Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mortimerze, co ty mówisz?! Zapomniałeś chyba zupełnie o żółtej febrze!
— Moja droga! wciąż mi ciskasz w twarz ten wyrzut co do żółtej febry! — Tymczasem jest on pozbawiony wszelkiej podstawy... Memfis leży tak daleko — a czyliż podobna, by moje przeoczenie religijne mogło zaraz dosięgnąć tak oddalonego miejsca? Nie, gotów już jestem raczej wziąć na siebie trzęsienie ziemi, ponieważ to odbywało się w sąsiedztwie, ale nie mogę odpowiadać za wszelkie...
(Fet... krat!... bum... bum... bum... trrrach!...)
— O, mój Boże, mój Boże! mój Boże!... Jestem jak najmocniej przekonana, że piorun uderzył w cośkolwiek — o Mortimerze! Nie ujrzymy już więcej dnia jutrzejszego, i jeżeli to może przynieść ci korzyść, to zapamiętaj sobie, że twoje okrutne słowa... Mortimerze!
— Noo?...
— Twój głos, Mortimerze — brzmi tak, jak gdybyś stał obok komina?
— Zbrodnię tę właśnie popełniłem w tej chwili.
— Wynoś się stamtąd natychmiast! Tak jak gdybyś umyślnie postanowił zgubić nas wszystkich. Czyliż nie wiesz, że niema lepszego przewodnika dla pioruna, jak komin? No, gdzież ty się teraz znajdujesz?
— Stoję przy oknie.
— Na Boga! Tyś chyba zmysły postradał! Odejdź stamtąd, odejdź natychmiast! Nawet dzieci przy piersiach, i te już wiedzą, że nie wolno stać przy