Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiego spokoju, takiej błogości i ulgi, jak wczoraj, gdym się dowiedział, że ten Michał już umarł.
Tę radosną nowinę zakomunikował mi, oczywiście, nasz cicerone. Cicerone ten oprowadzał nas wprost całe mile w tym lesie rzeźb i malowideł, po śmiertelnie długich krużgankach Watykanu, a potem znów całe mile między szeregami posągów i obrazów w dwudziestu innych muzeach. On to pokazał nam wielki obraz w kaplicy Sykstyńskiej, freski, freski i freski, tak liczne, iż dałoby się niemi z łatwością pokryć cały firmament nieba — a wszystkie one są dziełem ręki Michała Anioła!
Poczęło to nas już wreszcie nużyć, to też postanowiliśmy urządzić sobie z nim pewien figiel, a raczej zabawkę taką, zapomocą której już nieraz udawało się nam zapanować nad kłamstwem ciceronów. Oto poczęliśmy mu zadawać mocno bezsensowne pytania, znamionujące prostaków. Cóż, gdy indywiduom takim brak wszelkiej przenikliwości, dlatego też nie mają najmniejszego pojęcia o sarkazmie.
Cicerone, pokazując nam ręką jakąś figurę, rzekł:
— Statu bronzo.
Na to my z całą obojętnością obrzuciliśmy wzrokiem rzeźbę, doktór zaś zapytał:
— Czy także Michała Anioła?
— Nie. Niewiadomo czyja.
Później znów, gdy cicerone pokazywał nam prastare Forum Romanum, doktór rzekł znowu:
— Michała Anioła?