Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie nazywał mię ten dziennik inaczej jak: „Twain, krzywoprzysięzca“.
Inny dziennik przyniósł znów artykuł pod tytułem:

PROSIMY O ODPOWIEDŹ!

„Możeby też nowy kandydat na stanowisko gubernatora New Jorku zechciał łaskawie wyjaśnić nam pewną sprawę... Wiadomo, że w Montanie od dłuższego czasu ginęły mieszkańcom różne wartościowe drobiazgi. Znajdowano je zawsze u Marka Twain’a! Raz wszakże za takie „dziwne trafy“ dano mu niezłą nauczkę, poczem wyrzucono go z mieszkania. Możeby też pan Mark Twain zechciał łaskawie powiedzieć nam w tej sprawie swoje zdanie?“
Na bardziej ostrą złośliwość nie mógłby się nikt zdobyć. Od tej też chwili stale nazywał mię ów dziennik: „Mark Twain, złodziej z Montany“.
Odtąd brałem do rąk dzienniki ostrożnie, jak człowiek, który lekko i ostrożnie podnosi kołdrę, spodziewając się znaleść w łóżku — węża... Mimo to, w kilka dni później, przeczytałem taką wiadomość:

KŁAMSTWO NADEWSZYSTKO!

„Złożone pod przysięgą zeznania pp. Michała O’Flanagan, Esquire z Five-Points oraz Snüb Rafferty i Catty Mülligan’a z Water-Street jednozgodnie stwierdzają, że idjotyczne twierdzenie Marka Twain’a, jakoby dziadek naszego, powszechnie szanownego kandydata, I. Blanka, został za rabunek uliczny powieszony — są łgarstwem bezczelnem! Teraz wszyscy ludzie porządni i uczciwi mają jeszcze