Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tonęła w ciemności, jeno słaby promień księżyca, wdarłszy się przez wąską szparę, drgał na potężnych skrzydłach maszyny.
— Oddasz patent?
Milczenie.
— Zwrócisz mi, czy nie?
Milczenie. Żadnego szmeru — prócz chrapania i zgrzytania maszyny.
Z sercem przejętem trwogą Pericord począł szukać po omacku w mroku koło siebie. Wreszcie palce jego dotknęły czyjejś ręki. Ręka ta była nieruchoma. Wtedy gniew jego przeszedł w przerażenie, Potarł zapałkę, podniósł lampę, i zapalił. Brown leżał wyciągnięty na ziemi.
Pericord objął go rękoma i dźwignął.
Teraz dopiero zrozumiał przyczynę milczenia przeciwnika. Nieszczęsny, padając, wykręcił swą prawą rękę, w której miał nóż, i całym ciężarem wbił go sobie w ciało.
Śmierć nastąpiła natychmiast.
Wynalazca usiadł na brzegu obalonej skrzynki, i wbił tępy, bezmyślny wzrok w ścianę...
A nad nim wciąż huczał i warczał „Motor Brown-Pericord“...
Tak przesiedział kilka minut, a może, któż wie? kilka godzin.
Tysiąc obłędnych myśli roiło się w jego rozognionym mózgu. Oto stał się mimowolnym powodem śmierci towarzysza... Ale czy kto da temu wiarę? Ubranie miał krwią zbroczone... Wszystko świadczy przeciwko niemu... Najlepiej będzie uciec!