciągnął go z wody, poczem doktór wypompowywał zeń wodę i tchnął weń życie swemi zabiegami; cóż, kiedy mimo wszystko Jacob zaziębił się i przez dziesięć tygodni leżał w łóżku. Najbardziej wszakże w tem wszystkiem niepojęte było to, że owi niegrzeczni chłopcy najspokojniej w świecie jeździli sobie łódką przez cały dzień, poczem w całkiem niepojęty sposób wrócili do domu ubawieni i cali. Wówczas Jacob oświadczył, że nic podobnego nie czytał nigdy w żadnych czytankach. Oszołomiło go to najzupełniej.
Przyszedłszy do siebie, poczuł się nieco zbitym z tropu, mimo to postanowił wszakże dalej robić swe cnotliwe eksperymenty. Wiedział, że czyny jego dotychczasowe nie nadają się jeszcze do umieszczenia w czytance, ale ufał, że kiedyś się dostanie, jeśli wytrzyma do końca na swej drodze. A gdyby nawet przedsięwzięcie nie udało mu się, to i tak pozostaje mu jeszcze wygłoszenie mowy przedśmiertnej.
Przestudjował ponownie swe książki i uznał, że nadszedł już czas, kiedy powinien wstąpić na okręt jako posługacz. Udał się do kapitana statku, ofiarowując mu swe usługi, a gdy kapitan zapytał, czy ma jaką rekomendację, Jacob dumnie wyjął książeczkę z dedykacją i wskazał na słowa: „Jacobowi Blewens od kochającego nauczyciela“. Ale kapitan statku był to snać, człek źle wychowany, oświadczył bowiem: „Po kiego diabła mi ten śmieć! Nie jest to żaden, mój malcze, dowód, że umiesz zmywać naczynia i wylewać pomyje z kubłów!“. Poczem dodał, że nie potrzebuje wcale Jacoba. Było to niewątpliwie najniezwyklejsze zdarzenie w życiu naszego bohatera. W czytankach szkolnych dedykacja nauczyciela zawsze budziła jak najczulsze uczucia u kapitanów okrętów i otwierała posiadaczom tejże drogę do wszystkich honorowych i intratnych urzędów, jakiemi dysponowali. Zawsze tak było we wszystkich czytankach, które Jacob miał możność przeglądać. Nie wiedział teraz, co ma począć.
Chłopcu temu nic się nigdy nie wiodło i nic się w jego życiu nie spełniało tak, jak go uczyły autorytety z czytanek. Wreszcie razu pewnego, poszukując niegrzecznych chłopców, by im przeczytać jakieś kazanie, zastał ich całą gromadę na dziedzińcu starej huty żelaznej, gdzie łobuzerja ta zabawiała się czternastoma czy piętnastoma psami, które powiązali razem w długi łańcuch, poczem zamierzali ozdobić im ogony pustemi blaszankami po nitroglicerynie. Jacobowi poczęło serce bić mocniej. Usiadł na jednej z tych blaszanek, która leżała w błocie (Jacob nigdy nie zwracał uwagi na błoto, gdy chodziło o spełnienie obowiązku), ujął najbliższego psa za naszyjnik, poczem utkwił wzrok pełen wyrzutu w złym Tomie Jones. Ale w tymże momencie wszedł na dziedziniec, dozorca huty, wściekły pan Mac Walter.
Wszyscy niegrzeczni chłopcy wlot się rozbiegli, tylko Jacob Blewens powstał w poczuciu swej niewinności i rozpoczął jedno z tych przepięknych przemówień z czytanek szkółek niedzielnych, które zawsze zaczynają się od słów: „O, sir!“, wbrew temu, że żaden chłopiec, ani grzeczny, ani niegrzeczny, nie zaczyna nigdy żadnego zdania zwrotem: „O, sir!“.
I otóż dozorca nie czekał na koniec przemówienia. Chwycił Jacoba Blewens’a za ucho, wykręcił je, poczem dał mu kopsa, lecz w tymże momencie nasz grzeczny chłopiec wyleciał przez dach i pomknął ku słońcu, wraz z resztkami piętnastu psów, które snuły się za nim wgórze, niby ogon węża papierowego. Co się zaś tyczy przedśmiertnej mowy, to nie mógł już jej wygłosić Jacob Blewens, aczkolwiek na ułożenie jej zmarnował tyle czasu. Prawdopodobnie wygłosił ją ptakom, albowiem główna część jego ciała spadła na szczyt drzewa w jednym powiecie, a reszta podzielona została akuratnie na cztery inne powiaty, skutkiem czego trzeba było aż pięciu badań sądowych, by wyjaśnić, czy Jacob żyje czy też umarł i jak się to stało...
Tak oto zginął grzeczny chłopiec, który poczynał sobie zawsze w sposób szlachetny, ale osiągał rezultaty zawsze niezgodne z czytankami. Wszyscy chłopcy, poczynający sobie podobnie jak on, wychodzili na tem jak najlepiej w czytankach. Tylko z nim było inaczej! Los jego był, zaiste, niezwykły.



JAK REDAGOWAŁEM DZIENNIK
W TENNESSEE

Lekarz zalecił mi w celu kuracji wyjazd na południe, wobec czego skierowałem się do stanu Tennessee, gdzie wyrobiłem sobie posadę współpracownika w czasopiśmie „Wrzask południowo-amerykański“.
Kiedy wszedłem do lokalu redakcji, by rozpocząć pracę, zastałem naczelnego redaktora pisma, siedzącego i skurczonego we dwoje na stołku o trzech tylko nogach, podczas gdy jego własne nogi leżały przed nim na stole...
W pokoju znajdował się jeszcze, oprócz pana redaktora, stół i fotel mocno zużyty. Obydwa te sprzęty, a więc tak stół jak i fotel, uginały się pod stosem artykułów, gazet, wycinków i pasków papieru. Oprócz tego mieściła się w lokalu paka z piachem, usypana niedopałkami cygar i papierosów oraz piec z drzwiczkami, wiszącemi precyzyjnie na jednej tylko zawiasie.
Pan redaktor naczelny ubrany był w długi, czarny surdut oraz białe płócienne „ineksprymable“!! Buty miał zgrabne i starannie oczyszczone. Kostjum pana redaktora uzupełniła piękna kosztowna koszula, wielki pierścień z brylantem na palcu, stojący wysoko kołnierzyk, kroju starodawnego i wykwintny, różnokolorowy krawat ze swobodnie opuszczonemi końcami. Wogóle kostjum utrzymany był w stylu roku 1848. Redaktor palił cygaro hawańskie i dobierał snać słowa do jakiegoś zdania, przebierające bowiem czuprynę palce rozwichrzyły ją w niemożliwy sposób.
Wyraz jego twarzy zdradzał wściekłość i okrucieństwo, to też nietrudno było mi odgadnąć, że pisze w tej chwili jakiś „cięty“ artykuł.
Redaktor, ujrzawszy mnie, kazał mi przejrzeć dzienniki i napisać „Przegląd prasy tennesseeńskiej“ z uwzględnieniem wszystkiego, coby mu się mogło wydać godnem uwagi.
Siadłem przy biurku i skreśliłem, co następuje:

„Przegląd prasy tennesseeńskiej.

„Wydawca tygodnika „Trzęsienie Ziemi“ kieruje się, jak się zdaje, jakiemś nieuzasadnionem uprzedzeniem względem nowopowstającej kolei w Ballyhack. Jak nas informują, Towarzystwo akcyjne wcale nie ma zamiaru ominąć osady Burrardville. Przeciwnie, Towarzystwo uważa tę osadę za jeden z najważniejszych punktów linji kolejowej. Nie wątpimy przeto, że czcigodni panowie z „Trzęsienia Ziemi“ powtórzą w całości niniejsze sprostowanie.
„Mister John W. Blossam, energiczny wydawca „Pioruna“ oraz „Echa Wolności“ w Higginsville, przyjechał, jak nas informują, wczoraj do naszego miasta i zamieszkał w hotelu Van Burensa.
„Zwracamy uwagę czytelników, że współpracownik „Wycia Porannego“ myli się bardzo, zapewniając, że wybór Van Wadera jeszcze nie stał się faktem; nie wątpimy, że współpracownik powyższego pisma sprostuje swój błąd. Niewątpliwie uległ nieporozumieniu, w które go wprowadziły inne organy wyborcze.
„Niech nam będzie wolno stwierdzić z całem zadowoleniem, że miasto Blatherville stara się o zawarcie kontraktu z kilkoma przedsiębiorcami z New Yorku w celu wybrukowania ulic miasta. Dziennik „Hurra Codzienne“ rozpatruje tę decyzję w sposób umiejętny i przypuszcza, że raz wreszcie dzieło to osiągnie pomyślny skutek“.
Artykuł ten dałem redaktorowi, iżby go przejrzał, poprawił, ewentualnie zniszczył. Ten rzucił okiem na dzieło mego pióra — i chmura przebiegła po jego dostojnem obliczu. Przejrzał powtórnie artykuł i naraz szlachetna twarz jego przybrała wyraz gniewu. O, wiedziałem już wszystko! Odgadłem w tym momencie kierunek i ducha mego zawodu.
Naraz redaktor podskoczył tak wysoko, że głową sufitu sięgnął i zawołał:
— Do stu tysięcy djabłów! Czyż pan myśli, że w ten sposób można u nas pisać dla takiego bydła? Czy może pan sądzi, że czytelnicy mego organu zadowolnią się takim klapstrem? Ho! ho! Pozwól pan pióro!
Doprawdy, nie zdarzyło mi się widzieć nigdy w życiu, aby czyjeś pióro tak szybko kreśliło, mazało, poprawiało i lekceważyło czyjeś słowa w sposób aż tak bezwzględny!
Naraz, gdy pan redaktor pastwił się tak nad mym mozolnym artykułem — rozległ się strzał. Celem jego, zdaje się, była głowa redaktorska; dziwnym jednak zbiegiem okoliczności zacna ta głowa wyszła z tego przypadku cało, natomiast moje ucho ucierpiało cośniecoś...
— Ach! — krzyknął redaktor. — To ten łotr Smith, ten wyzyskiwacz i nędznik z „Wulkanu Moralnego.“ Powinien był się tu stawić przed moje oczy jeszcze wczoraj.
Poczem redaktor wyciągnął rewolwer z za pasa i strzelił w okno. Widziałem, jak Smith padł, kontuzjowany w łydkę... Nie dał on jednak za wygraną i odpowiedział strzałem, który — niestety — zmienił kierunek zamierzony przez Smitha i trafił w nieznajomego. Tym nieznajomym, któremu kula urwała palec, byłem — ja.
Niestropiony tem naczelny redaktor pisma w dalszym ciągu prowadził swe „dzieło zniszczenia“ nad mym rękopisem. W chwili gdy kończył swą barbarzyńską robotę — wpadła przez komin do pokoju petarda i potrzaskała piec na drobne kawałki, przyczem, nie wyrządzając żadnej krzywdy nikomu, o mnie jednym nie zapomniała i raczyła wybić mi kilka zębów.
— Ach! — wrzasnął redaktor. — Cóż będzie teraz z piecem? Nanic!
Potwierdziłem w całości i zgodnie jego zdanie.
— No, ale to nic ważnego! Cóż mi z pieca przy takim upale? Ale ja wiem, kto cisnął petardę, wiem! Dostanie się on jeszcze w moje ręce. A teraz przypatrz się pan, jak się pisze artykuły.
To mówiąc, podał mi mój rękopis.
Spojrzałem. Skrypt był pomazany, poskrobany, pogryzmolony — jak nieboskie stworzenie — i wątpię, czyby go rodzona matka poznała, gdyby wogóle miał matkę rodzoną.
Oto jak przedstawiał się mój rękopis:

Przegląd prasy tennesseeńskiej

„Nałogowi szubrawcy i łgarze z tygodnika „Trzęsienie Ziemi“ znów zamierzają obrzucić jadem swych plugawych oszczerstw grono uczciwych i dostojnych postaci; obecnie przedmiotem ich wstrętnych insynuacyj stało się jedno z najświetniejszych przedsiębiorstw w czasach ostatnich — a mianowicie kolej żelazna w Ballyhack. W ich zwyrodniałych mózgownicach zrodził się pomysł, iż kolej ta ominie osadę Barrardville. Doprawdy, lepiejby się utopili w kałuży własnego kłamstwa, zanimby się od nas mieli doczekać lania, które im się prawdziwie należy.
„Kretyn z „Pioruna“ i „Echa Wolności“ znów się ukazał w naszem mieście, stanął, osioł, u Van Burensa.
„Prosimy o zwrócenie uwagi na to, iż łotr z „Wycia Porannego“ z właściwą sobie perfidją podał w swej szmacie, że Werter nie został wybrany! Nie bacząc na to, że apostolstwem dziennikarza amerykańskiego jest krzewienie prawdy wśród bliźnich, tępienie fałszu, kształcenie mas, podnoszenie poziomu etycznego oraz obyczajności ogółu, że pod wpływem dziennikarza, wszyscy winni stawać się łagodnymi, moralnymi, litościwymi oraz pod każdym względem udoskonalonymi — ten łotr nad łotry, nędznik z pod ciemnej gwiazdy, hańbi święte apostolstwo dziennikarstwa apostolskiego, rozsiewając oszczercze fałsze, chamskie wymysły i bajdy!
„Też heca! Zachciało się cioci być wujaszkiem! Zachciało się obywatelom Blatherville’u — bruków!!! Przydałoby im się raczej więzienie, albo przytułek dla starców bezzębnych. Też pomysł! Brukować miasto, które ma ledwie jedną gorzelnię, jedną kuźnię i jeden śmietnik w rodzaju dziennika „Hurra Codzienne“! To też nic dziwnego, że ta padlina Bucker, redaktor „Hurra Codziennego“ — drze się wniebogłosy w tej sprawie, na właściwy sobie kretyński sposób, sądząc, że mówi nie-idjotyzmy!“
— Tak trzeba pisać artykuły — rzekł redaktor. — Przedewszystkiem: styl musi być wykwintny. Lukrecja w prasie amerykańskiej — zbyteczna.
Wtem przez okno wpadła z brzękiem cegła i gruchnęła mnie w plecy. Odskoczyłem na stronę, gdyż sądziłem, że rzucającemu przez okno stoję na drodze.
— Ach! — krzyknął pan redaktor — to ten pułkownik. Domyślam się z cegły. Czekałem przecież na niego aż dwa dni, i teraz dopiero daje znać o sobie...
Tak też było w rzeczywistości. Po chwili ukazał się na progu pułkownik z rewolwerem w ręku.
— Czy mam honor — rzekł — widzieć przed sobą nędznego tchórza, który redaguje tę ścierkę?
— Tak, master. Siądź pan, proszę. Ale ostrożnie ze stołkiem, gdyż mu brak jednej nogi. Co do mnie, to mniemam, że mam honor widzieć przed sobą bezczelnego oszusta i kłamcę pana pułkownika?
— Właśnie, to ja jestem. Mam mały porachuneczek z panem. Jeżeli panu redaktorowi pozwala teraz czas na to, to moglibyśmy zacząć?
— Hm... Mam wprawdzie skończyć pouczający artykuł o „Rozwoju moralnego i intelektualnego postępu w Ameryce“ — ale to nic ważnego — możemy zacząć!
Rozległ się huk.
To rewolwery wypaliły jednocześnie. Redaktor naczelny stracił jeden lok włosów ze swej rozwichrzonej czupryny, kula zaś zacnego pułkownika, nie wiem czemu, wybrała sobie kwaterę w najprzyzwoitszej części mej łydki. Pułkownik otrzymał postrzał w lewe ramię.
Rozpoczęto strzelaninę na nowo.
Znowu chybili, celując do siebie, zato mnie oberwało się znowu: jedna z kul przestrzeliła mi rękę. Trzecim razem przeciwnicy pogłaskali się zaledwie kulami — mnie zaś natomiast utkwił jeden nabój w nodze. — Wtedy, blednąc z bólu, oświadczyłem, że muszę wyjść na chwilę na przechadzkę po świeże wrażenia, tem bardziej, że nie chcę przeszkadzać obecnym w miłej pogawędce, która nadobitkę — jak uważam — nosi na sobie wyraźnie piętno sprawy natury więcej osobistej... Ale obaj obecni oświadczyli, że przeciwnie, miłą im jest moja obecność i że jako współpracownik pisma przeszkadzać im przecież nie mogę...
Zaczem wzięli się do nabijania broni, rozmawiając jednocześnie o najbliższych wyborach i o zbiorach w polu, ja zaś zabrałem się do opatrywania ran.
Poczem na nowo rozpoczęło się strzelanie; teraz już kule prawie że nie chybiały, na sześć strzałów pięć kul trafiło we mnie. Od szóstego strzału pułkownik otrzymał postrzał śmiertelny, wobec czego z właściwym tylko Yankesom humorem oświadczył, że musi już odejść, bo ma do załatwienia pilny interes w mieście, przyczem zapytał, gdzie znajduje się wpobliżu skład trumien.
Z tem pytaniem na ustach pułkownik opuścił lokal.
Zaczem redaktor zwrócił się do mnie:
— Teraz — rzekł — oczekuję gości obiadowych, a, niestety, nie jestem przygotowany odpowiednio na ich wizytę. Wyświadczyłby mi pan prawdziwą przysługę, gdyby zechciał mnie wobec nich zastąpić...
Niebardzo mi się to uśmiechało (wobec poprzedniej wizyty), ale, jako współpracownik — zresztą zbyt jeszcze byłem pod wrażeniem strzelania, które mi wciąż brzmiało w uszach, aby choć trochę oponować.
Wobec tego redaktor uznał za stosowne objaśnić mnie o owych wizytach w następujących słowach:
— Gdy przyjdzie tu o trzeciej Jones — dasz mu pan kilka razy w gębę. Gdyby przyszedł wcześniej Gilleps — masz go pan wyrzucić na łeb przez okno. Ferguson prawdopodobnie przyjdzie o czwartej — uśmiercisz go pan. Poczem będziesz pan miał trochę wolnego czasu — napisz więc pan (cięty!) artykuł na policję, a zwłaszcza na herszta szpiclów policyjnych — Grave’a. — Broń jest w szufladzie stolika, naboje tam oto w kącie, za piecem zaś leżą bandaże i wata. Spraw się pan dobrze, jak wzorowy dziennikarz amerykański. — Gdybyś pan tak... ten tego... dostał kulkę w łeb lub gdzie indziej, masz pan na parterze domu doktora Lauceta. Daje nam inseraty, zapłatę zaś od niego odbieramy w jego praktyce.
Poczem redaktor wyszedł.
Zrobiło mi się nieswojo. Obawa... Lęk... Przez te kilka godzin współpracownictwa przeżyłem tyle (niepodniosłych!) wrażeń, że doprawdy poczułem niepokój. Ale nie było czasu na rozmyślania.
Wkrótce przyszedł Gilleps — i, zamiast ja jego — on mnie wyrzucił przez okno. Potem przyszedł Jones, a gdy, według wskazówki redaktora, chciałem mu dać po gębie, wyręczył mnie w tem, przyczem role zamieniliśmy. Potem znów jakiś nieznajomy, o którym redaktor wcale mi nie wspominał, wyrwał mi moc włosów. Inny znów jakiś drab, niejaki Thomson, porwał mi nowe ubranie na strzępki, tak że zostałem zaledwie w ineksprymablach. A już na samym ostatku zostałem osaczony w kącie lokalu przez cały tłum jakichś „ redaktorów“, „dziennikarzy“, policjantów i innych podejrzanych indywiduów, którzy lżyli mnie, darli się wniebogłosy, bili, wyrywali mi włosy i wymachiwali nad mą nieszczęsną głową przeróżnemi narzędziami wśród bezustannego huku broni...
Wszystko to tak podziałało na mnie, iż postanowiłem w duchu raz na zawsze wyrzec się współpracownictwa w dziennikach amerykańskich, gdy wtem zjawił się pan redaktor, a za nim cała chmara „przyjaciół“. Teraz dopiero zaczął się raj! Żadne pióro nie jest w stanie opisać tego widowiska.
Strzelano nawzajem do siebie, kłuto się, przebijano, ćwiartowano na kawałki, jak kotlety, wyrzucano drzwiami i oknem. Raz wraz słychać było wściekłe wrzaski rannych, bluźnierstwa deptanych. Wreszcie pokój zaległa cisza; widocznie zemdlałem.
Gdym się ocknął, ujrzałem się sam na sam z redaktorem. Redaktor ociekał krwią. Lokal redakcyjny przedstawiał obraz straszliwego zniszczenia.
Po chwili redaktor przemówił w następujące słowa:
— Polubi pan to zajęcie, gdy się trochę przyzwyczai do tych rzeczy.
— Niech mi pan daruje — odpowiedziałem, — ale muszę się zasadniczo wypowiedzieć w tej sprawie. Nie wątpię, że zczasem zdołałbym posiąść tak piękny styl, jakim rozporządza pan, panie redaktorze, gdybym się zwłaszcza oswoił bardziej z tutejszemi warunkami pracy i zasadami stylu... Ale, prawdę mówiąc, trudno mi pracować w tych warunkach spokojnie... Sam pan to przecież widzi... Oczywiście ta piękność pańskiego stylu ma na celu umoralnianie ogółu, co do mnie — to wcale nie mierzę tak wysoko. Wolę pozostać w cieniu... Nie umiem zresztą pisać swobodnie — gdy mi przerywają...
Owszem, nie przeczę, zawód dziennikarza amerykańskiego podoba mi się bardzo, dostarcza bowiem mnóstwa podniosłych wrażeń. Tylko te wrażenia, choć oryginalne — nie są jednak dzielone sprawiedliwie między wszystkich współpracowników. Gdzież tu bowiem sprawiedliwość?
— Strzela naprzykład ktoś do pana przez okno — a trafia we mnie; wpada petarda przez komin do lokalu i trafia nie w piec, lecz urywa część mego nosa; wpada potem jakiś przyjaciel, aby z panem załatwić swe porachunki, a mnie przedziurawia kulami; pan idziesz sobie na obiad, a tu nadbiega Jones i mnie bije po gębie, Gilleps, zamiast być wyrzuconym przeze mniemnie wyrzuca przez okno; Thomson nie pana — a mnie obdziera z ubrania i pozostawia niemal w ineksprymablach! Wreszcie nadbiega za panem redaktorem cała banda jakichś drabów i nie wiem czemu nade mną się pastwi. Doprawdy, śmiało mogę powiedzieć, że tylu wrażeń, co dziś, nie przeżyłem dotychczas przez całe życie.
Nie, panie! Tak dłużej pracować nie mogę. To prosty wyzysk, niesprawiedliwy podział. Owszem, lubię pana i szanuję, lubię ten spokój niewzruszony, z jakim traktujesz pan klientów — ale... serce południowca jest zbyt wybuchowe, a gościnność wasza zbyt natrętna. A dalej, artykuły pańskie poruszą całe gniazdo szerszeni, znów wpadnie chmara redaktorów i znów mogą wywrzeć na mnie swą złość wściekłą! O, nie! Wolę już pana raz na zawsze pożegnać. Bowiem, cóż mam robić? Przybyłem tu, aby wzmocnić stargane zdrowie, a tymczasem... dziennikarstwo za bardzo mnie rozstraja...

Poczem rozstaliśmy się z wielkim ze strony pana redaktora żalem, — ja zaś wprost od niego, udałem się na „kurację“ — do... szpitala!


KRÓL I OSIOŁ

Więcej niż tysiąc lat temu ten mały okręg był królestwem maleńkiem, prześlicznem i bajecznem — jeżeli tak się można wyrazić — królestwem. Zdala od wszelkich kłótni, od zazdrosnej cywilizacji i niepokojów, królestwo to cieszyło się błogim spokojem, dlatego też ludność jego odznaczała się łagodnością i pokorą. Wszystko tam jak gdyby tonęło w cichej drzemce, a dokoła panował uroczysty, świąteczny błogostan. Nie było złości ani nienawiści, nie było próżności i dlatego nie było smutków ani nieszczęść, jak w innych krajach...
Stary król umarł, a na tron wstąpił syn jego — Hubert. Miłość ludu ku niemu rosła coraz bardziej. Był on taki dobry, taki czysty, taki szlachetny, że zwolna ta miłość ludu przeszła jak gdyby w namiętność, w żądzę, nieomal w ubóstwienie. Od chwili jego przyjścia na świat astrologowie starannie badali gwiazdy i wreszcie w iskrzącej się księdze niebieskiej przeczytali, co następuje:
„W czternastym roku życia Huberta zajdzie ważny fakt: stworzenie, którego śpiew wyda mu się najcudniejszym na świecie, ocali mu życie. I jak długo lud czcić będzie to stworzenie za dobry spełniony przezeń czyn, starożytna dynastja nigdy nie będzie cierpiała na brak następców, i lud nie zazna ani choroby, ani biedy. Ale strzeżcie się złego wyboru!”
A gdy dla króla nadszedł trzynasty rok życia, cały naród, jak również i astrologowie, ministrowie, i cały mały parlament tego królestwa zastanawiać się poczęli nad pytaniem: jak należy rozumieć ostatnie zdanie proroctwa?
Sądząc z sensu pierwszych zdań, owo zbawcze stworzenie winno było niejako samo się obrać w oznaczonym czasie, ale końcowe zdania jakoby mówiły, że król winien sam wybrać i zadecydować, jakie ze śpiewających stworzeń najbardziej mu się podoba i jeżeli on wybierze mądrze, to wybrane przezeń stworzenie ocali mu życie, — jego dynastję, jego lud; gdy zaś zrobi zły wybór, wybór błędny — wtedy biada mu!...
Pod koniec roku było tyle przeróżnych zdań co do tego, ile i na początku. Jednakże większość mędrców, jak i pospolitych śmiertelników, zgadzała się co do tego, że najstosowniej byłoby, gdyby mały król już teraz zrobił swój wybór; im prędzej bowiem — tem lepiej?
Wobec tego wydano rozkaz, aby każdy, ktokolwiek posiada stworzenia odznaczające się jakimkolwiek choćby darem śpiewu — dostarczyli je do wielkiej sali pałacu w pierwszy dzień Nowego Roku.
Naturalnie, rozkaz ściśle spełniono. Kiedy już wszystko przygotowane zostało odpowiednio do eksperymentu, wprowadzono uroczyście małego króla w otoczeniu całej świty urzędników i dygnitarzy królewskich, strojnych w paradne mundury.
Król zasiadł na złotym tronie i już oczekiwano wyroku z szlachetnych ust królewskich, gdy władca, zamiast wyroku, zaopinjował, że nie jest w stanie uczynić wyboru, gdyż:
— Stworzenia te — rzekł — śpiewają wszystkie razem. Hałas, jaki sprawiają, jest wprost nieznośny. Jest niemożliwością dokonać wyboru w tych warunkach. Weźcie je wszystkie stąd i pokazujcie pojedyńczo w moim pałacu.
Tak też zrobiono.
Każde z tych śpiewających stworzeń czyniło wszelkie możliwe wysiłki, by oczarować swym słodkim śpiewem słuch królewski, jednak bezskutecznie. Tym więc sposobem wyboru, na razie, nie dokonano.
A drogocenne chwile płynęły... Król z coraz to większą trudnością orjentował się wśród owej mnogości cudownych śpiewaków. Nadomiar nieszczęścia nie opuszczała go ani na chwilę myśl o zapowiedzianej karze za błędny wybór. Stawał się coraz bardziej i bardziej niezdecydowanym i bał się ufać własnym uszom.
Nerwowość jego wzrastała i począł zdradzać niepokój. Ministrowie zauważyli to, ponieważ nie spuszczali z niego oczu ani przez chwilę. W duchu i oni również niepokoili się mocno.
— Stracił męstwo... stracił zimną krew! — myśleli ministrowie.- Niewątpliwie popełni błąd! A wtedy i on sam i jego dynastja i jego lud skazani będą na zgubę!
Minęła godzina. Król, który siedział długo w milczeniu, odezwał się:
— Przynieście mi jeszcze raz szczygła!
Szczygła przyniesiono i ten rozpoczął swój śpiew radosny.
Wśrodku pieśni szczyglej król już, już gotów był podnieść berło na znak zgody i aprobaty, ale zatrzymał się i rzekł:
— Nie, trzeba jeszcze raz się przekonać... Przynieście mi derkacza, niech zaśpiewają razem.
Przyniesiono derkacza i oba ptaki równocześnie zawodzić poczęły swe cudowne trele. Lecz jego królewska mość nie mógł się ani rusz zdecydować na wybór, mimo tego, po dłuższej chwili namysłu zdawał się już przechylać na stronę szczygła — gdyż oblicze jego dostojne uspokoiło się na moment... Nadzieja napełniła błogością serca ministrów, puls począł im bić mocniej... Oto berło poczęło się zwolna podnosić ku górze, gdy wtem...
Powietrzem zatrzęsły ohydne ryki, rozlegające się za drzwiami:
— Muu-hi! — Muu-hi! — Muu-hi!
Nieopisany przestrach ogarnął obecnych, a jednocześnie niezadowolenie z ujawnienia owego lęku.
W chwilę potem, do komnaty wbiegła prześliczna maleńka dziewięcioletnia dziewczynka, chłopskie dziecko. Jej oczka iskrzyły się dziecięcą rześkością, ale, gdy ujrzała tylu znakomitych dygnitarzy i tyle gniewnych twarzy dostojników — zatrzymała się, opuściła cudną główkę i podniosła gruby fartuch do oczu...
Nikt nie powitał jej, ani współczuł z nią. Wreszcie zażenowana podniosła swe zapłakane oczy i rzekła:
— Królu mój, królu, wybacz mi! Nie chciałam zrobić nic a nic złego. Nie mam ani matki, ani ojca, ale mam kozę i osiołka; koza mi daje słodkie mleko, a kiedy mój biedny osiołek ryczy, to zdaje mi się, że doprawdy niema na świecie piękniejszej muzyki od tej. Dlatego też gdy wysłaniec królewski rzekł, że najcudowniejszy śpiewak ze stworzeń boskich zbawi króla i lud, to postanowiłam przyprowadzić tu mego osiołka...
Cały dwór parsknął w głos trywjalnym śmiechem — dziewczyna zapłakała.
Nie skończywszy swego przemówienia — uciekła. Wtedy pierwszy minister wydał rozkaz, aby pędzono ją wraz z jej osłem jak najdalej od granic pałacu za tę zniewagę i nie pozwalano zbliżać się do niego...
Eksperymentowanie ptaków wznowiono. Oba ptaki śpiewały wzorowo, ale berło nieruchomo leżało w ręce królewskiej. Nadzieja zwolna gasła w duszach ministrów. Minęła godzina, jedna, druga — a decyzji jak nie było, tak nie było. Dzień już chylił się ku wieczorowi, a tłum, wyczekujący zewnątrz pałacu, ogarniała trwoga i zniecierpliwienie. Zmierzch zgęstniał tak, że wkrótce król i jego dworzanie nie byli w stanie rozpoznać się nawzajem. Cisza grobowa i mrok zaległy komnatę pałacu — nie myślano nawet o oświetleniu... Wielki eksperyment został dokonany i poniósł zupełne fiasko! Nie udał się. Wszyscy radzi byli ukryć w mroku twarze, aby nikt nie zauważył ich głębokiego smutku i niepokoju!
I naraz! Boskie, cudne, bogate tony rozległy się w pałacu. Płynęły z dalekiego kąta. Był to śpiew słowika.
— Wstańcie! — zawołał król. — Bijcie we wszystkie dzwony i ogłoście ludowi, że wybór został dokonany i żem się nie omylił! Król — dynastja — lud: ocalone! Odtąd po wsze czasy czcijcie słowika w tej krainie! Głoście całemu narodowi memu, że ten, kto znieważy słowika, lub wyrządzi mu krzywdę — zostanie śmiercią ukarany!
Tak rzekł król.
Fala radości zalała cały maleńki światek królewski. Pałac i miasto uiluminowano różnobarwnemi ogniami, a radość trwała całą noc. Lud śpiewał, pił i tańczył, a bicie we dzwony ani na chwilę nie ustawało.

Od tego dnia słowik stał się świętym ptakiem. Jego śpiew rozlegał się w każdym domu. Poeci opiewali go w rymach, artyści malowali go na obrazach. Jego podobizny rzeźbione upiększały wszystkie arkady, baszty, fontanny i gmachy publiczne. Słowika przynoszono nawet do Rady Królewskiej, i ani jedna ważna sprawa państwowa nie mogła zapaść bez tego, aby mędrcy nie dali jej naprzód pod rozwagę słowikowi, a dopiero potem donosili ministrom, co orzekł słowik.
II

Młody król bardzo lubił polować. Kiedy przyszło lato, wyjeżdżał na łowy z sokołami i chartami, w asyście świecącej od złota świty dworzan. Razu pewnego w trakcie polowania oddalił się król od swej świty, a pragnąc jak najprędzej dostać się do niej zpowrotem, obrał jak najkrótszą drogę przez gęstwinę leśną — niestety, drogę zgubił i — zbłądził. Zpoczątku nie tracił nadziei odnalezienia towarzyszy i jechał prosto przed siebie, ale wkrótce opuściło go męstwo. Zapadł zmrok, a on wciąż coraz bardziej zagłębiał się w odosobnioną, nieznaną mu miejscowość. Błądząc tak, uległ nieszczęsnemu wypadkowi. W mroku popędził konia nieostrożnie i niespodziewanie, w całym pędzie znaleźli się na krawędzi urwiska. Jedna chwila — i byli na dnie przepaści. Położenie było straszne. Konisko miało skręcony kark, a król — złamaną nogę.
Biedny, mały król leżał na dnie urwiska i mdlał z bólu okrutnego, a każda godzina zdawała mu się być długim miesiącem. Nasłuchiwał chciwie uchem, czy nie rozlegną się dźwięki, które mu przyniosą ocalenie. Ale nie usłyszał ani głosów, ani dźwięków rogów, ani szczekania psów.
— Niech więc nadejdzie. śmierć! Tak czy owak — zginąłem!...
A właśnie w tej chwili w lesie, pośród głębokiej nocnej ciszy, rozległy się dźwięki pieśni słowiczej.
— Ocalonym! — zawołał król. — Jestem ocalony! — Jest to święty ptak, a zatem proroctwo spełniło się. Sami bogowie ocalili mnie dzięki dobremu wyborowi!
Król zaledwie był w stanie zapanować nad swoją radością. Spodziewał się usłyszeć lada chwila dźwięku, któryby mu wieścił pomoc bliską, lecz, niestety, ta znikąd nie przychodziła. Nadchodziło rozczarowanie. Mijały godziny. Pomocy nie było, a święty ptak śpiewał i śpiewał bezustanku.
I oto król naraz począł powątpiewać w swój dobry wybór, starał się jednak później zagłuszyć swe wątpliwości. Przed świtem ptak umilkł. Nastał ranek, a wraz z nim nadeszły męki głodu i pragnienia, ale pomocy żadnej, żadnej!
Dzień przyszedł i przeszedł. Wreszcie król przeklął słowika.
Zaraz po słowiku zaśpiewał derkacz. Król, gdy go usłyszał, rzekł sobie:
— Oto prawdziwy ptak! Mój wybór był zły. Teraz nadejdzie mi pomoc.
Ale pomoc nie nadeszła. Król przeleżał w niepamięci kilka godzin. Kiedy oprzytomniał — zaśpiewał szczygieł. Ale teraz król słuchał go już obojętnie. Przestał już wierzyć.
— Te ptaki — rzekł nagłos — nie są w stanie mnie zbawić. Dynastja moja i mój lud przepadły na wieki!...
Obrócił się, aby umrzeć, gdyż tak już osłabł z głodu i pragnienia, iż czuł, że kres jego się zbliża. Pragnął nawet umrzeć, aby wybawić się od mąk. Długie, długie godziny przeleżał tak bez myśli, bez ruchu. Poczem przytomność znów mu wróciła.
Jutrznia trzeciego poranku rozlała swe blaski. Ach, świat wydał się tak pięknym jego znużonym oczom! Namiętne pragnienie życia wybuchło naraz w sercu młodzieńca i głęboka, gorąca modlitwa wydarła się mu z duszy ku niebu, modlitwa o to, aby niebo zlitowało się wreszcie nad nim i pozwoliło mu znowu ujrzeć swój dom, swych przyjaciół. A w tej chwili dobiegł jego uszu cichy wprawdzie, słaby i daleki — lecz jakże upragniony — ryk. Wkrótce doszło jego wytężonych uszu:
— Muu-hi! — muu-hi — muu-hi!
I ta pieśń, doprawdy, była mu najsłodszą. O! przyjemniejszą tysiąc razy od pieśni słowiczej, od pieśni szczygła czy derkacza, ponieważ przynosiła mu wybawienie i dawała pewność, że pomoc jest niedaleka.
— Jestem ocalony! — zawołał. — Święty śpiewak sam się obrał, jak przepowiedział mag uczony! Proroctwo spełniło się i moje życie, mój lud, moja dynastja są ocalone! Od tego dnia osioł będzie świętem, w moim narodzie, stworzeniem.
Boskie ryki zbliżały się coraz bardziej. I oto z góry zsunął się mały, łagodny osiołek, szczypiący po drodze trawkę i porykujący od czasu do czasu. Naraz spostrzegł zdechłego konia i rannego króla. Zbliżył się do niego i począł go obwąchiwać delikatnie, król go przywołał, a osioł zgiął kolana, jak był zwykł czynić to zawsze, gdy jego mała gospodyni pragnęła go dosiąść. Z największą trudnością i wysiłkiem usadowił się młodzieniec na grzbiecie osła. Osioł, porykując, poszedł przed siebie i zaniósł króla do chaty małej dziewczynki. Ta podłożyła królowi słomiany siennik, nakarmiła go koziem mlekiem, poczem pobiegła, aby donieść tym, którzy daremnie dotychczas poszukiwali króla.
Wkrótce król przyszedł zupełnie do siebie, poczem najpierwszym jego aktem było ogłoszenie osła świętem i nietykalnem stworzeniem! Drugim aktem było wprowadzenie tegoż osła do ministerjum oświaty i zamianowanie go pierwszym ministrem. Trzecim aktem — zniszczenie wszystkich posągów i podobizn słowika i zastąpienie ich posągami ku czci osła, a czwartym edykt — że skoro małej dziewczynce minie czternaście lat — obrana zostanie królową.
I król dotrzymał słowa.
Taką jest owa legenda. Wyjaśnia i tłumaczy ona, dlaczego rozsypujące się w gruz podobizny osła zdobią te stare, rozpadające się w ruiny mury, parki, a także dlaczego w ciągu tylu wieków pierwszym ministrem królewskiego gabinetu zawsze jest osioł.
Tłumaczy ona również, dlaczego w ciągu tylu stuleci w tem królestwie wszystkie wielkie poematy, wszelkie księgi, wszelkie wielkie mowy, wszelkie uroczystości publiczne i proklamacje królewskie zaczynały się od boskich słów oślej pieśni:
— Muu-hi! — Muu-hi! — Muu-hi! —



AWANTURA Z DYFTERYTEM
Opowiedziana autorowi niniejszej książki przez pana M. Williamsa, miłego Nowojorczyka, którego autor poznał w czasie podróży

...A więc, wracając do mego opowiadania — mówiłem już panu, jak starannie grasował u nas dyfteryt, jak wszystkie matki poszalały ze strachu... Otóż razu pewnego przywołałem moją żonę, poczem rzekłem, wskazując naszą malutką Klarę:
— Moja droga, na twojem miejscu nie pozwoliłbym naszej małej gryźć tego drzewa świerkowego.
— Mój skarbie, cóż to może zaszkodzić? — odparła, ale w tymże momencie wyciągnęła rękę, by je odebrać dziecku; kobiety nie mogą przyjąć nawet najbardziej przekonywającej rady, by jednocześnie nie zaprotestować (przynajmniej zamężne tak czynią).
Rzekłem na to:
— Najdroższa, jest rzeczą dowiedzioną, że drzewo świerkowe jest drzewem najmniej pożywnem z tych, jakie może jeść dziecko.
Żona moja cofnęła rękę, którą już miała odjąć drzewo od ust dziecka i opuściła ją znów na kolana. Zgniewała się najwidoczniej, rzekła bowiem:
— Mężulku, sam przecie wiesz, że jest inaczej, tak, wiesz to dobrze! Wszyscy lekarze głoszą, że terpentyna drzewa świerkowego jest bardzo skuteczna przy słabej kości pacierzowej i chorych nerkach...
— Ach, — zatem omyliłem się! Nie wiedziałem przecież, że kość pacierzowa tudzież nerki naszego dziecka są zaatakowane i że lekarz nasz...
— A któż tu mówi, że nerki i kość pacierzowa naszego dziecka są zaatakowane? Dziwne przypuszczenia! Nigdy nic podobnego nie dawałam ci do zrozumienia.
— Ależ, najdroższa, niecałe dwie minuty temu mówiłaś...
— Wszystko jedno, co mówiłam! Małej to nic a nic nie zaszkodzi, jeśli będzie żuła sobie kawałeczek drzewa świerkowego, o ile ma do tego ochotę, i ty wiesz o tem aż nazbyt dobrze! To też powiadam ci, że ona będzie je żuć, i koniec!
— Nie masz potrzeby już nic dodawać, kochana żono. Czuję doskonale siłę twych argumentów, to też każę natychmiast sprowadzić kilka fur najlepszego drzewa świerkowego. Odtąd żadne z mych dzieci nie będzie odczuwać jego braku, póty, póki ja...
— Proszę cię, idź do swego kantoru i pozostaw mnie wreszcie w spokoju. Nie można wtrącić najniewinniejszej uwagi, byś ty się do niej nie przyczepił i nie począł rezonować i rezonować, aż sam zatracisz się w tem co gadasz — a zresztą, ty wogóle nigdy nie wiesz, co gadasz!
— Dobrze, niech będzie tak, jak chcesz! Zato w twej ostatniej uwadze był także brak logiki, że...
Lecz zanim skończyłem zdanie, żona już zdążyła wyjść za drzwi, zabierając dziecko.
Tego samego dnia przy obiedzie podeszła ku mnie z twarzą białą, jak kreda.
— O, Mortimerze, znowu nieszczęście! Mały Jurek Gordon zachorował!
— Dyfteryt?
— Dyfteryt!
— Czy jest jeszcze jaka nadzieja?
— Najmniejszej! Ach, co teraz będzie z nami?
Po pewnym czasie niańka przyprowadziła naszą Klarcię, aby nam powiedziała dobranoc, oraz zmówiła, jak zwykle, paciorek przy mamusi. Zdarzyło się, że akurat przy słowach: „Położę się do łóżeczka“, troszkę zakaszlała.
Żona moja, słysząc to, padła, zda się gromem rażona. Ale już w chwilę później zerwała się na równe nogi, pełna żarliwej podniety, przejęta lękiem.
Wydała rozkaz, aby łóżeczko dziecka przeniesiono z pokoju dziecinnego do naszej sypialni, przyczem sama przypilnowała, aby rozkaz wykonano ściśle. Mnie oczywiście też zabrała z sobą. Sprawa została wmig załatwiona.
W ubieralni żony ustawiono łóżko niani. Wtedy wszakże żonusi przypomniało się, że za daleko bylibyśmy od drugiego dziecka — a gdyby i to zachorowało... tu moja biedna żona znów zbladła, jak płótno.
Przenieśliśmy tedy łóżeczko Klarci i łóżko niani zpowrotem do pokoju dziecinnego, dla nas zaś ustawiliśmy łóżko w pokoju sąsiednim.
Wszakże wnet potem zauważyła moja żona:
— A jeśli nasz mały zarazi się od Klarci?
Myśl ta na nowo przejęła ją trwogą, wobec czego wspólnemi siłami staraliśmy się w gorączkowym pośpiechu usunąć łóżeczko Klarci z pokoju dziecinnego, przyczem moja żona prawie że poszarpała ten sprzęt w kawałki — tak dalece dziki strach nią miotał!
Przenieśliśmy się nadół. Ale tam znów nie starczyło już miejsca na łóżko niani, a ponieważ żona moja twierdziła, że doświadczenie starej ma dla niej wartość nieocenioną, tedy powróciliśmy z całym bagażem do naszej sypialni, gdzie poczuliśmy się jak ptaki miotane burzą, które nareszcie przedostały się do własnego gniazda.
Teraz żona udała się do pokoju dziecinnego, by sprawdzić, czy wszystko jest tam w porządku. Wkrótce powróciła z nowem zmartwieniem.
— Jakie to dziwne, że mały tak mocno śpi?
— Ależ najdroższa, alboż nie sypia on zawsze twardo jak suseł?
— Wiem to. Tylko że teraz w jego śnie jest coś niezwykłego! Tak jakoś dziwnie oddycha — tak jakoś — miarowo! Och, jakież to straszne!
— Droga moja, przecież on zawsze oddycha miarowo.
— Wiem to. Jednakże w tem jest coś strasznego! Mamka jest nadto młoda, niedoświadczona, niech tedy Marynia zostanie przy niej, by była pod ręką, gdyby coś zaszło.
— Swietna myśl! Ale kto tobie będzie pomagał?
— Ty przecież umiesz mi wszystko zrobić, czego będzie trzeba. A zresztą, w takich razach ja muszę wszystko sama robić.
— Uważałbym to za podłość — odparłem, — gdybym ja miał leżeć w łóżku i spać, podczas gdy ty sama będziesz się męczyć z dzieckiem.
Ostatecznie jednak pogodziłem się i z tą myślą, poczem stara Marynia napowrót przeniosła się na dawne locum w pokoju dziecinnym.
Klarcia aż dwa razy zakaszlała przez sen.
— Ach, czemu to lekarza nie widać? Mortimerze, czy nie uważasz, że w pokoju jest za ciepło? W pokoju stanowczo jest za ciepło! Zakręć kaloryfer — tylko prędko!
Zakręciłem śrubę, spojrzawszy jednocześnie na termometr i pytając się w cichości ducha, czy 15° — nie jest zbyt wysoką temperaturą dla chorego dziecka?
Wreszcie powrócił stangret z miasta z wiadomością, że nasz lekarz domowy jest obłożnie chory. Wtedy żona spojrzała na mnie okiem obumierającem, poczem rzekła złamanym głosem:
— W tem jest palec Opatrzności! Już tak nam było sądzone. Nigdy dotychczas doktór nie chorował, gdy się go wzywało — nigdy. Nie żyliśmy tak, jak powinni byliśmy, Mortimerze! Mówiłam ci to raz po raz. A teraz sam widzisz, jakie są tego skutki. Nasze dziecko nie wyzdrowieje już nigdy! Podziękuj Panu Bogu, jeśli się czujesz tu bez winy; ja jednak sobie tego darować nie mogę!
Odparłem, nie chcąc jej bynajmniej urazić, ale i nie licząc się też zbyt ze słowami, że bynajmniej nie uważam, byśmy prowadzili życie zbyt lekkomyślne.
— Mortimerze! Czy chcesz, aby na nasze maleństwo spadł dopust Boży!?
Poczem rozpłakała się, by za chwilę nagle wykrzyknąć.
— Doktór chyba przysłał lekarstwo!
— Owszem — odparłem, — oto je masz. Czekałem tylko, aż przestaniesz mówić.
— Ależ dawaj natychmiast! Czyż nie wiesz, że każda chwila jest droga? Ale poco lekarz przysyła lekarstwo, skoro choroba jest nieuleczalna?
Zrobiłem uwagę, że tam, gdzie życie nie ustało, zawsze jeszcze jest nadzieja wyzdrowienia.
— Nadzieja! Mortimerze, ty nie wiesz już co pleciesz! Ty nic nie wiesz, jak nowo narodzone dziecię! — Czy nie zechciałbyś — o Boże, tu naprawdę napisane, co godzina małą łyżeczkę! Co godzina... Jak gdybyśmy mieli przed sobą całe życie do uratowania dziecka! Mortimerze, prędko, daj biedactwu pełną łyżkę stołową, tylko proszę cię, śpiesz się!
— Ależ najmilsza, pełna łyżka stołowa może jej przecież za...
— Nie doprowadzaj mnie do ostateczności! Tu, tu, tak, tak, mój skarbie, moja pieszczotko; wiem, wiem, że to brzydkie, że to gorzkie lekarstwo, ale jest ono Klarci potrzebne, potrzebne mamusinej pieszczotce... Ono ją uzdrowi. Tak, tak, oprzej główkę o pierś mamusi i zaśnij sobie, dziecinko, bo niedługo i tak — ach, Mortimerze, ja wiem, że ona nie dożyje poranku! — Mortimerze, a możeby tak łyżkę stołową co pół godziny, co, nie? — Och, dziecko musi przyjąć także belladonnę — tak, ona tu byłaby wskazana — a nawet akonit! Przynieś mi akonit, Mortimerze. — O, proszę cię, daj mi tylko robić, co ja chcę, ty się nic a nic nie znasz na tych rzeczach.
Poczem udaliśmy się spać. Łóżeczko Klarci postawiliśmy tuż obok łóżka mej żony.
To przestawianie i hałasowanie tak dalece mnie zmęczyło, że już po dwóch minutach spałem więcej niż mocno. Ale wtedy naraz żona zbudziła mnie.
— Mężulku, czy centralne ogrzewanie jest otwarte?
— Nie.
— No, oczywiście. Proszę cię, odkręć natychmiast kurek, w pokoju za zimno.
Odkręciłem kurek i natychmiast zasnąłem ponownie. I znów mnie obudzono.
— Mężusiu najdroższy, czy nie będziesz miał nic przeciwko temu, by łóżeczko postawić obok ciebie. Będzie bliżej półek.
Uczyniłem jak chciała, wszedłem jednak przez to w kolizję z poręczą łóżka, wskutek czego dziecko obudziło się. Zasnąłem wszakże ponownie, podczas gdy żona uspokojała chore dziecko!
Po krótkiej jednak chwili przez mgłę sennych majaczeń przebiły się do moich uszu następujące słowa, niby szmer daleki:
— Mortimerze, gdybyśmy tak mieli tu szmalec gęsi! Może zadzwonisz!
Napół senny wygramoliłem się z łóżka, nastąpiwszy przytem na kota, który żywo zaprotestował, za co byłby otrzymał kopnięcie, gdyby nie ukrył się pod gościnnym dachem krzesełka.
— Na miłość Boską, Mortimerze, poco gaz zapaliłeś? czy chcesz obudzić dziecko?
— Muszę przecież zobaczyć, czy bardzo się skaleczyłem.
— Ach, w takim razie obejrzyj i krzesło — jestem pewna, żeś je złamał. Biedny kotek. Jak łatwo —
— No, no, co do kota, to już lepiej nie mów nic. — A wszystko to nie stałoby się, gdyby tu została Marynia, onaby lepiej ode mnie załatwiła te sprawy, jako że bardziej wchodzą one w zakres jej zawodu.
— Wstydziłbyś się, Mortimerze, mówić coś podobnego. Smutne to zaiste, że nie chcesz wykonać nawet tych kilku błahostek w tak strasznych chwilach, gdy nasze dziecko...
— No dobrze już, dobrze, robię wszystko, co tylko chcesz... Tylko tym dzwonkiem nie dodzwonię się nikogo — wszystko śpi. Gdzie jest ten gęsi szmalec?
— Na kominku, w dziecinnym pokoju. Możebyś zechciał pójść i zapytać o to Marynię?
Przyniosłem gęsi szmalec i położyłem się do łóżka. Ale znów zawołano na mnie.
— Mortimerze, tak mi przykro przerywać ci sen, lecz widzisz, jest tu jeszcze za zimno, by móc zrobić dziecku nacieranie. Rozpalno ogień w kominku. Nic więcej nie trzeba, tylko podpalić.
Zebrałem się w sobie i rozpaliłem ogień. Poczem zgnębiony, usiadłem.
— Mortimerze, na miłość Boga, nie siadaj, bo to śmierć pewna w takiem zimnie! połóż się do łóżka!
Gdy kładłem się znowu, zawołała:
— Ach, proszę, możebyś tak wpierw dał dziecku lekarstwo!
Uczyniłem i to. Było to takie lekarstwo, które tylko mogło co najwyżej obudzić dziecko. Pauzę, która nastąpiła podczas snu Klarci, miła moja wykorzystała w ten sposób, by ją rozebrać i natrzeć jej całe ciałko gęsim szmalcem. W chwilę potem zasnąłem, lecz poto tylko, by znowu być zmuszonym do wygramolenia się z ciepłych pieleszy.
— Mortimerze, czuję jakiś przeciąg. Nic tak nie szkodzi przy dyfterycie, jak właśnie przeciąg. Proszę cię, przesuń łóżeczko bliżej do ognia.
Usłuchałem, a że znów wpadłem w kolizję z poręczą łóżka, tedy wrzuciłem ją bez ceremonji do ognia. Zobaczywszy to, moja żona wyskoczyła z łóżka jak z procy, by wyratować poręcz — i zamieniliśmy z sobą kilka odpowiednich słów. Poczem przez kilka sekund mogłem spać. Na żądanie żony jednak dźwignąłem się znowu, by skonstruować okład z siemienia, który miał być położony dziecku na piersi...
Ognisko z drzewa nie jest czemś stałem. Musiałem tedy wstawać co dwadzieścia minut, by potrzymywać ogień na kominku, a moja żona korzystała z tych sposobności, by pauzy pomiędzy jednem dorzuceniem drzewa a drugiem możliwie skrócić za każdym razem o dziesięć minut. Sprawiało jej to niebywałą przyjemność. Od czasu do czasu zmieniła poprzedni okład z siemienia, lub kładła prócz tego jeszcze plastry z musztardy i innych rzeczy, tam, gdzie jeszcze było choć trochę miejsca na ciałku dziecka.
Nad ranem wyszedł nam zapas drzewa, wobec czego moja żona postawiła wniosek, abym zeszedł do piwnicy po nowe naręcze.
— Moje dziecko — odważyłem się odezwać, — jest to praca dość uciążliwa, czy nie uważasz, że dziecku jest aż za ciepło w podwójnej sukience? — Czy nie należałoby raczej ponowić okład — — —
Nie dokończyłem, ponieważ przerwała mi zacna połowica. Przez pewien czas dźwigałem tedy drzewo z piwnicy, poczem przylgnąłem do poduszki i chrapnąłem tak potężnie, jak tylko może chrapać człowiek śmiertelnie znużony.
Dopiero, gdy słonko już jasno świeciło, poczułem rękę, chwytającą mnie za ramię. I nagle ujrzałem nad sobą przerażoną żonę, nie będącą w stanie tchu złapać. Gdy tylko powróciła jej władza języka — rzekła mi:
— Wszystko stracone — tak, wszystko! Dziecko się poci! Co teraz począć?
— Na miłość boską, jak ty mogłaś mnie tak przestraszyć! Nie wiem, co robić. Możebyśmy wyjęli Klarcię z łóżeczka i postawili w przeciągu?
— Ach, ty idjoto! Niema ani minuty czasu. Pędź po lekarza. Pędź sam. Powiedz mu, że musi przyjść, żywy czy umarły!
Wyciągnąłem biednego chorego człowieka z łóżka i przyprowadziłem do nas. Obejrzał małą i orzekł, że nie umrze. Dla mnie była to radość nieopisana zato moją żonę doprowadziło to do wściekłości jak gdyby lekarz wyrządził jej osobistą krzywdę. Lekarz orzekł, że kaszel został sprowadzony nieznacznem podrażnieniem w krtani. Obawiałem się, że moja żona pokaże mu drzwi po tych słowach. Następnie lekarz powiedział, że da dziecku środek na wywołanie silniejszego kaszlu, by usunąć tegoż przyczynę. Po przyjęciu tego środka Klarcia dostała gwałtownego ataku kaszlu, przyczem z ust jej wyleciało parę drzazg drzewnych.
— Dziecko nie jest chore na dyfteryt — zauważył lekarz — gryzło zapewne kawałek drzewa świerkowego, czy coś w tym rodzaju i kilka drzazg dostało się do krtani. Tu mu nie zaszkodzi.
— O, tak, chętnie w to wierzę — odparłem. — Przeciwnie, terpentyna, którą to drzewo zawiera, bardzo jest dobra przy niektórych chorobach dziecięcych. Moja żona najlepiej to panu potwierdzi.
Nie uczyniła jednak tego, przeciwnie, odwróciła się do nas tyłem, pełna oburzenia i opuściła pokój.
Od tego też czasu istnieje w naszem pożyciu pewne wydarzenie, do którego nigdy nie powracamy. Ale także od tego czasu żyjemy w niezamąconej harmonji.
Ponieważ mało który małżonek przechodzi takie doświadczenia, jak Mc. Williams, przeto autor sądził że czytelnicy zainteresują się niemi ze względu na ich niezwykłość.


INTERVIEW

Tęgo zbudowany, zgrabny młodzieniec zajął na moją prośbę miejsce, poczem oświadczył, że jest współpracownikiem „Piorunu Codziennego“ i puścił w ruch język:
— Mam nadzieję, iż nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że zrobię z panem maleńki interview.
— Pan ze mną...?
— No, tak, że zrobię z panem interview.
— Ach tak. No dobrze — zgoda. Hm! Dobrze — dobrze.
Tego dnia jakoś nie wszystko we mnie było w porządku, moje siły duchowe, zdawało się, rzeczywiście ucierpiały nieco. Podszedłem tedy do szafy z książkami i powertowawszy w niej jakieś sześć do siedmiu minut, poczułem, że muszę się odwrócić do młodego człowieka.
— Jak się to pisze?
— Pisze? Co takiego?
— Interview.
— Wielki Boże! Pocóż pan chce to pisać?
— Ja wcale nie chcę tego pisać, chcę tylko zobaczyć, co to znaczy.
— Hm, to jest... muszę przyznać — dziwne. Ja przecież mogę panu powiedzieć, co to znaczy, jeśli pan — jeśli pan —
— No, to cudownie! To mi wystarczy; będę panu niezmiernie wdzięczny.
— In: i-n, ter: t-e-r, inter —
— Więc pan to pisze przez „i“?
— Tak, naturalnie!
— Acha, to ja dlatego tak długo szukałem.
— No dobrze, szanowny panie, ale przez jaką literę chciał pan to pisać?
— O, tak; ja, — ja, — właściwie mówiąc, to nie wiem. Wyjąłem encyklopedję i szukałem w niej od końca sądząc, że znajdę to pod rycinami. Cóż, kiedy to bardzo stare wydanie.
— Czcigodny przyjacielu, ryciny tego nie znalazłby pan nawet w najnowszem wy — przepraszam, drogi panie, nie weźmie mi pan za złe, jeżeli powiem, że — że — nie wygląda pan tak... inteligentnie, jak tego oczekiwałem. Bez obrazy, szanowny panie, — bez obrazy.
— Ależ proszę, proszę! Mnie często mówiono i to ze strony ludzi, którzy nie schlebiają, i nie mogli mieć żadnego powodu do schlebiania, że ja pod każdym względem jestem wprost niezwykły. Tak — tak; mówią o tem z zachwytem.
— Rozumiem to. Ale wróćmy do tego interviewu. Pan wie, że jest zwyczaj interviewować każdego człowieka, który zyskał rozgłos publiczny...
— Doprawdy? Nie, o czemś podobnem nie słyszałem. Musi to być bardzo ciekawe. Jak pan to robi?
— (Hm — och — hm, hm — to odbiera wszelką odwagę). Należałoby to niekiedy zrobić zapomocą kija; zwykle wszakże polega to na tem, że interviewista stawia pytania, a interviewowany udziela na nie odpowiedzi. Jest to teraz bardzo modne. Czy pozwoli mi pan zadać sobie pytania, które mogą wydobyć na światło dzienne najważniejsze punkty z pańskiej publicznej i prywatnej przeszłości?
— Ależ z przyjemnością — z przyjemnością. Mam wprawdzie bardzo złą pamięć, lecz mam nadzieję, że pan nic sobie z tego nie będzie robił. Pamięć moja bowiem jest dziwnie nieregularna — dziwnie nieregularna... Czasem mknie ona galopem, a niekiedy trzeba aż czternastu dni, by przekroczyła jakiś dany punkt. Sprawia mi to wiele kłopotów.
— O, to nie szkodzi, o ile tylko pan wszystko uczyni, co jest w pańskiej mocy.
— Uczynię! Postaram się.
— Dziękuję panu. Czy jest pan już gotów rozpocząć?
— Jestem gotów.
Pytanie: — Ile pan ma lat?
Odpowiedź: — Dziewiętnaście, w czerwcu.
Pyt.: — Co pan mówi! Dałbym panu jakieś trzydzieści pięć lub trzydzieści sześć lat! Gdzie pan się urodził?
Odp.: — W Missouri.
Pyt.: — Kiedy pan zaczął pisać swe utwory?
Odp.: — W 1836 roku.
Pyt.: — Jakto! czyż to możliwe, skoro pan teraz ma dopiero lat dziewiętnaście?
Odp.: — Nie wiem. Prawda, że to wygląda dziwnie?
Pyt.: — Rzeczvwiście, wygląda to dziwnie. A kogo też pan uważa za najdziwniejszego człowieka wśród ludzi, których pan znał?
Odp.: — Aarona Burr’a[3].
Pyt.: — Przecież pan nie mógł znać Aarona Burr’a skoro pan ma dopiero lat dziewiętnaście.
Odp.: — No, jeśli pan jest lepiej poinformowany o mnie, to czegoż pan się mnie pyta?
Pyt.: — Było to tylko przypuszczenie, nic więcej. Jak pan się zapoznał z panem Burr’em?
Odp.: — O, któregoś dnia znalazłem się przypadkowo na jego pogrzebie i wtedy on zwrócił się do mnie, abym nie robił takiego hałasu, i —
Pyt.: — Wielki Boże! Toć skoro pan był na jego pogrzebie, to Burr musiał być umarły, a skoro był umarły, to jakżeż mógł się troszczyć o to, czy pan robił hałas, czy też nie?
Odp.: — Nie wiem. Był to zawsze dziwny człowiek.
Pyt.: — W każdym bądź razie nie pojmuję tego. Powiada pan, że rozmawiał z panem i że był umarły...
Odp.: — Ja wcale nie mówiłem, że był umarły!
Pyt.: — Więc czyżby nie był umarły?
Odp.: — Hm, jedni mówili, że tak, drudzy, że nie.
Pyt.: — A jakie było pańskie zdanie?
Odp.: — O, to mnie nie obchodziło. Przecież to nie był mój pogrzeb!
Pyt.: — A czy pan — a zresztą, i tak nie wyjaśnimy tej kwestji. Pozwoli mi pan zapytać o co innego. Którego dnia przyszedł pan na świat?
Odp.: — W poniedziałek, 31 października 1693 roku.
Pyt.: — Co! to niemożliwe! Miałby pan w takim razie sto ośmdziesiąt lat. Jak pan to wytłumaczy?
Odp.: — Wcale nie chcę tego tłumaczyć.
Pyt.: — Ależ powiedział pan przed chwilą, że ma pan dopiero lat dziewiętnaście, a teraz podaje pan sto ośmdziesiąt. Toż to ogromna sprzeczność!
Odp.: — Ha! Zauważył pan to? (Uścisk dłoni). Niejednokrotnie wydawało mi się to sprzecznością, ale, nie wiem, dlaczego jakoś nie mogłem tego rozstrzygnąć. Jak szybko pan spostrzega takie rzeczy!
Pyt.: — Dziękuję pięknie za komplement. Czy miał pan lub czy ma rodzeństwo?
Odp.: — Hm! Zdaje mi się — że — że — tak, ale nie przypominam sobie.
Pyt.: — Hm, jest to najbardziej niezwykłe wyznanie, jakie kiedykolwiek usłyszałem.
Odp.: — Ejże, dlaczego pan tak mniema?
Pyt.: — Alboż mogę inaczej? Proszę, niech pan tu spojrzy. Czyj to wizerunek tutaj na ścianie? Czyż nie jest to jeden z pańskich braci.
Odp.: — Ależ tak, tak, tak! Dopiero teraz przypomniało mi się! Był to jeden z moich braci. To Wilhelm — zwaliśmy go Bill’em. Biedny, stary Bill!
Pyt.: — Jakto? Czyż umarł?
Odp.: — To zależy, w każdym razie mogę to przypuszczać. Nigdyśmy nie mogli tego orzec. Była to zagadkowa historja.
Pyt.: — To smutne, bardzo smutne. Zaginął zapewne?
Odp.: — No tak, że tak powiem, w sposób najzwyklejszy. Pogrzebaliśmy go.
Pyt.: — Pogrzebali! Pogrzebali, nie wiedząc, — żyje, czy nie żyje!
Odp.: — O, nie! Nie to. Był dostatecznie nieżywy.
Pyt.: — Przyznam się, że czegoś podobnego jeszcze w życiu nie słyszałem. Ktoś umarł. Ktoś został pogrzebany. Więc, do licha, gdzie tu tkwi zagadka?
Odp.: — Ba! W tem właśnie sęk! O to właśnie chodzi. Widzi pan, byliśmy bliźniętami — nieboszczyk świętej pamięci i ja — a gdy mieliśmy czternaście dni, zamieniono nas w wannie, przyczem jeden z nas utopił się. Ale nie wiedzieliśmy, który. Niektórzy twierdzą, że to był Bill — inni zaś, że to ja.
Pyt.: — Tak, to dziwne. A co pan sądzi?
Odp.: — Bóg raczy wiedzieć. Dałbym za to całe światy, gdybym mógł tego dociec. Ta grozę budząca zagadka rzuciła cień ponury na całe moje życie. Podzielę się jednak teraz z panem tajemnicą, której nie odkryłem dotąd jeszcze żadnej żyjącej istocie. Jeden z nas miał na wierzchu lewej ręki — wielkie szczególne znamię; to ja je miałem. To dziecko właśnie utopiło się.
Pyt.: — No więc! Nie uważam, ażeby po tem wszystkiem sprawa była choć trochę zagadkową.
Odp.: — Nie? Ale ja uważam. W każdym razie nie pojmuję, jak moi bliscy mogli, na Boga, tak ślepo działać i pochować nie to, które trzeba było, dziecko! Ale sza! — Nie mów pan o tem tam, gdzie mogłaby to posłyszeć rodzina. Bóg jeden wie, ile ciężkich zmartwień musiała przeżyć i bez tego!
Pyt.: — No, jak na dziś, to myślę, że mam materjału dość, dziękuję panu bardzo, przepraszam, że go trudziłem. Chciałbym jednak bardzo... byłoby dla mnie bardzo ciekawem... posłyszeć sprawozdanie z pogrzebu Aarona Burr’a. Możeby mi pan jeszcze powiedział, jakie okoliczności doprowadziły pana do przekonania, że Burr to taki niezwykły człowiek?
Odp.: — O! To była tylko drobnostka. Na pięćdziesięciu ludzi ani jeden zupełnie by tego nie zauważył. Gdy mowa pogrzebowa już przebrzmiała, pochód miał wyruszyć na cmentarz, a trup pięknie leżał w trumnie, Burr odezwał się, że chce jeszcze rzucić ostatnie spojrzenie na widowisko pogrzebowe. Poczem wstał i przysiadł się do woźnicy na kozioł.
Po tych moich słowach młody interviewista oddalił się z szacunkiem. Był to jegomość bardzo miły towarzysko i chętniebym go jeszcze dłużej u siebie zatrzymał.



MOJE NOTATKI PARYSKIE

Paryżanin podróżuje niewiele; zna tylko swój język ojczysty, czyta tylko swoją literaturę i na skutek tego jest dość ograniczony tudzież zadowolony z samego siebie. Ale bądźmy sprawiedliwi — są przecież Francuzi, znający obce języki — a mianowicie: kelnerzy. Między innemi umieją oni również i po angielsku, t. zn. znają ten język na sposób europejski, czyli: mogą nim mówić, ale nie rozumieją go. Bez wysiłku można ich zrozumieć, ale do rzeczy prawie niemożliwych należy powiedzenie zdania angielskiego tak, by oni byli w stanie je pojąć! Zdaje im się, że pojmują; twierdzą nawet że tak, ale nie rozumieją.
Miałem raz z jedną tego rodzaju istotą taką oto rozmowę. Spisałem ją napoczekaniu, by zachować tekst z całą dokładnością.
Ja. Jakie piękne pomarańcze. Skąd one pochodzą?
On. Jeszcze kilka? Zaraz je przyniosę.
Ja. Nie, nie przynoś pan; chcę tylko wiedzieć, skąd one są — gdzie je hodują?!
On (z miną niewzruszoną, a tonem podniesionym). Ach tak?
Ja. Tak. Czy nie może mi pan wymienić kraju, gdzie one rosną?
On (łagodnie, tonem podniesionym) — Ach tak?
Ja (zrezygnowany) — Są bardzo dobre.
On. Dobranoc! (Kłania się i oddala, wysoce zadowolony z siebie).
Młodzieniec ten mógł był się doskonale nauczyć po angielsku, gdyby się był więcej starał, lecz on był Francuzem, tedy mu się nie chciało. Jakże inny jest nasz naród! Potrafi on wykorzystać każdą sposobność, która się nadarza. — W Paryżu mieszka kilku francuskich protestantów — zbudowali sobie ładniutki kościołek przy jednej z wielkich Avenues, które rozchodzą się od Łuku Triumfalnego. Chcieli tam w tej swojej świątyni głosić prawdziwą naukę we właściwy sobie sposób w szlachetnym francuskim języku i być tam zbawionymi. Cóż, kiedy popsuto im zabawę. Nasi bowiem rodacy przychodzą co niedziela przed nimi do kościoła i zapełniają całe wnętrze gmachu. A gdy duchowny wstępuje na ambonę, by wygłosić kazanie, to znajduje świątynię pełną pobożnych cudzoziemców, którzy siedzą przejęci oczekiwaniem, dzierżąc w rękach małą książeczkę — snać biblję, oprawną w safjan. Ale to tylko tak na oko wygląda; jest to bowiem nie biblja, lecz doskonały i wyczerpujący mały słownik francusko-angielski Bellowa, z formatu i oprawy wyglądający zupełnie tak jak biblja. — Ludzie, ci przybyli tu, by się nauczyć języka francuskiego. Budynek ten otrzymał przezwisko: „Kościół gratisowej nauki francuskiego“.
Pilni ci ludzie przyswajają sobie tu prawdopodobnie więcej znajomości języka, niżli ogólnego wykształcenia, ponieważ francuskie kazania, jak powiadają, podobnie jak francuskie przemowy — nie wymieniają nigdy faktu historycznego, tylko jego datę; a jeśli jesteś, bracie, w złej komitywie z datami, to nic nie zrozumiesz. Francuskie przemówienia brzmią mniej więcej tak:
— Towarzysze, współobywatele, bracia, szlachetni członkowie jedynie wzniosłego i doskonałego narodu, nie zapominajmy, że 21 styczeń rozerwał nasze kajdany; że 10 sierpnia oswobodził nas od sromotnej obecności szpiegów cudzoziemskich; że 5 września był swojem własnem usprawiedliwieniem przed ziemią i Bogiem; że 18 brumaire’a nosił w sobie zarodek własnej kary; że 14 lipca był potężnym głosem wolności, zwiastującym nam zmartwychwstanie, nowe jutro, i wzywającym uciskane narody świata do tego, by spojrzały na boskie oblicze Francji — i ożyły. I tu musimy jeszcze raz rzucić wieczne przekleństwo na męża 2 grudnia i oświadczyć głosem gromu, który jest najprawdziwszym głosem Francji, że bez niego historja świata nie znałaby ani 17 marca, ani 12 października, ani 19 stycznia, ani 22 kwietnia, ani 2 lipca, ani 14 lutego, ani 29 czerwca, ani 15 sierpnia, ani też 31 maja, — że bez niego Francja, czysta, wspaniała, jedyna Francja — posiadałaby świetny i czysty kalendarz.
A co do kazania, to słyszałem raz o takiem, które kończyło się w taki oto dziwny, niemniej jednak wymowny sposób:
— Moi pobożni słuchacze. Smutny jest powód, który nam każe wspominać męża 13 stycznia. Skutki olbrzymiej zbrodni z dnia 13 stycznia stoją we właściwym stosunku do potworności czynu. Bez niego nie byłoby 30 listopada — jakże żałosny widok! okropne morderstwo 16 czerwca nie byłoby dokonane bez niego, a mąż 16 czerwca nie ujrzałby nigdy światła dziennego; jemu jedynie należy przypisać 3 września, jemu fatalny 12 października. Azali więc mamy być wdzięczni za ów 13 stycznia, który przyniósł tyle strasznych upiorów wam, mnie i wszystkim, którzy żyją? A jednak tak jest! Moi przyjaciele, albowiem obdarzył on nas tem, co bez niego i jedynie bez niego nigdyby się nie stało: — błogosławionym dniem 25 grudnia!
Komentarze będą może na miejscu, mimo że wielu czytelnikom wydadzą się one niepotrzebne. Mężem 13 stycznia jest Adam; zbrodnią tego dnia było zjedzenie jabłka: żałosny widok 30 listopada — to wypędzenie Adama i Ewy z raju: okropne morderstwo 16 czerwca — to zabicie Abla; wydarzenie 3 września oznaczało wyruszenia do krainy Nod [4]; dnia 12 października znikły najwyższe szczyty gór, zalane przez potop.
Kto chce we Francji iść do kościoła, niech zabierze ze sobą kalendarz — z komentarzami.



LITERATURA WSPANIAŁOMYŚLNYCH
UCZYNKÓW

Przez całe swe życie, począwszy od dzieciństwa, nie opuszczał mnie nałóg czytania znanego zbioru anegdot, skreślonych piórem znakomitego, wszechświatowej sławy bajkopisarza. Czytałem je bądź gwoli nauce, bądź gwoli przyjemności, którą mi sprawiały. Zbiór tych anegdot zawsze leżał u mnie pod ręką, i zawsze, ilekroć poczynałem źle myśleć o rodzaju ludzkim, zwracałem się do niego, a on wnet rozpraszał mój nastrój mizantropijny. Za każdym razem gdy przyłapywałem się na uczuciach egoizmu, nieszlachetności, złośliwości — zwracałem się do nich, a one podpowiadały mi, co trzeba czynić, by uzyskać dawne dobre poczucie. I wiele razy żałowałem, że te wspaniałe anegdoty urywały się na pewnem szczęśliwem zdarzeniu, a nie ciągną do końca swej przyjemnej narracji, poprzestając jedynie na wyliczaniu coraz to nowych czynów dobrych i szlachetnych. Pragnienie to rozrastało się w mojej duszy z takim uporem, że wreszcie postanowiłem zaspokoić je, wymyślając dalszy ciąg tych anegdot. Zabrałem się tedy do rzeczy i, po wielu trudach i męczących studiach spełniłem swoje zadanie. Przedstawiam oto państwu rezultaty mych wysiłków, przyczem opowiem wszystkie anegdoty pokolei, uzupełniając je dalszym ciągiem, który zdołałem dorobić dzięki mozolnej pracy.

SZLACHETNY PUDEL

Zdarzyło się raz, że miłosierny lekarz (lubiący czytywać książki) znalazł chorego pudla, bezdomnego ze złamaną łapą. Przyprowadził tedy biedne stworzenie do siebie, poczem, złożywszy kość i nałożywszy bandaż na uszkodzoną kończynę — przywrócił małemu włóczędze wolność i przestał myśleć o tym wypadku. Ale jakież było jego zdumienie, kiedy w kilka dni później, otwierając drzwi, ujrzał szlachetnego pudla, cierpliwie czekającego nań w towarzystwie innego psa — włóczęgi, który, wskutek jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, też miał złamaną jedną łapę. Dobry lekarz bezzwłocznie przyniósł ulgę cierpieniom biednego stworzenia, nie zapominając przytem pochylić głowy przed niewypowiedzianą łaską i miłosierdziem Boga, który obrał tak niepozorne narzędzie, jak biednego, bezdomnego pudla, poto by obudzić etc. etc. etc...

Ciąg dalszy

Nazajutrz miłosierny lekarz zastał oba psy koło swych drzwi. Pełne wdzięczności, oczekiwały one jego wyjścia, a wraz z niemi były jeszcze dwa psy kalekie. I te kaleki zostały wnet wyleczone, poczem wszystkie cztery psy wyniosły się w świat, pozostawiając miłosiernego lekarza bardziej niż kiedykolwiek wzruszonego i przepełnionego dziękczynnem zdumieniem. Minął dzień, nastał poranek. Koło drzwi siedziały już cztery opatrzone psy, a obok nich jeszcze cztery, spragnione opatrunku. Minął i ten dzień i nastał dzień nowy, i oto już szesnaście psów, a pośród nich ośm nowych kalek zajmowało trotuar przed jego domem, a przechodnie musieli je omijać. Ku południowi wszystkie złamane łapy zostały obandażowane, ale dziękczynne zdumienie w duszy miłosiernego lekarza mimowoli poczęło mieszać się z odczuciami o charakterze zupełnie innym, mniej cnotliwym.
Raz jeszcze wzeszło słońce i rzuciło swe blaski na trzydzieści dwa psy — wśród nich szesnaście sztuk z połamanemi łapami — zajmujące cały trotuar i połowę jezdni; dwunodzy widzowie zajmowali resztę przestrzeni. Jęki rannych, radosne szczekanie uleczonych zwierząt, oraz komentarze obecnych obywateli zlewały się w chór głośny i podniosły. Ruch na tej ulicy ustał. Dobry lekarz wziął sobie do pomocy kilku chirurgów i jeszcze przed świtem zdołał skończyć swą pracę filantropijną; wszelako, gwoli ostrożności, wystąpił poprzednio z grona członków towarzystwa kościelnego, aby mieć możność wyrażać się z całą swobodą, wymaganą przez okoliczności. Ale nie wszystko na świecie nie ma kresu. Kiedy znowu zamajaczył poranek, i dobry lekarz, wyjrzawszy z okna, ujrzał zbity do kupy, ogromny, ciągnący się po dalekiej przestrzeni tłum psów, wyjących błagalnie, wówczas rzekł:
— „Muszę wyznać, że ogłupiły mnie książki; opowiadają one tylko o pierwszej przyjemnej części historji, o reszcie zaś milczą. Podaj-no mi fuzję: sprawa zaszła zbyt daleko“.
Wyszedł z fuzją, lecz podczas tego niechcący nadepnął na ogon pudlowi z prawdziwej anegdoty i pudel czemprędzej ukąsił go w nogę, ponieważ był wściekły. Bowiem wielka i podniosła sprawa, której oddawał się ten pudel, przyprawiła go o tak silny, niezwykły entuzjazm, że w słabym łbie psim zawirowało wszystko — stąd wścieklizna. W miesiąc potem litościwy lekarz konał w mękach wodowstrętu, a przywoławszy swych płaczących przyjaciół, w takie odezwał się do nich słowa:
— Strzeżcie się książek. Ukazują one tylko połowę historii. Jeśli kiedykolwiek jaki biedny kaleka poprosi was o pomoc, a wy będziecie mieli wątpliwość co do rezultatów, jakie może mieć wasz dobry uczynek, zachowajcie swe wątpliwości przy sobie, a proszącego o pomoc — zabijcie.
Z temi słowy obrócił się twarzą ku ścianie i wydał ostatnie tchnienie.

ŻYCZLIWY PISARZ

Pewien biedny, młody, początkujący literat daremnie dobijał się przyjęcia swych rękopisów. Wreszcie, kiedy widmo śmierci głodowej zajrzało mu w oczy, opowiedział o swem smętnem położeniu pewnemu znakomitemu pisarzowi, błagając go o radę i poparcie. Ten wspaniałomyślny człowiek bezzwłocznie odłożył swe własne sprawy na bok i zabrał się do czytania odrzuconych skryptów. Skończywszy, uścisnął serdecznie dłoń młodzieńcowi i rzekł: „Znalazłem tu pewne rzeczy wartościowe; niech pan zajdzie do mnie jeszcze raz w poniedziałek“.
I o oznaczonej godzinie znakomity pisarz ze słodkim uśmiechem, ale nie mówiąc ani słowa, rozłożył przed młodzianem jeszcze wilgotny od drukarskiej farby tygodnik. Jakież było zdumienie biednego młodzieńca, gdy ujrzał na zadrukowanej stronicy swój własny utwór!
— Czy zdołam kiedykolwiek — zawołał, padając na kolana i zalewając się łzami — podziękować panu za jego wspaniałomyślny uczynek!
Znakomitym pisarzem był znany Snodgres, a owym biednym, początkującym literatem, ocalonym w taki sposób od śmierci głodowej i całkowitego zapoznania, również znakomity w przyszłości Snegsbay.
Niechajże ten podniosły wypadek skłoni was do łaskawego wysłuchania każdego początkującego literata, który potrzebuje pomocy.

Ciąg dalszy

Na przyszły tydzień Snegsbay ukazał się z pięcioma odrzuconemi rękopisami. Znakomity pisarz był tem nieco zdumiony, ponieważ dążący ku powodzeniu w książkach młodzieńcy proszą o pomoc, jak się zdaje, raz tylko. Pomimo to starannie opracował te utwory, usunąwszy zbędne kwiaty i wypełszy kilka zagonów niestosownych przymiotników, poczem udało mu się uzyskać to, że dwa utwory zostały przyjęte.
Minął jeszcze tydzień, czy coś koło tego i wdzięczny Snegsbay przybył z nowym towarem. Znakomity pisarz doznał był za pierwszym razem, gdy pomógł biednemu pracownikowi, uczucia najwyższej satysfakcji moralnej i z dumą porównywał się do wspaniałomyślnych ludzi, o których czytał w książkach. Teraz atoli począł podejrzewać, że pod względem szlachetnych epizodów natknął się na coś nowego. Tu entuzjazm jego ostygł nieco. Ale pomimo wszystko nie był w stanie odepchnąć pracowitego młodego pisarza, który uczepił się go z tak wzruszającą prostotą i zaufaniem.
I oto wreszcie, pokazało się, że znakomity autor począł zupełnie tracić siły pod ciężarem biednego początkującego pisarza. Wszystkie jego łagodne wysiłki ku zrzuceniu ze siebie tego ciężaru nie prowadziły do niczego. Musiał był codzień udzielać rad, codzień musiał zachęcać; zmuszony był bezustannie przerabiać utwory swego młodego przyjaciela, by je można było zaproponować redaktorom. Kiedy zaś młody poszukiwacz sławy wypłynął wreszcie na powierzchnię, zdobył odrazu niezwykłą popularność, opisując prywatne życie znakomitego pisarza z takim niepowszednim humorem, z tak dokładnemi i zjadliwemi szczegółami, że książka rozeszła się w zdumiewającej ilości egzemplarzy, a serce znakomitego pisarza pękło z urazy. Wydając ostatnie tchnienie, wyszeptał:
„Niestety, książki mnie oszukały; nie dociągają one całej historji do końca. Strzeżcie się pracowitych młodych literatów, o przyjaciele moi! Jeśli Bozia przeznaczyła komu zginąć śmiercią głodową nie ratujcie go, narażacie się bowiem na własną zgubę“.



OBRAZ

Razu pewnego artysta malarz namalował nieduży ale bardzo piękny obraz, i ustawił go tak, że obraz odbijał się w lustrze. Malarz rzekł sobie:
— Zwierciadło zdwoi przestrzeń między obrazem a okiem patrzącego i złagodzi ostrość barw. W ten sposób obraz będzie jeszcze lepszy, niż był dotychczas.
Dowiedziały się o tym obrazie leśne zwierzęta od kota, którego ceniły bardzo za to, że był wykształcony, cywilizowany, dobrze wychowany, uprzejmy, wyróżniał się subtelnością, a nieraz opowiadał im takie historje, których one przedtem nie wiedziały i co do których wiarogodności, nawet po opowiedzeniu przez kota, miały niejaką wątpliwość.
Nowość ta bardzo je zainteresowała, to też poczęły zadawać kotowi pytania, chcąc dobrze wiedzieć, jak rzecz stoi. Między innemi spytały: co to jest obraz? Kot wytłumaczył:
— Jest to równy przedmiot, przedziwnie równy, nadzwyczajnie, bajecznie równy, i bardzo połyskliwy. A wreszcie bardzo piękny!
Wzruszenie wśród zwierząt doszło do ostatecznej granicy, to też oświadczyły, że gotowe są oddać wszystko na świecie, byle tylko ujrzeć ten niezwykły obraz. Poczem niedźwiedź zapytał:
— Cóż w nim tak bajecznego?
— Jego wygląd! — odparł kot.
Zwierzęta dziwowały się bardzo, ale niezupełnie rozumiały kota. Wrzenie nie ustawało. Wreszcie krowa spytała:
— A cóż jest lustro, o którem również mówiłeś?
— Jest to otwór w ścianie, — odparł kot. — Spójrz w niego tylko, a wnet ujrzysz obraz. A obraz ten jest tak piękny, tak czarujący, taki pełen polotu, tak uduchawia widza swem niewysłowionem pięknem, że patrząc nań, dostaje się nieomal zawrotu głowy, traci się prawie przytomność z zachwytu!
Aż dotąd osioł nie odezwał się ani słowem, ale teraz jął wyrażać swe wątpliwości. Zauważył, że dotychczas na świecie nie było nic pięknego aż do zawrotu głowy, i że wątpliwe, czy obraz, o którym tyle opowiada kot, jest tak piękny, jak on go przedstawia. Dalej zauważył, że skoro kot, aby wywołać zachwyt dla pospolitego, błyszczącego przedmiotu, potrzebował aż całego kosza superlatywów, tedy mamy wszelkie prawo wątpić o prawdziwości jego słów!
Wątpliwości te podziałały nieco na resztę zwierząt; kot obrażony poszedł do domu. Przez dwa dni nie mówiono wcale o obrazie, wszelako ciekawość znowu odezwała się u zwierząt, to też poczęły znowu interesować się obrazem. Wkońcu zwierzęta wpadły z wymyślaniem na osła, który rozbudził w nich wątpliwości co do piękna obrazu, zepsuł im przyjemność. Osioł jednak nie stracił rezonu; oświadczył najspokojniej w świecie, że wcale nietrudno rozstrzygnąć, kto ma słuszność: — on czy kot. Oświadczył tedy kłapouch, że sam pójdzie spojrzeć w otwór w ścianie, poczem zda relację, co w nim ujrzał. Zwierzęta z uznaniem przystały na to, prosząc tylko, by udał się bezzwłocznie. Tak też i postąpił.
Nie wiedział wszakże osioł, jak trzeba było stanąć, to też stanął mylnie między obrazem a lustrem. Wskutek tego nie ujrzał wcale obrazu, wrócił do domu i rzekł:
— Kot skłamał. W otworze ujrzałem tylko osła. Nie było tam żadnych cech gładkiego, lśniącego przedmiotu; stał, wprawdzie, przede mną piękny i sympatyczny osioł — ale tylko osioł, nic więcej.
Słoń spytał:
— Czy dobrze go aby widziałeś? Wyraźnie? Czy stałeś blisko?
— Widziałem osła dobrze, wyraźnie. Stałem tak blisko, że dotknąłem się go nawet nosem.
— Dziwne to! — mruknął słoń. — Dawniej kot zawsze mówił prawdę, o ile mogliśmy stwierdzić. Trzeba, aby jeszcze kto popatrzał. Idź-no, niedźwiedziu, spojrzyj w otwór, wróć i powiedz, co widziałeś.
Niedźwiedź ruszył. Gdy wrócił, rzekł:
— I kot, i osioł zełgali! W otworze stał tylko niedźwiedź.
Zdziwiły się niebywale zwierzęta. Teraz każde z nich pragnęło spojrzeć w otwór i poznać istotną prawdę. Tedy słoń począł słać jednego za drugim.
Poszła krowa i ujrzała — tylko krowę.
Tygrys ujrzał tygrysa.
Lew ujrzał lwa.
Lampart ujrzał lamparta.
Wielbłąd zastał w otworze wielbłąda i nic więcej.
Wówczas słoń wpadł w gniew i oświadczył, że on pozna nareszcie prawdę, bowiem sam się tam uda i spojrzy w otwór.
Gdy słoń wrócił, to wprost z miejsca nazwał wszystkich swych poddanych kłamcami, i wściekły orzekł, że kot jest i moralnie i umysłowo ślepy.
Uspokoiwszy się wreszcie, oświadczył władca, że każdy, kto tylko nie jest krótkowzrocznym głupcem, może się przekonać naocznie i dobitnie, że w otworze stoi tylko słoń, a nie co innego!
Sens moralny tej bajeczki znajdziecie, szanowni państwo, w każdym utworze, jeśli staniecie między nim a zwierciadłem własnej wyobraźni. Możliwe zresztą, że nie zauważycie swych uszu, choć będą się one w nim odbijać...



TRUP W OBŁOKACH
CZYLI
DZIEJE MASZYNY, LATAJĄCEJ W POWIETRZU

Chłodny, wilgotny wieczór marcowy. Poprzez gęstą, przejmującą mgłę, która spowiła ziemię, ledwo, ledwo przebijają ogniki latarń ulicznych.
Zalane elektrycznem światłem wystawy sklepowe toną w tej szarej, wilgotnej mgle. Wysokie gmachy, smętnie otaczające ulice, stoją ponuro. Tylko z trzech okien pierwszego piętra jednego z domów bije rzęsiste światło. Z ciekawością patrzą nań nieliczni przechodnie.
Na piętrze tem mieszka pan Franciszek Pericord, wynalazca, inżynier-elektrotechnik. To jasne światło w jego pracowni jest świadectwem niezmordowanej pracy wynalazcy.
Jeśliby kto z przechodniów mógł zajrzeć teraz oto przez okno do pracowni uczonego, to ujrzałby tam dwóch ludzi, stanowiących rażący kontrast. Jeden z nich, pan Pericord ma wygląd drapieżnego ptaka, ostre rysy twarzy, włosy ciemne. Drugi — to pan Jeremjasz Brown. Krępy, przysadzisty, jasnowłosy o oczach niebieskich — jest znanym mechanikiem. Obadwaj dokonali wspólnie kilku wynalazków. Genjusz twórczy jednego z nich znalazł w praktycznym, zrównoważonym umyśle drugiego — mocny fundament.
Tego wieczoru Brown pozostał nieco dłużej w gabinecie Pericorda. Zatrzymała go próba, której rezultat powinien był uwieńczyć powodzeniem całe miesiące wspólnej, mozolnej pracy.
Obaj siedzieli przy stole, zaplamionym najrozmaitszemi ostremi płynami, kwasami, zawalonym, zarzuconym wieloma akumulatorami, baterjami, izolatorami etc. etc. Pośrodku stołu, wśród przenajrozmaitszych aparatów technicznych, wzniosiła się przedziwna maszyna, obracająca się z jakiemś niezwykłem warczeniem.
Obaj wspólnicy z gorączkową uwagą przyglądali się owej przedziwnej maszynie...
Niezliczona mnogość nici metalowych spajała niedużą, kwadratową skrzynkę metalową z kołem stalowem, z obydwu stron zaopatrzonem w obręcze. Samo koło było nieruchome, lecz obręcze jako też umocowane do nich nieduże drążki wirowały z zawrotną szybkością. Widać było, że siła obracająca maszynerję czerpie rozpęd ze skrzynki metalowej. W powietrzu można było wyczuć słaby zapach ozonu.
— Panie Brown, gdzie są skrzydła? — zapytał wynalazca.
— Nie mogłem ich przynieść, ponieważ są za duże; wszakże mierzą dwa metry i piętnaście centymetrów długości, a dziewięćdziesiąt centymetrów szerokości. Ręczyć jednak mogę, iż motor jest na tyle silny, że zdoła je wprawić w ruch!
— Czy są aluminjowe z domieszką miedzi?
— Tak.
— Spójrz pan, jak wspaniale działa!
To mówiąc, Pericord nacisnął nerwowo suchą ręką guzik, skutkiem czego obracające się drążki poczęły zwalniać biegu, a wreszcie stanęły zupełnie. Zaczem nacisnął inną sprężynę — i drążki znów poczęły wirować.
— Dokonywając próby — tłumaczył Pericord — nie muszę wcale zużywać sił fizycznych, posługując się jedynie rozumem...
— A wszystko to dzięki memu motorowi! — oświadczył Brown.
— Naszemu motorowi — poprawił oschle wspólnik.
— Naturalnie — odparł niecierpliwie Brown — idea, myśl jest pańska, ale wykonanie — moje. Wolno go panu nazwać, jak się panu żywnie podoba.
— Owszem, nazwę go motorem „Brown-Pericord“ — zawołał wynalazca, przyczem w oczach jego błysnęła nienawiść, — tak, pan wykonał tylko szczegóły, lecz idea jest moja, tylko moja...
— Tak, lecz sama idea nie jest w stanie puścić w ruch motoru — wtrącił szorstko Brown.
— To jasne! Dlatego też uciekłem się do pańskiej pomocy — przerwał Pericord, bębniąc nerwowo palcami po stole. — Ja wynalazłem, a pan wykonałeś moją myśl, budując ten motor. W ten sposób nasze zasługi i trudy równoważą się.
Brown zaciął usta. Widząc, że opór na ten temat jest bezcelowy, skierował całą uwagę na aparat, który przy każdym obrocie drgał i rzucał się, jakby miał spaść ze stołu.
— Świetnie, nieprawdaż? — spytał zachwycony Pericord.
— Zadowalniająco, — poprawił flegmatycznie Anglik.
— Źródło sławy!
— Źródło bogactwa!
— Imiona nasze wsławią się, jak imiona Mongolfierów.
— Spodziewajmy się raczej, że staną obok imion Rotszyldów...
— Ależ, co znowu, panie Brown! Pan zbyt prozaicznie zapatruje się na rzeczy. Największą naszą nagrodą będzie uznanie ludzkości.
Brown wzruszył ramionami.
— Jeśli o sławę chodzi, to chętnie odstępuję panu swoją część. Jestem, jak pan widzi, człek praktyczny, materjalista. No, a teraz musimy wypróbować ten pański wynalazek.
— Gdzie?
— O tem właśnie zamierzałem pomówić z panem. Musimy bezwzględnie zachować w wielkiej tajemnicy sekret wynalazku. Tu, w Londynie, jest niemożliwością. Ach, gdybyśmy posiadali jakieś odpowiednie, ustronne miejsce!
— Wypróbujmy aparat poza miastem.
— Właśnie chciałem to panu zaproponować! Wie pan, brat mój posiada niedaleko stąd fermę. Pamiętam, że wpobliżu domu znajduje się obszerna szopa... Klucz od tej szopy leży w mojej kieszeni, ponieważ brat wyjechał na pewien czas. Zawieźmy tedy tam nasz aparat i wypróbujmy!
— Świetna myśl!
— Pociąg do Eastborne odchodzi o pierwszej.
— Będę na dworcu.
— Niech pan przywiezie motor, ja zaś dostawię skrzydła, — oświadczył, wstając, mechanik. — Jutro dowiemy się, czy nasze dzieło jest tylko fantazją, czyli też istotnie drogą do bogactwa. A zatem spotkamy się na dworcu „Wiktorja“ o pierwszej.
Brown prędko zbiegł po schodach i w chwilę później zniknął wśród mgły.

Pogoda nazajutrz była wspaniała, prawdziwie wiosenna. Na błękitnem niebie pędziły lekkie, białe obłoczki...
Około godziny jedenastej przed południem można było widzieć pana Browna, jak wkraczał do „Biura Patentów“, niosąc zwój rysunków i planów pod pachą.
W południe wyszedł promieniejący, chowając pieczołowicie do portfelu niebieski arkusz urzędowego papieru.
Na pięć minut przed pierwszą zajechał przed dworzec kolejowy „Wiktorja“. Woźnica wyniósł z powozu dwa ogromne pakunki, owinięte w płótno. Pakunki te miały wygląd olbrzymich latawców. Oddane zostały na bagaż.
Pericord już go oczekiwał.
— Czy wszystko jak należy? — spytał.
Na zapadłych jego policzkach wykwitł ledwo dostrzegalny rumieniec...
Brown, miast odpowiedzi, wskazał pakunki.
— Ja również oddałem do wagonu bagażowego aparat i koło — dodał Pericord. — Ostrożnie! — zawołał, zwracając się do konduktora. — Proszę niech pan łaskawie umieści te skrzynki jak najwygodniej; zawierają bowiem aparaty kosztowne i delikatne. No, teraz możemy już z zupełnie spokojnem sumieniem udać się w dalszą drogę.
Po przybyciu do Eastborne zniesiono cenny motor do omnibusu, na którego dachu ulokowano olbrzymie skrzydła. Długo poszukując tu i tam, znaleziono nareszcie stróża, który im otworzył bramę domu.
Dom, do którego przybyli, był pospolitym dworkiem wiejskim, otoczonym gospodarskiemi zabudowaniami, tonącym w zieleni drzew i krzewów. Udało się im, przy pomocy służby, wnieść do domu bagaż, który ulokowali w ciemnej szopie.
Słońce już kryło się za horyzont, gdy powóz odjechał i nasi wspólnicy pozostali nareszcie sami.
Pericord uniósł roletę; zachodzące słońce rzuciło ostatnie promienie na kolorowe, kwadratowe szyby.
Brown wyjął z kieszeni mały nóż i poprzecinał sznury, okręcające płótno. Oczom okazały się dwa olbrzymie metalowe skrzydła. Oparł je pieczołowicie o ścianę; poczem wspólnie rozpakowali bagaż, wyjęli koło, pasy, a wkońcu motor. Noc już zapadła, gdy ukończyli odpakowywanie i porządkowanie wszystkich przywiezionych przedmiotów.
Zapalono lampę. Wspólnicy w dalszym ciągu dopasowywali śruby, pasy; słowem kończyli ostatnie przygotowania do próby maszyny.
— No, teraz już wszystko gotowe — oświadczył Brown, zbliżając się do aparatu, by go jeszcze raz obejrzeć starannie.
Pericord w milczeniu patrzał na maszynę. Na jego twarzy malowała się duma i otucha.
— Możebyśmy teraz co przekąsili? — rzekł Brown, wyjmując z kieszeni zapasy.
— Później! — zawołał Pericord.
— Nie, teraz. Ja wprost umieram z głodu!
Rzekłszy to, powolny mechanik z ogromnym apetytem zabrał się do darów bożych, podczas gdy jego towarzysz przechadzał się nerwowo po pokoju.
— Kto z nas — przerwał wreszcie milczenie Brown, — pojedzie aparatem?
— Ja! — krzyknął Pericord. — To, co się tu stanie dziś wieczorem, może być przecież zdarzeniem historycznem!
— Zgoda, — tylko, że to jest nieco niebezpieczne, — zauważył Brown, — nie wiemy bowiem, jak będzie funkcjonować nasz aparat.
— Więc cóż?
— Niema sensu iść na pewną śmierć.
— I cóż pan zamierza robić? Tak czy owak, jeden z nas musi zaryzykować życie.
— Poco? Aparat może być puszczony w ruch, jeśli przyczepimy do niego odpowiedniej wagi przedmiot.
— Prawda — zgodził się Pericord.
— Mamy przecież cegły i worek, czemużby więc nie było można doczepić do aparatu worka z cegłą, zamiast pana?
— Świetna myśl!
— A zatem, nie traćmy czasu!
Wyszli, dźwigając różne części maszyny.
Księżyc świecił jasno, kryjąc się tylko od czasu do czasu poza nadbiegające obłoczki. Wspólnicy zatrzymali się, nasłuchując... Cisza panowała wokoło, jeno z oddali dochodził szum morza i szczekanie psów.
Brown zabrał się do nakładania cegły do worka, podczas gdy Pericord znosił skrzętnie do szopy przedmioty, które mogły im być potrzebne.
Gdy wszystkie przygotowania zostały ukończone, zamknięto szopę. Wór z cegłą ustawiono na dwóch kozłach, do których umocowano — na brzegu worka — ster stalowy o kształcie rybiego ogona.
— Trzeba będzie tak zrobić, aby aparat zakreślił jak najmniejsze koło — mruknął Pericord.
— W takim razie niech pan przyczepi ster z boku — radził Brown. — No, teraz już wszystko w porządku!
Pericord wysunął się naprzód; jego szczupła, wyprostowana postać jak gdyby się skurczyła; nerwowemi, blademi rękami przebierał gorączkowo po zielonych drutach.
Brown przypatrywał się, jak zawsze ze spokojem, bez zbytniego przejęcia.
Naraz maszyna wydała urywany suchy dźwięk. Potężne żółte skrzydła rozwinęły się powolnym ruchem, zwinęły i znowu rozwinęły. Machnęły szeroko, wstrząsając powietrzem w szopie. Przy piątem uderzeniu skrzydeł — wór z cegłą uniósł się nad kozłami, przy szóstem — zakołysał, przy siódmem — wzbił się wreszcie wgórę. Maszyna wzbiła się w powietrze, kręcąc się zwolna na jednem miejscu, niby potężny a niezgrabny ptak, wypełniając przytem szopę świstaniem, chrapaniem, sapaniem. Dziwny wizerunek przedstawiał ów olbrzymi tułów, posuwający się w półmroku szopy, to ginący w cieniu, to znów ukazujący się w smudze światła lampki.
Chwilę milczeli obadwaj... Wreszcie Pericord nie wytrzymał. Wzniósł ręce do góry i zawołał:
— Wzniósł się! Wzbił się! — Motor Brown-Pericord działa!
I w porywie radości począł tańczyć, jak szalony.
Brown jeno gwizdał wesoło.
— Panie Brown, spojrz pan tylko, jak prawidłowo funkcjonuje, jak świetnie ster prowadzi maszynę! Zaraz jutro będę musiał wystarać się o świadectwo w „Biurze Patentów“.
Brown zasępił się.
— Patent już jest, — odburknął z wymuszonym uśmiechem.
— Już jest? — powtórzył Pericord — już jest patent? A któż to ośmielił się wziąć moje plany? — krzyknął.
— Ja. Zrobiłem to dziś rano. Niech się pan nie irytuje, dalibóg, nie warto się denerwować.
— Co, pan opatentował motor? Na czyje nazwisko?
— Na swoje; sądzę, że mam do tego prawo?
— A moje nazwisko w patencie nie figuruje?
— Nie... ale...
— Ach, ty nędzniku! — ryknął Pericord — ty złodzieju, łajdaku!.. Ukradłeś moją ideę, chcąc podstępnie wykorzystać sławę i zaszczyty, które do mnie winny należeć! Ale ja dostanę ten patent — czy słyszysz? Choćbym ci miał gardło przerżnąć!
Czarne oczy Pericorda miotały skrami a ręce ściskały się konwulsyjnie.
Brown, acz odważny i pewny siebie — teraz cofał się przed Pericordem, gdy ten zbyt się doń zbliżał.
— Hands-off! — krzyknął, wyjmując nóż z kieszeni. — Nie myśl, że nie potrafię obronić się przed napaścią!
— Co, ty mi śmiesz jeszcze grozić?! — krzyknął siny z gniewu Pericord. — Chcesz zostać mordercą, jak już zostałeś złodziejem!.. Oddaj patent!
— Nie!
Pericord rzucił się, jak dziki zwierz; przeciwnik wyrwał mu się, lecz zaczepił o pustą skrzynię i runął.
Lampa zachwiała się, spadła, zgasła. Szopa zatonęła w ciemności, jeno słaby promień księżyca, wdarłszy się przez wąską szparę, drgał na potężnych skrzydłach maszyny.
— Oddasz patent?
Milczenie.
— Zwrócisz mi, czy nie?
Milczenie. Żadnego szmeru — prócz chrapania i zgrzytania maszyny.
Z sercem przejętem trwogą Pericord począł szukać po omacku w mroku koło siebie. Wreszcie palce jego dotknęły czyjejś ręki. Ręka ta była nieruchoma. Wtedy gniew jego przeszedł w przerażenie, Potarł zapałkę, podniósł lampę, i zapalił. Brown leżał wyciągnięty na ziemi.
Pericord objął go rękoma i dźwignął.
Teraz dopiero zrozumiał przyczynę milczenia przeciwnika. Nieszczęsny, padając, wykręcił swą prawą rękę, w której miał nóż, i całym ciężarem wbił go sobie w ciało.
Śmierć nastąpiła natychmiast.
Wynalazca usiadł na brzegu obalonej skrzynki, i wbił tępy, bezmyślny wzrok w ścianę...
A nad nim wciąż huczał i warczał „Motor Brown-Pericord“...
Tak przesiedział kilka minut, a może, któż wie? kilka godzin.
Tysiąc obłędnych myśli roiło się w jego rozognionym mózgu. Oto stał się mimowolnym powodem śmierci towarzysza... Ale czy kto da temu wiarę? Ubranie miał krwią zbroczone... Wszystko świadczy przeciwko niemu... Najlepiej będzie uciec! A jeszcze lepiej byłoby uwolnić się od trupa. Ma przecież kilka dni czasu, może usunąć wszystkie podejrzenia...
Nagle rozległ się silny huk. Pericord zerwał się na równe nogi. To worek z cegłami, podnosząc się, zahaczył o belkę w suficie.
Przez uderzenie pękł drut, łączący aparat z maszyną, skutkiem czego ta spadła na ziemię. Pericord odjął koło, motor był cały.
Przez głowę przebiegła mu szalona myśl.
Teraz maszyna stała się mu ciężarem. Oto ma możność uwolnienia się i od niej, i od trupa.
Otworzył wrota szopy i poniósł trupa towarzysza.
Brown leżał pod gołem niebem. Zimne światło księżyca oświetlało go całego.
Wpobliżu znajdował się mały pagórek. Pericord, wdarłszy się na wierzchołek, położył ostrożnie trupa na ziemi...
Poczem wrócił do szopy i przeniósł z niej na pagórek koło, motor i skrzydła.
Palce mu drżały, gdy otoczył trupa Browna kołem stalowem, umocował skrzydła, pudło z motorem, połączył metalowe przewodniczki. W dwie czy trzy minuty potem drgnęły potężne skrzydła. Następnie cały korpus maszyny począł się wznosić, a wreszcie wzbił się do góry, oświetlony trupiem światłem księżyca.
Podnosząc się coraz wyżej, coraz wyżej — olbrzymi ptak posuwał się w stronę morza. Pericord, nie odrywając odeń oczu — patrzył za nim, za tym czarnym ptakiem z żółtemi skrzydłami, póki nie przesłoniły go mgły nad oceanem.

W zakładzie dla umysłowo chorych w New Jorku znajduje się pewien człowiek o dzikim wyglądzie; o człowieku tym nikt nic nie wie, kim jest i skąd się tu wziął.
— Delikatne i skomplikowane maszyny zawsze łatwiej się psują — mówią lekarze, ukazując aparaty elektryczne i jakieś nadzwyczajne statki powietrzne, które chory usiłuje budować w rzadkich momentach przytomności.



MOJA REKOMENDACJA WYBORCZA

Przed kilkoma miesiącami wysunięto moją kandydaturę na gubernatora w stanie New Jork. Kontrkandydatami mymi byli pp. John T. Smith oraz I. Blank. Wiadomem było powszechnie, iż obadwaj moi przeciwnicy dokonali szeregu czynów kwalifikujących się przed kratki sądowe. Stawanie do walki wyborczej z indywiduami tej kategorji, mniemałem, nie jest dla mnie rzeczą zaszczytną. Długo tedy zwlekałem z przyjęciem kandydatury, a wreszcie postanowiłem zwrócić się w tej sprawie o poradę do mojej babki. Odpowiedź jej była zarówno szybka, jak złośliwa:
— Nie popełniłeś przez całe życie nic takiego, czegobyś się miał wstydzić. Jeśli zaś chcesz wiedzieć, kim są twoi wrogowie, pp.: Smith i Blank — to zechciej tylko przejrzeć dzienniki, poczem sam sobie zadaj pytanie, czy godzi się tobie rywalizować z takiemi indywiduami?
To samo właśnie i ja myślałem!
W nocy oka nie mogłem zmrużyć. Rozważywszy jednak wszystko należycie — nie mogłem się cofnąć. Tak jest, musiałem stanąć do walki z nimi.
Przeglądając przy śniadaniu dzienniki, zauważyłem następujący artykuł, który mię odrazu wytrącił z równowagi:

KRZYWOPRZYSIĘZCA!

„Możeby pan Mark Twain wytłumaczył nam teraz, gdy, jako kandydat na gubernatora staje przed narodem — jak to się stało, że w r. 1863 w Wakawak w Kochinchinie, czterdziestu siedmiu świadków udowodniło mu krzywoprzysięstwo, jakie popełnił, aby wydrzeć szmat pola bananowego biednej wdowie malajskiej, dla której to pole było całem utrzymaniem! Nie wątpimy, że pan Mark Twain, zarówno w interesie swoim, jak i ludu, który — ma nań głosować, — sprawę tę jak najrychlej wyjaśni. Czy jednak to uczyni?“
Zatrząsłem się. Jakież straszliwe oskarżenie! Nie widziałem nigdy na oczy Kochinchiny, o żadnem Wakawak też nigdy nic nie słyszałem. Pola bananowego nie potrafię odróżnić od kangura...
Byłem bezradny. Co tu począć? Byłem pobity, bezsilny. Dzień minął, a ja nic nie zrobiłem w tej sprawie. Nazajutrz ta sama gazeta przyniosła inną notatkę:

CHARAKTERYSTYCZNE!

„Nie bez znaczenia jest, że pan Mark Twain w sprawie krzywoprzysięstwa w Kochinchinie milczy jak zaklęty!“ (N. B. Przez cały czas walki wyborczej nie nazywał mię ten dziennik inaczej jak: „Twain, krzywoprzysięzca“.
Inny dziennik przyniósł znów artykuł pod tytułem:

PROSIMY O ODPOWIEDŹ!

„Możeby też nowy kandydat na stanowisko gubernatora New Jorku zechciał łaskawie wyjaśnić nam pewną sprawę... Wiadomo, że w Montanie od dłuższego czasu ginęły mieszkańcom różne wartościowe drobiazgi. Znajdowano je zawsze u Marka Twain’a! Raz wszakże za takie „dziwne trafy“ dano mu niezłą nauczkę, poczem wyrzucono go z mieszkania. Możeby też pan Mark Twain zechciał łaskawie powiedzieć nam w tej sprawie swoje zdanie?“
Na bardziej ostrą złośliwość nie mógłby się nikt zdobyć. Od tej też chwili stale nazywał mię ów dziennik: „Mark Twain, złodziej z Montany“.
Odtąd brałem do rąk dzienniki ostrożnie, jak człowiek, który lekko i ostrożnie podnosi kołdrę, spodziewając się znaleść w łóżku — węża... Mimo to, w kilka dni później, przeczytałem taką wiadomość:

KŁAMSTWO NADEWSZYSTKO!

„Złożone pod przysięgą zeznania pp. Michała O’Flanagan, Esquire z Five-Points oraz Snüb Rafferty i Catty Mülligan’a z Water-Street jednozgodnie stwierdzają, że idjotyczne twierdzenie Marka Twain’a, jakoby dziadek naszego, powszechnie szanownego kandydata, I. Blanka, został za rabunek uliczny powieszony — są łgarstwem bezczelnem! Teraz wszyscy ludzie porządni i uczciwi mają jeszcze jeden dowód więcej, jak dalece sięga zdziczenie polityczne, które ima się nawet takich oto sposobów i nawet w grobach nie daje ludziom spokoju, bluzgając błotem na ich czcigodne nazwiska! Jeśli uprzytomnimy sobie ból, jaki to podłe oszczerstwo sprawiło krewnym i przyjaciołom nieboszczyka, to nie możemy wstrzymać się od protestu wobec ogółu publiczności, która powinna niecnemu oszczercy należycie za to oszczerstwo zapłacić.
Najlepiej jednak zostawmy go na pastwę wyrzutów sumienia!“ —
Artykuł ten odebrał mi sen na całą noc, aczkolwiek z ręką na sercu mogę przysiąc, iż nie tylko że żadnego dziadka pana Blanka nie spotwarzyłem nigdy, ale wogóle nigdy go w życiu nie widziałem!
(Nawiasem mówiąc, dziennik ów odtąd stale nazywał mnie „Mark Twain, oszczerca trupów“). —
Następny artykuł, który przykuł do siebie moją uwagę, brzmiał:

PIĘKNY KANDYDAT!

„Mark Twain, który miał wczoraj na wiecu „niezależnych“ wygłosić mowę — nie przybył wcale. Telegram jego lekarza doniósł, że Twain został przejechany, przyczem złamał nogę w dwóch miejscach. Pacjent cierpi okropnie (i t. d. cały szereg bredni.)
„Niezależni wzięli to za dobrą monetę, a teraz udają, iż nie wiedzą nic o właściwej przyczynie nieprzybycia na wiec tego oszusta. A przecież jeszcze wczoraj wieczorem widziano pewne indywiduum, jak w stanie nietrzeźwym do ostateczności zmierzało do mieszkania Marka Twain’a! Niezawiśli muszą teraz udowodnić, że pijakiem tym nie był Mark Twain, jak głosi vox populi. Głos ludu bowiem brzmi: któż więc był ten człowiek?“
Narazie nie mogłem dać wiary, że to właśnie moje nazwisko przyczepiono do tego wypadku. Toż trzy lata już minęły odkąd przestałem wogóle używać alkoholu!
(Za to już od następnego numeru nazywał mnie stale ów dziennik: „Twain — delirium tremens“...)
W owym też, mniej więcej, czasie poczęły napływać do mnie masowo anonimy. Brzmiały one następująco:
„Hę, jak to było z tą kobietą, którąś pan obił, gdy cię prosiła o jałmużnę?“

Pol Pry.

Lub też:
„Popełniłeś pan cały szereg łajdactw, o czem tylko ja wiem! To też radziłbym panu przysłać odwrotnie kilka dolarów, gdyż inaczej zrobię z tego użytek w gazetach“.

Handy Andy.

Tego chyba wystarczy?
Wkrótce potem pewien naczelny organ republikanów zarzucił mi przekupstwo w wielkich rozmiarach, zaś naczelny organ demokratów przytoczył fakty, że usiłowałem zyskać bezkarność w pewnych „sprawkach“ — zapomocą dolarów...
(Z tej racji zyskałem dwa nowe przydomki: „Twain–łapownik“ i „Twain–przekupywacz urzędników“).
Odtąd domaganie się ode mnie odpowiedzi ze strony różnych jegomościów stało się w pismach tak natarczywe, że nietylko redaktorzy, ale i kierownicy mojej partji orzekli, iż dłuższe milczenie z mej strony stanie się moją zgubą polityczną. Nadomiar złego nazajutrz ukazał się w jednym z dzienników następujący „artykuł“:

PRZYJRZYJCIE MU SIĘ DOBRZE!

„Kandydat niezależnych wciąż jeszcze milczy! Robi to poprostu dlatego, że nie ma odwagi odezwać się. Własnem milczeniem stwierdza, że podniesione przeciwko niemu zarzuty — są słuszne.
„Panowie niezależni! Przyjrzyjcie się tylko dobrze swemu kandydatowi! Przyjrzyjcie się temu krzywoprzysięzcy, złodziejowi z Montany, oszczercy trupów, pijakowi, przekupywaczowi urzędników, łapownikowi! Przyjrzyjcie się mu ze zdumieniem, poczem sami powiedzcie, azali możecie oddać swe głosy jemu, temu, który całym szeregiem przestępstw zasłużył na te tytuły, a teraz nie ma na tyle nawet odwagi, by usta otworzyć i choć jeden zarzut obalić!“
Nie, dłużej nie mogłem milczeć. Zanim jednak uporałem się z odpowiedzią na przytoczone zarzuty — dzień następny przyniósł mi nową porcję. Oto jeden z dzienników zarzucił mi, że spaliłem dom warjatów li tylko dlatego, że przesłaniał mi widok z mego mieszkania.
To wprawiło mię w jakiś niesamowity lęk.
Poczem przeczytałem skargę publiczną, że otrułem stryja, by posiąść jego majątek. Skarżący żądał przytem ekshumacji zwłok.
Omal nie zwarjowałem!
Następnie oskarżono mnie, iż będąc dyrektorem przytułku, używałem do ciężkich robót zniedołężniałych staruszków.
Ukoronowaniem wszakże wszech oszczerstw, wymyślonych przez przeciwną partję polityczną — oto co było:
Zwołano całą chmarę małych, mniejszych i większych dzieci, i kazano im — gdy będę przemawiać na wiecu ludowym — chwytać mię za kolana i wołać: „Papa! Papa!“
Dałem za wygranę. Uległem. Nie dorosłem snać do wysokiego stanowiska gubernatora stanu New Jork. Cofnąłem swą kandydaturę, przyczem tak podpisałem się na odnośnym dokumencie:
„Mark Twain, ongiś podobno porządny człowiek, dziś — krzywoprzysięzca, złodziej z Montany, oszczerca trupów, łapownik, pijak.“ —




WYROK ŚMIERCI

Działo się to w czasach Oliwiera Cromwella.
Rządy Cromwella — jak wiadomo — zaliczane są do najświetniejszych w dziejach Anglji. Pragnąc posiąść władzę bezgraniczną i potęgę — tyleż przebiegły, co ambitny — nie cofał się Cromwell nigdy przed najbardziej nawet okrutnym czynem, jeśli chodziło o przykładne ukaranie tych, którzy śmieli stawić mu choćby najmniejszy opór.
Pułkownik Mayfair, żołnierz armji republikańskiej, był najmłodszym w swej randze. Pomimo jednak, iż nie miał więcej nad lat trzydzieści, brał już udział w licznych bitwach, to też dzięki niezwykłej odwadze, jako też prawemu charakterowi — zjednał sobie ogólny podziw i szacunek. Powinienby się zatem czuć całkiem szczęśliwym. Cóż tedy zaszło takiego, że twarz ma smutną, zgnębioną?
Działo się to w zimie. Noc zapadła. Mrok i szaruga panują na dworze; w komnacie cisza złowroga.
Pułkownik Mayfair z młodą żoną siedzą przed kominkiem, w milczeniu, znużeni tematem swego przygnębienia.
Modlili się wspólnie; teraz pozostało im tylko — oczekiwanie...
Niedługo pewno czekać będą. Na myśl o tej chwili nieszczęsna żona drży z rozpaczy.
Mają tylko jedno, jedyne dziecko, małą siedmioletnią dziewczynkę Abby — jedyną ich miłość.
Jak zawsze wieczorem, tak i dziś przyszła Abby ucałować na dobranoc rodziców. Na jej widok pułkownik przerwał milczenie i rzekł do żony:
— Przez miłość do naszej dzieciny, otrzyjmy łzy! Niech dziecko nie wie o niczem...
Prześliczna mała dziewczynka z loczkami jasno blond, z twarzyczką tryskającą uśmiechem, ale ze stanowczą miną, stanęła w progu komnaty, w nocnej koszulince. Szczęśliwa z widoku kochanych rodziców, w podskokach wbiegła do środka.
Bez namysłu wdrapała się na kolana ojca, który przytulił ją do szerokiej piersi i tkliwie począł całować.
— Tatusiu, tatusiu, nie całuj mnie tak bardzo, bo za mocno ściskasz i targasz mi włosy!
I już Abby zabierała się do odejścia, gdy pułkownik zatrzymał ją jeszcze w ramionach, mówiąc:
— Nie odchodź jeszcze, Abby, zostań na mych kolanach! Prawda, że byłem niedobry, ale nie powinnaś się gniewać na tatusia. Co mam zrobić, by otrzymać przebaczenie?

Za chwilę słoneczny uśmiech znów zagościł na twarzy dziecka, które, wsparłszy główkę o policzek ojca, poczęło go prosić o bajeczkę, ale o taką ładną, ładną bajeczkę!

Cyt!...

Rodzice wstrzymali oddech. Nasłuchują... Poprzez wycie wichru dał się słyszeć odgłos miarowych kroków, zrazu daleki, później bliski, coraz bliższy; kroki stawały się coraz cięższe, coraz cięższe... Wreszcie oddaliły się, zapadły.
Pułkownik z żoną odetchnęli głęboko, rzekłbyś uniknęli jakiegoś niebezpieczeństwa. Po chwili Mayfair rzekł z zupełnym spokojem:
— Więc prosisz mnie o bajeczkę, i to bardzo, bardzo wesołą, czy tak — Abby?
— O nie, tatusiu, opowiedz mi bajeczkę smutną, ale taką smutną, jak gdyby była prawdziwa. Mamusiu, chodź tu do nas, daj mi rękę. O, tak. A teraz, tatusiu, zaczynaj.

— Pewnego razu było trzech pułkowników. Podczas jednej z bitew przekroczyli oni dyscyplinę wojskową. Mieli rozkaz demonstrowania ataku na bardzo mocnej pozycji w tym celu, by zwabić nieprzyjaciela i przez to dać możność cofnięcia się — wojskom republikańskim. Ale pułkownicy ci, w zapale bojowym, nie zastosowali się do rozkazu, wydali nieprzyjacielowi bitwę, którą, zresztą, wygrali. Wódz naczelny, oddając hołd ich zwycięstwu — wyraził jednak swój gniew dla ich niesubordynacji. Rozkazał im wrócić do Londynu i stawić się przed trybunał wojenny.
— Czy ten wielki wódz, to Cromwell, tatusiu?
— Tak.
— Ja go znam dobrze, ja go widziałam! Gdy jedzie po mieście na swym pięknym rumaku, na czele żołnierzy, to ludzie się go boją — ale nie ja! Ja się go wcale nie boję. On zawsze patrzy na mnie z uśmiechem...
— Oj, ty moja maleńka sroczko!... A zatem, trzej pułkownicy, wróciwszy do Londynu, zostali osadzeni w więzieniu. Ale na słowo honoru wypuszczono ich na krótko na wolność, aby się mogli pożegnać z rodziną — ostatni raz...

Cyt!...

Nasłuchują... Słyszą miarowe kroki... Kroki i tym razem jeszcze oddalają się... giną...
Matka przywarła twarzą do ramienia męża, aby ukryć straszliwą mękę tajoną...

— Wrócili do swych domów dziś rano — ciągnął dalej pułkownik.
Dziecko szeroko rozwarło oczy.
— Więc to, tatusiu, jest historja prawdziwa?
— Tak, dziecino.
— O, jaki ty dobry jesteś, tatuńciu! Kończ, proszę cię, kończ czemprędzej! Mamusiu, ty płaczesz? Dlaczego, powiedz mi?
— Nic, nic, złoteńko moje, — ja tylko pomyślałam o tych... o tych biednych, nieszczęsnych rodzinach pułkowników.
— Nie płacz, nie płacz, mamuńciu, poczekaj, przekonasz się, że wszystko dobrze się skończy. A przedtem, tatuńciu, dziś rano, gdzie oni byli?...
— Przed swem uwolnieniem na kilka godzin, osadzeni zostali w Wieży. Tam badali ich sędziowie, którzy stwierdzili ich winę — i wszystkich trzech pułkowników skazali na śmierć.
— Och, jacyż niegodziwi! Mamusiu, mamusiu droga, ty płaczesz? Nie płacz, mamusiu, przekonasz się, że oni nie umrą. Ale kończ już, kończ, czemprędzej, tatusiu, chcę wiedzieć koniec tej bajeczki!..
— Waham się właśnie, dziecino...
— Powiedz mi, tatusiu, czy ty znasz tych trzech pułkowników?
— Tak.
— Bardzo pragnęłabym ich ujrzeć. Ja bardzo lubię pułkowników. Jak sądzisz, tatusiu, czy chcieliby oni, abym ich pocałowała?
— Jeden z nich szczególnieby tego pragnął, — odparł drżącym głosem pułkownik. — Ucałuj mnie za niego.
— Dobrze, lecz i za tamtych, innych... Ja, tatusiu, gdybym ich ujrzała, tobym im to powiedziała: „Moi panowie, wiedzcie, że mój tatuś też jest pułkownikiem, i to bardzo odważnym. Postąpiłby on tak samo, jak wyście postąpili, tedy nie wstydźcie się swego czynu, boście dobrze postąpili.“

— Cyt!.. Cyt!.. Słuchajcie!.. — Wiatr li to?
— Nie! —

— W imieniu Lorda Generała — otworzyć!
— Tatusiu, tu są żołnierze, pozwól mi, niech ja im otworzę!
Abby skoczyła ku drzwiom, otwierając je naoścież, i wołając wesoło:
— Proszę, wejdźcie panowie! Tatusiu, tatusiu, to są grenadjerzy!
Żołnierze wkroczyli z bronią na ramieniu. Oficer zasalutował; pułkownik Mayfair, stojąc, oddał mu ukłon. Nieszczęsna żona pułkownika stała za mężem, tłumiąc ból i łzy...
Abby patrzała zdumiona...
Ojciec długo, długo całował i tulił żonę i córkę.
— Do Wieży! Naprzód, marsz!
I pułkownik opuścił swój dom, w otoczeniu żołnierzy...
— Mamuńciu, spójrz, jaki tatuś piękny, jak on równo kroczy... Tatuś poszedł do Wieży, pewno tam zobaczy tych pułkowników... Tatuś...
— Biedne ty, biedne maleństwo — ledwie mogła wyszeptać matka, oszalała z rozpaczy.

Nazajutrz rano nieszczęsna pani Mayfair nie mogła się dźwignąć z łóżka.
Małej Abby polecono bawić się na dworze, by nie mąciła ciszy zrozpaczonej kobiecie. Przez pewien czas bawiła się Abby przed domem, wkrótce jednak doszła do przekonania, że nieźle byłoby udać się do tatusia, powiadomić go, co się dzieje w domu podczas jego nieobecności...
W Wieży tymczasem trybunał wojenny był już zgromadzony w komplecie przed Lordem Protektorem. —
— Powiedzieliśmy oskarżonym — odezwał się jeden sędzia — by z pośród siebie wybrali jednego na śmierć, ale oskarżeni jednogłośnie odrzucili naszą propozycję.
Oblicze Cromwella przesłoniła chmura.
— Nie, mimo to nie zginą wszyscy! Będziemy ciągnąć za nich losy. Wezwać ich tu. Ustawicie ich w sąsiedniej komnacie rzędem, twarzą do ściany, z rękami na plecach. Gdy staną tu — zawiadomić mnie.
Zostawszy sam, wpadł w głęboką zadumę.
W chwilę potem zawezwał ordynansa i rzekł:
— Przyprowadź mi pierwsze dziecko, jakie ujrzysz za bramą!
Żołnierz wrócił wkrótce, trzymając za rączkę małą Abby. Dziewczynka śmiało podeszła do Cromwella i bez najmniejszego wahania wdrapała mu się na kolana, ze słowami:
— Ja pana znam dobrze. Pan jest Lordem Generałem. Nieraz pana widywałam, gdy pan przejeżdżał koło naszego domu! Pana się wszyscy ludzie boją, ale ja się pana zupełnie nie boję.
Uśmiech rozjaśnił surowe cienie na twarzy Cromwella.
— Więc pan sobie mnie nie może przypomnieć? A ja pana wcale nie zapomniałam!
— I ja ciebie już teraz nie zapomnę; ręczę ci słowem honoru. Odtąd będziemy już zawsze przyjaciółmi.
— To dobrze, to bardzo dobrze. Ale teraz niech mnie pan pohuśta tak, jak to robi mój tatuś!
— Ależ, owszem... Przypominasz mi, dziecko, moją małą córeczkę, która też była miłą i grzeczną, jak i ty. Niech cię Pan Bóg darzy szczęściem!
— A czy pan bardzo kochał swoją córeczkę? Bo mój tatuś to mnie bardzo kocha.
— Kochałem ją nad życie. Co rozkazała, to zawsze spełniłem.
— Więc i ja pana bardzo kocham! Czy chce mnie pan pocałować?
— Ależ, naturalnie. Ten pocałunek będzie dla ciebie, a ten dla niej. Teraz ty mi ją zastępujesz, więc co każesz: — to spełnię.
Ucieszona Abby aż zaklaskała w rączki. Nagle, usłyszawszy warczenie bębna, krzyknęła: —
— Żołnierze idą! Żołnierze! Panie Generale, Abby chce ich widzieć!
— Za chwilę ich ujrzysz, moja droga, ale przedtem musisz spełnić moją prośbę.
W tym momencie wkroczył do komnaty oficer i zaraportował:
— Już są tam!
Lord Protektor podał Abby trzy małe gałki z wosku: dwie białe, a jedną czerwoną. Czerwona gałka miała wskazać tego z trzech pułkowników, który miał był ponieść karę śmierci...
— Och, jaka to śliczna, ta czerwona gałka! Czy mogę ją zabrać z sobą?
— Nie, dziecko, nie można. Usuń teraz nieco kotarę, zasłaniającą otwarte drzwi, a ujrzysz w sąsiedniej komnacie trzech ludzi, twarzami odwróconych ku ścianie, z rękami na plecach. Każdemu z tych trzech ludzi włożysz do rąk po jednej gałce, a gdy to zrobisz — wróć do mnie.
Abby zniknęła za kotarą...
Cromwell, wstawszy sam, szepnął:
— Bóg jeden tylko wie, na kogo padnie wybór tego małego posła, którego On sam mi zesłał!
Abby, wszedłszy za kotarę, zatrzymała się chwilę, uderzona mrokiem, panującym w komnacie, oraz widokiem żołnierzy i trzech oskarżonych, tkwiących w bezruchu. Lecz nagle twarzyczka jej zabłysła radością.
— O, to i tatuś jest tutaj! Kiedy tak, to otrzyma ode mnie najpiękniejszą gałkę!..
Podskoczyła ku więźniom i powkładała do ich otwartych rąk gałki, poczem wsunęła rękę pod ramię ojca ze słowami:
— Spójrz, tatusiu, co masz w ręce! Dałam ci najpiękniejszą czerwoną gałkę!
Pułkownik Mayfair, ujrzawszy nieszczęsny dar dziecka, świadomy jego znaczenia, porwał dziecko w ramiona, padł na kolana i wybuchnął łkaniem.
Oficerowie, żołnierze i wszyscy świadkowie tej straszliwej tragedji nie mogli się oprzeć łzom.
Ale za chwilę oficer, prowadzący straż, blady, zbliżył się do więźnia, dotknął jego ramienia, i rzekł:
— Jest mi niewymownie przykro, panie pułkowniku, ale obowiązek zmusza mnie...
— Co takiego? — pyta zdziwiona Abby.
— Muszę go stąd wyprowadzić. Bardzo mi przykro...
— Wyprowadzić? Dokąd? Ja nie pozwolę! Mama jest chora, więc przyszłam po tatusia!
Z temi słowy wdrapała się na plecy ojca, i owinęła rączkami mu szyję.
— No, chodź już, chodź, tatuńciu...
Pułkownik z rozpaczą spojrzał na Abby.
— Moja biedna dziecino, nie mogę pójść z tobą — szepnął głucho.
Abby zsunęła się z pleców ojca, podbiegła do oficera i, tupiąc nóżką, krzyknęła wzburzona:
— Powiadam wam, że mamusia leży chora. Pozwólcie tatusiowi iść ze mną. Ja tak chcę!
Widząc, że jej słowa nie skutkują — pobiegła do sąsiedniej komnaty, skąd za chwilę wróciła, prowadząc za rękę Cromwella.
Na widok Lorda Generała rozmowy ucichły. Oficerowie zasalutowali, żołnierze sprezentowali broń.
— Zatrzymaj ich, panie! Moja mamusia jest chora, więc przyszłam tu po tatusia, a oni chcą go gdzieś zaprowadzić!
Usłyszawszy to, Cromwell zawołał:
— On jest twym ojcem?
— Oczywiście! To jest mój tatuś, i dlatego dałam mu najpiękniejszą gałkę! Ach, żeby pan tylko wiedział, jak ja kocham mego tatusia!
— Co począć, Boże, co począć?! — zawołał Cromwell.
Zapadł w głęboką zadumę. Szukał jakiegoś wyjścia z tej tragicznej sytuacji.
Abby, zasmutniała, ścisnęła niecierpliwie mocno rękę Lorda Generała, wołając:
— Pozwól mu iść ze mną! Sam mi mówiłeś niedawno, że wolno mi tobie rozkazywać, a teraz, gdy pierwszy rozkaz ci dałam — odmawiasz mi!
Rozjaśniło się oblicze Cromwella. — Położył rękę na główce małej Abby i rzekł głosem doniosłym:
— Panowie! Sam Bóg sprowadził tu to dziecko, by wskazało nam drogę sprawiedliwości. To dziecko mówi za mnie. Ogłaszam wyrok: więźniowie, jesteście wolni! —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mark Twain i tłumacza: anonimowy.
  1. Podczas burzy należy usunąć od siebie przedmioty metalowe, jak n. p. zegarki. pierścionki, klucze i t. d. jak również nie należy pozostawać w takich miejscach, gdzie jest skupionych wiele metali, albo gdzie są one połączone z innemi przedmiotami, n. p. koło kominów, pieców, krat żelaznych i t. p.
  2. Dzwonić podczas burzy — jest wielce niebezpiecznie, ponieważ sam dzwon oraz powodowany jego ruchami prąd powietrza, jak również wysokość dzwonnicy mogą ściągnąć piorun...
  3. Pułkownik Aaron Burr był wiceprezydentem Unji i w roku 1804 zastrzelił w pojedynku zasłużonego męża stanu Aleksandra Hamiltona.
  4. Czytelnicy, znający biblję, wiedzą, że kraina Nod była „krajem wygnania“, dokąd zbiegł Kain.