Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


istocie. Jeden z nas miał na wierzchu lewej ręki — wielkie szczególne znamię; to ja je miałem. To dziecko właśnie utopiło się.
Pyt.: — No więc! Nie uważam, ażeby po tem wszystkiem sprawa była choć trochę zagadkową.
Odp.: — Nie? Ale ja uważam. W każdym razie nie pojmuję, jak moi bliscy mogli, na Boga, tak ślepo działać i pochować nie to, które trzeba było, dziecko! Ale sza! — Nie mów pan o tem tam, gdzie mogłaby to posłyszeć rodzina. Bóg jeden wie, ile ciężkich zmartwień musiała przeżyć i bez tego!
Pyt.: — No, jak na dziś, to myślę, że mam materjału dość, dziękuję panu bardzo, przepraszam, że go trudziłem. Chciałbym jednak bardzo... byłoby dla mnie bardzo ciekawem... posłyszeć sprawozdanie z pogrzebu Aarona Burr’a. Możeby mi pan jeszcze powiedział, jakie okoliczności doprowadziły pana do przekonania, że Burr to taki niezwykły człowiek?
Odp.: — O! To była tylko drobnostka. Na pięćdziesięciu ludzi ani jeden zupełnie by tego nie zauważył. Gdy mowa pogrzebowa już przebrzmiała, pochód miał wyruszyć na cmentarz, a trup pięknie leżał w trumnie, Burr odezwał się, że chce jeszcze rzucić ostatnie spojrzenie na widowisko pogrzebowe. Poczem wstał i przysiadł się do woźnicy na kozioł.
Po tych moich słowach młody interviewista oddalił się z szacunkiem. Był to jegomość bardzo miły towarzysko i chętniebym go jeszcze dłużej u siebie zatrzymał.