Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wykonałeś moją myśl, budując ten motor. W ten sposób nasze zasługi i trudy równoważą się.
Brown zaciął usta. Widząc, że opór na ten temat jest bezcelowy, skierował całą uwagę na aparat, który przy każdym obrocie drgał i rzucał się, jakby miał spaść ze stołu.
— Świetnie, nieprawdaż? — spytał zachwycony Pericord.
— Zadowalniająco, — poprawił flegmatycznie Anglik.
— Źródło sławy!
— Źródło bogactwa!
— Imiona nasze wsławią się, jak imiona Mongolfierów.
— Spodziewajmy się raczej, że staną obok imion Rotszyldów...
— Ależ, co znowu, panie Brown! Pan zbyt prozaicznie zapatruje się na rzeczy. Największą naszą nagrodą będzie uznanie ludzkości.
Brown wzruszył ramionami.
— Jeśli o sławę chodzi, to chętnie odstępuję panu swoją część. Jestem, jak pan widzi, człek praktyczny, materjalista. No, a teraz musimy wypróbować ten pański wynalazek.
— Gdzie?
— O tem właśnie zamierzałem pomówić z panem. Musimy bezwzględnie zachować w wielkiej tajemnicy sekret wynalazku. Tu, w Londynie, jest niemożliwością. Ach, gdybyśmy posiadali jakieś odpowiednie, ustronne miejsce!
— Wypróbujmy aparat poza miastem.