Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach, ty idjoto! Niema ani minuty czasu. Pędź po lekarza. Pędź sam. Powiedz mu, że musi przyjść, żywy czy umarły!
Wyciągnąłem biednego chorego człowieka z łóżka i przyprowadziłem do nas. Obejrzał małą i orzekł, że nie umrze. Dla mnie była to radość nieopisana zato moją żonę doprowadziło to do wściekłości jak gdyby lekarz wyrządził jej osobistą krzywdę. Lekarz orzekł, że kaszel został sprowadzony nieznacznem podrażnieniem w krtani. Obawiałem się, że moja żona pokaże mu drzwi po tych słowach. Następnie lekarz powiedział, że da dziecku środek na wywołanie silniejszego kaszlu, by usunąć tegoż przyczynę. Po przyjęciu tego środka Klarcia dostała gwałtownego ataku kaszlu, przyczem z ust jej wyleciało parę drzazg drzewnych.
— Dziecko nie jest chore na dyfteryt — zauważył lekarz — gryzło zapewne kawałek drzewa świerkowego, czy coś w tym rodzaju i kilka drzazg dostało się do krtani. Tu mu nie zaszkodzi.
— O, tak, chętnie w to wierzę — odparłem. — Przeciwnie, terpentyna, którą to drzewo zawiera, bardzo jest dobra przy niektórych chorobach dziecięcych. Moja żona najlepiej to panu potwierdzi.
Nie uczyniła jednak tego, przeciwnie, odwróciła się do nas tyłem, pełna oburzenia i opuściła pokój.
Od tego też czasu istnieje w naszem pożyciu pewne wydarzenie, do którego nigdy nie powracamy. Ale także od tego czasu żyjemy w niezamąconej harmonji.