Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na niebezpieczeństwo! Bóg wie, poco, chyba tylko przez skłonność do kłótni, dowodzeń, roztrząsań i...
— Ależ, Ewelino, jak Boga kocham... Nie jestem wcale w łóżku, ja...
Zdanie moje przerwała błyskawica, po której rozległ się przeraźliwy krzyk mistress Mac Williams i straszne uderzenie piorunu.
— Masz więc! Masz rezultat! O, Mortimerze, jak możesz być na tyle zepsutym, aby zaklinać się w takiej chwili?...
— Ależ ja wcale się nie zaklinam. I piorun bynajmniej nie był rezultatem tego, co powiedziałem. Stałoby się to nawet, gdybym ani słowa nie powiedział i ty to dobrze wiesz, Ewelino, a również powinnaś wiedzieć przynajmniej to, że skoro atmosfera przesiąknięta jest elektrycznością, to...
— Naturalnie, teraz zaczniesz dowodzić, dowodzić, dowodzić... Nie rozumiem, jak możesz tak postępować, wiedząc dobrze, że tu niema piorunochronu i że twoja biedna żona i dzieci znajdują się w śmiertelnem niebezpieczeństwie...
— Co ty robisz? zapalasz zapałkę? — W takiej chwili! Tyś chyba zupełnie rozum postradał!...
— Do djabła! O cóż ci chodzi? Przecież tu ciemno, jak w duszy niewierzącego! i...
— Rzuć, rzuć to natychmiast! Czyś już naprawdę postanowił zrobić z nas wszystkich ofiary? Przecież wiesz chyba, że nic tak nie przyciąga pioruna, jak światło!...
Jest! — (Krat... — trach... — trach... — trach... — trach...) Oooo... słuchaj!... Widzisz, coś ty narobił!...