Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Już jest? — powtórzył Pericord — już jest patent? A któż to ośmielił się wziąć moje plany? — krzyknął.
— Ja. Zrobiłem to dziś rano. Niech się pan nie irytuje, dalibóg, nie warto się denerwować.
— Co, pan opatentował motor? Na czyje nazwisko?
— Na swoje; sądzę, że mam do tego prawo?
— A moje nazwisko w patencie nie figuruje?
— Nie... ale...
— Ach, ty nędzniku! — ryknął Pericord — ty złodzieju, łajdaku!.. Ukradłeś moją ideę, chcąc podstępnie wykorzystać sławę i zaszczyty, które do mnie winny należeć! Ale ja dostanę ten patent — czy słyszysz? Choćbym ci miał gardło przerżnąć!
Czarne oczy Pericorda miotały skrami a ręce ściskały się konwulsyjnie.
Brown, acz odważny i pewny siebie — teraz cofał się przed Pericordem, gdy ten zbyt się doń zbliżał.
— Hands-off! — krzyknął, wyjmując nóż z kieszeni. — Nie myśl, że nie potrafię obronić się przed napaścią!
— Co, ty mi śmiesz jeszcze grozić?! — krzyknął siny z gniewu Pericord. — Chcesz zostać mordercą, jak już zostałeś złodziejem!.. Oddaj patent!
— Nie!
Pericord rzucił się, jak dziki zwierz; przeciwnik wyrwał mu się, lecz zaczepił o pustą skrzynię i runął.
Lampa zachwiała się, spadła, zgasła. Szopa za-