Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzymywać ogień na kominku, a moja żona korzystała z tych sposobności, by pauzy pomiędzy jednem dorzuceniem drzewa a drugiem możliwie skrócić za każdym razem o dziesięć minut. Sprawiało jej to niebywałą przyjemność. Od czasu do czasu zmieniła poprzedni okład z siemienia, lub kładła prócz tego jeszcze plastry z musztardy i innych rzeczy, tam, gdzie jeszcze było choć trochę miejsca na ciałku dziecka.
Nad ranem wyszedł nam zapas drzewa, wobec czego moja żona postawiła wniosek, abym zeszedł do piwnicy po nowe naręcze.
— Moje dziecko — odważyłem się odezwać, — jest to praca dość uciążliwa, czy nie uważasz, że dziecku jest aż za ciepło w podwójnej sukience? — Czy nie należałoby raczej ponowić okład — — —
Nie dokończyłem, ponieważ przerwała mi zacna połowica. Przez pewien czas dźwigałem tedy drzewo z piwnicy, poczem przylgnąłem do poduszki i chrapnąłem tak potężnie, jak tylko może chrapać człowiek śmiertelnie znużony.
Dopiero, gdy słonko już jasno świeciło, poczułem rękę, chwytającą mnie za ramię. I nagle ujrzałem nad sobą przerażoną żonę, nie będącą w stanie tchu złapać. Gdy tylko powróciła jej władza języka — rzekła mi:
— Wszystko stracone — tak, wszystko! Dziecko się poci! Co teraz począć?
— Na miłość boską, jak ty mogłaś mnie tak przestraszyć! Nie wiem, co robić. Możebyśmy wyjęli Klarcię z łóżeczka i postawili w przeciągu?