Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tak też było w rzeczywistości. Po chwili ukazał się na progu pułkownik z rewolwerem w ręku.
— Czy mam honor — rzekł — widzieć przed sobą nędznego tchórza, który redaguje tę ścierkę?
— Tak, master. Siądź pan, proszę. Ale ostrożnie ze stołkiem, gdyż mu brak jednej nogi. Co do mnie, to mniemam, że mam honor widzieć przed sobą bezczelnego oszusta i kłamcę pana pułkownika?
— Właśnie, to ja jestem. Mam mały porachuneczek z panem. Jeżeli panu redaktorowi pozwala teraz czas na to, to moglibyśmy zacząć?
— Hm... Mam wprawdzie skończyć pouczający artykuł o „Rozwoju moralnego i intelektualnego postępu w Ameryce“ — ale to nic ważnego — możemy zacząć!
Rozległ się huk.
To rewolwery wypaliły jednocześnie. Redaktor naczelny stracił jeden lok włosów ze swej rozwichrzonej czupryny, kula zaś zacnego pułkownika, nie wiem czemu, wybrała sobie kwaterę w najprzyzwoitszej części mej łydki. Pułkownik otrzymał postrzał w lewe ramię.
Rozpoczęto strzelaninę na nowo.
Znowu chybili, celując do siebie, zato mnie oberwało się znowu: jedna z kul przestrzeliła mi rękę. Trzecim razem przeciwnicy pogłaskali się zaledwie kulami — mnie zaś natomiast utkwił jeden nabój w nodze. — Wtedy, blednąc z bólu, oświadczyłem, że muszę wyjść na chwilę na przechadzkę po świeże wrażenia, tem bardziej, że nie chcę przeszkadzać obecnym w miłej pogawędce, która