Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Właśnie chciałem to panu zaproponować! Wie pan, brat mój posiada niedaleko stąd fermę. Pamiętam, że wpobliżu domu znajduje się obszerna szopa... Klucz od tej szopy leży w mojej kieszeni, ponieważ brat wyjechał na pewien czas. Zawieźmy tedy tam nasz aparat i wypróbujmy!
— Świetna myśl!
— Pociąg do Eastborne odchodzi o pierwszej.
— Będę na dworcu.
— Niech pan przywiezie motor, ja zaś dostawię skrzydła, — oświadczył, wstając, mechanik. — Jutro dowiemy się, czy nasze dzieło jest tylko fantazją, czyli też istotnie drogą do bogactwa. A zatem spotkamy się na dworcu „Wiktorja“ o pierwszej.
Brown prędko zbiegł po schodach i w chwilę później zniknął wśród mgły.

Pogoda nazajutrz była wspaniała, prawdziwie wiosenna. Na błękitnem niebie pędziły lekkie, białe obłoczki...
Około godziny jedenastej przed południem można było widzieć pana Browna, jak wkraczał do „Biura Patentów“, niosąc zwój rysunków i planów pod pachą.
W południe wyszedł promieniejący, chowając pieczołowicie do portfelu niebieski arkusz urzędowego papieru.
Na pięć minut przed pierwszą zajechał przed dworzec kolejowy „Wiktorja“. Woźnica wyniósł z powozu dwa ogromne pakunki, owinięte w płótno.