Król i osioł

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Król i osioł
Pochodzenie Król i osioł oraz inne humoreski
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KRÓL I OSIOŁ

Więcej niż tysiąc lat temu ten mały okręg był królestwem maleńkiem, prześlicznem i bajecznem — jeżeli tak się można wyrazić — królestwem. Zdala od wszelkich kłótni, od zazdrosnej cywilizacji i niepokojów, królestwo to cieszyło się błogim spokojem, dlatego też ludność jego odznaczała się łagodnością i pokorą. Wszystko tam jak gdyby tonęło w cichej drzemce, a dokoła panował uroczysty, świąteczny błogostan. Nie było złości ani nienawiści, nie było próżności i dlatego nie było smutków ani nieszczęść, jak w innych krajach...
Stary król umarł, a na tron wstąpił syn jego — Hubert. Miłość ludu ku niemu rosła coraz bardziej. Był on taki dobry, taki czysty, taki szlachetny, że zwolna ta miłość ludu przeszła jak gdyby w namiętność, w żądzę, nieomal w ubóstwienie. Od chwili jego przyjścia na świat astrologowie starannie badali gwiazdy i wreszcie w iskrzącej się księdze niebieskiej przeczytali, co następuje:
„W czternastym roku życia Huberta zajdzie ważny fakt: stworzenie, którego śpiew wyda mu się najcudniejszym na świecie, ocali mu życie. I jak długo lud czcić będzie to stworzenie za dobry spełniony przezeń czyn, starożytna dynastja nigdy nie będzie cierpiała na brak następców, i lud nie zazna ani choroby, ani biedy. Ale strzeżcie się złego wyboru!”
A gdy dla króla nadszedł trzynasty rok życia, cały naród, jak również i astrologowie, ministrowie, i cały mały parlament tego królestwa zastanawiać się poczęli nad pytaniem: jak należy rozumieć ostatnie zdanie proroctwa?
Sądząc z sensu pierwszych zdań, owo zbawcze stworzenie winno było niejako samo się obrać w oznaczonym czasie, ale końcowe zdania jakoby mówiły, że król winien sam wybrać i zadecydować, jakie ze śpiewających stworzeń najbardziej mu się podoba i jeżeli on wybierze mądrze, to wybrane przezeń stworzenie ocali mu życie, — jego dynastję, jego lud; gdy zaś zrobi zły wybór, wybór błędny — wtedy biada mu!...
Pod koniec roku było tyle przeróżnych zdań co do tego, ile i na początku. Jednakże większość mędrców, jak i pospolitych śmiertelników, zgadzała się co do tego, że najstosowniej byłoby, gdyby mały król już teraz zrobił swój wybór; im prędzej bowiem — tem lepiej?
Wobec tego wydano rozkaz, aby każdy, ktokolwiek posiada stworzenia odznaczające się jakimkolwiek choćby darem śpiewu — dostarczyli je do wielkiej sali pałacu w pierwszy dzień Nowego Roku.
Naturalnie, rozkaz ściśle spełniono. Kiedy już wszystko przygotowane zostało odpowiednio do eksperymentu, wprowadzono uroczyście małego króla w otoczeniu całej świty urzędników i dygnitarzy królewskich, strojnych w paradne mundury.
Król zasiadł na złotym tronie i już oczekiwano wyroku z szlachetnych ust królewskich, gdy władca, zamiast wyroku, zaopinjował, że nie jest w stanie uczynić wyboru, gdyż:
— Stworzenia te — rzekł — śpiewają wszystkie razem. Hałas, jaki sprawiają, jest wprost nieznośny. Jest niemożliwością dokonać wyboru w tych warunkach. Weźcie je wszystkie stąd i pokazujcie pojedyńczo w moim pałacu.
Tak też zrobiono.
Każde z tych śpiewających stworzeń czyniło wszelkie możliwe wysiłki, by oczarować swym słodkim śpiewem słuch królewski, jednak bezskutecznie. Tym więc sposobem wyboru, na razie, nie dokonano.
A drogocenne chwile płynęły... Król z coraz to większą trudnością orjentował się wśród owej mnogości cudownych śpiewaków. Nadomiar nieszczęścia nie opuszczała go ani na chwilę myśl o zapowiedzianej karze za błędny wybór. Stawał się coraz bardziej i bardziej niezdecydowanym i bał się ufać własnym uszom.
Nerwowość jego wzrastała i począł zdradzać niepokój. Ministrowie zauważyli to, ponieważ nie spuszczali z niego oczu ani przez chwilę. W duchu i oni również niepokoili się mocno.
— Stracił męstwo... stracił zimną krew! — myśleli ministrowie.- Niewątpliwie popełni błąd! A wtedy i on sam i jego dynastja i jego lud skazani będą na zgubę!
Minęła godzina. Król, który siedział długo w milczeniu, odezwał się:
— Przynieście mi jeszcze raz szczygła!
Szczygła przyniesiono i ten rozpoczął swój śpiew radosny.
Wśrodku pieśni szczyglej król już, już gotów był podnieść berło na znak zgody i aprobaty, ale zatrzymał się i rzekł:
— Nie, trzeba jeszcze raz się przekonać... Przynieście mi derkacza, niech zaśpiewają razem.
Przyniesiono derkacza i oba ptaki równocześnie zawodzić poczęły swe cudowne trele. Lecz jego królewska mość nie mógł się ani rusz zdecydować na wybór, mimo tego, po dłuższej chwili namysłu zdawał się już przechylać na stronę szczygła — gdyż oblicze jego dostojne uspokoiło się na moment... Nadzieja napełniła błogością serca ministrów, puls począł im bić mocniej... Oto berło poczęło się zwolna podnosić ku górze, gdy wtem...
Powietrzem zatrzęsły ohydne ryki, rozlegające się za drzwiami:
— Muu-hi! — Muu-hi! — Muu-hi!
Nieopisany przestrach ogarnął obecnych, a jednocześnie niezadowolenie z ujawnienia owego lęku.
W chwilę potem, do komnaty wbiegła prześliczna maleńka dziewięcioletnia dziewczynka, chłopskie dziecko. Jej oczka iskrzyły się dziecięcą rześkością, ale, gdy ujrzała tylu znakomitych dygnitarzy i tyle gniewnych twarzy dostojników — zatrzymała się, opuściła cudną główkę i podniosła gruby fartuch do oczu...
Nikt nie powitał jej, ani współczuł z nią. Wreszcie zażenowana podniosła swe zapłakane oczy i rzekła:
— Królu mój, królu, wybacz mi! Nie chciałam zrobić nic a nic złego. Nie mam ani matki, ani ojca, ale mam kozę i osiołka; koza mi daje słodkie mleko, a kiedy mój biedny osiołek ryczy, to zdaje mi się, że doprawdy niema na świecie piękniejszej muzyki od tej. Dlatego też gdy wysłaniec królewski rzekł, że najcudowniejszy śpiewak ze stworzeń boskich zbawi króla i lud, to postanowiłam przyprowadzić tu mego osiołka...
Cały dwór parsknął w głos trywjalnym śmiechem — dziewczyna zapłakała.
Nie skończywszy swego przemówienia — uciekła. Wtedy pierwszy minister wydał rozkaz, aby pędzono ją wraz z jej osłem jak najdalej od granic pałacu za tę zniewagę i nie pozwalano zbliżać się do niego...
Eksperymentowanie ptaków wznowiono. Oba ptaki śpiewały wzorowo, ale berło nieruchomo leżało w ręce królewskiej. Nadzieja zwolna gasła w duszach ministrów. Minęła godzina, jedna, druga — a decyzji jak nie było, tak nie było. Dzień już chylił się ku wieczorowi, a tłum, wyczekujący zewnątrz pałacu, ogarniała trwoga i zniecierpliwienie. Zmierzch zgęstniał tak, że wkrótce król i jego dworzanie nie byli w stanie rozpoznać się nawzajem. Cisza grobowa i mrok zaległy komnatę pałacu — nie myślano nawet o oświetleniu... Wielki eksperyment został dokonany i poniósł zupełne fiasko! Nie udał się. Wszyscy radzi byli ukryć w mroku twarze, aby nikt nie zauważył ich głębokiego smutku i niepokoju!
I naraz! Boskie, cudne, bogate tony rozległy się w pałacu. Płynęły z dalekiego kąta. Był to śpiew słowika.
— Wstańcie! — zawołał król. — Bijcie we wszystkie dzwony i ogłoście ludowi, że wybór został dokonany i żem się nie omylił! Król — dynastja — lud: ocalone! Odtąd po wsze czasy czcijcie słowika w tej krainie! Głoście całemu narodowi memu, że ten, kto znieważy słowika, lub wyrządzi mu krzywdę — zostanie śmiercią ukarany!
Tak rzekł król.
Fala radości zalała cały maleńki światek królewski. Pałac i miasto uiluminowano różnobarwnemi ogniami, a radość trwała całą noc. Lud śpiewał, pił i tańczył, a bicie we dzwony ani na chwilę nie ustawało.

Od tego dnia słowik stał się świętym ptakiem. Jego śpiew rozlegał się w każdym domu. Poeci opiewali go w rymach, artyści malowali go na obrazach. Jego podobizny rzeźbione upiększały wszystkie arkady, baszty, fontanny i gmachy publiczne. Słowika przynoszono nawet do Rady Królewskiej, i ani jedna ważna sprawa państwowa nie mogła zapaść bez tego, aby mędrcy nie dali jej naprzód pod rozwagę słowikowi, a dopiero potem donosili ministrom, co orzekł słowik.
II

Młody król bardzo lubił polować. Kiedy przyszło lato, wyjeżdżał na łowy z sokołami i chartami, w asyście świecącej od złota świty dworzan. Razu pewnego w trakcie polowania oddalił się król od swej świty, a pragnąc jak najprędzej dostać się do niej zpowrotem, obrał jak najkrótszą drogę przez gęstwinę leśną — niestety, drogę zgubił i — zbłądził. Zpoczątku nie tracił nadziei odnalezienia towarzyszy i jechał prosto przed siebie, ale wkrótce opuściło go męstwo. Zapadł zmrok, a on wciąż coraz bardziej zagłębiał się w odosobnioną, nieznaną mu miejscowość. Błądząc tak, uległ nieszczęsnemu wypadkowi. W mroku popędził konia nieostrożnie i niespodziewanie, w całym pędzie znaleźli się na krawędzi urwiska. Jedna chwila — i byli na dnie przepaści. Położenie było straszne. Konisko miało skręcony kark, a król — złamaną nogę.
Biedny, mały król leżał na dnie urwiska i mdlał z bólu okrutnego, a każda godzina zdawała mu się być długim miesiącem. Nasłuchiwał chciwie uchem, czy nie rozlegną się dźwięki, które mu przyniosą ocalenie. Ale nie usłyszał ani głosów, ani dźwięków rogów, ani szczekania psów.
— Niech więc nadejdzie. śmierć! Tak czy owak — zginąłem!...
A właśnie w tej chwili w lesie, pośród głębokiej nocnej ciszy, rozległy się dźwięki pieśni słowiczej.
— Ocalonym! — zawołał król. — Jestem ocalony! — Jest to święty ptak, a zatem proroctwo spełniło się. Sami bogowie ocalili mnie dzięki dobremu wyborowi!
Król zaledwie był w stanie zapanować nad swoją radością. Spodziewał się usłyszeć lada chwila dźwięku, któryby mu wieścił pomoc bliską, lecz, niestety, ta znikąd nie przychodziła. Nadchodziło rozczarowanie. Mijały godziny. Pomocy nie było, a święty ptak śpiewał i śpiewał bezustanku.
I oto król naraz począł powątpiewać w swój dobry wybór, starał się jednak później zagłuszyć swe wątpliwości. Przed świtem ptak umilkł. Nastał ranek, a wraz z nim nadeszły męki głodu i pragnienia, ale pomocy żadnej, żadnej!
Dzień przyszedł i przeszedł. Wreszcie król przeklął słowika.
Zaraz po słowiku zaśpiewał derkacz. Król, gdy go usłyszał, rzekł sobie:
— Oto prawdziwy ptak! Mój wybór był zły. Teraz nadejdzie mi pomoc.
Ale pomoc nie nadeszła. Król przeleżał w niepamięci kilka godzin. Kiedy oprzytomniał — zaśpiewał szczygieł. Ale teraz król słuchał go już obojętnie. Przestał już wierzyć.
— Te ptaki — rzekł nagłos — nie są w stanie mnie zbawić. Dynastja moja i mój lud przepadły na wieki!...
Obrócił się, aby umrzeć, gdyż tak już osłabł z głodu i pragnienia, iż czuł, że kres jego się zbliża. Pragnął nawet umrzeć, aby wybawić się od mąk. Długie, długie godziny przeleżał tak bez myśli, bez ruchu. Poczem przytomność znów mu wróciła.
Jutrznia trzeciego poranku rozlała swe blaski. Ach, świat wydał się tak pięknym jego znużonym oczom! Namiętne pragnienie życia wybuchło naraz w sercu młodzieńca i głęboka, gorąca modlitwa wydarła się mu z duszy ku niebu, modlitwa o to, aby niebo zlitowało się wreszcie nad nim i pozwoliło mu znowu ujrzeć swój dom, swych przyjaciół. A w tej chwili dobiegł jego uszu cichy wprawdzie, słaby i daleki — lecz jakże upragniony — ryk. Wkrótce doszło jego wytężonych uszu:
— Muu-hi! — muu-hi — muu-hi!
I ta pieśń, doprawdy, była mu najsłodszą. O! przyjemniejszą tysiąc razy od pieśni słowiczej, od pieśni szczygła czy derkacza, ponieważ przynosiła mu wybawienie i dawała pewność, że pomoc jest niedaleka.
— Jestem ocalony! — zawołał. — Święty śpiewak sam się obrał, jak przepowiedział mag uczony! Proroctwo spełniło się i moje życie, mój lud, moja dynastja są ocalone! Od tego dnia osioł będzie świętem, w moim narodzie, stworzeniem.
Boskie ryki zbliżały się coraz bardziej. I oto z góry zsunął się mały, łagodny osiołek, szczypiący po drodze trawkę i porykujący od czasu do czasu. Naraz spostrzegł zdechłego konia i rannego króla. Zbliżył się do niego i począł go obwąchiwać delikatnie, król go przywołał, a osioł zgiął kolana, jak był zwykł czynić to zawsze, gdy jego mała gospodyni pragnęła go dosiąść. Z największą trudnością i wysiłkiem usadowił się młodzieniec na grzbiecie osła. Osioł, porykując, poszedł przed siebie i zaniósł króla do chaty małej dziewczynki. Ta podłożyła królowi słomiany siennik, nakarmiła go koziem mlekiem, poczem pobiegła, aby donieść tym, którzy daremnie dotychczas poszukiwali króla.
Wkrótce król przyszedł zupełnie do siebie, poczem najpierwszym jego aktem było ogłoszenie osła świętem i nietykalnem stworzeniem! Drugim aktem było wprowadzenie tegoż osła do ministerjum oświaty i zamianowanie go pierwszym ministrem. Trzecim aktem — zniszczenie wszystkich posągów i podobizn słowika i zastąpienie ich posągami ku czci osła, a czwartym edykt — że skoro małej dziewczynce minie czternaście lat — obrana zostanie królową.
I król dotrzymał słowa.
Taką jest owa legenda. Wyjaśnia i tłumaczy ona, dlaczego rozsypujące się w gruz podobizny osła zdobią te stare, rozpadające się w ruiny mury, parki, a także dlaczego w ciągu tylu wieków pierwszym ministrem królewskiego gabinetu zawsze jest osioł.
Tłumaczy ona również, dlaczego w ciągu tylu stuleci w tem królestwie wszystkie wielkie poematy, wszelkie księgi, wszelkie wielkie mowy, wszelkie uroczystości publiczne i proklamacje królewskie zaczynały się od boskich słów oślej pieśni:
— Muu-hi! — Muu-hi! — Muu-hi! —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mark Twain i tłumacza: anonimowy.