Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pieszczotce... Ono ją uzdrowi. Tak, tak, oprzej główkę o pierś mamusi i zaśnij sobie, dziecinko, bo niedługo i tak — ach, Mortimerze, ja wiem, że ona nie dożyje poranku! — Mortimerze, a możeby tak łyżkę stołową co pół godziny, co, nie? — Och, dziecko musi przyjąć także belladonnę — tak, ona tu byłaby wskazana — a nawet akonit! Przynieś mi akonit, Mortimerze. — O, proszę cię, daj mi tylko robić, co ja chcę, ty się nic a nic nie znasz na tych rzeczach.
Poczem udaliśmy się spać. Łóżeczko Klarci postawiliśmy tuż obok łóżka mej żony.
To przestawianie i hałasowanie tak dalece mnie zmęczyło, że już po dwóch minutach spałem więcej niż mocno. Ale wtedy naraz żona zbudziła mnie.
— Mężulku, czy centralne ogrzewanie jest otwarte?
— Nie.
— No, oczywiście. Proszę cię, odkręć natychmiast kurek, w pokoju za zimno.
Odkręciłem kurek i natychmiast zasnąłem ponownie. I znów mnie obudzono.
— Mężusiu najdroższy, czy nie będziesz miał nic przeciwko temu, by łóżeczko postawić obok ciebie. Będzie bliżej półek.
Uczyniłem jak chciała, wszedłem jednak przez to w kolizję z poręczą łóżka, wskutek czego dziecko obudziło się. Zasnąłem wszakże ponownie, podczas gdy żona uspokojała chore dziecko!
Po krótkiej jednak chwili przez mgłę sennych majaczeń przebiły się do moich uszu następujące słowa, niby szmer daleki: