Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kalekie. I te kaleki zostały wnet wyleczone, poczem wszystkie cztery psy wyniosły się w świat, pozostawiając miłosiernego lekarza bardziej niż kiedykolwiek wzruszonego i przepełnionego dziękczynnem zdumieniem. Minął dzień, nastał poranek. Koło drzwi siedziały już cztery opatrzone psy, a obok nich jeszcze cztery, spragnione opatrunku. Minął i ten dzień i nastał dzień nowy, i oto już szesnaście psów, a pośród nich ośm nowych kalek zajmowało trotuar przed jego domem, a przechodnie musieli je omijać. Ku południowi wszystkie złamane łapy zostały obandażowane, ale dziękczynne zdumienie w duszy miłosiernego lekarza mimowoli poczęło mieszać się z odczuciami o charakterze zupełnie innym, mniej cnotliwym.
Raz jeszcze wzeszło słońce i rzuciło swe blaski na trzydzieści dwa psy — wśród nich szesnaście sztuk z połamanemi łapami — zajmujące cały trotuar i połowę jezdni; dwunodzy widzowie zajmowali resztę przestrzeni. Jęki rannych, radosne szczekanie uleczonych zwierząt, oraz komentarze obecnych obywateli zlewały się w chór głośny i podniosły. Ruch na tej ulicy ustał. Dobry lekarz wziął sobie do pomocy kilku chirurgów i jeszcze przed świtem zdołał skończyć swą pracę filantropijną; wszelako, gwoli ostrożności, wystąpił poprzednio z grona członków towarzystwa kościelnego, aby mieć możność wyrażać się z całą swobodą, wymaganą przez okoliczności. Ale nie wszystko na świecie nie ma kresu. Kiedy znowu zamajaczył poranek, i dobry lekarz, wyjrzawszy z okna, ujrzał zbity do kupy,