Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rów“, „dziennikarzy“, policjantów i innych podejrzanych indywiduów, którzy lżyli mnie, darli się wniebogłosy, bili, wyrywali mi włosy i wymachiwali nad mą nieszczęsną głową przeróżnemi narzędziami wśród bezustannego huku broni...
Wszystko to tak podziałało na mnie, iż postanowiłem w duchu raz na zawsze wyrzec się współpracownictwa w dziennikach amerykańskich, gdy wtem zjawił się pan redaktor, a za nim cała chmara „przyjaciół“. Teraz dopiero zaczął się raj! Żadne pióro nie jest w stanie opisać tego widowiska.
Strzelano nawzajem do siebie, kłuto się, przebijano, ćwiartowano na kawałki, jak kotlety, wyrzucano drzwiami i oknem. Raz wraz słychać było wściekłe wrzaski rannych, bluźnierstwa deptanych. Wreszcie pokój zaległa cisza; widocznie zemdlałem.
Gdym się ocknął, ujrzałem się sam na sam z redaktorem. Redaktor ociekał krwią. Lokal redakcyjny przedstawiał obraz straszliwego zniszczenia.
Po chwili redaktor przemówił w następujące słowa:
— Polubi pan to zajęcie, gdy się trochę przyzwyczai do tych rzeczy.
— Niech mi pan daruje — odpowiedziałem, — ale muszę się zasadniczo wypowiedzieć w tej sprawie. Nie wątpię, że zczasem zdołałbym posiąść tak piękny styl, jakim rozporządza pan, panie redaktorze, gdybym się zwłaszcza oswoił bardziej z tutejszemi warunkami pracy i zasadami stylu... Ale, prawdę mówiąc, trudno mi pracować w tych warunkach spokojnie... Sam pan to przecież widzi...