Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się ostatecznie, wyciągnąłem przed siebie ręce w ciemności i rzekłem:
— Ewelino, czego krzyczysz? Co się stało? Gdzie jesteś?
— Zajrzyj do alkowy... Powinieneś się wstydzić, że możesz tu leżeć i spać, gdy na dworze taka burza!...
— Co znowu? Czyliż może się wstydzić ten, kto śpi?
— Tak, boś ty przecież nigdy nie próbował się wstydzić... Mortimerze!... Wszak sam wiesz o tem dobrze.
Po chwili dobiegł mych uszu przytłumiony szloch, i szorstkie słowa, które już — już miały się wyrwać z moich ust, gdzieś się ulotniły. Zamiast tego rzekłem:
— Doprawdy, żałuję, moja droga... Jestem szczerze zasmucony... wcale nie miałem zamiaru... Chodź tu i...
— Mortimerze!
— Chryste Panie! O cóż ci chodzi, moja droga?
— Czy ty leżysz w łóżku?
— Naturalnie.
— Wstawaj czemprędzej! Myślałam, że ty więcej troszczysz się o swe życie dla mnie i dla dzieci, niż dla samego siebie.
— Ależ moja droga...
— Nie mów do mnie, Mortimerze! Ty wiesz dobrze, że niema gorszego i bardziej niebezpiecznego miejsca, niż łóżko w czasie takiej burzy. We wszystkich książkach możesz to wyczytać. A ty leżysz sobie w niem i spokojnie wystawiasz swe życie