Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pakunki te miały wygląd olbrzymich latawców. Oddane zostały na bagaż.
Pericord już go oczekiwał.
— Czy wszystko jak należy? — spytał.
Na zapadłych jego policzkach wykwitł ledwo dostrzegalny rumieniec...
Brown, miast odpowiedzi, wskazał pakunki.
— Ja również oddałem do wagonu bagażowego aparat i koło — dodał Pericord. — Ostrożnie! — zawołał, zwracając się do konduktora. — Proszę niech pan łaskawie umieści te skrzynki jak najwygodniej; zawierają bowiem aparaty kosztowne i delikatne, No, teraz możemy już z zupełnie spokojnem sumieniem udać się w dalszą drogę.
— Po przybyciu do Eastborne zniesiono cenny motor do omnibusu, na którego dachu ulokowano olbrzymie skrzydła. Długo poszukując tu i tam, znaleziono nareszcie stróża, który im otworzył bramę domu.
Dom, do którego przybyli, był pospolitym dworkiem wiejskim, otoczonym gospodarskiemi zabudowaniami, tonącym w zieleni drzew i krzewów. Udało się im, przy pomocy służby, wnieść do domu bagaż, który ulokowali w ciemnej szopie.
Słońce już kryło się za horyzont, gdy powóz odjechał i nasi wspólnicy pozostali nareszcie sami.
Pericord uniósł roletę; zachodzące słońce rzuciło ostatnie promienie na kolorowe, kwadratowe szyby.
Brown wyjął z kieszeni mały nóż i poprzecinał sznury, okręcające płótno. Oczom okazały się dwa