Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się. Sami bogowie ocalili mnie dzięki dobremu wyborowi!
Król zaledwie był w stanie zapanować nad swoją radością. Spodziewał się usłyszeć lada chwila dźwięku, któryby mu wieścił pomoc bliską, lecz, niestety, ta znikąd nie przychodziła. Nadchodziło rozczarowanie. Mijały godziny. Pomocy nie było, a święty ptak śpiewał i śpiewał bezustanku.
I oto król naraz począł powątpiewać w swój dobry wybór, starał się jednak później zagłuszyć swe wątpliwości. Przed świtem ptak umilkł. Nastał ranek, a wraz z nim nadeszły męki głodu i pragnienia, ale pomocy żadnej, żadnej!
Dzień przyszedł i przeszedł. Wreszcie król przeklął słowika.
Zaraz po słowiku zaśpiewał derkacz. Król, gdy go usłyszał, rzekł sobie:
— Oto prawdziwy ptak! Mój wybór był zły. Teraz nadejdzie mi pomoc.
Ale pomoc nie nadeszła. Król przeleżał w niepamięci kilka godzin. Kiedy oprzytomniał — zaśpiewał szczygieł. Ale teraz król słuchał go już obojętnie. Przestał już wierzyć.
— Te ptaki — rzekł nagłos — nie są w stanie mnie zbawić. Dynastja moja i mój lud przepadły na wieki!...
Obrócił się, aby umrzeć, gdyż tak już osłabł z głodu i pragnienia, iż czuł, że kres jego się zbliża. Pragnął nawet umrzeć, aby wybawić się od mąk. Długie, długie godziny przeleżał tak bez myśli, bez ruchu. Poczem przytomność znów mu wróciła.