Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podziękuj Panu Bogu, jeśli się czujesz tu bez winy; ja jednak sobie tego darować nie mogę!
Odparłem, nie chcąc jej bynajmniej urazić, ale i nie licząc się też zbyt ze słowami, że bynajmniej nie uważam, byśmy prowadzili życie zbyt lekkomyślne.
— Mortimerze! Czy chcesz, aby na nasze maleństwo spadł dopust Boży!?
Poczem rozpłakała się, by za chwilę nagle wykrzyknąć.
— Doktór chyba przysłał lekarstwo!
— Owszem — odparłem, — oto je masz. Czekałem tylko, aż przestaniesz mówić.
— Ależ dawaj natychmiast! Gzyż nie wiesz, że każda chwila jest droga? Ale poco lekarz przysyła lekarstwo, skoro choroba jest nieuleczalna?
Zrobiłem uwagę, że tam, gdzie życie nie ustało, zawsze jeszcze jest nadzieja wyzdrowienia.
— Nadzieja! Mortimerze, ty nie wiesz już co pleciesz! Ty nic nie wiesz, jak nowo narodzone dziecię! — Czy nie zechciałbyś — o Boże, tu naprawdę napisane, co godzina małą łyżeczkę! Co godzina... Jak gdybyśmy mieli przed sobą całe życie do uratowania dziecka! Mortimerze, prędko, daj biedactwu pełną łyżkę stołową, tylko proszę cię, śpiesz się!
— Ależ najmilsza, pełna łyżka stołowa może jej przecież za...
— Nie doprowadzaj mnie do ostateczności! Tu, tu, tak, tak, mój skarbie, moja pieszczotko; wiem, wiem, że to brzydkie, że to gorzkie lekarstwo, ale jest ono Klarci potrzebne, potrzebne mamusinej