Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zatracisz się w tem co gadasz — a zresztą, ty wogóle nigdy nie wiesz, co gadasz!
— Dobrze, niech będzie tak, jak chcesz! Zato w twej ostatniej uwadze był także brak logiki, że...
Lecz zanim skończyłem zdanie, żona już zdążyła wyjść za drzwi, zabierając dziecko.
Tego samego dnia przy obiedzie podeszła ku mnie z twarzą białą, jak kreda.
— O, Mortimerze, znowu nieszczęście! Mały Jurek Gordon zachorował!
— Dyfteryt?
— Dyfteryt!
— Czy jest jeszcze jaka nadzieja?
— Najmniejszej! Ach, co teraz będzie z nami?
Po pewnym czasie niańka przyprowadziła naszą Klarcię, aby nam powiedziała dobranoc, oraz zmówiła, jak zwykle, paciorek przy mamusi. Zdarzyło się, że akurat przy słowach: „Położę się do łóżeczka“, troszkę zakaszlała.
Żona moja, słysząc to, padła, zda się gromem rażona. Ale już w chwilę później zerwała się na równe nogi, pełna żarliwej podniety, przejęta lękiem.
— Wydała rozkaz, aby łóżeczko dziecka przeniesiono z pokoju dziecinnego do naszej sypialni, przyczem sama przypilnowała, aby rozkaz wykonano ściśle. Mnie oczywiście też zabrała z sobą. Sprawa została wmig załatwiona.
W ubieralni żony ustawiono łóżko niani. Wtedy wszakże żonusi przypomniało się, że za daleko bylibyśmy od drugiego dziecka — a gdyby i to zachorowało... tu moja biedna żona znów zbladła, jak płótno.