Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie, wcale tego nie widzę. Zapałka mogłaby wywołać błyskawicę, ale — o ile mi wiadomo — nie może ściągać burzy! Za to mogę ci ręczyć. Jednakowoż nawet błyskawicy nie wywołuje, ponieważ gdyby piorun runął w moją zapałkę, to byłby to traf zupełnie wyjątkowy, jeden na miljon, że tak powiem. Raz nawet w Dollimont, taki szczególny wypadek...
— Wstydź się, Mortimerze! Patrzymy teraz śmierci w oczy, a ty w tak uroczystej chwili zdolny jesteś do takich przemówień... Jeżeli ty nie masz chęci żyć... Mortimerze!...
— Cóż znowu?
— Czy modliłeś się dziś wieczorem?
— Ja, ja... Chciałem, ale akurat w tej samej chwili począłem obliczać, ile razy będzie trzynaście pomnożone przez dwanaście i... (Fet... krat!... bum!... bum!... — trrach!...)
— Oooo! przepadliśmy, przepadliśmy bezpowrotnie! Jak mogłeś wyrazić się w podobny sposób w takiej chwili?!
— Ależ przecież wtedy nie było jeszcze takiej chwili! Przecież nie było ani jednego obłoczka na niebie! Skądże mogłem wiedzieć, że wkrótce zacznie się taka kanonada z powodu takiego małego przekroczenia! Wymówki twe zupełnie nie są na miejscu, a to tem bardziej, że to się zdarza tak rzadko. Nie opuszczam przecież ani jednej modlitwy — odkąd sprowadziłem swoją bezbożnością trzęsienie ziemi — cztery lata temu...